motor

motor
Walentynki są codziennie, tylko my obchodzimy je raz do roku...

sobota, 15 października 2011

Złote jesienne candy - wyniki !!!!

Wiem, wiem, że wszyscy uczestnicy candy przebierają nogami, więc już wyniki.

Dobrze,że dałam sobie margines publikacji na 15.10, bo oczywiście wylądowaliśmy w szpitalu z Jaśkiem. Czuję się powoli, jakbym tam już  mieszkała :(

Do wygrania był następujący zestaw- niespodzianka, który niniejszym prezentuję:


-ozdobne ZŁOCONE pudełko w które zapakowany jest cały zestaw
-woda perfumowana Avon Rare Gold ( czyli Rzadkie ZŁOTO)
- zestaw "prawie" ZŁOTEJ biżuterii - naszyjnik, kolczyki, pierścionek z "prawie" brylantami :) zapakowany w osobne ozdobne pudełko
-mała ZŁOTA ramka 9x13
-olejek w sprayu Avon  ze ZŁOTYMI drobinkami do ciała
- nabłyszczające serum do włosów Avon ze ZŁOTYMI drobinkami
-trwały błyszczyk do ust Avon w kolorze Everlasting Petal czyli bardzo naturalny róż ( nie wszystko ZŁOTO, co się świeci :))
-brokatowy ZŁOTY lakier do paznokci Wibo
- magnes na lodówkę ze ZŁOTĄ myślą
- oraz małe pudełko ZŁOTYCH słodyczy, czyli Ferrero Rocher ( aby czekoladki zmieściły się w pudełku właściwym , musiałam je wyjąć z opakowania, ale zapewniam,że są wszystkie :) )
-drobna ( nie ZŁOTA ) tajemnicza niespodzianka dodatkowa

Losowanie odbyło się o pierwszej w nocy i bezpośrednio "po" odbiorca głównej nagrody został poinformowany mailowo o swoim szczęściu.

Losowanie przebiegło drogą tradycyjną, czyli losy papierowe w urnie:



Moja ręka odziana w ZŁOTY sygnet ( o nim będzie jeszcze osobny post, bo to też fajna historia) wyciągnęła  z miseczki zdobnej w pyszności ( w końcu to CANDY) spośród 70 losów ten jeden jedyny szczęśliwy:



i wszystko jasne! Zwycięzcą Złotego Jesiennego Candy została...


Emade! Serdeczne gratulacje!!!!!
Madzia -Emade napisała mi w mailu o 7:03 rano ( kto wstaje w sobotę o takiej godzinie?):
"O Mateńko Kochana,
od świtu taka niespodzianka!! HURA!!!!!! Nawet nie wiesz, jak się cieszę!!! Dziękuję, dziękuję, DZIĘKUJĘ!!"


Nie ma to jak radocha o poranku :)

Bardzo serdecznie i gorąco dziękuję wszystkim 70 osobom, które wzięły udział i włączyły się do zabawy.Przemiło było czytać wasze komentarze ! Szczególnie spodobały mi się  teksty ani_ry oraz ka. strzalki - przeczytajcie  raz jeszcze!

Jaki morał z tego (i chyba każdego) candy?
- z dawania jest większa radość niż brania - doświadczyłam!

- można poznać całą kupę fajowych ludzi z kraju i z 'zagramanicy', którzy robią fajne rzeczy lub piszą na swoich blogach na superciekawe tematy. Zwiedziłam prawie wszystkie wasze blogi i bardzo mnie to zainspirowało! Z serca dziękuję! I polecam odwiedziny innym!

- zwiedzając można dopisać się do candy organizatorów, co ja osobiście uczynię już wkrótce, bo na razie nie nadążam za własnym życiem, o zaległościach na blogu nie mówiąc...

- można zorganizować własne candy :)))), do czego gorąco zachęcam i dziękuję za zaproszenia na candy, które już dostałam

- można się fajnie bawić! Ciary były - przyznajcie :)

Toteż u mnie niedługo ( w okresie okołobożonarodzeniowym - 22 literowe słowo!) kolejne cukierasy, na które z góry zapraszam.

Mam nadzieję,że to candy dało wam tyle radochy, co mnie!

Po ukończeniu tego postu do każdego uczestnika zostanie wysłana nagroda pocieszenia, czyli specjalny PPS. Miłego odbioru! Jeśli będa jakieś kłopoty z odbiorem obrazu lub muzyki -piszcie. Nad produkcją czuwał mój małż, więc raczej nie powinno być niespodzianek technicznych, ale wszystko się może zdarzyć niestety.

Pozdrawiam i życzę miłego spokojnego wieczoru!

Special thanks and greetings from Cracow for Inga from Budapest - I hope you will like the PPS presentation, if you won't understand the poem, which is unfortunately for you in Polish, please let me know - I will translate it into English for you.

poniedziałek, 10 października 2011

Trochę ciepła na jesienne chłodne dni

I to różnorakiego. Ale po kolei.

Najpierw dziękuję Ani za poczęstowanie mnie przepysznym makaronem po tunezyjsku, który zapragnęłam natychmiast zrobić sama, jak tylko go skosztowałam. Przepis przywieziony z Tunezji przez szwagierkę Ani. Efekty na zdjęciu.
Makaron wykonany w sobotę w godzinach popołudniowych, niestety dotrzymał tylko do niedzieli do godzin rannych, tak że zdjęcia tylko w sztucznym świetle :)))


Porcja na 4-5 osób
- paczka makaronu trzykolorowego
-4-5 pomidorów ( ja dałam jedną puszkę krojonych i jedną puszkę gęstego przecieru)
- 5 ząbków czosnku
-1/2 słoika czerwonego pesto
- papryka kolorowa surowa - 2 zielone, 2 żółte, 1 czerwona
- 20-40 dkg salami ( umnie paprykowe, może być chorizo)
Czosnek obrać, pokroić drobniutko lub przecisnąć i podsmażyć na 1 łyżce oliwy. Dodać pokrojone w kostkę lub półplasterki salami.Podsmażyć. Dodać pokrojone w paski papryki i podsmażyć do zmięknięcia warzyw. Pomidory sparzyć i obrać ze skóry. Pokroić na kawałki usuwając pestki.Dorzucić do patelni ( ja w tym momencie dałam 2 puszki). Dodać pół słoika pesto, wymieszać i smażyć jeszcze trochę do zgęstnienia.
Ugotować makaron.Odcedzony dorzucić do sosu z warzywami. ( może być potrzebny duży gar, bo na patelni się już nie zmieści, chyba,że weźmiemy mniej makaronu).
Wymieszać. Doprawić do smaku.
Ja dodałam chili i bazylię, jako,że lubię pikantne dania. Podawać na ciepło. Najlepiej smakuje odgrzane, jak się wszystko przegryzie. MNIAM!!!!!!

Przepis jest boski!!!! Proszty i przepyszny. Ania posypała mi jeszcze danie serkiem i zrobiła go z białego makaronu penne. Oryginalnie jest z trzykolorowego, jak u mnie, ale może być chyba każdy rodzaj, jaki lubimy.
Wspaniałe, bardzo kolorowe, sycące i rozgrzewające danie!!!! Spróbujcie koniecznie!

W sobotni wieczór naszła mnie moja przyjaciółka Anita i w końcu opowiedziała mi o swojej wakacyjnej wyprawie do toskańskich Włoch. Ech. Okolice piękne. Pogoda cudna. W Toskanii każdy jest artystą! Byłam i ja kiedyś, a teraz świetnie oglądało mi się artystyczne zdjęcia Anity. Koniecznie zobaczcie je tutaj. w formie pokazu slajdów.
Dodajcie jeszcze muzyczkę, np. Jesień Vivaldiego i jazda!
Polecam! Zapierają dech i wzmagają marzenia o włoskim słońcu:)

Dostałam piękne prezenty, o których jeszcze będzie. Najlepsze,że zostały zapakowane w taką torebkę:


Jak widać nazwisko Bartolini trzyma się dzielnie w czołówce od czasów nieśmiertelnego Bartolomeo - herbu Zielona Pietruszka  z książek S. Pagaczewskiego :)

Anita przywiozła mi przepyszne herbatki, jedną z nich byłą tzw. herbata kwitnąca.
Słów o niej kilka. Kto nie pił i nie widział tego widowiska, niech koniecznie spróbuje. Jest to jedna z fajniejszych rzeczy, jakie widziałam.

Tu film:


Najlepsze jest to,że każda jest jedyna w swoim rodzaju, ręcznie robiona. Są różne kolory kwiatów. Napar jest delikatny, o bardzo jasnej barwie ( herbata jest biała ) i wyjątkowo łagodnym smaku. Można je kupić na allegro, w sklepach internetowych i w lepszych herbaciarniach. Moja pochodzi z Galerii Krakowskiej z Five O'clock Tea.Uważam,że to świetny prezent dla kogoś bliskiego, na pewno dla kobiety, którą kwiat ucieszy, albo bez okazji na plotki w małym gronie. Najładniej zakwita w dużym szklanym dzbanku 'kawalerze', gdzie dokładnie ją widać. Długo naciąga, dlatego warto poczekać podgrzewając dzbanek tealightem.
Moja wyglądała tak:


Chcę jeszcze polecić nowość Herbapolu - rozgrzewający syrop do herbaty na jesienne smuteczki -imbir z cynamonem i goździkami .  Po kilku dniach została mi 1/3 :)
zdjęcie stąd

Pozdrawiam gorąco wszystkich, zwłaszcza stałych czytelników!



Coś dla ducha

Asia u czestniczyła przed Wielkanocą w świetnych rekolekcjach ks. Wojciecha Węgrzyniaka na temat związków, które bardzo mi polecała. W końcu ( o wiele za późno!) zabrałam się za ich odsłuchanie.
Krótkie a bardzo treściwe konferencje, świetnie powiedziane współczesnym językiem, z poczuciem humoru i przede wszystkim z ogromną troską o słuchacza.Mądre, proste, oczywiste. Temat bardzo ważny, jeśli nie najważniejszy potraktowany bardzo szeroko - związki wszelakie i nasza zdolność do ich tworzenia. Świetne. Bardzo dają do myślenia. Warto posłuchać o każdej porze roku. Szczególnie teraz.
Znajdziecie je TUTAJ .

czwartek, 6 października 2011

Habent sua fata libelli

Piękny dzień za mną. Co prawda słoneczka nie za dużo, ale wrażeń mnóstwo!

Rano zdążyłam zamienić kilka słów z Patrycją, która dowozi synka do przedszkola z daleka i cud,że nie rozjechały nas auta na ulicy.
Po śniadanku w ikei nazbierałyśmy z Anią trochę kolorowych liści,żeby zanieść Jesień pod strzechy. Pod moją powstał bukiet do salonu, pod Ani - jeszcze nie wiem:)



Po przedszkolu - mini przedszkole  w moim ogródku, szkoda,że nie zrobiłam zdjęć, bo odwiedziły nas Ania z Izą i Monika z Mają. Ale była zabawa!

I jeszcze długa kawa z Danusią, która opowiadała o swoich bliższych i dalszych planach...

Korzystam z takich luźniejszych chwil, bo niedługo przede mną nowe wyzwania - wszystko oczywiście opiszę.

Najciekawsza historia przytrafiła mi się podczas kserowania ważnych dokumentów. Poszłam zajrzeć na półkę z tanimi książkami i zainteresowała mnie mała fioletowa książeczka.


 Przeglądnęłam, stwierdziłam,że po angielsku, więc na pewno się przyda, bo podszlifuję, nabyłam za zawrotną kwotę 1 PLN, wsadziłam do torebki i poszłam odebrać Jaśka.
Przyglądnęłam się jej dopiero godzinę temu i...okazało się, że nie jest taka zwykła!


Nie dość,że znam imię poprzedniego własciciela ( jak widać na zdjęciu próbował podpisać egzemplarz), to jeszcze książka jest czymś w rodzaju kalendarza, w którym każdego dnia można przeczytać coś fajnego! Najlepsze,że jest to terminarz na rok 1994, który własnie w bieżącym roku jest tak samo aktualny! Mogę go czytać codziennie na bieżąco i będzie pasował do mojego dnia!
Jeśli pozwolicie, będe czasami zamieszczać cytaty, bo są naprawdę wyjątkowe. Trochę staroświeckie miejscami, trochę sentymentalne, a czasami zadziwiające. Ma też w środku kilkanaście pięknych zdjęć.
Dziś trzy osoby pytały mnie jak znajduję czas na wszystko co robię, skąd czerpię energię, jak mi się kilka rzeczy udaje. Oto cytat z tej małej książeczki , właśnie z dnia dzisiejszego - 6 października, który jest odpowiedzią. Miłej lektury wszyscy językoznawcy!



Bardzo dziękuję za wszystkie dzisiejsze spotkania - ucieszyły mnie bardzo i dużo wniosły!

Także spotkanie z lekturą. Tytuł posta to w tłumaczeniu " książki mają swój los, ulegają swojemu przeznaczeniu". I ja cieszę się,że trafiłam na mały skarb, mała historię.
Jeszcze jeden dowód na to, że nie ma przypadków, tylko niespodzianki i za przysłowiową złotówkę można kupić bardzo dużo :)))))




środa, 5 października 2011

Pierwszy dzień Jana w przedszkolu

Minął lepiej niż myślałam. Rano po przebraniu butów na kapcie usłyszałam tylko - idź już mamo!
Nie trzeba było mi dwa razy powtarzać. Wróciłam do domku, a tam... błoga cisza! Spokojnie wypita najpierw kawa , a potem herbata dla podkreślenia wagi chwili...Ech.
Sielanka skończyła się o 15:00, kiedy odbierałam dziada. Zmęczony, ale szczęśliwy wrócił i spokojnie...odreagował stres na Staszku kopiąc i gryząc. Cóż. Z perspektywy trzeciego dnia jest lepiej. Oby do wiosny!



A na razie jeszcze jesiennie w ogrodzie i ostatnie promyki słońca:



Słyszałam w prognozie, że w piątek śnieg z deszczem, ale telewizja kłamie :)

wtorek, 27 września 2011

Zachwyciłam się...

piosenką , którą znalazłam na wirtualnym odtwarzaczu mp3 na blogu u Qrki - dziękuję!
Od razu wpadłam na pomysł,żeby założyć sobie własny i puścić na nim to, co lubię:)))

Słuchając i oglądając postanowiłam sięgnąć po film. Historia idealna jak na romantyczną komedię, trochę baśniową, dobrą na sobotni luźny wieczór. Pewnie wszyscy ją znają, bo film "Kate&Leopold " jest dosyć często powtarzany w tv. Film jak film - oglądnąć można. Ale piosenka...nie może mi wyjść z głowy!
Uwielbiam walce! Naprawdę piękny i prosty tekst o ludziach, którzy  świata poza sobą nie widzą. Choć ze znanymi metaforami, jednak nadal wzrusza w towarzystwie spokojnej melancholijnej muzyki wykonywanej przede wszystkim przez 'duszoszczypatielną' sekcję smyczkową, gitarę autora i delikatne dźwięki trójkąta, a może to jest bijący kwadransy na kominku stary kurant becker? Te wyznaczające rytm delikatne uderzenia są jak bijące serce tego utworu.

Poszukałam trochę o historii piosenki na tej stronie :

W 2001 roku Sting otrzymał od Jamesa Mangolda, reżysera Przerwanej Lekcji Muzyki, propozycję napisania piosenki promującej jego najnowszy film Kate i Leopold z Meg Ryan i Hugh Jackmanem w rolach głównych. Film był trochę baśniową komedią romantyczną, dlatego piosenka miała być lekka, przyjemna i o miłości. Aby osiągnąć taki efekt kompozytor sięgnął po nieco zapomniane już metrum trzy-czwarte tworząc śliczny walc pod tytułem Until. Utwór ten miał być panaceum na rozpacz, jaką wywołały zamachy z 11 września. Niezwykła aranżacja i piękny tekst zapewniły sukces tej piosence. Ukoronowaniem tego sukcesu okazała się kolejna z rzędu nominacja do Oscara oraz statuetka Złotego Globu dla najlepszej piosenki filmowej roku 2001.
Przegrał jednak z utworem z filmu 'Potwory i spółka ' -"If I Didn't Have You" Randy'ego Newmana. Uważam ,że niesłusznie .

Wklejam odnośnik do strony z wideo i tekstem i niżej moje skromne tłumaczenie - kalekie, ale jak to zawsze z językiem obcym bywa - tłumaczenie wierne nie jest piękne, piękne nie jest wierne :)

Gdybym świat skrył w butelce
I wszystko w świetle księżyca zamarło by
Czy bez twojej miłości słałby blask?
Gdybym miał Arystotela serce
I rozum i znał tajemnic szyfr
Z twoją miłością w mym sercu co by trwało tak?

W twoich ramionach gdzie świat przestał kręcić  się
Sny  mają spełnić się
i ważny jest w tańcu ostatni obrót stóp
W twoich ramionach wszystko jest proste jak znak
Żadnej rzeczy nie lękam się tak
Jak tego momentu gdy bliski tańca kres…

Gdybym świat skrył w klepsydrze
Osiodłał  księżyc tak by ruszył w dal
Dopóki gwiazdy ślą swój blask, dopóki…

Kiedyś spotkasz wybraną
I wszystko wkoło zmilknie nagle tak
Że aż poczujesz dotknięcie misterium
W świetle nocy  wszystko rozbije się w pył
A ty czujesz że już ją dobrze znasz
Najstarsza historii lekcja w imperium

W twoich ramionach gdzie świat przestał kręcić  się
Sny  mają spełnić się
i ważny jest w tańcu ostatni obrót stóp
W twoich ramionach wszystko jest proste jak znak
Żadnej rzeczy nie lękam się tak
Jak tego momentu gdy bliski tańca kres…

O, gdybym świat skrył w klepsydrze
Osiodłał  księżyc tak by ruszył w dal
Dopóki gwiazdy ślą swój blask
Dopóki czas zatrzymał nas, dopóki…

W tym samym czasie mieliśmy jeszcze szansę podziwiać ciekawą interpretację dawnego hitu The Police (napisanego przez Stinga) Roxanne. Utwór tym razem pod tytułem El Tango De Roxanne w wykonaniu Ewana McGregora, Jose Feliciano oraz Polaka (!) Jacka Komana pojawił się na ścieżce dźwiękowej do filmu Moulin Rouge! Ta przesiąknięta namiętnością piosenka w rytmie tanga przez niektórych uznana została za najlepszą na całym albumie.
Obu możecie posłuchać na tym blogu włączając głośniki.

Miłego odbioru i wpadnięcia w zachwyt życzę!

Ognisko

Zaplanowane, oczekiwane, odbyło się zgodnie z tradycją w ostatnią sobotę września.

Pogoda - wymarzona ( dobrze jest zamówić wcześniej odpowiednią,ale w tym roku udała się cudnie): nie za ciepło, nie za zimno, w sam raz na siedzenie do słoneczka, pieczenie czego popadnie i wdychanie uzdrowiskowego powietrza.

Jak zawsze bywało, kto chciał wziąć udział przynosił coś dobrego, więc na stołach mieliśmy oczywiście pieczyste ( różne kiełbaski, kurze udka) specjalność cioci Celiny czyli śliwki i czosnki owinięte boczusiem ( mniam! zniknęły w minutę) i łososia.Były przeróżne sałatki na zimno - tradycyjna jarzynowa, z brokułami i chińskim makaronem, ryżowa z sałatą i orzechami oraz dwie zapiekanki na ciepło - ziemniaczano-kiełbasiana i brokułowa. Nie zabrakło pysznych ciast ( a własciwie zabrakło, bo jak na koniec chciałam spróbować, to nawet okruszków nie było, co tylko wspaniale świadczy o pieczących i apetycie jedzących): sernik, dwie szarlotki, placek ze śliwkami i tortowiec.Specjały domowe przywiozła nam rodzinka M.: dżem z mirabelek, sok z porzeczek ( lokalnych!), wino i cukinię na ostro- wszystko wytwory rąk włąsnych.

Kto chciał siedział sobie i wystawiał co mógł do słonka, gadał z kim mógł, bo jedna z niewielu okazji, żeby się spotkać. Jedni przychodzili, drudzy wychodzili i nikomu się nie spieszyło, bo właściwie dokąd?

Było kilka nowych świeckich tradycji, które może sie przyjmą czyli podpisywanie kubeczków, żeby nie zużywać ich tonę, wybieg z dużymi i małymi zabawkami dla najmłodszych.


Wszystkie dzieciaki duże i małe wariowały jak szalone...


...bo wybieg duży, pogoda cudna...była i zabawa w chowanego i kopanie piłki i szaleństwa z piłeczkami w basenie, a jako słodka niespodzianka w porze kolacji - czekoladowa fontanna z owocami i piankami do zanurzania.Widok ryjków całych w czekoladzie- bezcenne!


Ze znanych i lubianych były ziemniaki z małym masełkiem dla każdego chętnego, grupowe zdjęcie uczynione dokładnie o 16:00 i od razu wydrukowane i włożone w ramki dla każdej rodzinki, zdjęcie dzieci na schodach- tak jak 20 lat temu , tylko dzieci teraz było więcej :)))
Zwierzęta - czyli miejscowe koty Zuzia i Śnieżka oraz przyjezdny pies Piksel również miały swoje pięć minut, a właściwie nie tyle prezentację, co pełną michę non stop, bo ileż można samemu jeść?

Przede wszystkim byli goście - ci najstarsi i najmłodsi,ci wierni i niewierni. Nie wszyscy mogli z różnych przyczyn( najczęściej zdrowotnych niestety), ale tak bardzo ucieszyliśmy się z dawno niewidzianych - Pani Stasi, wujka Ryśka z żoną, i bardzo bardzo z Olusi z Tatą, której udało się dotrzeć. O Olusi i pomocy dla niej tutaj - koniecznie przeczytajcie i w miarę możliwości pomóżcie!


Goście tworzyli wspaniała leniwą atmosferę, pełną wspomnień i wiadomości o tym, co u kogo. Chyba wszyscy wspominali Głównego Organizatora Wicka, którego nie ma już między nami, ale na pewno patrzył z góry i chyba się uśmiechał :)


Było dużo radości, uśmiechu, spokojnego wypoczynku i pozytywnych fluidów, które na takich zjazdach okazują się najważniejsze i niezbędne.
No i piękny początek jesieni w tle i na pierwszym planie.



W dzisiejszym zabieganym świecie takie dni, spotkania okazują się rzadkimi perełkami, które potem przywołujemy z ciepłem w sercu. Ogromna szkoda,że nie ma już świata mojego dzieciństwa, w którym Kurdwanów zajmował ważne miejsce właśnie jako miejsce spotkań i pełnego dziecięcego szaleństwa.

Tym bardziej tego ogniska nie mogłam się doczekać i z wielką radością przygotowałam, co mogłam.
Oczywiście nie sama.Gospodarzem i głównym sponsorem była moja siostra, bez której udziału, wkładu pomocy i organizacji impreza by się nie odbyła. Wielkie DZIĘKUJĘ dla niej i dla
- wszystkich którzy przynieśli pyszne jedzonko i picie, bo zaiste było pyszne!
-Rodzince M. za udostępnienie zabawek dla dzieci
-Rodzince K. za udostępnienie czekoladowej fontanny i pysznego ananasa
-Kasi M-K, Kasi S.,Stryjowi Wojtkowi, stryjowi Jackowi i wszystkim fotografom za robienie zdjęć
-Dorocie za wykoszenie terenu
- Dominikowi i Maćkowi za dmuchanie zabawek
- sąsiadce za robienie napojów gorących
-Magdzie i Justynie za pomoc przy drukowaniu i oprawianiu zdjęć
- Justynie dodatkowo za mycie garów
-wszystkim ,którzy obsługiwali grilla i obsługiwali innych
- ogólną samopomoc chłopską
- wszystkim ( w liczbie gości ogólnej 48) za wszystko,a przede wszystkim za tworzenie fajnej atmosfery
- Ostatnim uczestnikom, którzy nie wiem kiedy pojechali, bo ja wyjechałam o 20:00. A wiadomo, że najlepiej siedzi się w noc przy ciepłym piecu i ogniu.


Wielkie pozdrowienia dla cioci Zosi, która tak bardzo chciała być i tak bardzo nie mogła - za rok liczymy na wejście specjalne!

Bardzo zabrakło mi Ojca. Bardzo zabrakło wspólnego śpiewu - może nikt się po Mistrzu nie chciał wychylać  i majestatu się wzdragał? W przyszłym roku to nadrobimy! Bo pomysły na następne ognisko już są! A pogodę zamawiam na następny rok już dzisiaj. Tak na wszelki wypadek.

P.S. Tutaj Galeria zdjęć.Pełna relacja fotograficzna zostanie umieszczona na naszej rodzinnej stronie tu - zdjęcia dostępne po zalogowaniu. Zaglądajcie tam często!

piątek, 23 września 2011

Teraz czytam...Ludzie na walizkach - nowe historie

Książka przeczytana już z miesiąc wcześniej, post wstawiam w tzw. wolnej chwili, czyli teraz. Teraz też nie jest wolne, ale po ostatnich doświadczeniach z Jaśkiem nauczyłam się ,że nie ma na co czekać i wolnych chwil będzie coraz mniej.

zdjęcie stąd


Lubię Hołownię. Jako autora książek i felietonów w różnych gazetach, jako prowadzącego 'Mam Talent', jako człowieka. Bardzo podoba mi się to ,że stara się nie być płytki, ma ogromne poczucie humoru, o sprawach dotyczących duszy mówi językiem współczesnym i prostym jak konstrukcja cepa i w tym wszystkim pozostaje sobą.

"Ludzie na walizkach" - czytałam część pierwszą i drugą - obie serdecznie polecam.Prawdziwe historie ludzi zwykłych i popularnych, ich zderzenia z osobistymi tragediami, trudnymi wyborami, śmiercią najbliższych, ciężka chorobą. Historie- rozmowy niezwykłe, pełne wzruszeń po obu stronach - pytającego i pytanego. Poruszają najdelikatniejsze struny naszego ja, mówią często o takich sytuacjach, które chcemy zapomnieć.Piękne i prawdziwe opowieści o codziennym życiu niezwykłych ludzi, od których można nauczyć się, co to znaczy żyć naprawdę.

Bardzo poruszyły mnie szczególnie dwie - żony zmarłego aktora Macieja Kozłowskiego i żyjącego Tadeusza Brosia ( kto nie oglądał Teleranka?).Kozłowski lubił różne złote myśli i aforyzmy. 
Niech dwa cytaty z jego kolekcji będą zachętą do przeczytania tej wspaniałej,ważnej i absolutnie niezwykłej książki :
'Muzyka nie jest z fortepianu' oraz 'Żyje się dla kilku spotkań i paru wzruszeń'.

Książkę nawet we fragmentach przeczytać! o tutaj.
A  tu informacje.

czwartek, 22 września 2011

Teraz czytam....Grocholę!

Postanowiłam zacząć, bo były już filmy, wywiady i w tv tańczyła, a ja nic na jej temat.Cała Polska wszystko wie, a ja jak ta sirota. Za przedostatnim pobytem w szpitalu nabyłam na kauflandowej półce "Zielone drzwi", a za właśnie zakończonym pobytem j.w. w małej księgarni "Makatkę" - dwie ostatnie książki Grocholi.

Ogólnie - jestem zachwycona tymi, które wymieniłam!!! Przeczytałam też "Kryształowego Anioła", ale oceniam słabiej. Na razie o hitach.

"Zielone drzwi"
zdjęcie stąd

Książka doskonała pod każdym względem- formy i treści. Formy, bo w którym miejscu się jej nie otworzy, orientujemy się natychmiast i wiadomo o co chodzi. Treści, bo to spory zbiór wspomnień z różnych okresów życia, ułożonych chronologicznie, niby autobiografia, ale nie tylko.
Brzmi bardzo górnolotnie, ale czyta się rewelacyjnie.
 Jak zaznacza autorka, wszystkie historie opisane w książce są prawdziwe. I może właśnie dlatego już nie pamiętam, kiedy tak się śmiałam czytając książkę i kiedy tak naprawdę pomyślałam o kilku ważnych życiowych sprawach. Opowiedziane historie dotyczą codziennego życia -dzieciństwa, rodziny, ludzi, zwierząt, zapamiętanych zdarzeń, pracy w różnych miejscach, rozmów z różnymi ludźmi i co z nich wynikło.Są miejscami tak niezwykłe, że muszą być autentyczne, bo nikt by tego nie wymyślił.

Każde zdarzenie, o którym piszę, miało miejsce. Każda osoba, o której piszę, istniała naprawdę. Każda moja miłość była prawdziwa.
To jest moje życie. - pisze Grochola.

Lektura zdecydowanie na poprawę nastroju i jesienny spleen. Pisana lekkim, swobodnym piórem, z ogromnym poczuciem humoru i zmysłem obserwacyjnym. Kilka historii tak wryło mi się w pamięć, że trudno będzie je usunąć i dobrze, bo co sobie przypomnę, to wybucham śmiechem ( zwłaszcza o wujku Lonku, Pueri sursum aves i Polką żeś...- to dla tych co już czytali).Niezwykła jest też historia tytułowych zielonych drzwi.

Swój egzemplarz jeszcze w szpitalu dałam Iwonie - mamie malutkiej Lenki, którą serdecznie pozdrawiam! Na pewno chcę mieć drugi własny.
To książka wielokrotnych powrotów!Dla mnie pozycja obowiązkowa - polecam, polecam, polecam!!!!
Kilka informacji o książce tutaj.

Druga, która mnie położyła na łopatki to "Makatka".

zdjęcie stąd

Swoista rozmowa matki Katarzyny Grocholi z córką Dorotą Szelągowską.
Felietony ułożone w kalendarz od września do września, ilustrowane zdjęciami z rodzinnych albumów.Jedna pisze tekst, druga tekstem odpowiada. Dwie różne osobowości, dwa style, to samo poczucie humoru. Opisywanie tej samej historii z punktu widzenia dwóch osób.

Trochę o najbliższych, trochę o tym, co w życiu robią, ale przede wszystkim o wyjątkowej więzi matka- córka. Fajne jest to, że nikt tu nikogo nie udaje.Grochola jest 'tą wielką pisarką' a jej córka 'tą żoną Adama Sztaby - muzyka', a równocześnie są dwiema świetnymi babkami, które po przeczytaniu chciałoby się poznać osobiście z dobrodziejstwem inwentarza.

Choć zupełnie inna kompozycyjnie od "Zielonych drzwi", bardzo do nich zbliżona - błyskawicznie poprawia nastrój, wciąga. Te historie po prostu chce się czytać i opowiadać innym.Jeszcze o książce tu.

Obie książki uznaję za dobre do wręczenia na każdą okazję, bo zdecydowanie przyczyniają się do poprawy zdrowia psychicznego przez śmiecho- i wzruszenioterapię.

My w 'Niedzieli'

W ramach ostatniego wychodnego zawitałam w gościnne progi Gosi i przegadałam z nią do prawie 2 nad ranem. Ja jako sowa zniosłam to świetnie, za to skowronek Gosia już nie tak fajnie...
Nasze wieczorno-nocne Polek rozmowy zaoowocowały artykułem w tygodniku Niedziela ( wydanie małopolskie, numer 39 - aktualny), gdzie można poczytać o mnie i mojej rodzince.Zapraszam do lektury!
Choć czasopisma raczej nie czytam, zawsze to prasowy debiut. Poglądów się nie wypieram, zdjęc też, a kariery okładkowej i ogólnoprasowej i tak nie zrobię. A jednak miło zobaczyć bliskich w gazecie! Jaśkowi się strasznie podoba:)


Dziękuję Gosi za cierpliwość i za to, że przerywała mi od czasu do czasu i jeszcze nakarmiła pyszną kolacją i deserem!

Znowu szpital :(

Niespodziewana wizyta w szpitalu z Jaśkiem przerwała przygotowania do urodzin Pucy ( czyli Staszka). Właściwie wszystko było gotowe. Nawet Peppa na tort i prezenty. Niestety Jasiek wygrał, bo z 40 stopniami celsjusza się nie dyskutuje... W przyszłym roku nic mu nie powiemy do ostatniej chwili, żeby się nie zorientował :)
Atmosfera w szpitalu super, bo wszyscy nas już znali z poprzednich pobytów i cieszyli się na widok Jaśka. Zwłaszcza Babcia Ziutka, którą serdecznie na łamach pozdrawiamy.
Widoki z okna sali głęboko nieciekawe, z okna kuchni lepsze:


Były oczywiście zabawy w chowanie się we windzie ( z Karolem) i gdzie popadnie ( szafka 35x35x35):



I jeszcze jedna historia, która przekonała mnie,że
a) warto miec paranoję na punkcie zdrowia własnych dzieci
b) pozory mylą
c) w przyrodzie nie ma przypadków
d) inne

 Przypadek Alanka.
Alanek trafił późnym wieczorem do szpitala, ponieważ po kolacji postanowił dojeść sobie coś słodkiego i padło na całe opakowanie dużych granulek homeopatycznych. Właściwie nic groźnego. Zrobili mu płukanie żołądka, podłączyli do kroplówki i zostawili na standardowe 3 dni. I nie byłoby w tym nic dziwnego, ale
- nigdy nie widziałam tak dużego dwulatka ( w czerwcu skończył)- ważył 27 kilo, był wyższy o 2 głowy od mojego Jaśka ( 90 cm) i numer buta 28.Mówił całymi zdaniami. Jadł za 2 moich chłopaków i męża razem wziętych.
- po zrobieniu badań lekarz prowadząca długo nie mogła uwierzyć w wyniki morfologii i zleciła ją jeszcze 2 razy
-dziecko NIGDY w ciągu 2 letniego życia nie miało robionych żadnych badań, więc nie było materiału porównawczego.
Co się okazało? Ten wyjątkowy okaz zdrowia miał wrodzoną anemię! Jego krwinki czerwone były mniejsze niż ustawa przewiduje i miał spore niedobory żelaza, co oczywiście można było leczyć już wcześniej. Ukłony dla pediatry prowadzącej Alanka.
Morfologia kosztuje 8 zł.
Bez komentarza.
W związku z październikiem- miesiącem różowej wstążki i badań wszelakich zachęcam do nabrania paranoi w stosunku do siebie i zrobienia wszystkich tych badań i odbycia wszystkich tych wizyt lekarskich, przed którymi uciekamy przez ostatni rok. Tak na wszelki wypadek.
A do szpitala się nie pchajcie. Poszliśmy z jednym, a wróciliśmy z drugim- bonusowym katarem i kaszlem, bo zaczął się sezon na gruźlików( czyli zapalenia płuc) i pierwsza liga już poległa.
Dużo zdrowia wszystkim!

Motto roku

Zobaczyłam go na tablicy obok kościoła idąc ze Stanisławem na spacer i od razu wiedziałam, że to coś czego szukałam.
Krótkie. Treściwe. Mądre i zawsze na czasie.W każdej sytuacji i dla każdego. Zaraz pożałowałam, że to nie ja wymyśliłam :)
Wydrukowałam więc dla siebie i dałam komu mogłam w ramkach. Dla kogoś tam zabrakło ramki, ale i tak dostał.
Historia tego tekstu- modlitwy tutaj.
Poniżej sam tekst - do skopiowania dla wszystkich zainteresowanych, do powieszenia sobie najlepiej tam, gdzie będziecie go mieć często przed oczami, np. w kuchni lub miejscu pracy.
Ważny, potrzebny i do częstego powtarzania. Działa! Polecam!


 Boże, użycz mi pogody ducha,
abym godził się z tym,
czego nie mogę zmienić,
odwagi,
abym zmieniał to, co mogę zmienić,
i mądrości,
abym odróżniał jedno od drugiego.


czwartek, 15 września 2011

Sushi

Nadrabiając zaległości towarzyskie wylądowałamz Justyną w restauracji ZEN na ul. Tomasza na sushi.
Gdzieś tam kiedyś się próbowało, niewiele pamiętałam, raczej nijako kojarzyłam.
Dowiedziałam się,że jeśli już , to własnie tam. I nie żałuję!

Restauracja bardzo oryginalna - parter z sushi-barem z pływającymi drewnainymi łodeczkami, na których danie przypływa do klienta, z kaskadą białych kwiatów na ścianie oraz piętro ze stolikami i zamkniętymi 'salkami' ze ścianami z papieru ryżowego.
W takiej salce właśnie się ukryłyśmy. Nie jestem przyzwyczajona do siedzenia na podłodze,i choć poduch było wiele, moja skolioza dała mi się mocno we znaki...
Bardzo elegancko nakryty stół zarówno niski ( nasz) jak i pozostałe normalnej wysokości. Podwójne sztućce - drewniane pałeczki iklasyczny nóż i widelec do ryb, żeby nikt nie miał kompleksów i potrafił zjeść. Na każdym stoliku sos sojowy, który można nalać sobie do specjalnego płaskiego korytka. Do każej porcji ostry chrzan wasabi i płatki marynowanego imbiru.

I to jedzenie...coś absolutnie przepysznego!!!! Dawno nie jadłam czegoś tak oryginalnego, świeżego ( przyrządzane przy kliencie, warto czekać!!!!), pysznego.
W karcie jest bardzo dużo pozycji i wszystkie wyglądają bardzo smakowicie. Najdłyśmy się solidnie 3 ( słownie: trzema) dużymi talerzami różnych rodzajów sushi, w tym ostatnim przyrządzonym jako niespodzianka i on jest na zdjęciu. Kawałki znikały tak szybko, że otrzeźwiałyśmy dopiero pod koniec i postanowiłam je jednak uwiecznić :)
Do picia herbata sencha - oczywiście w japońskich czarkach i imbryku.Pyszna, łagodna, pięknie pachnąca.

Chwalę też bardzo miłą i uczynną kelnerkę, z którą sobie miło pogadałyśmy.

Nic dodać, nic ująć. A właściwie to dodać, bo mam nadzieję,że jeszcze tam zawitam? Może znowu ktoś mnie zaprosi na te pyszności?
Bardzo polecam na świętowanie jakiejś okazji i bez okazji!

Powakacyjny sabat domowy

Tym razem u mnie.
Po czasie dłuższym niż wakacje, z nowymi pomysłami i nieustannie otwartymi buziami ( od gadania ) i oczami ( od rozglądania się wokół ) zasiadłyśmy na kanapie,żeby się odpowietrzyć.
Na głodnego idzie średnio, więc tym razem wymyśliłam coś, co cały sierpień chodziło mi po głowie - pitę.
Darzę ją uwielbieniem wielkim. Pyszna prosta, za każdym razem troszkę inna. Wieloskładnikowa i uboga w dodatki. Najlepsza w moich wspomnieniach - ta na dworcu we Wrocławiu ( absolut! ciekawe jaką jakość podają teraz?)



Możliwości nadziania chlebka pity jest bardzo wiele. Polecam , bo to naprawdę dobre i szybkie.
Z braku fachowego podpiekacza wsadziłam gotowe pity ( nabyte drogą kupna w samie) do tostera i przypiekły się tak jak trzeba.

Do środka:

- dużo sosu czosnkowego ( umnie Heinz)
-gotowa mieszanka kolorowych sałat
-pokrojone i podsmażone cieniutkie plasterki dobrych parówek
-kukurydza z puszki
-camembert z grzybami leśnymi ( mniam!) pokrojony w kosteczkę
-plasterek pomidora
-plasterek ogórka kiszonego

Zapodałam herbatkę Liptona - taką jak poniżej - polecam dla lubiących cynamon. Rozgrzewa!


Następnie przy kawie i ciasteczkach miejscowego potentata cukierniczego spędziłyśmy razem cudowny stanowczo za krótki czas, opowiadając sobie o różnościach tego świata.

Tak się zagadałyśmy, że wspólne zdjęcie powstało w ostatnim momencie:


I dobrze, że udało się aparatowi uchwycić chwilę radości ze wspólnego spotkania.

Do zobaczenia dziewczyny!






środa, 14 września 2011

2 x spaghetti

Kto nie lubi makaronu? Niech się lepiej nie przyznaje !
Uczyniłam ostatnio dwa nowe warianty, bo od spaghetti na kiju upłynęło juz baaardzo dużo czasu i pora na zmiany!

WERSJA 1:

- sos pomidorowy- przepis na spaghetti bolognese Winiary ( bardzo dobry, choć zdecydowanie z tych słonych, dlatego mniej słone dodatki)
-oliwki zielone i czarne odsączone z zalewy
- camembert z grzybami leśnymi pokrojony w kosteczkę
- ser gouda pokrojony w drobną kosteczkę :)

WERSJA 2:

sos:
-kiełbaska zwyczajna pokrojona w drobną kostkę i podsmażona na łyżce oliwy z ziołami prowansalskimi ( jak puści tłuszcz- usunąć) , do tego dodać

-gotowy sos do makronu Pudliszki
- oliwki z zalewy czarne i zielone
-odrobina pikantnego keczupu
-przeciśnięty przez praskę ząbek czosnku
- starty żółty ser z dużymi dziurami :)

Oba powyższe zrobić koniecznie i zeżreć natychmiast.

Stanisław jako znany oliwkożerca nie pogardził całą michą, bo jak wiadomo najlepiej je się palcami: