motor

motor
Walentynki są codziennie, tylko my obchodzimy je raz do roku...

sobota, 17 grudnia 2011

Teraz czytam... Bóg, kasa i rock'n'roll

Spełnione marzenie otrzymane od Mikołaja. Mam jeszcze jedno ( bo były dwie książki), ale zostawiam sobie na deserek:)

Dziś kończę powolutku książkę wyjątkową. Dla mnie to już pozycja kultowa, choć dopiero co debiutowała na rynku. Autorzy Marcin Prokop i Szymon Hołownia rozmawiają na bardzo ważne tematy. Osiami przewodnimi są te z tytułu, ale nie tylko.

Książka ważna przede wszystkim dlatego, że pokazuje w genialny sposób istotę rozmowy, prowadzenia konwersacji. Obaj panowie znają się od dość dawna, współpracują ze sobą, łączy ich głęboka przyjaźń. Mają bardzo różne poglądy na te same sprawy, zupełnie inne style wypowiadania się, co innego im się estetycznie podoba, mają różne imidże (chyba tak się to pisze?), a mimo to nie skaczą sobie do gardeł, nie wywlekają jeden drugiemu nie wiadomo czego, nie obsmarowują swoich bliskich itp. Po prostu lubią, umieją i pokazują, jak powinno się poruszać najtrudniejsze dla niektórych kwestie w życiu.

Rewelacja! Język bardzo współczesny, ogromne poczucie humoru, dystans do świata i do siebie nie zwalnia obu panów od lekkiej ironii, małych 'przytyczków', dowcipów na swój temat.
Sama przyjemność smakowania takiej konwersacji:) Czyta się lekko i szybko, choć kwestie wcale nie ważkie.

Poznajemy Prokopa i Hołownię choć trochę od prywatnej strony - ich historii, życiowych wyborów, przekonań, różnych faktów, w których sami brali udział, oczywiście wpisanych w temat rozmowy.

Zaiponował mi Hołownia, który bardzo szczerze i bez patosu mówi o swojej wierze, modlitwie, drodze do Pana Boga, codziennym życiu nim, jakby to było ( bo jest faktycznie i powinno być moim zdaniem) coś tak oczywistego, jak mycie zębów co najmniej. Zwykłe myśli, które powinien mieć zwykły katolik, człowiek i normalny stosunek do innych.

Zaimponował mi Prokop, który mówi o pieniądzach, swoim do nich podejściu, co one dla niego znaczą. Próbuje 'wypuszczać' przeciwnika na różne sposoby mówiąc o popkulturze, podkreślając jak ważna jest jej rola dzisiaj.A wychodzi na nielichego znawcę.

Obaj są ciekawi siebie, ciekawi innych, otwarci. Do bólu normalni.Nikogo nie udają, nie starają się nikomu przypodobać.
Pozwalają miec nadzieję,że w dzisiejszym świecie można rozmawiać o Panu Bogu bez kościółkowych metafor i pozłotki, że przeciwne stanowiska nie znaczają morderstwa i przekleństwa przeciwnika, ale wysłuchanie jego racji.
Dają konkretny przykład,że ważne sprawy w naszym życiu to nie byle co ani temat tabu, ale coś, co trzeba właśnie przemyśleć, przetrawić, przedyskutować z wieloma osobami,żeby w końcu dowiedzieć się czegoś o sobie.

Jak nie przeczytacie - wasza ogromna strata.
Książka jedyna w swoim rodzaju, prosta jak konstrukcja cepa, ciepła, ważna, genialna.


Wydana przez Znak. Tutaj znajdziecie opisy, recenzje, filmiki z miniwywiadami z autorami i zdjęcie, które zamieszczam powyżej. Zanim przeczytacie książkę - poczytajcie i obejrzyjcie! Bardzo polecam!

I oczywiście cukieras na dziś:

piątek, 16 grudnia 2011

Jaśkowa galeria

Dla fanów twórczości Jan Wąsika najnowsze dzieła sztuki.

Jesienne:


zimowe:


Dla tychże fanów oraz wszystkich innych dzisiejszy cukieras jakże uniwersalny w wymowie:)

czwartek, 15 grudnia 2011

Padam

Jak w tytule posta padam w ostatnich dniach na ryjek.
Pogoda, chorujące dzieci i stres wykańczają mnie powoli, acz skutecznie.

Dedykacja dla wszystkich padających - posłuchajcie! Jedna z piosenek, przy których ładuję akumulatory:)

POSŁUCHAJ!

A potem zapraszam na słodkiego cukierasa:

środa, 14 grudnia 2011

O braciach mniejszych

Miałam pisać już wcześniej, ale nawał nawału i nne sprawy mnie zaćmiły.

Chodzi o pomoc zwierzętom w ogóle i w szczególe.

Najpierw ogół:
Gorący apel do wszystkich we wszystkich zakątkach o organizację zbiórki lub dołączenie się do takowej na rzecz lokalnych schronisk bezdomnych zwierząt.

W związku z zimą po prostu pomóżmy. Na pewno w chroniskach poajwi się wiele niechcianych zwierzęcych'gwiazdkowych prezentów' albo ich domowych konkurentów, nie mówiąc o chorobach , braku lekarstw i głodzie. Wiem, że okres przedświąteczny jest trudny ze względu na liczne wydatki, ale stary koc, ręcznik czy inna rzecz z szafy nie kosztuje, a może się przydać. Liczy się też każda, nawet mała paczka karmy.

Nie mogę zrozumieć, jak ludzie świadomie mogą pozbywać się tak wdzięcznych przyjaciół jak zwierzęta, i choć problemy ludzi są o wiele poważniejsze , pamiętajmy również o naszych braciach mniejszych!

U mnie w pobliżu akcję dla Krakowskiego Schroniska przy Rybnej 3 zorganizowała moja sąsiadka ( już któryś raz  zrzędu) - udało się zebrać sporo materiałów na posłania do klatek oraz kupić karmy suchej i mokrej za ponad 800 zł. Dalej trwa akcja w przedszkolu Jaśka ( również coroczna i długotrwała) - zbiórka karmy na w/w cel. Schronisko przy Rybnej jest miejscem tzw. stałego zapotrzebowania. Kto raz tam był, zrozumie dlaczego. Ja zwięłam naszego Rufusa stamtąd i mam nadzieję,że szybko tam nie wrócę, bo mi chyba serce pęknie...

Teraz trochę o krakowskiej fundacji AFN- ich strona tutaj - poczytajcie!. Fundacja robi kupę dobrej roboty, bo nie tylko ratuje bezdomne zwierzaki, ale też te tzw. "domne", które znudziły się właścicielom, i przynoszą je do weterynarza celem uśpienia (powód: bo za długo żyje, bo nie stać ich na leczenie), albo oddają (bo kot zsikał sie na dywan), no głupota, bezmyślność, okrucieństwo ludzkie nie zna granic. Na szczęście, są też Ci dobrzy, empatyczni, którzy na kocich sprawkach maja zwyczajnie bzika.

Fundacja potrzebuje permanentnego wsparcia. O swojej obecnej bardzo niedobrej sytuacji finansowej piszą na swoim fanpagu oraz możliwości pomocy.Przeklejam bezpośrednio:


Tonący brzytwy się chwyta, a nasze koty już nawet tej nie mają pod łapą. Jeszcze w listopadzie mieliśmy wrażenie, że finansowe dno zostało osiągnięte a tu spotkała nas niemiła niespodzianka, bo pod nami pojawiła się jeszcze dwumetrowa warstwa mułu, która nas wciąga. Mamy... zaplanowanych kilka akcji i eventów ale to sprawa przyszłościowa.

Teraźniejszość jest więcej niż brutalna czyli co mamy:
- blisko 70 kotów bezpośrednio pod opieką fundacji i "w kieszeni" naszych wolontariuszy, w tym 1/5 w ciągłym leczeniu a 1/10 na specjalistycznych karmach,
- ok 20 kotów dokarmianych na działkach
- kotkę Ginę pilnie wymagającą kolejnej operacji ortopedycznej zanim nie będzie za późno i nie przestanie chodzić zupełnie
- kilka garści suchej karmy
- kilka puszek mokrej karmy,
- kilka worków żwirku
a co najważniejsze to mamy:
- 12 244 zł bieżącego zadłużenia, głównie u weterynarzy,
- 7 985 zł, które musimy uregulować do końca roku
- 0 możliwości leczenia na kredyt, a przypominam o kilkunastu przewlekle chorych kotach i koniecznej operacji u Giny,
- 0 możliwości zakupu czegokolwiek na kredyt

Więc albo nam pomrą wszystkie koty z głodu albo przynajmniej wymrą te chore z braku możliwości leczenia. W świetle nadchodzących radosnych Świąt ta perspektywa jest wyjątkowo mroczna i przerażająca ...

Co mamy w planie aby temu zaradzić doraźnie, w jakimkolwiek stopniu:
- kwesta i kiermasz gadżetów fundacyjnych w sklepie Zoo Afryka w Galerii Krakowskiej 4.12.(niedziela) w godz. 11:30 - 18:30
- Św. Mikołaj u naszych kotów (zbiórka karmy w Zoo Afryka w Galerii Krakowskiej, na Al. Słowackiego 17a/9, spotkania na kociarni 6.12 i 10.12)
- stoisko na Pokazie Kotów Rasowych w Centrum Sztuki Solvay 11.12 (niedziela) w godz. 10 - 17
- Kocivent czyli kiermasz na rzecz krakowskich kotów w Cabinet Secret na Berka Joselewicza 2 w dn. 18.12, w godz 12 - 18

i ... to wydarzenie, bo bardzo liczymy na to, że nie zostawicie naszych kotów w potrzebie i pojawicie się w którymkolwiek z tych miejsc.

Jeżeli czas lub odległość Wam nie pozwoli przybyć a dostrzegacie beznadzieję sytuacji w jakiej znalazły się nasze koty to możecie:
- wpłacić pieniądze bezpośrednio na konto fundacji VWBank 78 2130 0004 2001 0388 0143 0001 z dopiskiem "koty Kraków - dług"
- wybrać koszyk za określoną kwotę w tym sklepie
http://www.zoo-dragon.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=59&Itemid=54 , który to zajmie się resztą formalności

To już nie jest klasyczna prośba o pomoc, to już jest błagalny miaukot tonącego ....


Jeśli możecie pomóc materialnie - pomóżcie. Jeśli nie możecie, zawsze pomoc duchowa wskazana bardzo!  

I cukieras na dziś:




wtorek, 13 grudnia 2011

Z fioletowej - przedświątecznie

Dawno nie zamieszczałam niczego z mojej fioletowej magicznej książeczki. O niej samej pisałam wcześniej tutaj .

Historia na 13 grudnia brzmi:



Dla tych , co znają angielski - wiadomo.
Dla tych, co trochę tak, ale nie do końca - piękny austriacki zwyczaj: w okresie przedświątecznym odwiedziny u kogoś wiążą się z prezentem - własnoręcznie wykonaną domowym sposobem ozdobą choinkową, która zawieszona potem na drzewku pozwala pamiętać o bliskich i dalszych ofiarodawcach.

Sama bym tego nie wymyśliła, dlatego mi się tak spodobało:)
Polecam wprowadzenie w czyn!

I cukieras na dziś:

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Pełnoprawny, czyli wieści z przedszkola

Jeszcze zaległa historia z 30.11 - czyli wielka uroczystość pasowania na przedszkolaka mojego Jaśka i wszystkich dzieci z jego grupy, oprócz Izy - dziewczyny Jaśka, która akurat zachorzała i nie przyszła.

Impreza suto zakrapiana sokiem odbyła się w przedszkolu w sali, gdzie codziennie ma zajęcia. Wszyscy rodzice otrzymali piękne jesienne zaproszenia:



Po wstępie Pani Dyrektor obie ciocie Marysia i Asia pomogły dzieciom w wykonaniu skomplikowanego programu artystycznego.Podziwiam szczerze obie strony. Ciocie, bo nie umarły z nerwów, dzieci, bo wytrzymały na scenie ok 40 minut (!) deklamując i śpiewając piosenki w odświętnych ( czytaj: nie tak wygodnych jednak...) ubrankach i tylko Mikołaj bidulek buczał, ale nie poddał się i dziarsko stał z innymi. Trudno nie buczeć, jak tłum rozwydrzonych rodziców z rozanielonymi minami cały czas błyska fleszami i kamerami do małych oczek i próbuje zwrócić uwagę konkretnej osoby na siebie. Wiem coś o tym, bo ja tam również stałam z aparatem:)


Po deklamacjach nastąpiło uroczyste pasowanie przez Panią Dyrektor wielkim piórem. Wszystkie dzieci otrzymały pamiątkowe dyplomy:



 i po tańcu integracyjnym dzieci i rodziców z ciociami w końcu można było zjeść pyszny podwieczorek.


Jasiek przeżył występ bardzo. Choć przyszedł po chorobie w dniu pasowania, świetnie sobie poradził. Ma chłopak parcie na szkło! Po powrocie do domu pasował wszystkich na przedszkolaków i co chwilę powtarzał słowa uroczystej przysięgi. Cały czas nudzi,że ' on chce występować, a tu nie ma już przedstawienia'. Do tej pory musimy trzymać koronę z liści, którą miał na głowie, jako cenną relikwię.

Popołudnie udało się cudnie. Dziad usnął i spał do rana jak rzadko. Ja też chcę następne przedstawienie!

A cukieras na dziś brzmi:

niedziela, 11 grudnia 2011

W poszukiwaniu atmosfery Świąt...

Wywiało mnie na popołudniowe spotkanie okręgu avonowego. Namówiłam na nie też swieżą matkę Polkę malutkiej Gabi, bo nieprędko się z nią zobaczę.

Przy wejściu zapachniało pierniczkami rozdawanymi przez pomocnice Mikołaja. Był zapachowy konkurs ze słodkimi nagrodami, zapachowa psychozabawa i to co najlepsze - prezenty i świąteczne życzenia wymieniane z uśmiechem.



Otrzymane drobiazgi dołożyłam do candy podnosząc jego atrakcyjność:)))) Ciągle zapraszam na nie niezdecydowanych o tutaj  - dopisujcie się chłopaki i dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny! - parafrazując klasyka:)

W czasie szybkiej kawy z Magdą omówiłyśmy problemy polityki zagranicznej naszego kraju, kwestię terroryzmu na świecie oraz temat 'media a sprawa Polska'- czyli zwyczajne problemy młodych matek i oglądnęłyśmy zdjęcia malutkiej córeczki Magdy - małego aniołka :)

Nie mam niestety czasu jak kiedyś,żeby pochodzić po Starym Mieście i pochłonąć trochę świątecznej atmosfery,pooglądac cudeńka na świątecznym kiermaszu na Rynku, posłuchać muzyki, więc spotkania ze znajomymi i nie tylko to jedyna forma pozytywnej terapii adwentowej, co i wam polecam ukłon przesyłając dworski;))))

A cukieras na dziś to:

sobota, 10 grudnia 2011

Mikołajkowo i sałatka z pomelo

Spotkanie z Ulą i Dorotą nastąpiło szybciej niż myślałam i dobrze, bo zakończyłyśmy trudny okres dziecięcych dolegliwości, rodzinnych kłopotów i zwyczajnego braku czasu na pogaduchy.

Przy okazji nastąpiła wymiana mikołajkowych darów :) Oj śliczności dostałam! Różne rzeczy do pieczenia, piękny ręczniczek kuchenny i podkładkę w świąteczny wzór i bardzo fachowy pomarańczowy nóż do krojenia, który okazał się mega ostry i poręczny!

Chodziło za mną od dłuższego czasu pomelo, bo pojawiło się w warzywniaku. Szukałam jakiegoś sensownego przepisu na sałatkę i nie znalazłam, więc wymyśliłam własny i oto co skonsumowałyśmy:


Sałatka lekka, łatwa i przyjemna w konsumpcji.Chrupie! Bardzo dobra na upalne lato, kiedy nie chce się jeść nic ciężkiego, albo na teraz jako wysokowitaminowa przekąska. Jak widać z połowy dużej ikeowej michy , bo tyle wychodzi, została mi malutka miseczka, którą wcięłam bezczelnie przed wieczornym wyjściem, o którym w następnym poście:)

I w końcu przepis na sałatkę, który gorąco dedykuję Pani Dorotce z pozdrowieniami dla całej Rodzinki i świeżego wnuczka!
-opakowanie roszponki
-opakowanie serka oscypkowatego w formie nitek- pokrojonych na małe kawałeczki
-opakownie 25dkg kiełków ( mieszanka)
-pół dużego pomelo - miąższ wyłuskany z białych błonek i pokrojony w większe kawałki
-5 plasterków ulubionej wędliny pokrojonek w drobną kosteczkę
-25 dkg pomidorków koktajlowych pokrojonych w ćwiartki
-włoski sos do sałtek knorr

Uczynić sos według przepisu, wyieszać, doprawić według uznania. U mnie bardzo ziołowo, bo mam taki smak:)

Nie zdążyłyśmy nawet zrobić sobie wspólnego zdjęcia, bo oczywiście zebrało się za dużo tematów przy herbacie i mieliłyśmy równo. Ale i tak dobrze,że miałyśmy dla siebie 3 godziny, co wydaje się w ostatnich gorących dniach przedświątecznych rekordem.


Ula pochwaliła się swoimi pracami florystycznymi, którym na pewno poświęcę osobny post - czekam tylko na zdjęcia. Bardzo się cieszę,że wyszła ze swoim talentem do ludzi. Już niedługo będzie można kupić jej prace!

A cukieras na dziś brzmi:



Wieczorna wizyta

Po długich miesiącach zjawiła się w Polsce Irenka, więc dogadały się z sąsiadką i wpadły późnym wieczorem, bo o innej porze nie było mowy. Z okazji i na cześć zrobiłam warzywną zapiekankę w cieście francuskim, któa jest szybka, łatwa, nie wymaga myślenia przy przygotowaniu i zdecydowanie za szybko znika.
Składniki:
- 1-2 opakowania ciasta francuskiego w blatach ( np. Frosta)( jak zostanie, zawsze można zrobić póżniej paluszki - patrz przepisy w poprzednich miesiącach, lub proste ciasteczka)
- 2 opakowania warzyw na patelnię o dowolnym smaku
- słoik czarnych oliwek
- przyprawy i zioła
- żółty ser ( między 10 a 20 dkg)
- 1 jajo do posmarowania.

Żaroodporną formę bez przykrywki smarujemy masełkiem i wylepiamy kawałkami ciasta . Zostawiamy trochę ciasta na wierzch.
Warzywa z oliwkami podsmażamy na patelni i doprawiamy według gustu. Ser ścieramy na tarce o małych oczkach i dodajemy na samym końcu do warzyw.
Przekładamy do naczynia z ciastem francuskim, wyrównujemy wierzch i układamy na nim gustowną krateczkę lub inny wzorek :))))
Smarujemy rozmąconym jajem, można posypać na wierzchu przyprawami lub ziołami.Jeśli zostanie trochę jaja, wlewamy w miesca między krateczkami.
Pieczemy 30 min w 210 stopniach do złotego koloru krateczki. Po to własnie ją zawsze robię - jest świetnym wskaźnikiem 'czy już'.
Wolę zapiekankę przygotowaną wcześniej a potem odgrzewaną po kawałku, bo świeża trudniej się kroi, ale rozumiem,że wobec płynących z pieca zapachów człowiek może stać się bezradny i rzuci się od razu...
Przepis jest oczywiście uniwersalny na maxa. Do środka można włożyć dosłownie wszystko, mięsko, rybę, świeże warzywa, owoce itd.- najpierw jednak podsmażyć. Moja wersja była ziołowo- włoska, ale wszystkie smaki dozwolone. Jest kurka demokracja i co kto lubi.
Efekt:


A my z dziewczynami gadałyśmy o ostatnich 4 miesiąch niewidzenia się, planach na przyszłość i zwyczajnie o tym i owym. Uwielbiam przedświąteczne spotkania!



I cukieras na dziś:

piątek, 9 grudnia 2011

Odwiedziny Magdy z rodzinką

Jeszcze o pażdziernikowych spotkaniach.
Nawiedziła nas rodzinka Magdy z jednym pełnym, a jednym niepełnym dzieckiem :) W dniu dzisiejszym status wynosi 2:2. Widziałam wczoraj zdjęcia i malutka dziewczynka jest piękna! A starszy brat jest zdecydowanie najładniejszym małym chłopcem jakiego znam.
Ale ja nie  o tym. Chciałm zrobić przyjemność Matce Polce przed rozwiązaniem i przygotowałam sałatkę owocową:


skład surowcowy:
pestki świeżego granatu, brzoskwinie z puszki, ananas z puszki, kiwi - wymieszać. ZEŻREĆ. Zdjęcie zostało zrobione następnego dnia i to jest ta malutka reszteczka, która została... Pyszna, bo nie słodka, orzeźwiająca i bardzo, bardzo zdrowa + pełna witamin.

Były też mufinki ( bo ze mnie stara mufiniara jest...). Mufinki pełne wiśni z mojego ulubionego bloga. Przepis TUTAJ .Jedyną zmianą jaka wprowadziłam było zastosowanie konfitury wiśniowej z całymi wiśniami, bo niestety pora na żywe wiśnie żadna, a ja miałam wprost strasznego smaka na nie... Udekorowałam jak najbardziej lubię, czyli serkiem mascarpone bez dodatków i kleksami konfitury, posypałam czekoladą z młynka.
Mufinki baaaardzo wiśniowe i bardzo wilgotne. Muszą być boskie z żywymi owocami. Spróbuję je zrobić niedługo z mrożonymi i zobaczymy jak wyjdą.

Bardzo bardzo polecam amatorom wiśni i nie tylko! U mnie zniknęły już następnego dnia...


I żeby było jeszcze bardziej słodko - cukieras na dziś:







środa, 7 grudnia 2011

Ciepły wieczór czyli 'Kochankowie nie z tej ziemi' w Bagateli

Wracam myślami do przecudnego październikowego wieczoru, który spędziłam z Justyną w teatrze bagatela i nie tylko :)

Umówiłyśmy się na wieczorny spektakl w środku tygodnia. Miało być miło, lekko i zabawnie. A było... jeszcze lepiej niż myślałyśmy!

Najpierw przeczytałyśmy opis i recenzje sztuki tutaj ( wejdźcie koniecznie!) , a potem zasiadłyśmy na widowni, nie wolne jednak od niepokoju wewnętrznego, czy wystarczy nam poczucia humoru?

Historia, którą poznałyśmy, z jednej strony jest pewną konwencją, z drugiej bardzo zaskakuje.
Poznajemy małżeństwo z kilkuletnim stażem, które w swoim domu ( małym, ale uroczym domku) wymienia cięte riposty. Nagle do ich pokoju wkracza agent nieruchomości i ...proponuje kupno tego domu innej parze - świeżo poślubionym młodym małżonkom na dorobku. I tu okazuje się,że nic nie będzie takie jak myśleliśmy. Gospodarze tak naprawdę są...duchami, które po śmierci nadal mieszkają ' u siebie'. Z symbiozy obu par wynika mnóstwo nieprzewidywalnych i groteskowych sytuacji, wyżej wspomniane cięte riposty tną powietrze co chwileczkę i atmosfera z minuty na minutę się zagęszcza, bo poznajemy historię życia i śmierci 'gospodarzy' jak i perypetie młodej pary, wraz z którą oczekujemy ich pierwszego dziecka.

W tym całym obyczajowym garnku dużo się gotuje.Są codzienne problemy i rodzinne dramaty. Są momenty urocze i śmieszne oraz chwile zadumy nad tym, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy.

Moim absolutnym faworytem pozostaje postać supernowoczesnego Anioła Stróża, który zjawia się właściwie przypadkiem, a odgrywa bardzo ważną rolę ( dosłownie i w przenośni:))).

Sztuka dla wierzących, obojętnych i ateistów. Poczucie humoru najwyższej klasy na szczęście nie zna żadnych podziałów:) Ogromna w tym zasługa aktorów. Mnie znów urzekła Magdalena Walach na żywo. Ale naprawdę wszyscy to top liga. A Anioła Stróża zażyczę sobie w przyszłym roku od Mikołaja. Jest boski!!!!

Wczoraj jechałam tramwajem obok Bagateli i widziałam we wszystkich witrynach na ścianach ten plakat ze spektaklu:


Nie dziwota, że reklamują. Wiedzą co robią! Jeśli jeszcze zostały jakieś bilety, zarezerwujcie. Spędzicie wspaniały, ciepły, bardzo emocjonalny wieczór, w doborowym towarzystwie. Będą też Święta Bożego Narodzenia w tle, na które być może popatrzycie troszkę inaczej niż dotychczas.
Bardzo, bardzo, bardzo polecam !!! Dawno się tak nie śmiałam:))))

Polecam też cukieras na dziś:

wtorek, 6 grudnia 2011

Listy do Mikołaja

Chyba każdy pisał w dzieciństwie. Niektórzy jeszcze teraz. Chłopaki za moim pośrednictwem dyktowali w tym roku:
" Kochany Mikołaju, proszę cię przynieś mi żółtą koparę. A jakby nie było, to klocki duplo." - Jasiek
" Mikołaju, kasę przynoś" - to Staszek. ( chodziło o sklepową, bo w gotówce jeszcze nie ma rozeznania, a w cypaniu guzików - spore).
Słowo się rzekło- prezent u płota.

Czekam na zdjęcia z przedszkola, gdzie Jasiek Mikołajowi na kolanach i z ręką na sercu obiecywał, że będzie grzeczny cały rok. Szkoda, że rodziców nie zaprosili, bo teraz nie ma świadków i pewnie będzie huliganił jak zwykle:)

A u nas wyczerpany Mikołaj po 4 godzinnym pakowaniu zaprezentował ( dosłownie i w przenośni) swoje dzieło:


Czy rózga to zwyczaj krakowski, czy ogólnopolski? Moje chłopaki oczywiście dostały. Powiesimy ją w pokoju,żeby przypominała o grzeczności :)

Było to , co lubię najbardziej - odgłos szybko zdzieranego papieru, zachwyt w oczach ( "prawdziwa kopara!") i zabawa na maxa. Panowie zgrabnie wymienili się zabawkami i o dziwo w ogóle o nie nie kłócili.


Ech. Do dziś pamiętam najpiękniejszego Mikołaja z dzieciństwa - prawdziwego biskupa z brodą w towarzystwie łagodnego Anioła i strasznego Diabła z czarna twarzą i łapami, który bił rózgą i świecił (!) rogami - baliśmy się go wszyscy, razem z moim kuzynostwem, kiedy siedzieliśmy na kanapie i czekaliśmy na odebranie prezentu, a trzeba było być cicho, cichutko i jeszcze coś przedstawić ( piosenkę , wiersz etc.) w zamian za upominek...Ta ekipa przychodziła do nas ładnych parę lat. Nie wiem kim byli, ale z serca im dziekuję - to były magiczne chwile...



Pamiętam też pisanie listu do Rovaniemi - do Lapońskiego Mikołaja. Dostałam nawet od niego przesyłkę w postaci grubego listu z naklejkami, książeczką i historią Mikołaja. W podstawówkowych siermiężnych czasach taki list zza gramanicy to było coś!
Można to zrobić i dziś podając adres zwrotny:
Santa Claus
FIN-96930 Napapiiri
Finland
Po kilku tygodniach otrzymujemy pocztówkę ze stemplem koła podbiegunowego.Spróbujcie!

Dzisiejsza wersja Mikołaja nie odpowiada mi w ogóle, ale niestety chyba wyprze tradycyjną - biskupią. W zeszłym roku szukając Mikołaj dla rodzinnych i znajomych dzieci miałam przegląd takich typów,że do dziś mi się czasem śnią jako horror. Ostatecznie zwyciężył amerykański odpowiednik, bo wersja 'biskupia' była po prostu żenująca...Trudno o dobrego Mikołaja.

Mam nadzieję,że do was przyszedł i przyniósł to, o czym marzyliście.Ja uwielbiam robić prezenty! Już od wakacji wypatruję ciekawych drobiazgów, spisuję sugestie, szukam propozycji. W tym roku akcję 'Mikołaj' udało mi się zamknąć 15 listopada, dzięki czemu zdążyłam przed gorączką zakupów i podwyżką cen. Na recenzje wszystkich prezentów musze jeszcze trochę poczekać, bo niektórzy dostaną z opóźnieniem, mam nadzieję,że będą pozytywne:)

a mikołajkowy cukieras brzmi:


Życzę wszystkim pięknych prezentów, a przede wszystkim tego dziecięcego zachwytu przy odpakowywaniu i umiejętności cieszenia się z drobiazgów !

poniedziałek, 5 grudnia 2011

zaległe urodziny Uli

Nie miałyśmy możliwości widzieć się dość długo. A to choroby dzieci, a to pilne sprawy w rodzinach, a to zwyczajnie nie wyszło...Jak się wkońcu dorwałyśmy ( i tak w niepełnym składzie, ale taki lajf) to przekrzykiwałyśmy się wzajemnie,żeby się wyrobić.

Miało być zupełnie inaczej - najpierw kino, a potem uroczysta kolacja w lokalu na cześć Uli i jej urodzin. Ale wyszło super!!! Dorota podjęła nas u siebie po królewsku ! Zrobiła taką zupę dyniową,że wzięłam dwie dokładki i wzięłabym trzecią, gdyby nie ser pleśniowy z orzechami, który czekał grzecznie na talerzyku obok.
Boskiej zupie na pysznym rosołku, z ptysiowym groszkiem poświęcam osobne zdjęcie - jest tego warta!

Były też i inne smakołyki, i pod koniec wizyty wiedziałam,że mało co zjem tego dnia, ale warto było wszystkiego spróbować. Dorotka dogodziła nam jak zwykle:P


Miałyśmy tak dużo sobie do powiedzenia,że czasu na zdjęcia niestety nie straczyło. Będą nastepnym razem. Ważniejsze okazało się to,że tęskniłyśmy za sobą bardzo,że możemy pogadać o naszych wspólnych i nie tylko sprawach i że tak naprawdę nie ważne gdzie, ale najważniejsze z kim. Kina nie zburzą, restauracja zawsze się znajdzie.

Już się nie mogę doczekać następnego spotkania!

A cukieras na dziś jest taki:

niedziela, 4 grudnia 2011

Wszystkich Świętych

Już Mikołąj za pasem, a ja w Barbórkę o Wszystkich Świętych :) Tak to jest z nadrabianiem.
W tym roku wyjatkowo piękne te święta - słoneczne, cieplutkie, kolorowe... Jeden z najprzyjemniejszych dni i spacerów w całym roku!


Udało mi się odwiedzić tylko cmentarz Rakowicki razem z rodzinką, na pozostałe pojechał Małż, jak Potwory poszły spać.

Rakowicki jest przepiękny o każdej porze roku, ale zdecydowanie rozkwita najpiękniej jesienią. Nie tylko za względu na odwiedzających przed świętem zmarłych, ale na cudowne klony, które po prostu płoną w słońcu, brązowe kasztany i żołędzie, które się ścielą pod stopami i chyba najpiękniejsze na świecie zabytkowe starsze i nowsze grobowce.



Jak tylko mam okazję ( co się ostatnio rzadko niestety zdarza...) robię sobie spacer przez alejki tego cmentarza i przyglądam się grobom. Pomimo,że cmentarz w centrum, zawsze jest tu bardzo cicho i spokojnie. Moja siostra, kiedy mieszkała w pobliżu, przychodziła tu z małym dzieckiem w wózku na spacery - spało jak zabite :))))


Wszystkich Swiętych to także dla mnie święto łasuchów - tylko wtedy można w Krakowie nabyć ( drogą kupna) tzw. miodek turecki. Oczywiście ani to miodek, ani turecki, ale od tylu lat go jem,że nie przerwę jeszcze długo świeckiej tradycji. Jest to rodzaj twardych cukierków, które powstają przez odłupanie z bloku wykonanego z mleka, cukru i dodatków oraz orzechów. Dawniej dawano włoskie, teraz są ziemne ( tańsze?), kiedyś był bardziej ciągnący, teraz bardziej kruchy. No i strasznie słodki.


Chłopaki wyżarły większość, mnie zostawiły tylko jeden kawałek. Mieliśmy także ucztę misiową, czyli pasienie się kolejnym 'grobowym' smakołykiem czyli bezowymi misiami. Jeszcze mi błogo w ryjku :)
Dowiedziałam się,że istnieje inny słodycz 'zaduszny' , czyli warszawska Pańska Skórka - o tej ciekawostce tutaj. A może ktoś z was ma na nią przepis? Zrobiłabym.

Zauroczyła mnie historia Frydzi Potyczek z Rakowickiego Cmentarz opisana na nowo założonym blogu przez Suflerkę - tu czytać! Polecam również cały blog i inspirujące pomysły autorki. Są świetne, a zdjęcia piękne.

Wklejam na koniec kilka moich zrobionych w tzw. naprędce. Nie oddadzą w pełni klimatu pięknego pierwszego listopada, ale mam nadzieję,że wniosą trochę ciepłych złotych kolorów w póżnojesienną szarugę. Mam nadzieję,że w przyszłym roku będzie równie pogodnie i poszaleję z aparatem:)





I oczywiście cukieras na dziś:


Najlepsze życzenia dla wszystkich Basiek, a zwłaszcza dla cioci Basi i Basi J-H !!!!

sobota, 3 grudnia 2011

' William Turner - malarz żywiołów ' w Muzeum Narodowym

Jedna z moich błogich wizyt kulturalnych przed południem, kiedy dzieci zaopiekowane, pogoda piękna i brak tłumów na drogach i w muzeach.


Wystawa jest czynna do 8 stycznia 2012, więc jeśli zainteresuje was moja relacja, zdążycie jeszcze zwiedzić.

Mam takie wpojone na studiach i wcześniej poczucie,że niestety w powojennej Polsce nie zostało dużo dzieł sztuki na światowym poziomie o wielkiej sławie. Mamy 'Damę z łasiczką' DaVinciego w Muzeum Czartoryskich w Krakowie oraz "Sąd ostateczny' Hansa Memlinga w Gdańsku. I to by było właściwie na tyle. Dlatego, jak gdzieś w pobliżu 'coś rzucą' ze sztuki światowej, pędzę,żeby nie stracić okazji zobaczenia choć raz w zyciu, bo nie wiadomo, czy będzie mnie kiedykolwiek stać na podróż do galerii w innej części świata.

Choć tak naprawdę prawie wcale nie znam się na sztuce i mam swój bardzo ograniczony zestaw ulubionych malarzy, lubię wypatrywać w dziełach sztuki pasję, teksturę, dowiadywać się jak powstawały, kim był ich autor. Można się dowiedzieć niesamowitych historii, daleko bardziej interesujących niż te zawarte kiedyś w podręczniku do plastyki:)

Turner jest autorem trudnym. Zarówno w odbiorze go jako człowieka danej epoki jak w odbiorze jego dzieł.Tutaj znajdziecie krótką biografię. Całe jego życie możecie poznać oglądając ( w cenie biletu ) rewelacyjny film zrealizowany przez BBC i wyświetlany przed wejściem na wystawę. Można go zakupić w zabójczej cenie 43 zł w sklepiku muzealnym. Niestety nie nabyłam. Aż tak nie kocham Turnera. Czekam, że może puszczą go gdzieś w tv i nagram:) To naprawdę wciągająca i wyczerpująca opowieść o Turnerze, która świetnie przygotowuje do wystawy. Szkoda tylko, że taka długa. Ja mogłam poświęcić na niego tylko godzinę, a żałuję bardzo, że nie dotrwałam do końca.

Tutaj link do strony, gdzie publicystka Monika Małkowska oprowadza po wystawie - polecam ten filmik! A tutaj informacje o samej wystawie - również warto przeczytać.

Cała ekspozycja ma specyficzny klimat - ciemno i zimno - ze względu na zbiory szumi klimatyzacja i światło jest raczej ponurej barwy. W słońcu prace wyglądałyby chyba inaczej, weselej. Zdecydowana większość to akwarele - szkice do obrazów olejnych i zatrzymywanie w nich jak w kadrze warunków atmosferycznych, linii skał, horyzontu, wody itp. Mamy  5 sal - 4 żywioły oraz fuzja, czyli przenikanie się ich wzajemne. W Muzeum Narodowym jest tylko mały wycinek twórczości artysty i nie wiedząc absolutnie nic o nim i jego najważniejszych dziełach trudno się wypowiadać, dlatego przed pójściem- poczytajcie.

Mnie urzekło kilka obrazów, ale przede wszystkim talent tego człowieka. Niesamowita lekkość w oddawaniu jedym pociągnięciem pędzla z rozwodnionym barwnikiem fali zalewającej statek, skały i jej cienia, kilku odcieni chmur naraz. Niewątpliwie akwarele należały do jego ulubionych ( najtańszych?) narzędzi pracy i wyspecjalizował się w malowaniu nimi tak,że właściwie każdy obraz olejny od szkicu w akwareli zaczynał.Uważam, że w sposób doskonały opanował technikę pokazywania światła w obrazie - jak najlepszej klasy fotograf.Był zafascynowany chmurami - ich ruchem, odcieniami, gatunkami. Wręcz kochał się w morzu - jego barwach, dynamice, kolorach o różnych porach dnia i roku.

To wszystko, tę wielką pasję, bezdyskusyjny talent, ciekawość świata i specyficzny jego odbiór znajdziecie na wystawie. Muzeum dodatkowo ' podkręciło' atmosferę puszczając w sali 'wodnej' odgłosy wyjącego wichru, jakby huraganu na morzu.

Mam zarzuty do strony organizacyjnej - nie można robić zdjęć, nawet bez lampy. Pamiątki z wystawy mają się nijak do wystawionych dzieł i są horendalnie drogie. Nabyłam drogą kupna pocztówkę ( nie powiem za ile, bo to skandal) z wiszącym piętro wyżej obrazem i poszłam na kawę ( w normalnej cenie:)) do muzealnej Tri BeCa Coffee.Trafił mi sie artystyczny okaz w filiżance:


Z wycieczki wróciłam lepsza. Jednak kontakt ze sztuką jest formą terapii na przyziemne problemy i sprawia, że inaczej patrzymy na ludzi, rzeczy i zjawiska. Wryło mi się w pamięć kilka 'hipnotajzin' obrazów i ich niesamowity klimat i od teraz trudno mi będzie pozbyć się ich w patrzeniu na rzeczy zwykłe jak morze, wodospad czy ruiny.

Nie umiem oceniać i nie to ładne, co ładne, lecz co się komu podoba, ale prace Turnera naprawdę robią wrażenie, tym bardziej, że można je ( jak rzadko w Polsce) oglądać z bardzo bliska i zobaczyć cały trud włożony w płótno, jego trójwymiarowość. A nie tak ponuro, jak kilka jego reprodukcji w podręczniku do Romantyzmu z liceum.Na żywo księżyc z obrazu reklamującego wystawę można zdjąć jednym palcem jak kawałek lukru z pierniczka :)

Turner powiedział kiedyś "Ten, kto posiada wszechwładny entuzjazm, który idzie w parze z talentem, nigdy nie będzie patrzył w sposób powierzchowny" i tu się podpisuję rękami nogami.

Ludzie - do muzeum! Póki te obrazy wiszą w Krakowie i można je zobaczyć - bardzo warto!!!


obraz stąd
obraz stąd

A więcej obrazów w Muzeum Narodowym i na tej zagramanicznej stronie.

I jeszcze cukieras na dziś jako nagroda dla tych co wytrwali do końca tego długaśnego postu: