motor

motor
Walentynki są codziennie, tylko my obchodzimy je raz do roku...

czwartek, 16 stycznia 2014

Wariacje z mascarpone

Trochę o boskim serku z tytułu.

Mascarpone doszło do nas zza zamorskich krain parę lat temu, kiedy zaczęła się moda na deser mascarpone. Obecnie używa się go do bardzo wielu rzeczy słodkich i słonych. Ja kilka słów o masach do babeczek, mufinów i tortów.

Coś dobrego i bardzo prostego w kilka minut- to definicja mas i kremów, które robię ( nie wszystkich oczywiście). Na Moich Wypiekach i nie tylko poznałam kilka już przepisów skonstruowanych na podobnej zasadzie, czyli:

50% mascarpone+50% czegoś innego ( dżem, nutella, śmietana 36%)

I tak - w zeszłym roku uczyniłam minimufinki czekoladowe z kremem wiśniowym ( zgodnie z zasadą - mascarpone+dżem wiśniowy niskosłodzony) udekorowane wisienkami z likieru - oj znikły stanowczo za szybko... Tu foto:


Bardzo lubię przekładać torty kremami pt.mascarpone+ dżem niskosłodzony z dużą ilością owoców w środku+ dodatkowo te same owoce mrożone dla dodania owocowego smaku. Nie sposób takiego kremu przesłodzić i można przechować go w lodówce kilka dni. Wielokrotnie takie torty robiłam i równiez znikały bardzo szybko...Uważam, że krem z mascarpone jest lżejszy od maślanego, nie tak tłusty. Oczywiście zależy co kto lubi, bo kremu kawowego ze spirytusem nie przebije żadne mascarpone choćby się bardzo starało!
Połączenie serek+dżem bardzo smakuje dzieciom!

Poniżej wersje kremu : borówkowy i malinowy:


Delikatniejszą wersją jest ubicie śmietany 36% i mascarpone ( w stosunku 2:1), kiedy to powstaje nam delikatny krem i dodanie wtedy dżemu do smaku lub od razu owoców ( delikatnie łyżką!!!!), ale trzeba szybciej taki wyrób zjeść.

Absolutnie najlepszym czekoladowym kremem, który już wielokrotnie wykorzystywałam i opisywałam/linkowałam jest połączenie mascarpone i nutelli ( np. mały słoiczek 230 g+ 250 g mascarpone)- genialny do delikatnych biszkoptowych rolad, ale także właśnie do kruchych tart i babeczek ( takich jak zrobiłam na kolędowanie). Fajnie jest albo podkreślić smak czekolady przez dodanie orzechów ( laskowych lub włoskich) albo skontrastować z kwaśnymi owocami typu wiśnie, porzeczki, maliny, borówki amerykańskie i zwykłe. Kto próbował tego boskiego kremu, to mu ślina cieknie... Tu mufinki z tym kremem i jeżynami+ raz jeszcze ( obiecuję -ostatni) babeczki z kruchego ciasta:




Wypróbujcie koniecznie różne smaki kremów. Wymieszanie mikserem mascarpone z dodatkiem trwa kilka minut, babeczki kruche możemy już kupić gotowe, owoce lub orzechy zawsze się jakieś znajdą i możemy urządzić naprawdę pyszny deser w ulubionym smaku lub podwieczorek dla najbliższych.

Teraz w okresie sylwestrowych domówek polecam właśnie małe słodkie babeczki z kruchego ciasta na 2 kąski. Jestem przekonana,że zasmakują wszystkim!

Do ładnego nadziania/ dekoracji mufinek babeczek, czy czego tam używam specjalnej cebulki z końcówkami tupperware:


Teraz jest w troszkę innym , lepszym kształcie - zobaczcie sobie TU. Jakość wspaniała- kilkanaście lat nic jej się nie dzieje mimo częstego użytkowania i myje się w zmywarce!Naprawdę warta swojej ceny.

Mam też cały zestaw tylek ( końcówek do wyciskania) o różnych kształtach i rozmiarach stosowanych z jednorazowymi woreczkami, ale to dla zagorzałych bardziej:) Dzwonidź, jeźli kto hce po rady - jak było w 'Kubusiu Puchatku'.

Jeśli absolutnie nic w domu nie mamy i nie zamierzamy kupować, to wkładamy krem do woreczka plastikowego ( mocnego), odcinamy róg i wyciskamy masę. Też fajnie wyjdzie!

Koniec wykładu, bo teorii dużo, a praktyka jest banalna. Nie ma co gadać, tylko do kuchni i robić!


środa, 15 stycznia 2014

Porzeczkowiec i babeczki czekoladowe

Czyli wracając do wpisowego na kolędowanie, bo pora na przepisy na coś dobrego.

O babeczkach krótko - krem czekoladowy z mascarpone ( o tym boskim serku i przepisie będzie jeszcze osobny post) na babeczkach z kruchego ciasta i orzechy łuskane przez małża.


Ponieważ czasu nie było za dużo, skorzystałam z gotowych babeczek, które niedawno pojawiły się u nas na osiedlu ( w samie:) i mają wielkie wzięcie, bo opakowanie małe poręczne, gotowe malutkie spody( ok.4 cm) - pyszne i cena żadna ( mniej niż 6 zł).


Nie pałam jakąś ortodoksją w stosunku do ciasta kruchego i francuskiego i jak mogę sobie oszczędzić pracy, to sobie oszczędzam i kupuję gotowe, bo co w końcu kurczę blade ( jak mówił Mikołajek z książek Sempe i Gościnnego).Istnieje na rynku także wersja tych babeczek do nadzień słonych i pikantnych.

Co do porzeczkowca - premiera absolutna. Dostałam jakiś czas temu duży słój od cioci Celiny z boską zawartością porzeczki czarnej w spirytusie. Czekał na swoja kolej i doczekał się, jak tylko na Moich Wypiekach Dorota zamieściła ten właśnie przepis.


Jest z nim trochę roboty, ale zapewniam,że warto. To przekładaniec typu duża blacha, który kroi się na małe kwadraty i podaje jako eleganckie ciastka, tak jak kremówki. Generalnie po jednej porcji wielkości kremówki mamy dość. Ciasto kaloryczne, choć nie przesłodzone i absolutnie nie mdłe. Połączenie wilgotnego czarnego biszkoptu, kultowego już kremu z serka filadelfia i śmietany z mascarpone + dżem porzeczkowy robi swoje. W przepisie możemy nasączać blaty likierem cassis ( którego u nas na wiosce ni hu hu, dlatego dodałam porzeczkę w spirycie), ja nasączyłam je sokiem z czarnych porzeczek i uważam,że bardziej chyba sprawdza się taka kombinacja. Gorzkawe owoce w procentach w połączeniu ze słodkością dają bardzo ciekawy smak i fajny kontrast. Mnie smakowało bardzo, a reszta co jadła, to niech się wypowie:)

Jeśli chcecie kogoś elegancko podjąć i zaskoczyć czymś nowym - polecam.Cieszyłam się,że ciasto szybko znikało ze stołu.Duża blacha spokojnie wystarcza na duża imprezę, czyli kilkanaście -do ok. trzydziestu porcji. Na pewno ten sukces powtórzę i planuję już wkrótce.

Pytanie co ja zrobię jaki mi się boskie porzeczki w % skończą?

wtorek, 14 stycznia 2014

Kolęda Wielicka

Do świeckiej wieloletniej tradycji należy kolędowanie w Wieliczce czyli u Tomka i Gosi (Eumychy). W tym roku wybrałam się jako przedstawiciel ja, bo dzieci poległy zdrowotnie i małż został z nimi bohatersko.

W przytulnym mieszkanku Mamy Gosi zebraliśmy się w kilkanaście osób,żeby pośpiewać kolędy znane i nieznane, zjeść różne pyszności w tym specjalność zakładu ( o czym za chwilę) i po prostu spotkać się w znajomym gronie, bo moc rzadko mamy do tego okazję w zabieganej codzienności. Oczywiście kolędowanie jest także, a może przede wszystkim kolędą faktyczną, bo jest to dzień kolędy parafialnej i czekamy z niecierpliwością na księdza, który dom nawiedza.


Ten czas wielicki, to chwile szczególne - wspomnienia, kiedy razem śpiewaliśmy kolędy i nie tylko w takim czy innym gronie, powrót do koncertów kolęd, które kiedyś w parafii na Azorach się odbywały i ogólnie naszych różnych wspólnych chwil z różnych okazji. Patrzymy na siebie - czy bardzo się zmieniliśmy? (Podobno po dzieciach widać;) Nowa fryzura? Nowy styl? Nowi partnerzy życiowi? Wypytujemy - o pracę, dom, wspólnych znajomych, nasze plany i marzenia... Przypominamy sobie swoje głosy w aranżacjach pieśni...


Mamy wiele wspólnie tamże śpiewanych kolęd ogólnie nieznanych ogółowi, których uczyliśmy się ze starych śpiewników, kaset różnych wykonawców itd. i dla mnie ( i myślę nie tylko) jest ogromną przyjemnością przywrócenie tych kolęd do życia raz jeszcze, bo gdzie indziej takiej możliwości śpiewania ich po prostu bym nie miała. Są skoczne piosenki, są smutne ballady, są dostojne hymny. No bo czy przy waszych wigilijnych stołach śpiewacie np. 'Adeste Fideles'?
Gosia i Tomek mają dla każdego śpiewniki, żeby zaśpiewać nie tylko pierwsze dwie zwrotki, ale wszystkie.

Wygłupialiśmy się też przy okazji co niemiara, bo to przecież nie stypa i przy okazji usłyszałam parę nowych i starych kawałów. Jak zawsze śmiech to zdrowie!

Nie zabrakło chwil zadumy:


Nawiedził nas w końcu ( czekaliśmy dość długo) ksiądz.Pobłogosławił, posiedział, porozmawiał z nami, zjadł pyszności i rozdał nam tradycyjne obrazki:


Na spotkanie wielickie czekamy też z powodu pysznego jedzenia - przynosimy jakieś wpisowe na stół, ale niepobitym królem od wielu lat pozostaje bigos mamy Gosi - absolutnie najlepszy na świecie i kropka !!!


Ja w tym roku przyniosłam porzeczkowca i babeczki czekoladowe, o których w osobnym poście, bo nie chcę tu psuć nastroju.( niżej stół ogólny uginający się od smakołyków-początek uczty)


Gosia wszystkim dziewczynom zrobiła piękne prezenty w postaci ufilcowanych przez siebie kwiatków- broszek - ja wybrałam krokusa:


Patrzyliśmy na synków Gosi i Tomka, śpiewaliśmy sobie i jedli w ciepełku, dobrze nam ze sobą było - żal wychodzić...Niestety do domu trzeba było kiedyś wyjść, bo nazajutrz prace, szkoły, przedszkola...


Już się cieszę na następny rok ( mam nadzieję na nowym mieszkaniu G i T!) a to ciepełko kolędowe i chwile wzruszeń przy wspólnym stole zostaną ze mną jeszcze długo!

Bardzo wam kochani - wszyscy, a zwłaszcza gospodarze wieczoru , w imieniu swoim i wszystkich ( bezczelnie się za pozostałych wypowiem) - DZIĘKUJĘ!!!!




poniedziałek, 13 stycznia 2014

Papryczki obok Rynku

W końcu po długim okresie posuchy lokalowej wybrałam się z Justyną do miejsca, gdzie mnie jeszcze nie było. Współrzędne super- bo w samym centrum obok Rynku, więc dojechać łatwo. Obie miałyśmy blisko;)
Już teraz polecam miejsce wszystkim, którzy chcieliby miło i dobrze, a nie mają czasu zwiedzać wszystkich zakamarków Krakowa, jak się w nim na krótko znajdują oraz wszystkim tym, którzy lubią nowe knajpowe odkrycia.


Otóż lokal 'Papryczki 5' ( www.papryczki5.pl) jest o mały rzut beretem od pomnika Mickiewicza, bo na Mikołąjskiej 5 ( naprzeciwko kultowej pizzerii Cyklop, o której już kiedyś pisałam). Jest to duża trattoria/winiarnia z przepięknym wnętrzem w stylu włoskim, które zupełnie mnie urzekło. I to zarówno wnętrze jako takie ( kremowo-ochrowe ściany, proste stoliki, ciepłe światło) jak i bardzo oszczędne i pomysłowe dekoracje świąteczne w postaci wieńców- podłaźników zawieszonych na kutych lampach. Bardzo stylowe i oryginalne.


Można tu zjeść zarówno zupy,dania z makaronem, ryby, różne rodzaje pizzy jak i dania główne. Są desery i kawa/herbata, są różne wina ( ale to nie mój temat, bo nie piję i się nie znam). Ceny takie jak na Starym Mieście - zobaczcie sami - nihil novi, no ale lokalizacja zobowiązuje.


Zamówiłyśmy to samo, bo okazało się,że mamy bardzo podobny smak. Bardzo miłym akcentem było podanie nam w oczekiwaniu na posiłek 2 rodzajów pieczywa z pyszna pastą z suszonych pomidorów. Mniam! Zupa dyniowa ( polecana), jaka się pojawiła, była prawdziwa poezją i zdecydowanie najlepszą zupą dyniową jaką jadłam! Gęsta, pachnąca, doprawiona curry, imbirem i jeszcze czymś, czego nie wyczułam z pesteczkami dyniowymi,kawałkiem gęstej śmietanki i sezamem... No rozpłynęłam się...


Po czym nadeszła zamówiona kaczka z figami tu zaczęły się schody. Specjalnie zamówiłyśmy danie wymagające (zrobić dobrą kaczkę to prawdziwa sztuka) i niestety naszym wymaganiom kaczusia nie sprostała. Po prostu i już. Sos lawendowy- oryginalny i pyszny, grillowane warzywa dobre, ale mięso- sory winetu. Po co ja tu takie szczegóły wyłuszczam? A no po to,żeby podkreślić jak można coś niefajnego zamienić w fajne dzięki wspaniałej obsłudze. Nasza pani kelnerka bardzo sympatycznie i ciepło traktowała nas od wejścia, nienachalnie i dyskretnie wypytywała o nasze smaki, a jak dowiedziała się,że kaczka nam nie zasmakowała, uzgodniła dla nas 15% rabat w ramach rekompensaty i przepraszała nas długo i wykwintnie. Dla mnie absolutny wzór obsługi od początku do końca- brawo dla tej pani!


Zamówiłyśmy też coś, co rzadko można spotkać w lokalach w Krakowie - kawę z próbkami deserów. Świetna opcja, bo próbuje się trzech słodkości na raz i od razu wiadomo, na co przyjść następnym razem:)
Do kawy ( u nas cappuccino) dostałyśmy tartę cytrynową, creme brulee oraz tiramisu.
Po creme brulee w restauracji  francuskiej'Zakładka' ( pisałam, pisałam...) niestety każdy inny smakuje jak marna imitacja i nic na to nie poradzimy. Tarta cytrynowa była po prostu dobra, za to tiramisu wyśmienite- uczciwie nasączone, delikatne, nie mdlące.


Po takim teście i jak wyżej wymieniłam raczej średnim pierwszym wrażeniu, zdecydowałyśmy,że do lokalu wracamy, bo a)jedna kaczka wiosny nie czyni, b)zupa i tiramisu są grzechu warte ( a i może się okazać,że takich perełek jet tam więcej!) i c) lokal jest piękny ( jeden z najładniejszych w Krakowie!) i ogromną przyjemnością jest w nim spędzić czas w miłym towarzystwie. Niecierpliwie czekam na sezon letni, żeby zwiedzić równie ładnie utrzymany ogródek.


Z informacji technicznych - jest przewijak w łazience i wysokie stołeczki dla najmłodszych.


Znalazłam jeszcze jedną recenzję tego miejsca na innym blogu - poczytajcie i pooglądajcie zdjęcia


Generalnie wysoka komisja poleca i prezentuje do wglądu. Jak będziecie w centrum - zajrzyjcie!

Powyższe zdjęcia z podpisem pochodzą z portalu AlePizza.com, gdzie również można przeczytać info o tym lokalu - TUTAJ. Moje zdjęcia robione komórką to drugie i trzecie - jakość zdjęć bez komentarza ;)

niedziela, 12 stycznia 2014

Kubek jogurtu

Wracam tym postem do czasu wakacji i słodkiej miniowej jesieni, ponieważ zorientowałam się dzięki Monice ( raz jeszcze dzięki!!!), która o przepis się upomniała, że nie ma go na blogu. Być musi.                                                   Ciasto jest absolutnie kultowe, pyszne, niesłodkie, leciutkie, owocowe i potrafi je przygotować każdy od kilkulatka zaczynając, a na antytalentach wypiekowych kończąc.

I tu podaje przykład Patrycji ( która jest absolutnie wspaniałą kobietą!!!!), która nie piecze, nie umie, majestatu pieca się wzdraga. Przepis dostała, zrobiła i wzruszyłam się głęboko słysząc " Asia, dzięki temu przepisowi pachnie u mnie ciastem!"

Przepis dostałam od Doroty S-R, której się do końca życia za niego nie wypłacę, bo jest po prostu genialny i tyle.

Ciasto w okresie jesiennym robiłam z surowymi brzoskwiniami i z puszki, śliwkami ( chyba najlepsza wersja według mnie), malinami i to wielokrotnie, bo jest błyskawiczne. W obecnym sezonie proponuję brzoskwinie z puszki, albo dobre mrożonki - maliny, borówki, można jabłka w kawałkach. Najlepsze według mnie jest z kwaskowatymi owocami, ale co kto lubi. Pasują do niego absolutnie każde owoce, które lubimy i już.

Przepis jest na dużą blachę- zaznaczam, bo wylane ciasto nie wygląda imponująco, ale bardzo rośnie dzięki 4 jajkom.
Nic tylko piec! Absolutny hit i jedno z moich ulubionych pt. jak zrobić i się nie narobić:)



CIASTO KUBEK JOGURTU:
1 jogurt naturalny mały ( 250 ml)
1 kubek po jogurcie cukru
3 kubki po jogurcie mąki pszennej tortowej
1 cukier waniliowy
2 łyżeczki proszku do pieczenia
3/4 kubka po jogurcie oleju
4 całe jaja

Dużą blachę wysmarować tłuszczem i wysypać bułką tartą. Składniki zmiksować na gładką masę mikserem. Wylać na blachę, wyrównać, ułożyć pokrojone owoce. Piec ok. 45 min w 180 stopniach.
Wystygnięte można posypać cukrem pudrem według smaku.

Zdjęcie niepozorne - zwykłe ciasto z owocami- pomyślicie. Zapewniam,że znika odrzutowo po upieczeniu!

środa, 8 stycznia 2014

Sałatka K+M+B

Przepis otrzymany od Moni w locie, czyli podczas zakupów, który wykorzystuję w oktawie Trzech Króli. Bardzo dziękuję kochana w imieniu zarządu!!!! Tak mi się spodobała, że musiałam po prostu ją zrobić:P

 Niestety okazała się za dobra i już jej nie ma...



Składniki - trzy:
mirra - ser edamski
kadzidło - ogórki konserwowe :)
złoto- kukurydza z puszki
Kroimy ser i ogórki w drobną kostkę i łączymy majonezem kieleckim z dodatkiem musztardy.

Proporcje - 60 dkg sera, duży słoik ogórków konserwowych, puszka kukurydzy, najmniejszy słoik majonezu,2-3 łyżeczki musztardy.

Sałatka jak widać dość tania, bardzo prosta w wykonaniu ( najprostsze nie zawsze jest najlepsze, ale tu tak jest!!!)  i bardzo dobra, przez ser ( u Moni funkcjonuje jako 'serowa' właśnie) bardzo syta. Polecam przegryzać bagietką albo krakersami. Można na plasterkach bagietki albo krakersach ułożyć po łyżeczce sałatki - fajna przystawka/przegryzka na karnawałowe domówki.

A sałatkę dedykuję z serca Złotóweczce i dziękuję za opieprz i motywację!


wtorek, 7 stycznia 2014

Epifanijnie

Czyli po prostu objawieniowo. Trzech Króli przechorowaliśmy. Co nie znaczy, że parę refleksji się nie znalazło a i coś dobrego powstało, o czem potem.

Najpierw 'Pokłon Trzech Króli' ( 1556-62) Breughela. Po dacie od razu widać,że raczej jesień średniowiecza i renesans ( też zależy gdzie:). Obraz z małym theatrum mundi , czyli światkiem w świecie.
Jest konwencja czyli trzech przychodzi i przynosi dary, ale trochę inaczej to wygląda niż zwykle. Obraz jest głęboko osadzony w czasie i miejscu powstania - widzimy tłum ludzi ubranych w stroje z epoki: królowie ( bogato odziani w drogie, finezyjne w kroju szaty, z cennymi i misternymi naczyniami na skarby w rękach; żołnierze - to symbol okupacji hiszpańskiej w Niderlandach; jest też święty Józef i reszta świata ubrani jak przeciętni ludzie. Zwraca uwagę Maryja z dzieciątkiem na ręku owinięta w piekny błękitny płaszcz/ zwój materiału. Ale wiele rzeczy tu nie pasuje, a nawet jest nie na miejscu.

Za chiny w ewangelicznym opisie nie ma wzmianki o gwardii, więc ten niepotrzebny tłum zaburza scenerię i stawia całą scenę jakby albo wprowadzoną przymusem albo strzeżoną i niedostępną do prywatnej adoracji. W obu przypadkach nie ma to sensu, więc powstaje pytanie, czy to w ogóle ma sens? Czy ta szopka ma sens? Czy Narodzenie ma sens w tych warunkach? Niby pokój, ale nie dla wszystkich? To pytania dla odbiorców współczesnych Breughelowi, ale i też trochę dla nas. Bo choć od niedawna święto 6 stycznia jest dniem wolnym od pracy, to wielu nie wie po co ono komu i co w nim praktykujemy.

Szaty królów- bogate i piękne, wspaniale dopracowane artystycznie i stylistycznie, ale skąd do licha Maryja ( jako w końcu prosta i uboga) posiada tak piękny niebieski materiał ( wygląda na cenny jedwab)? Święty Józef stojący za nią ma już codzienne ubranie...

Breughel to mistrz portretu i scenek sytuacyjnych! Święty Józef ( o wyglądzie bogatego i opasłego karczmarza) burzy powagę sceny bezczelnie plotkując za plecami Maryi z jakimś kmiotkiem, dzieciątko ma taka minę jakby się brzydziło albo bało tych, co przed nim klęczą i właściwie nie dziwota, bo król w czerwonej szacie musi na twarzowe wydawać majątek. Zaiste królewskie rysy! A czarnoskóry łypie groźnie i błyska oczami. Na obrazie widzimy też swoisty przekrój społeczny - chłopi/ szlachta/ dostojeństwo w bisiorach. Artysta tak pokazał nastroje w tłumie z lewej strony, jakby uczestnicy sceny pozowali do zdjęcia i zaraz jeden drugiemu zrobi rogi nad głową:), co znowu wytrąca nas z zadumy adoracji. A żołnierz pochylony nad Maryja i dzieciątkiem patrzy, jakby w życiu żadnego dziecka nie widział. Może nie widział bidulek?

Jedyną według mnie osoba ukazaną sympatycznie i zachowująca się 'na miejscu' jest Matka Boska ( w końcu nie bez powodu) - siedzi spokojnie, trzyma pewnie Jezusa i pokazuje go klęczącym- brawo dla tej Pani!

Mamy też z prawej strony tajemniczą postać w okularach, która tym bardziej zaburza święto wiary, jako 'mędrca szkiełko i oko'. Czyżby to był jedyny osobnik, który przygląda się dokładnie i wie o co tu chodzi? To dlaczego wszyscy inni gromadzą się w szopce nie wiedząc, co tu robią? A może to właśnie plotkujący z Józefem kmiotek tłumaczy mu po cichu całą sprawę? A może to aluzja do nas patrzących na to dzieło i pytanie - czy potrafimy w tym bałaganie dostrzec to, co najważniejsze?

Pooglądajcie obraz na zbliżeniu- jest fascynujący! Blogerki modowe na pewno miałyby dużo do powiedzenia na temat nieśmiertelnego brudnego różu i naturalnych futer, bufiastych rękawów i jakże gustownej opaski - korony czarnoskórego:))))

Jest na tym obrazie mnóstwo innych świetnych szczegółów, np. konia z rzędem temu, kto znajdzie... osła!

Tymczasem obraz:


I jeszcze kolęda - mniej znana ogółowi - z dedykacją dla Nuty, żeby pośpiewała coś nowego, innego. Może właśnie w oktawie Trzech Króli?

Poniższa anonimowa pieśń pochodzi z Kancjonału Staniąteckiego z 1707 roku. Mnie podoba się bardzo, mam nadzieję,że wam też do gustu przypadnie. W końcu do Gromnicznej śpiewamy kolędy.
POSŁUCHAJCIE i oglądnijcie!
Utwór w wykonaniu chóru w kościele św. Józefa w Krakowie ( świetna akustyka!!!!)


1.
Królowie jadą przez pole,
Widzą gwiazdę w nowym kole,
Ona im drogę skazuje
A do dzieciątka kieruje.

2.
Gdy już przy szopie stanęli,
Wielkie wesele czynili,
Dary mu wielkie dawali
I na kolana padali.

3.
Widzą dzieciątko ubogie,
A ono płacze we żłobie.
Panem go swoim oznawszy,
Cześć jemu winną oddawszy

4.
Przez sen odpowiedź słyszeli,
Aby Heroda minęli,
Kiedy do domu jechali,
Inną się drogą udali.

5.
Przez ich pokorne ukłony
Zbaw nas, Jezu narodzony.


Wesołe chłopaki z Bloomington

W poprzednim poście mogliście posłuchać humorystycznego nagrania z You Tube grupy Straight No Chaser. To też jedno z moich niedawnych zupełnie przypadkowych i fajnych odkryć.

Grupa zawiązała się w 1996 r na Uniwersytecie Stanowym w Bloomington w stanie Indiana w USA. Dziesięciu studentów- fajnych kumpli, którzy lubili śpiewać postanowili stworzyć grupę śpiewającą a capella. I tak też się stało. Cieszyli się ogromną popularnością i w momencie obrony pracy postanowili kontynuować dzieło jako profesjonalny zespół. Obecnie są w Stanach już bardzo na topie. Przez ich zespół przewinęło się 50 osób znanych i mniej znanych, nagrywają piosenki z gwiazdami (np. Paul Mc Cartney) i promują młodych artystów.



Co w nich fajnego? Przede wszystkim są świetni wokalnie - naprawdę idealnie zgrani harmonicznie i słuchanie ich to czysta przyjemność dla ucha melomana, a przede wszystkim kogoś kto lubi śpiewać i umie słuchać ( np. ja:)) Do swoich nagrań nie używają żadnych instrumentów ( jako a capella) i jestem pod wrażeniem jak można podrobić głosem np.perkusję.Grupa jest bardzo barwna ( nie tylko dlatego,że mają w składzie murzyna), są różnych zawodów i wyznań, a mimo tylu lat popularności dalej pozostają dobrymi kumplami. Ich koncerty to naprawdę show wspaniałej muzyki i ogromnego poczucia humoru zarówno w stosunku do śpiewanych utworów jak i do siebie samych - umieją się z siebie śmiać i tym śmiechem zarażać innych.

Wspomniana już wersja 'The Twelve Days of Christmas' miała w 2008 r aż 16 milionów wyświetleń na You Tube i wcale sie nie dziwię. Mają wiele takich utworów. Poznajdywałam ich występy właśnie na You Tube ( tu ), co i wam polecam. A dla wszystkich , którzy czytają po angielsku zapraszam na ich stronę: http://www.sncmusic.com - stamtąd też wzięłam zdjęcia do tego postu.

Strona jest bardzo profesjonalnie zrobiona, więc jeśli wkręcicie się w tych chłopaków tak jak ja, to naprawdę dużo można sie o nich dowiedzieć i sporo utworów posłuchać i pooglądać ( sekcja 'videos').

Można tu znaleźć np. ich koncert nagrany w siedzibie Google - 42 minuty dobrej zabawy i muzyki!
Oglądnijcie tutaj!

Mieliśmy niedawno takie polskie odkrycie- zespół Audiofeels, który wygrał Mam Talent, ale wierzcie mi Audiofeelsi mogą chłopakom z Bloomington najwyżej skarpetki prać i to po godzinach.

Ogólnie - polecam chłopaków na zimową i nie tylko chandrę!

niedziela, 5 stycznia 2014

Jeszcze o jednej wigilii

Podczas naszej rodzinnej wigilii przypomniała mi się piękna kolęda Jacka Kaczmarskiego 'Wigilia na Syberii', której tekst został między innymi zamieszczony w śpiewnikach zbiorowego kolędowania z dnia 22.12 , które odbyło się na Krakowskim Rynku. Impreza przezacna,bo łączy w tym, co piękne. Dzięki bezpośredniej relacji babci Basi i dziadka Zbyszka postaram się być na niej w przyszłym roku. A dziś przypominam wyjątkową kolędę.

Pretekstem do jej napisania stał się obraz Jacka Malczewskiego z roku 1892 , który wszyscy krakusi mogą oglądać w Muzeum Narodowym ( koniecznie zobaczcie osobiście kto może!) pod tym samym tytułem.



Malczewski bardzo przeżył Powstanie Styczniowe 1863 roku i jego następstwa. Jednym z nich była właśnie wywózka na Syberię - na pewną śmierć w skrajnie trudnych warunkach. Takie właśnie warunki i portrety ośmiu mężczyzn odnajdujemy na tym wyjątkowym obrazie. Osiem rożnych postaw, przemyśleń w obskurnym wnętrzu. Zamiast dwunastu dań - chleb i herbata. Jedno wielkie oczekiwanie. Powaga, modlitwa, zaduma. Blaski i cienie, ciepłe odcienie płomienia świecy i chłodne ścian - Malczewski w końcu był mistrzem światła. Coś na kształt ostatniej wieczerzy, ale w innym składzie.

Jeśli wsłuchacie się w piosenkę Kaczmarskiego ( co ciekawe siostrzeńca mistyczki Wandy Malczewskiej)  i wczytacie w tekst, zobaczycie, że kolęda napisana w wyjątkowych dla Polski warunkach w roku 1980 nic nie straciła na swojej aktualności i traktuje nie tylko o syberyjskiej zimie. Nostalgiczna, refleksyjna przypomina to, co najważniejsze dla każdego z nas. Mnie niezmiennie wzruszenie chwyta za gardło, gdy jej słucham.
Zwracam uwagę zarówno na szczegóły widoczne na obrazie ( powiększcie zdjęcie) i w tekście, jak i na to, co ulotne i dla każdego osobiste w tej kolędzie.Poszukajcie sami, a zobaczycie nowe głębokie znaczenie Narodzenia.

Wigilia na Syberii  - kliknij i posłuchaj.

Zasyczał w zimnej ciszy samowar
Ukrop nalewam w szklanki
Przy wigilijnym stole bez słowa
Świętują polscy zesłańcy
Na ścianach mroźny osad wilgoci
Obrus podszyty słomą
Płomieniem ciemnym świeca się kopci
Słowem - wszystko jak w domu
"Słyszę z nieba muzykę i anielskie pieśni
Sławią Boga że nam się do stajenki mieści
Nie chce rozum pojąć tego chyba okiem dojrzy czego
Czy się mu to nie śni"...
Nie będzie tylko gwiazdy na niebie
Grzybów w świątecznym barszczu
Jest nóż z żelaza przy czarnym chlebie
Cukier dzielony na kartce
Talerz podstawiam by nie uronić
Tego czym życie się słodzi
Inny w talerzu pustym twarz schronił
Bóg się nam jutro urodzi.
"Król wiecznej chwały już się nam narodził
Z kajdan niewoli lud swój wyswobodził
Brzmij wesoło świecie cały oddaj ukłon Panu chwały
Bo to się spełniło co nas nabawiło serca radością"...
Nie, nie jesteśmy biedni i smutni
Chustka przy twarzy to katar
Nie będzie klusek z makiem i kutii
Będzie chleb i herbata
Siedzę i sam się w sobie nie mieszczę
Patrząc na swoje życie
Jesteśmy razem - czegóż chcieć jeszcze
Jutro przyjdzie Zbawiciel
"Lulajże Jezuniu moja perełko
Lulaj ulubione me pieścidełko
Lulajże Jezuniu lulajże lulaj
A ty go Matulu w płaczu utulaj"...

Byleby świecy starczyło na noc
Długo się czeka na niego
By jak co roku sobie nad ranem
Życzyć tego samego
Znów się urodzi, umrze w cierpieniu
Znowu dopali się świeca
Po ciemku wolność w Jego imieniu
Jeden drugiemu obieca...




piątek, 3 stycznia 2014

W okresie Bożego Narodzenia - jak można ucieszyć się jedną kolędą :)

W zeszłym roku odkryłam w ostępach You Tube bardzo popularną, jedną z najstarszych angieskich kolęd (w naszej terminologii raczej pastorałek lub piosenek) 'The Twelve  Days of Christmas', gdzie znajdujemy opis jak to ukochany ( niewątpliwie bogaty, choć nie wiemy czy przystojny?) przesyła swojej lubej przez kolejnych 12 dni po Bożym Narodzeniu różne prezenty- dziennie jeden.

Najpierw posłuchajcie -  wersja z Muppetami

Na załączonym obrazku efektowna ściąga z tekstu:



Historia tej XVIII wiecznej kolędy - tutaj - wikipedia . Niestety tylko po angielsku, ale dacie sobie radę;)

W tym roku absolutnie mnie ucieszyły, rozśmieszyły i spodobały się nad miarę zdjęcia zrobione przez znaną fotografkę dzieci Anne Geddes, która postanowiła wydać album z tą właśnie kolędą. Obejrzyjcie załączone zdjęcia - wszystkie pochodzą z firmowej strony facebookowej AG - https://www.facebook.com/annegeddes, gdzie odsyłam wszystkich zainteresowanych zdjęciami z dzieciakami słynnej fotografki.

A ptoki z drugiego dnia zawojowały moje serce!!!!! Prezenty z piosenki po kolei:

A partrige in a pear tree ( przepiórka na gruszy)

Two turtle doves ( dwie synogarlice)


Three french hens ( 3 francuskie kury)

Four calling birds ( 4 czarne ptaki)


Five gold rings ( pięć złotych pierścieni)


Six geese a laying ( 6 leżących gęsi)


Seven swans a swimming ( 7 pływających łabędzi)


Eight maids a milking ( 8 dojarek )

Nine ladies dancing ( 9 tańczących dam)

Ten lords a leaping ( 10 skaczących panów)

Eleven pipers piping ( 11 trąbiących trębaczy )


 Twelve drummers drumming ( 12 bębniących doboszów/perkusistów)

I kto powiedział,że nie może być wesoło? Uradujmy się tym okresem świątecznym ile możemy.
Kolęda 'The Twelve Days of Christmas' jest świetnym ćwiczeniem pamięci. A jak się przy niej dobrze sprząta!

Poniżej link do trochę innej, jeszcze weselszej wersji chłopaków ze stanów ( o których jeszcze napiszę).

Posłuchajcie

środa, 1 stycznia 2014

bananowo premierowo noworocznie

Zaraz mi powiecie,że Amerykę odkrywam, albo co i że to wszystko już było. Pewnie było, ale co ja odkryłam i zjadłam to moje!

Będąc na początku grudnia u Ani i gratulując jej świeżego potomka ( pozdrowienia przy okazji!) zjadłam, pożarłam, napchałam się, mało- wyniosłam w folii do domu absolutnie pyszne ciasto czyli chlebek bananowy. Z chlebem toto ma tyle wspólnego, co krzesło z krzesłem elektrycznym, czyli że kroi się na kromeczki:) Z bananami więcej, bo są głównym składnikiem gwarantującym super miękkość i wilgotność. Oczywiście przepis dostałam, podziękowałam, zrobiłam, ale...czegoś mi brakowało. Uczyniłam więc kompilację przepisów z sieci i prasy i upiekłam wersję która mnie najbardziej odpowiada.

Ogólnie- jest to proste ciasto,'codzienne', do kawy/herbaty, które po użyciu kilku dodatków może stać się nawet gwiazdą wieczoru! Ogólnie - bardzo miękkie, wilgotne ( przez banany) w typie babki piaskowej ( ale nie tak sypkie) lub piernika albo murzynka. Kto jadł kiedyś ciasto marchewkowe wie, że za chiny nie smakuje ono marchwią i tak jest z tym bananowcem- banany to ostatnia rzecz , którą byśmy wymienili próbując go po raz pierwszy. Ciasto typu mufinki, czyli suche składniki mieszamy delikatnie z mokrymi.

W podstawowej wersji jest to ciasto raczej tanie, myślę,że smakuje absolutnie każdemu, warto więc pokusić się kiedyś i zrobić z głupia frant w środku tygodnia lub kiedy przyjdzie nam ochota. Takie dodatki jak przyprawa do piernika, cynamon, kawa, olejek zapachowy, bakalie można dodawać według uznania i co kto lubi.
Najlepsze banany to takie przejrzałe, zbrązowiałe- można wytargować taniej u sprzedawców.

Przepis dedykuję mojej gorącej fance- Bananowi z podziekowaniem i prośbą o dalszą motywację. Dzięki Bananku!



Oczywiście polecam do zrobienia każdemu, nie tylko Bananowi;)
A dla tych , którzy już ciasto jedli i znają - jak wiadomo jest pyszne i proste. Wracajcie do niego często! Ja na pewno tak zrobię. Mniam!

CHLEBEK BANANOWY

składniki suche:
1,5 szklanki mąki tortowej
1 łyżeczka sody
1 łyżeczka proszku
1 łyżka cukru waniliowego
1 łyżka kakao
szczypta soli
pół szklanki cukru
1 czubata łyżka proszku kawy cappuccino* lub kawy naturalnej ( wedle smaku)

składniki mokre:
5 bardzo dojrzałych bananów obranych rozciapcianych widelcem na masę ( musiałam użyć kocówki do koktajli bo moje były zbyt świeże)
1 jajko
75 g ( ok. 1/3 kostki) rozpuszczonego i ostudzonego masła lub margaryny
4 łyżki mleka

składniki opcjonalne:
- pół ulubionego olejku spożywczego ( waniliowy, rumowy, pomarańczowy...)
-skórka starta z pomarańczy lub cytryny
- garść orzechów włoskich łuskanych, posiekanych*
- garść rodzynek*
- 1 łyżeczka cynamonu LUB przyprawy do pierników*

I nic prostszego - przesiać makę i wymieszać z wszystkimi suchymi składnikami. Należą do nich także bakalie ( rodzynki, orzechy, kazdyzowana skórka pomarańczowa, morele suszone itd - nie moczymy ich wcześniej, bo ciasto jest tak wilgotne,że pieknie zbiorą wilgoć i są w sam raz!). Nie przekraczać ilości 2 garści bakalii!

Banany wymieszać z mlekiem, masłem, jajkiem- wszystko rozciapciać widelcem.

Wymieszać składniki suche i mokre delikatnie łyżką do połączenia się.

Formę keksówką wyłożyć papierem do pieczenia ( bez krótszych boków), wylać ciasto i piec w 180 stopniach przez 60 minut ( godzinę). Jak czas minie sprawdzić patyczkiem, czy już. Zazwyczaj tak, ale jeśli jeszcze nie, dopiekać po 5 minut sprawdzając.
Ostudzić. Wyłożyć na talerz/deseczkę.Można polać polewą i udekorować według życzeń.

Polewa:
- czekolada gorzka lub mleczna
-4 łyżki mleka
- 4 łyżki masła
- 4 łyżki alkoholu ( rum, spirytus, koniak...)

W tym prostym cieście spełniłam swoje marzenia o pieczeniu przedświatecznym. Marzyły mi się pierniki, pralinki i bouche de Noel ( francuskie polano), a tu rzeczywistość zaskrzeczała jak stara sroka i leżeliśmy wszyscy po kolei z gorączkami, katarami itp.To teraz się wyżyłam.
Składniki, których użyłam do tej konkretnej wersji zaznaczyłam gwiazdką.
Polewę wykonałam z czekolady mlecznej ze spirytusem, dzieki czemu przy niesłodkim cieście nie jest mdła. I wykorzystałam nikły, ale zawsze procent światecznych słodyczy dzieci.
Dobre i choć co ;)


Nowy Rok

Nowy początek, nowy post, nowe dni przed nami, ale najpierw życzenia:

Życzę wszystkim (i nie tylko) odwiedzającym mojego bloga  i sobie,
aby w nadchodzącym roku było pod dostatkiem
zdrowia, radości, dobrych przyjaciół, świetnych pomysłów i siły do ich realizacji, szczęścia i czasu.
Abyśmy byli lepsi, szczęśliwsi i umieli się dzielić tym, co w nas najlepsze!
 


Chciałam bardzo,bardzo podziekować wszystkim, którzy mimo mojej nieobecności na blogu sprawdzają go, czekają, smsują, dzwonią i przypominają mi osobiście o uzupełnieniu go.
Jesteście wspaniali!!! Bardzo dziękuję i postaram się. Proszę o dalszą motywację ;)

A w pierwszy dzień roku cieszmy się,że przed nami Nowe!


 

piątek, 14 czerwca 2013

Imieniny Doroty

Nawiązując do naszej tradycji spotykania się co jakiś czas na imieninach, które nie maja wiele wspólnego z rzeczywistymi ich terminami, świętowałyśmy w lutym Doroty.

W tym celu udałyśmy sie z prezentem, kwiatami i tortem do solenizantki, która podjęła nas po królewsku!

Rozmawiałyśmy kiedyś o daniach naszego dzieciństwa i wyszło,ze u Doroty specjalnościa domu i jej taty był tatar. Zrobiła go dla nas własnie na tę okazję. Fachowo, z wędzone go łososia z surowym jajem. Jadłam po raz pierwszy i było to cos przepysznego! Podobnie jak zdrowa zielono-czerwona sałatka z pomidorami, szpinakiem i różnymi ziarnami oraz makaron z serem, czosnkiem i krewetkami.


A szczególną uwagę chcę wam zwrócić na świetny pomysł przystawkowy - pojemniczki z ciasta francuskiego w kształcie rybek wypełnione tuńczykiem. Na talerzu występują wraz z rybnymi kuleczkami- takimi na jeden kąsek. Rybki mnie wciągnęły kompletnie! Genialny pomysł zaróno na dania słodkie jak i słone, bo jak wiadomo ciasto francuskie pasuje do wszystkiego. Oczywiście forma też może być dowolna ( kwiatuszki, kółeczka itd. - zalezy od tego jakie foramki mamy w domu...)
śliczne, pięknie podane, pyszne - polecam pomysł na najbliższą imprezę!


Tort w kształcie kosza róż był jednym z prezentów dla Doroty. Ja przy okazji poćwiczyłam splot koszykowy i wypróbowałam nowa końcówkę ( jak widać na zdjęciach zdecydowanie lepiej wyszłaby w masach bardziej kremowych...) oraz wprawiłam się w lepieniu różyczek.
Torcik nieduży i prosty - 21 cm, biszkopt, przełożony masą z mascarpone pół na pół z bitą śmietaną i truskawkami, które wtedy pojawiły się niespodziewanie w warzywniaku. Smakował bardzo, a jak wyglądał na ogląd - oceńcie sami.


Cudowne przedpołudnie, choć pochmurne. Nie przejęłyśmy się w ogóle pogodą, nagadałyśmy i pośmiałyśmy się na maxa i wróciłyśmy do domu w szampańskim nastroju i o zbyt pełnym pyszności brzuszku!