motor

motor
Walentynki są codziennie, tylko my obchodzimy je raz do roku...

piątek, 21 października 2011

Na portugalskim obiadku

Wybraliśmy się w tzw. niedoczasie do Pau i Dejwa, bo nie widzieliśmy się wieki, a tak nie wypada.
Błogo spędzone wieczorne popołudnie, oj błogo...
Zaczęło się przepysznym obiadkiem:


Dawid obiecał mi przepis na polentę, więc czekam cierpliwie, bo zjadłam jej zdecydowanie za dużo, jak i wszystkiego co było na stole. Kiedy osiągnęłam stan błogości i przepełnienia, można było pomielić trochę ozorem, co z radością uczyniłam.

Nasze potwory najbardziej zainteresowały się oczywiście kocią zabawką, czyli myszką na sznurku i próbowały zgonić na śmierć Stefana i Flanelę, co im sie nie udało, ale malutka kicia ( niedawno adoptowana) zmordowana usnęła w końcu:


A Stefan pojawiał się i znikał jak Murzyn w ciemnej sieni...

Dostaliśmy piękne prezenty- pamiątki z podróży poślubnej:


A jako ciekawostkę mój małż otrzymał zielone piwo. Ja jak wiadomo nie piję, nie częstuję, nie daję i w ogóle się alkoholem nie interesuję, ale jakie to ładne!
Kolor galaretki agrestowej! Niesamowity efekt!


Popełniliśmy chyba wszystkie możliwe gafy, zafajdaliśmy im mieszkanie ( Jasiek za dużo wypił :) i zwrócił), zrobiliśmy bajzel, przestraszyliśmy zwierzęta domowe, a oni mówią,że dalej nas lubią i jeszcze dali nam tego pysznego żarcia na wynos!

Dziwna planeta i dziwni na niej ludzie...że zacytuję klasyczkę.I chwała im za to!
A następnym razem wprosimy się sami, żeby im do głowy nie przyszło,że się od nas uwolnią:)

1 komentarz:

  1. a to już wiemy, żeśmy na Was skazani, na wieki wieków :P

    OdpowiedzUsuń