motor

motor
Walentynki są codziennie, tylko my obchodzimy je raz do roku...

poniedziałek, 10 października 2011

Trochę ciepła na jesienne chłodne dni

I to różnorakiego. Ale po kolei.

Najpierw dziękuję Ani za poczęstowanie mnie przepysznym makaronem po tunezyjsku, który zapragnęłam natychmiast zrobić sama, jak tylko go skosztowałam. Przepis przywieziony z Tunezji przez szwagierkę Ani. Efekty na zdjęciu.
Makaron wykonany w sobotę w godzinach popołudniowych, niestety dotrzymał tylko do niedzieli do godzin rannych, tak że zdjęcia tylko w sztucznym świetle :)))


Porcja na 4-5 osób
- paczka makaronu trzykolorowego
-4-5 pomidorów ( ja dałam jedną puszkę krojonych i jedną puszkę gęstego przecieru)
- 5 ząbków czosnku
-1/2 słoika czerwonego pesto
- papryka kolorowa surowa - 2 zielone, 2 żółte, 1 czerwona
- 20-40 dkg salami ( umnie paprykowe, może być chorizo)
Czosnek obrać, pokroić drobniutko lub przecisnąć i podsmażyć na 1 łyżce oliwy. Dodać pokrojone w kostkę lub półplasterki salami.Podsmażyć. Dodać pokrojone w paski papryki i podsmażyć do zmięknięcia warzyw. Pomidory sparzyć i obrać ze skóry. Pokroić na kawałki usuwając pestki.Dorzucić do patelni ( ja w tym momencie dałam 2 puszki). Dodać pół słoika pesto, wymieszać i smażyć jeszcze trochę do zgęstnienia.
Ugotować makaron.Odcedzony dorzucić do sosu z warzywami. ( może być potrzebny duży gar, bo na patelni się już nie zmieści, chyba,że weźmiemy mniej makaronu).
Wymieszać. Doprawić do smaku.
Ja dodałam chili i bazylię, jako,że lubię pikantne dania. Podawać na ciepło. Najlepiej smakuje odgrzane, jak się wszystko przegryzie. MNIAM!!!!!!

Przepis jest boski!!!! Proszty i przepyszny. Ania posypała mi jeszcze danie serkiem i zrobiła go z białego makaronu penne. Oryginalnie jest z trzykolorowego, jak u mnie, ale może być chyba każdy rodzaj, jaki lubimy.
Wspaniałe, bardzo kolorowe, sycące i rozgrzewające danie!!!! Spróbujcie koniecznie!

W sobotni wieczór naszła mnie moja przyjaciółka Anita i w końcu opowiedziała mi o swojej wakacyjnej wyprawie do toskańskich Włoch. Ech. Okolice piękne. Pogoda cudna. W Toskanii każdy jest artystą! Byłam i ja kiedyś, a teraz świetnie oglądało mi się artystyczne zdjęcia Anity. Koniecznie zobaczcie je tutaj. w formie pokazu slajdów.
Dodajcie jeszcze muzyczkę, np. Jesień Vivaldiego i jazda!
Polecam! Zapierają dech i wzmagają marzenia o włoskim słońcu:)

Dostałam piękne prezenty, o których jeszcze będzie. Najlepsze,że zostały zapakowane w taką torebkę:


Jak widać nazwisko Bartolini trzyma się dzielnie w czołówce od czasów nieśmiertelnego Bartolomeo - herbu Zielona Pietruszka  z książek S. Pagaczewskiego :)

Anita przywiozła mi przepyszne herbatki, jedną z nich byłą tzw. herbata kwitnąca.
Słów o niej kilka. Kto nie pił i nie widział tego widowiska, niech koniecznie spróbuje. Jest to jedna z fajniejszych rzeczy, jakie widziałam.

Tu film:


Najlepsze jest to,że każda jest jedyna w swoim rodzaju, ręcznie robiona. Są różne kolory kwiatów. Napar jest delikatny, o bardzo jasnej barwie ( herbata jest biała ) i wyjątkowo łagodnym smaku. Można je kupić na allegro, w sklepach internetowych i w lepszych herbaciarniach. Moja pochodzi z Galerii Krakowskiej z Five O'clock Tea.Uważam,że to świetny prezent dla kogoś bliskiego, na pewno dla kobiety, którą kwiat ucieszy, albo bez okazji na plotki w małym gronie. Najładniej zakwita w dużym szklanym dzbanku 'kawalerze', gdzie dokładnie ją widać. Długo naciąga, dlatego warto poczekać podgrzewając dzbanek tealightem.
Moja wyglądała tak:


Chcę jeszcze polecić nowość Herbapolu - rozgrzewający syrop do herbaty na jesienne smuteczki -imbir z cynamonem i goździkami .  Po kilku dniach została mi 1/3 :)
zdjęcie stąd

Pozdrawiam gorąco wszystkich, zwłaszcza stałych czytelników!



Coś dla ducha

Asia u czestniczyła przed Wielkanocą w świetnych rekolekcjach ks. Wojciecha Węgrzyniaka na temat związków, które bardzo mi polecała. W końcu ( o wiele za późno!) zabrałam się za ich odsłuchanie.
Krótkie a bardzo treściwe konferencje, świetnie powiedziane współczesnym językiem, z poczuciem humoru i przede wszystkim z ogromną troską o słuchacza.Mądre, proste, oczywiste. Temat bardzo ważny, jeśli nie najważniejszy potraktowany bardzo szeroko - związki wszelakie i nasza zdolność do ich tworzenia. Świetne. Bardzo dają do myślenia. Warto posłuchać o każdej porze roku. Szczególnie teraz.
Znajdziecie je TUTAJ .

czwartek, 6 października 2011

Habent sua fata libelli

Piękny dzień za mną. Co prawda słoneczka nie za dużo, ale wrażeń mnóstwo!

Rano zdążyłam zamienić kilka słów z Patrycją, która dowozi synka do przedszkola z daleka i cud,że nie rozjechały nas auta na ulicy.
Po śniadanku w ikei nazbierałyśmy z Anią trochę kolorowych liści,żeby zanieść Jesień pod strzechy. Pod moją powstał bukiet do salonu, pod Ani - jeszcze nie wiem:)



Po przedszkolu - mini przedszkole  w moim ogródku, szkoda,że nie zrobiłam zdjęć, bo odwiedziły nas Ania z Izą i Monika z Mają. Ale była zabawa!

I jeszcze długa kawa z Danusią, która opowiadała o swoich bliższych i dalszych planach...

Korzystam z takich luźniejszych chwil, bo niedługo przede mną nowe wyzwania - wszystko oczywiście opiszę.

Najciekawsza historia przytrafiła mi się podczas kserowania ważnych dokumentów. Poszłam zajrzeć na półkę z tanimi książkami i zainteresowała mnie mała fioletowa książeczka.


 Przeglądnęłam, stwierdziłam,że po angielsku, więc na pewno się przyda, bo podszlifuję, nabyłam za zawrotną kwotę 1 PLN, wsadziłam do torebki i poszłam odebrać Jaśka.
Przyglądnęłam się jej dopiero godzinę temu i...okazało się, że nie jest taka zwykła!


Nie dość,że znam imię poprzedniego własciciela ( jak widać na zdjęciu próbował podpisać egzemplarz), to jeszcze książka jest czymś w rodzaju kalendarza, w którym każdego dnia można przeczytać coś fajnego! Najlepsze,że jest to terminarz na rok 1994, który własnie w bieżącym roku jest tak samo aktualny! Mogę go czytać codziennie na bieżąco i będzie pasował do mojego dnia!
Jeśli pozwolicie, będe czasami zamieszczać cytaty, bo są naprawdę wyjątkowe. Trochę staroświeckie miejscami, trochę sentymentalne, a czasami zadziwiające. Ma też w środku kilkanaście pięknych zdjęć.
Dziś trzy osoby pytały mnie jak znajduję czas na wszystko co robię, skąd czerpię energię, jak mi się kilka rzeczy udaje. Oto cytat z tej małej książeczki , właśnie z dnia dzisiejszego - 6 października, który jest odpowiedzią. Miłej lektury wszyscy językoznawcy!



Bardzo dziękuję za wszystkie dzisiejsze spotkania - ucieszyły mnie bardzo i dużo wniosły!

Także spotkanie z lekturą. Tytuł posta to w tłumaczeniu " książki mają swój los, ulegają swojemu przeznaczeniu". I ja cieszę się,że trafiłam na mały skarb, mała historię.
Jeszcze jeden dowód na to, że nie ma przypadków, tylko niespodzianki i za przysłowiową złotówkę można kupić bardzo dużo :)))))




środa, 5 października 2011

Pierwszy dzień Jana w przedszkolu

Minął lepiej niż myślałam. Rano po przebraniu butów na kapcie usłyszałam tylko - idź już mamo!
Nie trzeba było mi dwa razy powtarzać. Wróciłam do domku, a tam... błoga cisza! Spokojnie wypita najpierw kawa , a potem herbata dla podkreślenia wagi chwili...Ech.
Sielanka skończyła się o 15:00, kiedy odbierałam dziada. Zmęczony, ale szczęśliwy wrócił i spokojnie...odreagował stres na Staszku kopiąc i gryząc. Cóż. Z perspektywy trzeciego dnia jest lepiej. Oby do wiosny!



A na razie jeszcze jesiennie w ogrodzie i ostatnie promyki słońca:



Słyszałam w prognozie, że w piątek śnieg z deszczem, ale telewizja kłamie :)

wtorek, 27 września 2011

Zachwyciłam się...

piosenką , którą znalazłam na wirtualnym odtwarzaczu mp3 na blogu u Qrki - dziękuję!
Od razu wpadłam na pomysł,żeby założyć sobie własny i puścić na nim to, co lubię:)))

Słuchając i oglądając postanowiłam sięgnąć po film. Historia idealna jak na romantyczną komedię, trochę baśniową, dobrą na sobotni luźny wieczór. Pewnie wszyscy ją znają, bo film "Kate&Leopold " jest dosyć często powtarzany w tv. Film jak film - oglądnąć można. Ale piosenka...nie może mi wyjść z głowy!
Uwielbiam walce! Naprawdę piękny i prosty tekst o ludziach, którzy  świata poza sobą nie widzą. Choć ze znanymi metaforami, jednak nadal wzrusza w towarzystwie spokojnej melancholijnej muzyki wykonywanej przede wszystkim przez 'duszoszczypatielną' sekcję smyczkową, gitarę autora i delikatne dźwięki trójkąta, a może to jest bijący kwadransy na kominku stary kurant becker? Te wyznaczające rytm delikatne uderzenia są jak bijące serce tego utworu.

Poszukałam trochę o historii piosenki na tej stronie :

W 2001 roku Sting otrzymał od Jamesa Mangolda, reżysera Przerwanej Lekcji Muzyki, propozycję napisania piosenki promującej jego najnowszy film Kate i Leopold z Meg Ryan i Hugh Jackmanem w rolach głównych. Film był trochę baśniową komedią romantyczną, dlatego piosenka miała być lekka, przyjemna i o miłości. Aby osiągnąć taki efekt kompozytor sięgnął po nieco zapomniane już metrum trzy-czwarte tworząc śliczny walc pod tytułem Until. Utwór ten miał być panaceum na rozpacz, jaką wywołały zamachy z 11 września. Niezwykła aranżacja i piękny tekst zapewniły sukces tej piosence. Ukoronowaniem tego sukcesu okazała się kolejna z rzędu nominacja do Oscara oraz statuetka Złotego Globu dla najlepszej piosenki filmowej roku 2001.
Przegrał jednak z utworem z filmu 'Potwory i spółka ' -"If I Didn't Have You" Randy'ego Newmana. Uważam ,że niesłusznie .

Wklejam odnośnik do strony z wideo i tekstem i niżej moje skromne tłumaczenie - kalekie, ale jak to zawsze z językiem obcym bywa - tłumaczenie wierne nie jest piękne, piękne nie jest wierne :)

Gdybym świat skrył w butelce
I wszystko w świetle księżyca zamarło by
Czy bez twojej miłości słałby blask?
Gdybym miał Arystotela serce
I rozum i znał tajemnic szyfr
Z twoją miłością w mym sercu co by trwało tak?

W twoich ramionach gdzie świat przestał kręcić  się
Sny  mają spełnić się
i ważny jest w tańcu ostatni obrót stóp
W twoich ramionach wszystko jest proste jak znak
Żadnej rzeczy nie lękam się tak
Jak tego momentu gdy bliski tańca kres…

Gdybym świat skrył w klepsydrze
Osiodłał  księżyc tak by ruszył w dal
Dopóki gwiazdy ślą swój blask, dopóki…

Kiedyś spotkasz wybraną
I wszystko wkoło zmilknie nagle tak
Że aż poczujesz dotknięcie misterium
W świetle nocy  wszystko rozbije się w pył
A ty czujesz że już ją dobrze znasz
Najstarsza historii lekcja w imperium

W twoich ramionach gdzie świat przestał kręcić  się
Sny  mają spełnić się
i ważny jest w tańcu ostatni obrót stóp
W twoich ramionach wszystko jest proste jak znak
Żadnej rzeczy nie lękam się tak
Jak tego momentu gdy bliski tańca kres…

O, gdybym świat skrył w klepsydrze
Osiodłał  księżyc tak by ruszył w dal
Dopóki gwiazdy ślą swój blask
Dopóki czas zatrzymał nas, dopóki…

W tym samym czasie mieliśmy jeszcze szansę podziwiać ciekawą interpretację dawnego hitu The Police (napisanego przez Stinga) Roxanne. Utwór tym razem pod tytułem El Tango De Roxanne w wykonaniu Ewana McGregora, Jose Feliciano oraz Polaka (!) Jacka Komana pojawił się na ścieżce dźwiękowej do filmu Moulin Rouge! Ta przesiąknięta namiętnością piosenka w rytmie tanga przez niektórych uznana została za najlepszą na całym albumie.
Obu możecie posłuchać na tym blogu włączając głośniki.

Miłego odbioru i wpadnięcia w zachwyt życzę!

Ognisko

Zaplanowane, oczekiwane, odbyło się zgodnie z tradycją w ostatnią sobotę września.

Pogoda - wymarzona ( dobrze jest zamówić wcześniej odpowiednią,ale w tym roku udała się cudnie): nie za ciepło, nie za zimno, w sam raz na siedzenie do słoneczka, pieczenie czego popadnie i wdychanie uzdrowiskowego powietrza.

Jak zawsze bywało, kto chciał wziąć udział przynosił coś dobrego, więc na stołach mieliśmy oczywiście pieczyste ( różne kiełbaski, kurze udka) specjalność cioci Celiny czyli śliwki i czosnki owinięte boczusiem ( mniam! zniknęły w minutę) i łososia.Były przeróżne sałatki na zimno - tradycyjna jarzynowa, z brokułami i chińskim makaronem, ryżowa z sałatą i orzechami oraz dwie zapiekanki na ciepło - ziemniaczano-kiełbasiana i brokułowa. Nie zabrakło pysznych ciast ( a własciwie zabrakło, bo jak na koniec chciałam spróbować, to nawet okruszków nie było, co tylko wspaniale świadczy o pieczących i apetycie jedzących): sernik, dwie szarlotki, placek ze śliwkami i tortowiec.Specjały domowe przywiozła nam rodzinka M.: dżem z mirabelek, sok z porzeczek ( lokalnych!), wino i cukinię na ostro- wszystko wytwory rąk włąsnych.

Kto chciał siedział sobie i wystawiał co mógł do słonka, gadał z kim mógł, bo jedna z niewielu okazji, żeby się spotkać. Jedni przychodzili, drudzy wychodzili i nikomu się nie spieszyło, bo właściwie dokąd?

Było kilka nowych świeckich tradycji, które może sie przyjmą czyli podpisywanie kubeczków, żeby nie zużywać ich tonę, wybieg z dużymi i małymi zabawkami dla najmłodszych.


Wszystkie dzieciaki duże i małe wariowały jak szalone...


...bo wybieg duży, pogoda cudna...była i zabawa w chowanego i kopanie piłki i szaleństwa z piłeczkami w basenie, a jako słodka niespodzianka w porze kolacji - czekoladowa fontanna z owocami i piankami do zanurzania.Widok ryjków całych w czekoladzie- bezcenne!


Ze znanych i lubianych były ziemniaki z małym masełkiem dla każdego chętnego, grupowe zdjęcie uczynione dokładnie o 16:00 i od razu wydrukowane i włożone w ramki dla każdej rodzinki, zdjęcie dzieci na schodach- tak jak 20 lat temu , tylko dzieci teraz było więcej :)))
Zwierzęta - czyli miejscowe koty Zuzia i Śnieżka oraz przyjezdny pies Piksel również miały swoje pięć minut, a właściwie nie tyle prezentację, co pełną michę non stop, bo ileż można samemu jeść?

Przede wszystkim byli goście - ci najstarsi i najmłodsi,ci wierni i niewierni. Nie wszyscy mogli z różnych przyczyn( najczęściej zdrowotnych niestety), ale tak bardzo ucieszyliśmy się z dawno niewidzianych - Pani Stasi, wujka Ryśka z żoną, i bardzo bardzo z Olusi z Tatą, której udało się dotrzeć. O Olusi i pomocy dla niej tutaj - koniecznie przeczytajcie i w miarę możliwości pomóżcie!


Goście tworzyli wspaniała leniwą atmosferę, pełną wspomnień i wiadomości o tym, co u kogo. Chyba wszyscy wspominali Głównego Organizatora Wicka, którego nie ma już między nami, ale na pewno patrzył z góry i chyba się uśmiechał :)


Było dużo radości, uśmiechu, spokojnego wypoczynku i pozytywnych fluidów, które na takich zjazdach okazują się najważniejsze i niezbędne.
No i piękny początek jesieni w tle i na pierwszym planie.



W dzisiejszym zabieganym świecie takie dni, spotkania okazują się rzadkimi perełkami, które potem przywołujemy z ciepłem w sercu. Ogromna szkoda,że nie ma już świata mojego dzieciństwa, w którym Kurdwanów zajmował ważne miejsce właśnie jako miejsce spotkań i pełnego dziecięcego szaleństwa.

Tym bardziej tego ogniska nie mogłam się doczekać i z wielką radością przygotowałam, co mogłam.
Oczywiście nie sama.Gospodarzem i głównym sponsorem była moja siostra, bez której udziału, wkładu pomocy i organizacji impreza by się nie odbyła. Wielkie DZIĘKUJĘ dla niej i dla
- wszystkich którzy przynieśli pyszne jedzonko i picie, bo zaiste było pyszne!
-Rodzince M. za udostępnienie zabawek dla dzieci
-Rodzince K. za udostępnienie czekoladowej fontanny i pysznego ananasa
-Kasi M-K, Kasi S.,Stryjowi Wojtkowi, stryjowi Jackowi i wszystkim fotografom za robienie zdjęć
-Dorocie za wykoszenie terenu
- Dominikowi i Maćkowi za dmuchanie zabawek
- sąsiadce za robienie napojów gorących
-Magdzie i Justynie za pomoc przy drukowaniu i oprawianiu zdjęć
- Justynie dodatkowo za mycie garów
-wszystkim ,którzy obsługiwali grilla i obsługiwali innych
- ogólną samopomoc chłopską
- wszystkim ( w liczbie gości ogólnej 48) za wszystko,a przede wszystkim za tworzenie fajnej atmosfery
- Ostatnim uczestnikom, którzy nie wiem kiedy pojechali, bo ja wyjechałam o 20:00. A wiadomo, że najlepiej siedzi się w noc przy ciepłym piecu i ogniu.


Wielkie pozdrowienia dla cioci Zosi, która tak bardzo chciała być i tak bardzo nie mogła - za rok liczymy na wejście specjalne!

Bardzo zabrakło mi Ojca. Bardzo zabrakło wspólnego śpiewu - może nikt się po Mistrzu nie chciał wychylać  i majestatu się wzdragał? W przyszłym roku to nadrobimy! Bo pomysły na następne ognisko już są! A pogodę zamawiam na następny rok już dzisiaj. Tak na wszelki wypadek.

P.S. Tutaj Galeria zdjęć.Pełna relacja fotograficzna zostanie umieszczona na naszej rodzinnej stronie tu - zdjęcia dostępne po zalogowaniu. Zaglądajcie tam często!

piątek, 23 września 2011

Teraz czytam...Ludzie na walizkach - nowe historie

Książka przeczytana już z miesiąc wcześniej, post wstawiam w tzw. wolnej chwili, czyli teraz. Teraz też nie jest wolne, ale po ostatnich doświadczeniach z Jaśkiem nauczyłam się ,że nie ma na co czekać i wolnych chwil będzie coraz mniej.

zdjęcie stąd


Lubię Hołownię. Jako autora książek i felietonów w różnych gazetach, jako prowadzącego 'Mam Talent', jako człowieka. Bardzo podoba mi się to ,że stara się nie być płytki, ma ogromne poczucie humoru, o sprawach dotyczących duszy mówi językiem współczesnym i prostym jak konstrukcja cepa i w tym wszystkim pozostaje sobą.

"Ludzie na walizkach" - czytałam część pierwszą i drugą - obie serdecznie polecam.Prawdziwe historie ludzi zwykłych i popularnych, ich zderzenia z osobistymi tragediami, trudnymi wyborami, śmiercią najbliższych, ciężka chorobą. Historie- rozmowy niezwykłe, pełne wzruszeń po obu stronach - pytającego i pytanego. Poruszają najdelikatniejsze struny naszego ja, mówią często o takich sytuacjach, które chcemy zapomnieć.Piękne i prawdziwe opowieści o codziennym życiu niezwykłych ludzi, od których można nauczyć się, co to znaczy żyć naprawdę.

Bardzo poruszyły mnie szczególnie dwie - żony zmarłego aktora Macieja Kozłowskiego i żyjącego Tadeusza Brosia ( kto nie oglądał Teleranka?).Kozłowski lubił różne złote myśli i aforyzmy. 
Niech dwa cytaty z jego kolekcji będą zachętą do przeczytania tej wspaniałej,ważnej i absolutnie niezwykłej książki :
'Muzyka nie jest z fortepianu' oraz 'Żyje się dla kilku spotkań i paru wzruszeń'.

Książkę nawet we fragmentach przeczytać! o tutaj.
A  tu informacje.

czwartek, 22 września 2011

Teraz czytam....Grocholę!

Postanowiłam zacząć, bo były już filmy, wywiady i w tv tańczyła, a ja nic na jej temat.Cała Polska wszystko wie, a ja jak ta sirota. Za przedostatnim pobytem w szpitalu nabyłam na kauflandowej półce "Zielone drzwi", a za właśnie zakończonym pobytem j.w. w małej księgarni "Makatkę" - dwie ostatnie książki Grocholi.

Ogólnie - jestem zachwycona tymi, które wymieniłam!!! Przeczytałam też "Kryształowego Anioła", ale oceniam słabiej. Na razie o hitach.

"Zielone drzwi"
zdjęcie stąd

Książka doskonała pod każdym względem- formy i treści. Formy, bo w którym miejscu się jej nie otworzy, orientujemy się natychmiast i wiadomo o co chodzi. Treści, bo to spory zbiór wspomnień z różnych okresów życia, ułożonych chronologicznie, niby autobiografia, ale nie tylko.
Brzmi bardzo górnolotnie, ale czyta się rewelacyjnie.
 Jak zaznacza autorka, wszystkie historie opisane w książce są prawdziwe. I może właśnie dlatego już nie pamiętam, kiedy tak się śmiałam czytając książkę i kiedy tak naprawdę pomyślałam o kilku ważnych życiowych sprawach. Opowiedziane historie dotyczą codziennego życia -dzieciństwa, rodziny, ludzi, zwierząt, zapamiętanych zdarzeń, pracy w różnych miejscach, rozmów z różnymi ludźmi i co z nich wynikło.Są miejscami tak niezwykłe, że muszą być autentyczne, bo nikt by tego nie wymyślił.

Każde zdarzenie, o którym piszę, miało miejsce. Każda osoba, o której piszę, istniała naprawdę. Każda moja miłość była prawdziwa.
To jest moje życie. - pisze Grochola.

Lektura zdecydowanie na poprawę nastroju i jesienny spleen. Pisana lekkim, swobodnym piórem, z ogromnym poczuciem humoru i zmysłem obserwacyjnym. Kilka historii tak wryło mi się w pamięć, że trudno będzie je usunąć i dobrze, bo co sobie przypomnę, to wybucham śmiechem ( zwłaszcza o wujku Lonku, Pueri sursum aves i Polką żeś...- to dla tych co już czytali).Niezwykła jest też historia tytułowych zielonych drzwi.

Swój egzemplarz jeszcze w szpitalu dałam Iwonie - mamie malutkiej Lenki, którą serdecznie pozdrawiam! Na pewno chcę mieć drugi własny.
To książka wielokrotnych powrotów!Dla mnie pozycja obowiązkowa - polecam, polecam, polecam!!!!
Kilka informacji o książce tutaj.

Druga, która mnie położyła na łopatki to "Makatka".

zdjęcie stąd

Swoista rozmowa matki Katarzyny Grocholi z córką Dorotą Szelągowską.
Felietony ułożone w kalendarz od września do września, ilustrowane zdjęciami z rodzinnych albumów.Jedna pisze tekst, druga tekstem odpowiada. Dwie różne osobowości, dwa style, to samo poczucie humoru. Opisywanie tej samej historii z punktu widzenia dwóch osób.

Trochę o najbliższych, trochę o tym, co w życiu robią, ale przede wszystkim o wyjątkowej więzi matka- córka. Fajne jest to, że nikt tu nikogo nie udaje.Grochola jest 'tą wielką pisarką' a jej córka 'tą żoną Adama Sztaby - muzyka', a równocześnie są dwiema świetnymi babkami, które po przeczytaniu chciałoby się poznać osobiście z dobrodziejstwem inwentarza.

Choć zupełnie inna kompozycyjnie od "Zielonych drzwi", bardzo do nich zbliżona - błyskawicznie poprawia nastrój, wciąga. Te historie po prostu chce się czytać i opowiadać innym.Jeszcze o książce tu.

Obie książki uznaję za dobre do wręczenia na każdą okazję, bo zdecydowanie przyczyniają się do poprawy zdrowia psychicznego przez śmiecho- i wzruszenioterapię.

My w 'Niedzieli'

W ramach ostatniego wychodnego zawitałam w gościnne progi Gosi i przegadałam z nią do prawie 2 nad ranem. Ja jako sowa zniosłam to świetnie, za to skowronek Gosia już nie tak fajnie...
Nasze wieczorno-nocne Polek rozmowy zaoowocowały artykułem w tygodniku Niedziela ( wydanie małopolskie, numer 39 - aktualny), gdzie można poczytać o mnie i mojej rodzince.Zapraszam do lektury!
Choć czasopisma raczej nie czytam, zawsze to prasowy debiut. Poglądów się nie wypieram, zdjęc też, a kariery okładkowej i ogólnoprasowej i tak nie zrobię. A jednak miło zobaczyć bliskich w gazecie! Jaśkowi się strasznie podoba:)


Dziękuję Gosi za cierpliwość i za to, że przerywała mi od czasu do czasu i jeszcze nakarmiła pyszną kolacją i deserem!

Znowu szpital :(

Niespodziewana wizyta w szpitalu z Jaśkiem przerwała przygotowania do urodzin Pucy ( czyli Staszka). Właściwie wszystko było gotowe. Nawet Peppa na tort i prezenty. Niestety Jasiek wygrał, bo z 40 stopniami celsjusza się nie dyskutuje... W przyszłym roku nic mu nie powiemy do ostatniej chwili, żeby się nie zorientował :)
Atmosfera w szpitalu super, bo wszyscy nas już znali z poprzednich pobytów i cieszyli się na widok Jaśka. Zwłaszcza Babcia Ziutka, którą serdecznie na łamach pozdrawiamy.
Widoki z okna sali głęboko nieciekawe, z okna kuchni lepsze:


Były oczywiście zabawy w chowanie się we windzie ( z Karolem) i gdzie popadnie ( szafka 35x35x35):



I jeszcze jedna historia, która przekonała mnie,że
a) warto miec paranoję na punkcie zdrowia własnych dzieci
b) pozory mylą
c) w przyrodzie nie ma przypadków
d) inne

 Przypadek Alanka.
Alanek trafił późnym wieczorem do szpitala, ponieważ po kolacji postanowił dojeść sobie coś słodkiego i padło na całe opakowanie dużych granulek homeopatycznych. Właściwie nic groźnego. Zrobili mu płukanie żołądka, podłączyli do kroplówki i zostawili na standardowe 3 dni. I nie byłoby w tym nic dziwnego, ale
- nigdy nie widziałam tak dużego dwulatka ( w czerwcu skończył)- ważył 27 kilo, był wyższy o 2 głowy od mojego Jaśka ( 90 cm) i numer buta 28.Mówił całymi zdaniami. Jadł za 2 moich chłopaków i męża razem wziętych.
- po zrobieniu badań lekarz prowadząca długo nie mogła uwierzyć w wyniki morfologii i zleciła ją jeszcze 2 razy
-dziecko NIGDY w ciągu 2 letniego życia nie miało robionych żadnych badań, więc nie było materiału porównawczego.
Co się okazało? Ten wyjątkowy okaz zdrowia miał wrodzoną anemię! Jego krwinki czerwone były mniejsze niż ustawa przewiduje i miał spore niedobory żelaza, co oczywiście można było leczyć już wcześniej. Ukłony dla pediatry prowadzącej Alanka.
Morfologia kosztuje 8 zł.
Bez komentarza.
W związku z październikiem- miesiącem różowej wstążki i badań wszelakich zachęcam do nabrania paranoi w stosunku do siebie i zrobienia wszystkich tych badań i odbycia wszystkich tych wizyt lekarskich, przed którymi uciekamy przez ostatni rok. Tak na wszelki wypadek.
A do szpitala się nie pchajcie. Poszliśmy z jednym, a wróciliśmy z drugim- bonusowym katarem i kaszlem, bo zaczął się sezon na gruźlików( czyli zapalenia płuc) i pierwsza liga już poległa.
Dużo zdrowia wszystkim!

Motto roku

Zobaczyłam go na tablicy obok kościoła idąc ze Stanisławem na spacer i od razu wiedziałam, że to coś czego szukałam.
Krótkie. Treściwe. Mądre i zawsze na czasie.W każdej sytuacji i dla każdego. Zaraz pożałowałam, że to nie ja wymyśliłam :)
Wydrukowałam więc dla siebie i dałam komu mogłam w ramkach. Dla kogoś tam zabrakło ramki, ale i tak dostał.
Historia tego tekstu- modlitwy tutaj.
Poniżej sam tekst - do skopiowania dla wszystkich zainteresowanych, do powieszenia sobie najlepiej tam, gdzie będziecie go mieć często przed oczami, np. w kuchni lub miejscu pracy.
Ważny, potrzebny i do częstego powtarzania. Działa! Polecam!


 Boże, użycz mi pogody ducha,
abym godził się z tym,
czego nie mogę zmienić,
odwagi,
abym zmieniał to, co mogę zmienić,
i mądrości,
abym odróżniał jedno od drugiego.


czwartek, 15 września 2011

Sushi

Nadrabiając zaległości towarzyskie wylądowałamz Justyną w restauracji ZEN na ul. Tomasza na sushi.
Gdzieś tam kiedyś się próbowało, niewiele pamiętałam, raczej nijako kojarzyłam.
Dowiedziałam się,że jeśli już , to własnie tam. I nie żałuję!

Restauracja bardzo oryginalna - parter z sushi-barem z pływającymi drewnainymi łodeczkami, na których danie przypływa do klienta, z kaskadą białych kwiatów na ścianie oraz piętro ze stolikami i zamkniętymi 'salkami' ze ścianami z papieru ryżowego.
W takiej salce właśnie się ukryłyśmy. Nie jestem przyzwyczajona do siedzenia na podłodze,i choć poduch było wiele, moja skolioza dała mi się mocno we znaki...
Bardzo elegancko nakryty stół zarówno niski ( nasz) jak i pozostałe normalnej wysokości. Podwójne sztućce - drewniane pałeczki iklasyczny nóż i widelec do ryb, żeby nikt nie miał kompleksów i potrafił zjeść. Na każdym stoliku sos sojowy, który można nalać sobie do specjalnego płaskiego korytka. Do każej porcji ostry chrzan wasabi i płatki marynowanego imbiru.

I to jedzenie...coś absolutnie przepysznego!!!! Dawno nie jadłam czegoś tak oryginalnego, świeżego ( przyrządzane przy kliencie, warto czekać!!!!), pysznego.
W karcie jest bardzo dużo pozycji i wszystkie wyglądają bardzo smakowicie. Najdłyśmy się solidnie 3 ( słownie: trzema) dużymi talerzami różnych rodzajów sushi, w tym ostatnim przyrządzonym jako niespodzianka i on jest na zdjęciu. Kawałki znikały tak szybko, że otrzeźwiałyśmy dopiero pod koniec i postanowiłam je jednak uwiecznić :)
Do picia herbata sencha - oczywiście w japońskich czarkach i imbryku.Pyszna, łagodna, pięknie pachnąca.

Chwalę też bardzo miłą i uczynną kelnerkę, z którą sobie miło pogadałyśmy.

Nic dodać, nic ująć. A właściwie to dodać, bo mam nadzieję,że jeszcze tam zawitam? Może znowu ktoś mnie zaprosi na te pyszności?
Bardzo polecam na świętowanie jakiejś okazji i bez okazji!

Powakacyjny sabat domowy

Tym razem u mnie.
Po czasie dłuższym niż wakacje, z nowymi pomysłami i nieustannie otwartymi buziami ( od gadania ) i oczami ( od rozglądania się wokół ) zasiadłyśmy na kanapie,żeby się odpowietrzyć.
Na głodnego idzie średnio, więc tym razem wymyśliłam coś, co cały sierpień chodziło mi po głowie - pitę.
Darzę ją uwielbieniem wielkim. Pyszna prosta, za każdym razem troszkę inna. Wieloskładnikowa i uboga w dodatki. Najlepsza w moich wspomnieniach - ta na dworcu we Wrocławiu ( absolut! ciekawe jaką jakość podają teraz?)



Możliwości nadziania chlebka pity jest bardzo wiele. Polecam , bo to naprawdę dobre i szybkie.
Z braku fachowego podpiekacza wsadziłam gotowe pity ( nabyte drogą kupna w samie) do tostera i przypiekły się tak jak trzeba.

Do środka:

- dużo sosu czosnkowego ( umnie Heinz)
-gotowa mieszanka kolorowych sałat
-pokrojone i podsmażone cieniutkie plasterki dobrych parówek
-kukurydza z puszki
-camembert z grzybami leśnymi ( mniam!) pokrojony w kosteczkę
-plasterek pomidora
-plasterek ogórka kiszonego

Zapodałam herbatkę Liptona - taką jak poniżej - polecam dla lubiących cynamon. Rozgrzewa!


Następnie przy kawie i ciasteczkach miejscowego potentata cukierniczego spędziłyśmy razem cudowny stanowczo za krótki czas, opowiadając sobie o różnościach tego świata.

Tak się zagadałyśmy, że wspólne zdjęcie powstało w ostatnim momencie:


I dobrze, że udało się aparatowi uchwycić chwilę radości ze wspólnego spotkania.

Do zobaczenia dziewczyny!






środa, 14 września 2011

2 x spaghetti

Kto nie lubi makaronu? Niech się lepiej nie przyznaje !
Uczyniłam ostatnio dwa nowe warianty, bo od spaghetti na kiju upłynęło juz baaardzo dużo czasu i pora na zmiany!

WERSJA 1:

- sos pomidorowy- przepis na spaghetti bolognese Winiary ( bardzo dobry, choć zdecydowanie z tych słonych, dlatego mniej słone dodatki)
-oliwki zielone i czarne odsączone z zalewy
- camembert z grzybami leśnymi pokrojony w kosteczkę
- ser gouda pokrojony w drobną kosteczkę :)

WERSJA 2:

sos:
-kiełbaska zwyczajna pokrojona w drobną kostkę i podsmażona na łyżce oliwy z ziołami prowansalskimi ( jak puści tłuszcz- usunąć) , do tego dodać

-gotowy sos do makronu Pudliszki
- oliwki z zalewy czarne i zielone
-odrobina pikantnego keczupu
-przeciśnięty przez praskę ząbek czosnku
- starty żółty ser z dużymi dziurami :)

Oba powyższe zrobić koniecznie i zeżreć natychmiast.

Stanisław jako znany oliwkożerca nie pogardził całą michą, bo jak wiadomo najlepiej je się palcami:

Złote jesienne candy


Jedynym chyba sposobem, żeby wygrać candy u kogoś, jest zorganizowanie własnego. Tyle pięknych różności przeszło mi koło nosa, że postanowiłam porozdawać i ja. W końcu większa jest radość z dawania niż z brania :)

Candy ZŁOTE, ponieważ:
- prawdziwego lata nie było a czas na letnie candy był
- było już srebrne candy, więc jak się powiedziało A...
- tęsknię za prawdziwym złotem w przyrodzie  i mam dość deszczu za oknem
- zawartość pięknego okrągłego pudełka, którego fragment prezentuje baner reklamujący zabawę, jest złota lub ze złotem związana.
Co w środku? Troszkę tego i owego - na pewno coś na imprezę w ciepły  wieczór, by poczuć się ubraną, dobrze umalowana i ozdobioną, kilka niespodzianek i oczywiście złote słodycze ( MNIAM!).
Jednym słowem - złoty zestaw "na bogato".
Jeśli ogłaszam candy, to zawsze takie, jakie sama chciałabym wygrać, duże,wartościowe, pełne wielozmysłowych niespodzianek i pyszne.

Takie były nagrody w poprzednich zabawach:


ZASADY:
-w candy może wziąć udział każdy
- jeśli masz bloga, wstaw na nim informację o moim candy umieszczając zdjęcie z linkiem do tego posta
- napisz komentarz i PODPISZ SIĘ ADRESEM BLOGA JEŚLI GO POSIADASZ I OBOWIĄZKOWO ADRESEM MAILOWYM!!!!!
Jak w poprzednich zabawach: nagroda główna jest tylko jedna, nagrodę pocieszenia- niespodziankę - dostają wszyscy pozostali w formie mailowej 
- czekaj na wyniki losowania - 14.10
Wyniki losowania zostana opublikowane na moim blogu najpóźniej 15.10

Zachęcam gorąco wszystkich!!! Powodzenia!!!!!

A swoich szans w losowaniach candy u innych nie zamierzam tracić. Może w końcu się uda?