Jak widać po łacinie wszystko brzmi bardziej 'ucenie'.
Ja w tym roku zakochałam się w borówkach amerykańskich ( bo o nich mowa). I to nie tylko dlatego,że rosna u mnie w ogrodzie.Doceniłam i smak i zapach i właściwości małobrudzące. Zwłaszcza te ostanie przy małych dzieciach się przydają. Jedzone garściami lub prosto z krzaka nie brudzą rączek, a ewentualne plamy po wypiekach itp. bardzo łatwo doprać. Oczywiscie są tylko trochę podobne do tradycyjnych borówek ( po krakowsku, bo raczej mówi się o czarnych jagodach?), ale smakują naprawdę wspaniale! Zrobiłam kilka rzeczy i właśnie chcę was namówić na małe co nieco.
Borówka amerykańska ma nawet swoją własną stronę o tutaj . Poczytajcie szczególnie o właściwościach odżywczych. Już od dawna wiadomo,że powinni je jeść 'sercowcy' i osoby potrzebujące wsparcia dla oczu ( przede wszystkim komputerowcy!), a szczególy na w/w stronie.Jesli zastanawiacie się , jaki krzak warto miec w ogródku, to bardzo polecam własnie borówkę. Wygląda ładnie właściwie przez cały rok, nie wymaga szczególnej pielęgnacji i daje bardzo dużo owoców.
Przeklejam zdjęcie tytułowe ze śniadankiem właśnie tu, bo jest to świetna i szybka propozycja - posmarować drożdżówkę dżemem posypać borówkami i zjeść!
Świetnie sprawdzą się także jako składnik porannego musli, sałatek owocowych, jako owoce do dekoracji różnych deserów i lodów.
Ja zrobiłam jeszcze tort z okazji imienin kuzynki:
To mój ulubiony serniczek z białą czekoladą ( o którym pisałam wielokrotnie wcześniej) tutaj z dekoracją z borówek, posypek i kwiatu z ogrodu.
Bardzo was zachęcam do takiego dekorowania potraw, szczególnie teraz latem, kiedy wszelkich kwiatów mamy pod dostatkiem.
Jestem gorącą zwolenniczką różnego rodzaju posypek i uważam,że warto miec w domu przynajmniej 3 rodzaje. Można je dostać w każdym większym sklepie, a bardziej wymyślne kupić np. na tortownia.pl .Nadają się do dekoracji prawie wszystkiego, co słodkie i nadają zwykłemu ciastku eleganckiego i niepowtarzalnego wyglądu!
Pochwalę się jeszcze własnoręcznie wykonaną kompozycją kwiatową, która stanowiła komplet z tortem - może ktoś z was się zainspiruje. Kwiaty gloriozy i hortensji ułożone na gąbce z liśćmi z ogrodu w koszyczku:
I jeszcze mufiny z borówkami amerykańskimi ( przepis z bieżącej Claudii na sierpień, str.112 ), które szczególnie dedykuję świeżej mufiniarze Entomce oraz wszystkim, którzy nie lubią się narobić, ale dużo i dobrze zjeść by chcieli :)
Szybkie ( suche+ mokre), pachnące owocami i wanilią, wilgotne, nie za słodkie. Słodkość można regulować posypując po upieczeniu cukrem pudrem lub polewając lukrem. Mnie zasmakowały bardzo, przede wszystkim przepis jest dobrze wyważony i można je zrobić równie dobrze z innymi kwaskowymi owocami ( maliny, porzeczki, kawałki śliwek, poziomki...) których teraz nie brakuje. Natomiast mnie mufinek już zabrakło :( Zeżarte!
Gorąco zachęcam do upieczenia! Mało roboty- dużo radości!
A oto przepis:
suche:
350 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 szklanki cukru
cukier waniliowy
troszkę cukru ( ok. 2 łyżek)
Cukier puder do posypania
mokre:
1 jajko
szklanka mleka
1/2 szklanki oleju
1 szklanka borówek amerykańskich ( ja dałam 2 szklanki, bo lubię mocno owocowe)
składniki suche wymieszać w jednej misce. Składniki mokre wymieszac w drugiej misce. Połączyć. Wymieszać razem. Dodać borówki. Wymieszać delikatnie. Nałożyć do papilotek posypując cukrem ( ja dałam te ok. 2 łyżki brązowego, bo się robi ładna skorupka) i piec 15-20 min. w temperaturze 180 stopni. ( mój piec piekł 30 min). Wystudzić. Posypać cukrem pudrem przed podaniem lub udekorować lukrem. Mnie smakowały zarówno same gołe jak i posypane delikatnie pudrem. Mniam:P
motor
Walentynki są codziennie, tylko my obchodzimy je raz do roku...
niedziela, 5 sierpnia 2012
czwartek, 2 sierpnia 2012
Avon - porcelanowo!
Kolejne spotkanie avonowego Klubu Róży do którego należę odbyło się w maju, ale dopiero niedawno odebrałam nagrodę, na którą wyjątkowo czekałam.
Na majowym spotkaniu było dużo niespodzianek i kwiatów, kolorów i zapachów, czyli tego wszystkiego, co jako kobiety lubimy najbardziej. W licznym towarzystwie klubowiczek i liderek spędziłam bardzo miły popołudniowieczór. Każda z zaproszonych pań otrzymała piękne świeże goździki miniaturki w doniczce ( długo stały na parapecie!) oraz gratulacje z okazji zdobytych nagród i wyróżnień klubowych.
Ja oprócz tradycyjnego uścisku dłoni szefa ( który jak wiadomo jest bezcenny i stanowi osobną nagrodę samą w sobie) otrzymałam porcelanowy serwis Villa Italia na 4 osoby. Delikatne klasyczne filiżanki z podstawkami, cukiernica i mlecznik w kolorze ecru ze złoceniami ucieszyły mnie tak bardzo,że od razu chciałam zabrać je do domu, ale z przyczyn logistycznych przyszło mi na tęchwilę poczekać jeszcze kilka tygodni. W końcu osobiście odebrany komplet z centrali doczekał się premiery. Na załączonym obrazku moje ekskluzywne drugie śniadanie :) Jak widać nawet zwykły sernik na zimno z galaretką nabiera pałacowego charakteru:) A ja mam namiastkę luskusu dla siebie i gości + eleganckie ekspozytory moich słodkości:
Na majowym spotkaniu było dużo niespodzianek i kwiatów, kolorów i zapachów, czyli tego wszystkiego, co jako kobiety lubimy najbardziej. W licznym towarzystwie klubowiczek i liderek spędziłam bardzo miły popołudniowieczór. Każda z zaproszonych pań otrzymała piękne świeże goździki miniaturki w doniczce ( długo stały na parapecie!) oraz gratulacje z okazji zdobytych nagród i wyróżnień klubowych.
środa, 1 sierpnia 2012
Candy przez różowe okulary
Znowu poruszam się w blogowym świecie techniką skoczka szachowego. Bardzo dużo się u mnie ostatnio dzieje, wydarzenie goni wydarzenie, spotkanie-spotkanie, a przedszkola w sierpniu nie ma, więc i czasu na cokolwiek będzie mniej... Postanowiłam,że najpierw ogłoszę candy, które od dawna chodzi mi po głowie ( co teraz czynię), a potem spróbuję nadrobić kolejny kawałek czasu ( co mam nadzieję uczynię wkrótce).
Najsampierw jednak bardzo chcę podziekowac moim stałym fanom, czytelnikom, znajomym bliższym i dalszym, którzy mobilizują mnie do pisania, przysyłają maile i smsy oraz grożą słownie.Szczególne buziaki, uściski i ciepłe słowa dla Ani N. oraz Bananowi, które trzymają mnie przy klawiaturze!
Ad rem. Candy które dziś ogłaszam chodziło za mną już od wiosny, kiedy to powstał pomysł, a jakoś nie było chęci na realizację, bo wydarzyło sięwiele rzeczy denerwujących, złych, niepotrzebnych. Chyba każdy z nas ma takie chwile ( dni, miesiące, lata...), które po prostu chciałby wyrzucić do kosza i nigdy więcej do nich nie wracać. Przypomniało mi się powiedzenie o różowych okularach, że kto przez nie patrzy, widzi świat w tej radosnej, fajnej barwie, że ktoś taki umie marzyć o lepszych chwilach,że ma nadzieję ( choć jej kolor to zielony) na nowe i lepsze.Taka chcę być.
Takie też chciałabym aby było moje candy: leniwo- wakacyjne, radosne, optymistyczne, tworzone z wszystkimi uczetnikami. Chciałabym, aby każdy, kto weźmie w nim udział i wniósł i zabrał ze sobą minimalną cząstkę tej wspólnej radości.W jaki sposób? Oto zasady:
ZASADY:
-jeśli posiadasz adres mailowy możesz wziąć udział w candy
-wpisz komentarz pod tym postem, który zawiera
1)złotą myśl ( cytat,aforyzm, własne powiedzenie itp.) dotyczący szeroko pojętego patrzenia na świat przez różowe okulary
2) adres mailowy
3) adres prowadzonego przez siebie bloga ( jeśli taki prowadzisz)
- skopiuj podlinkowany banerek z candy na pasek boczny własnego bloga ( jeśli nie masz bloga, ten problem cię omija)
- czekaj grzecznie na losowanie, które odbędzie się 31 sierpnia w godzinach późnowieczornych
- swój udział możesz zgłosić do 31.08 do godziny 12:00 w samo południe!!!!
NAGRODA:
W moim candy nagrodę otrzymuje każdy. Nagrodą główną jest zestaw różnych różowych drobiazgów na czele oczywiście z okularami ze zdjęcia. Wartość całego zestawu szacuję na ok. 120 zł. Wszystko jest w kolorze różowym, na pewno zawiera pyszne słodycze, a także coś pachnącego, coś praktycznego, coś niepraktycznego, coś co umila wieczory, coś co zdobi i coś co wzbogaca duszę. Więcej nie zdradzę! Mogę tylko powiedzieć,że nie ma tam ani krzty kiczu i paskudnego różu. Starałam się jak mogłam, aby stworzyć coś, co naprawdę ucieszy i na dłużej podniesie na duchu zwycięzcę.
Nagrodą dla każdego jest pps mojego autorstwa.
Zapraszam serdecznie do udziału!
Najsampierw jednak bardzo chcę podziekowac moim stałym fanom, czytelnikom, znajomym bliższym i dalszym, którzy mobilizują mnie do pisania, przysyłają maile i smsy oraz grożą słownie.Szczególne buziaki, uściski i ciepłe słowa dla Ani N. oraz Bananowi, które trzymają mnie przy klawiaturze!
Ad rem. Candy które dziś ogłaszam chodziło za mną już od wiosny, kiedy to powstał pomysł, a jakoś nie było chęci na realizację, bo wydarzyło sięwiele rzeczy denerwujących, złych, niepotrzebnych. Chyba każdy z nas ma takie chwile ( dni, miesiące, lata...), które po prostu chciałby wyrzucić do kosza i nigdy więcej do nich nie wracać. Przypomniało mi się powiedzenie o różowych okularach, że kto przez nie patrzy, widzi świat w tej radosnej, fajnej barwie, że ktoś taki umie marzyć o lepszych chwilach,że ma nadzieję ( choć jej kolor to zielony) na nowe i lepsze.Taka chcę być.
Takie też chciałabym aby było moje candy: leniwo- wakacyjne, radosne, optymistyczne, tworzone z wszystkimi uczetnikami. Chciałabym, aby każdy, kto weźmie w nim udział i wniósł i zabrał ze sobą minimalną cząstkę tej wspólnej radości.W jaki sposób? Oto zasady:
ZASADY:
-jeśli posiadasz adres mailowy możesz wziąć udział w candy
-wpisz komentarz pod tym postem, który zawiera
1)złotą myśl ( cytat,aforyzm, własne powiedzenie itp.) dotyczący szeroko pojętego patrzenia na świat przez różowe okulary
2) adres mailowy
3) adres prowadzonego przez siebie bloga ( jeśli taki prowadzisz)
- skopiuj podlinkowany banerek z candy na pasek boczny własnego bloga ( jeśli nie masz bloga, ten problem cię omija)
- czekaj grzecznie na losowanie, które odbędzie się 31 sierpnia w godzinach późnowieczornych
- swój udział możesz zgłosić do 31.08 do godziny 12:00 w samo południe!!!!
NAGRODA:
W moim candy nagrodę otrzymuje każdy. Nagrodą główną jest zestaw różnych różowych drobiazgów na czele oczywiście z okularami ze zdjęcia. Wartość całego zestawu szacuję na ok. 120 zł. Wszystko jest w kolorze różowym, na pewno zawiera pyszne słodycze, a także coś pachnącego, coś praktycznego, coś niepraktycznego, coś co umila wieczory, coś co zdobi i coś co wzbogaca duszę. Więcej nie zdradzę! Mogę tylko powiedzieć,że nie ma tam ani krzty kiczu i paskudnego różu. Starałam się jak mogłam, aby stworzyć coś, co naprawdę ucieszy i na dłużej podniesie na duchu zwycięzcę.
Nagrodą dla każdego jest pps mojego autorstwa.
Zapraszam serdecznie do udziału!
piątek, 20 lipca 2012
Sernik z borówkami i Apacze
Z wizytą do starej znajomej Moniki i jej nieznanego mi jeszcze męża Iwo pojechałam z wesołym towarzystwem autem i oczywiście zawiozłam wpisowe w postaci sernika. To wersja małego serniczka z białą czekoladą, o którym pisałam tutaj.
Tym razem zrobiłam go z borówkami amerykńskimi w środku, tradycyjnymi na wierzchu i posmarowałam glaretką w kolorze atramentu. Spód stanowi paczka krakersów z łyżką masła. Ta wersja smakuje mi bardziej niż ta z truskawkami! Jest lepsza na gorące dni.
Dla podkreślenia efektu chłodzacego ( bo upał był srogi niestety...) dodałam posypkę w postaci śnieżnych gwiazdek, które nie przestraszyły się wysokich temperatur:
Większość wieczoru przeciupaliśmy w nową dla mnie grę w kości - Apacze. Zachęcam do spróbowania - partie są szybciutkie, trzeba tylko mieć 2 kostki kubeczek i podstawkę + coś do zapisywania wyników. Im więcej osób tym lepiej, ale minimum to chyba 3-4, żeby było atrakcyjnie.
Zasady:
Zaczyna ktoś z zebranych, potem według wskazówek zegara.
Pierwsza osoba losuje jakąś liczbę, która powstaje przez odczytanie ilości punktów z dwóch kostek, zawsze w kolejności większa ilość pierwsza, mniejsza druga i to jest początek licytacji. Liczbę tę zna tylko gracz, który ją wyrzucił- nie pokazywac kostek!
Następna osoba po wyrzuceniu swoich kostek musi powiedzieć liczbę większą od poprzedniej ( nawet jeśli sama ma mniejszą).
Najmniejsza możliwa liczba w tym układzie ( nie bierzemy pod uwagę takich samych ilości czyli np.55) to 21 i jeśli ktoś ją wylosuje pokazuje wszystkim wszem i wobec i wszyscy oprócz tego kto wyrzucił dostają po 1 punkcie ujemnym.
Jeśli licytacja dojdzie do najwyższej możliwej liczby czyli 65, następnymi mogą być tylko 'apacze', czyli podwójne 11( 1 apacz), 22 ( 2 apacze) itd. aż do 6 apaczy.
Każdy rozgrywający ma 4 możliwości:
- wyrzucić swoją liczbę punktów na kostkach
-sprawdzić poprzednika ( jeśli skłamał otrzymuje punkt ujemny)
-opuścić kolejkę
-podać kości dalej bez wyrzutu, ale licytować nieznaną zawartość dalej (ufając poprzednikowi,że jest tam mniej niż mówił)
Generalnie gra polega na oszustwie i szczęściu do losowania. Każdy gra do 10 punktów ujemnych, a wygrywa ten, kto ma najmniej minusów. Oczywiście można ściemniać w trakcie ile wlezie i eliminować przeciwników własnymi tajnymi strategiami.
Nam grało się naprawdę fajowo, i choć przegrałam ( nie ja jedna:))) to śmiechu było dużo!
Zaczyna ktoś z zebranych, potem według wskazówek zegara.
Pierwsza osoba losuje jakąś liczbę, która powstaje przez odczytanie ilości punktów z dwóch kostek, zawsze w kolejności większa ilość pierwsza, mniejsza druga i to jest początek licytacji. Liczbę tę zna tylko gracz, który ją wyrzucił- nie pokazywac kostek!
Następna osoba po wyrzuceniu swoich kostek musi powiedzieć liczbę większą od poprzedniej ( nawet jeśli sama ma mniejszą).
Najmniejsza możliwa liczba w tym układzie ( nie bierzemy pod uwagę takich samych ilości czyli np.55) to 21 i jeśli ktoś ją wylosuje pokazuje wszystkim wszem i wobec i wszyscy oprócz tego kto wyrzucił dostają po 1 punkcie ujemnym.
Jeśli licytacja dojdzie do najwyższej możliwej liczby czyli 65, następnymi mogą być tylko 'apacze', czyli podwójne 11( 1 apacz), 22 ( 2 apacze) itd. aż do 6 apaczy.
Każdy rozgrywający ma 4 możliwości:
- wyrzucić swoją liczbę punktów na kostkach
-sprawdzić poprzednika ( jeśli skłamał otrzymuje punkt ujemny)
-opuścić kolejkę
-podać kości dalej bez wyrzutu, ale licytować nieznaną zawartość dalej (ufając poprzednikowi,że jest tam mniej niż mówił)
Generalnie gra polega na oszustwie i szczęściu do losowania. Każdy gra do 10 punktów ujemnych, a wygrywa ten, kto ma najmniej minusów. Oczywiście można ściemniać w trakcie ile wlezie i eliminować przeciwników własnymi tajnymi strategiami.
Nam grało się naprawdę fajowo, i choć przegrałam ( nie ja jedna:))) to śmiechu było dużo!
czwartek, 19 lipca 2012
Letnie tiramisu
Zrobione na szybko dla podjęcia Luźnego Składu u mnie pewnego czerwcowego poranka.
Wersja letnia delikatniejsza, czyli serek mascarpone (0,5 kg) wymieszany pół na pół z taka samą ilościa ( 0,5 l) bitej śmietany 36% i 1 cukrem waniliowym.Biszkopty ( nabyte w makro specjalnie do tiramisu - są genialne, bo się nie rozlatują!!!!!) nasączone likierem kawowym, przesypane kakao decomoreno.
O tiramisu myślę z sentymentem, bo to pierwszy przepis, jaki zamieściłam na tym blogu - zaglądnijcie historycznie wstecz:)
Dekorację na wierzchu stanowią pokrojone w plasterki truskawki ułożone jak płatki i wciśnięte w serek oraz czarne maliny z mojego ogródka.
Kwiaty z truskawek są naprawdę łatwe do zrobienia, a mają żywy kolor i moga być ładną dekoracją dowolnego deseru lub tortu/ciasta.
Zróbcie koniecznie! Truskawkowo- kawowy ogród w gębie!
Wersja letnia delikatniejsza, czyli serek mascarpone (0,5 kg) wymieszany pół na pół z taka samą ilościa ( 0,5 l) bitej śmietany 36% i 1 cukrem waniliowym.Biszkopty ( nabyte w makro specjalnie do tiramisu - są genialne, bo się nie rozlatują!!!!!) nasączone likierem kawowym, przesypane kakao decomoreno.
O tiramisu myślę z sentymentem, bo to pierwszy przepis, jaki zamieściłam na tym blogu - zaglądnijcie historycznie wstecz:)
Dekorację na wierzchu stanowią pokrojone w plasterki truskawki ułożone jak płatki i wciśnięte w serek oraz czarne maliny z mojego ogródka.
Kwiaty z truskawek są naprawdę łatwe do zrobienia, a mają żywy kolor i moga być ładną dekoracją dowolnego deseru lub tortu/ciasta.
Zróbcie koniecznie! Truskawkowo- kawowy ogród w gębie!
środa, 18 lipca 2012
Piknik w szkole
W czerwcową sobotę odbył sie w mojej dawnej podstawówce piknik ogólnodostępny. Poszliśmy i my. Dzień piękny i słoneczny, a atrakcji dużo.
Czy może być lepsza forma zmęczenia dzieci przed obiadem?
Najwiekszą frajdą była zdecydowanie przejażdżka elektrycznym autkiem. Chłopaki kierowali na zmianę i lepiej im to o dziwo wychodziło niż świeżo upieczonej mamie- kierowcy.
Były i balony i malowanie buziek i łapanie rybek...A także specjalnie przygotowane szablony do zdjęć w kształcie owoców.
Absolutnym szałem okazała sie możliwość dokładnego obcypania wozu bojowego policji, nadawanie przez radio i trąbienie. O matko co się tam działo!!!!
Zmęczeni, rozmazani, ale szczęśliwi wróciliśmy do domu i magicznym sposobem chłopaki usnęły od razu.Ufff...
Dzieci to jednak morze kłopotów i strumyczek radości!
Czy może być lepsza forma zmęczenia dzieci przed obiadem?
Najwiekszą frajdą była zdecydowanie przejażdżka elektrycznym autkiem. Chłopaki kierowali na zmianę i lepiej im to o dziwo wychodziło niż świeżo upieczonej mamie- kierowcy.
Były i balony i malowanie buziek i łapanie rybek...A także specjalnie przygotowane szablony do zdjęć w kształcie owoców.
Absolutnym szałem okazała sie możliwość dokładnego obcypania wozu bojowego policji, nadawanie przez radio i trąbienie. O matko co się tam działo!!!!
Zmęczeni, rozmazani, ale szczęśliwi wróciliśmy do domu i magicznym sposobem chłopaki usnęły od razu.Ufff...
Dzieci to jednak morze kłopotów i strumyczek radości!
wtorek, 17 lipca 2012
Poranne poprawiny prawie po japońsku
Retrospekcja z czerwca. Pisałam już o wspaniałej niespodziance urodzinowej, jaka urządziły mi Ula i Dorota. Dostałam wtedy ( między innymi) 2 fantastyczne książki:
Jak wiadomo dobre są wesela, lepsze poprawiny. Postanowiłam więc je urządzić i fachowo urodzinowo podjąć dziewczyny w japońskim stylu.
Jako przystawki - pikantna zupa Lei-mel i sałatka z grzybów mun.Przegryzki - orzeszki ziemne w wasabi oraz chipsy krabowe. Danie główne - zamówione świeżutkie sushi ( miałam szerokie plany,że zrobię sama, ale koszty i czas pracy jednak by mnie przerosły...)
Na deser - to już raczej symbolicznie - japońskie ciasteczka z wróżbą. U mnie wróżbami były cytaty o przyjaźni.
Przepisy tradycyjnie pod koniec posta.
Zdecydowanie nie traciłam czasu na robienie zdjęć tylko na nadrobienie zaległości językowych ( nawet w polskim można sie podciągnąć !), tak,że niestety sesja wyszła słaba, ale za to jedzonko było pyszne i bardzo syte.
Dziewczyny przyniosły mi wspaniałe gadżety związane z tematem Dorota- świeczki- klapeczki japonki , a Ula przepiękne wachlarze. Mnie udało się zdobyć serwetki z motywami smoków.
Wspaniale się siedzi w takiej scenerii i towarzystwie!
A królową dnia i tak została Gabrysia, która była ładniejsza od wszystkich gejsz razem wziętych i tyle!
Przepisy na zupę i sałatkę wzięłam z gazetki kauflandowej na miesiąc czerwiec ( była przy okazji produktów chińsko- japońskich w promocji).
Zupa Lei-mel- pyszna i superbłyskawiczna. Robiłam ją jeszcze potem 2 razy, za każdym wyszła tak samo dobrze! Wspaniała jesienią i zima- porzadnie rozgrzewa i syci nawet mała porcja! Przepis na 4 osoby:
1 litr wody
1 kostka bulionu drobiowego
1 łyżka koncentratu pomidorowego ( dałam więcej, do smaku)
4 łyżki sosu sojowego
Ostra papryka ( do smaku)
1 opakowanie mrożonych chińskich warzyw na patelnię
60 g bułki tartej
Wodę zagotować, dodać bulion, koncentrat i sos sojowy. Wrzucić warzywa i gotować 8 minut. Wsypać bułkę tartą i wymieszać trzepaczką. Chwilkę gotować i podawać.
Sałatka z grzybów mung - trzeba lubić te gumiaste grzyby. Jako dodatek z bardzo wyraźnym sosem ( takim jak ten) są dobre. Same przypominają ( przynajmniej mnie) w smaku brązową cholewę.Są bardzo syte.Przepis na 4 porcje:
paczka suszonych grzybów mun
20 ml oleju sezamowego
40 ml sosu sojowego jasnego
2 ząbki czosnku
sól, pieprz
kilka lisci karbowanej sałaty
ziarna sezamu
Grzyby mun moczyć w letniej wodzie ok. godzinę. Z oleju sosu sojowego i przeciśniętego przez praskę czosnku przyrządzić sos dobrze mieszając i doprawić sola i pieprzem do smaku. Grzyby dokładnie odsączyć z wody, pokroić na kawałki o boku 2-3 cm. Podawac na liściach sałaty posypane ziarnami sezamu.
(zdjęcie z oryginalnej gazetki, bo my za szybko zjadłyśmy i nie zdążyłam zrobić zdjęcia, ale wyglądał tak samo :))
(zdjęcie z oryginalnej gazetki, bo my za szybko zjadłyśmy i nie zdążyłam zrobić zdjęcia, ale wyglądał tak samo :))
Sushi - w Krakowie zamawiałam w haikusushi.
Ciasteczka z wróżbą - to raczej zwyczaj andrzejkowo- haloweenowy, ale dlaczego nie w czerwcu? Z tego założenie wyszłam i zrobiłam według tego przepisu.Można tez wykorzystać gotowe kruche ciasto. Formę maja typowo polską - pierożków. Oczywiście można zrobić dowolne kształty, nie tylko kanoniczne japońskie rożki.
Orzeszki wasabi - piekielnie ostre, ale pyszne. Trzeba lubić ten ogień ( ja bardzo lubię!).
Chipsy krabowe - przeciwnie bardzo łagodne prażynki o specyficznym zapachu. Obie przekąski do nabycia w dużych hipermarketach.
Jak widać poznawanie innych kultur bywa przyjemne i smaczne - choćby we własnym domku na kanapie. Najważniejsze jest oczywiście nie co, tylko z kim ;)
Polska! Biało-czerwoni!
Już wiemy, kto wygrał Euro 2012. Mnie ta informacja ani ziębi, ani grzeje, jako że zagorzałą ani żadną inną kibicką nie jestem. Nie oglądnęłam żadnego meczu i żyję. Nie znaczy to, że nie wspierałam domowej załogi jak mogłam.
Postanowiłam na rozpoczęcie mistrzostw zrobić galaretkę w formie małych kosteczek ( jak ptasie mleczko) w kolorach patriotycznych. Udało się!
Przepis na glalaretkę truskawkową z bloga moje wypieki - tutaj. Galaretkę białą zrobiłam z mleka skondensowanego i takich samych składników ( oprócz truskawek) jak czerwona. Galaretki obtoczyłam w zmielonych migdałach ( niestety nie można w cukrze z przyczyn technicznych) i podałam na talerzykach z motywem piłki.
Genialna jest ta truskawkowa - w sam raz słodka, lekko kwaskowa, świetna na upały jako leciutki deser, pełna owoców, pachnąca....mniam. Jeszcze nie raz ją zrobię. Biała w porównaniu wypada lekko mdło, jak to skondensowane mleko, ale razem się fajnie uzupełniają.
Można oczywiście wylać najpierw jedną a potem drugą i pokroić w dwukolorowe kostki.
Polecam na każdy letni dzień, nie musicie czekać na następne Euro!
poniedziałek, 16 lipca 2012
Desiderata
To dla mnie ważny tekst. Piękne rady o tym jak żyć napisane prostym językiem i dotyczące każdego człowieka.
Szczególnie lubię go w wykonaniu Piwnicy pod Baranami ( posłuchajcie tutaj). Poniżej zamieszczam kanoniczną wersję "Piwniczną". Jeśli kogoś interesuje angielski oryginał znajdzie go tutaj.
Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech
i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy
o ile to możliwe bez wyrzekania się siebie
bądź na dobrej stopie ze wszystkimi
wypowiadaj swoją prawdę jasno i spokojnie
wysłuchaj też innych, nawet tępych i nieświadomych
oni też mają swoją opowieść
oni też mają opowieść
unikaj głośnych i napastliwych
unikaj głośnych są udręką ducha
niech twoje osiągnięcia zarówno jak plany
będą dla ciebie źródłem radości
bądź ostrożny w interesach
bądź ostrożny w interesach
na świecie bowiem pełno oszustwa
bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia
ani też nie podchodź cynicznie do miłości
bo ona jest wieczna jak trawa
bo ona jest wieczna...
unikaj głośnych i napastliwych
unikaj głośnych są udręką ducha
przyjmij spokojnie co ci lata doradzają
z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości
jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż
drzewa i gwiazdy, masz prawo być tutaj
a więc żyj w zgodzie z bogiem
czymkolwiek on ci się wydaje
w zgiełkliwym pomieszaniu życia
zachowaj spokój ze swą duszą
przy całej swej złudności, znoju i rozwianych
marzeniach jest to piękny świat
jest to piękny świat...
znalezione w starym kościele
św. pawła w baltimore
datowane 1692r.
przy całej swej złudności, znoju i rozwianych
marzeniach jest to piękny świat
jest to piękny świat...
Po latach dowiedziałam się, jaka jest prawdziwa historia powstania tego tekstu. Otóż napisał go poeta Maks Ehrmann w roku 1927 i jako życzenia bożonarodzeniowe ofiarował swoim przyjaciołom w 1933r. W 1948 r. opublikowała poemat wdowa po Ehrmannie i tak trafił do gazetki parafialnej publikowanej przez pastora episkopalnego Starego Kościoła pod wezwaniem Św. Pawła w Baltimore.
Pogłoska na temat anonimowego autora i błędna data powstania utworu – 1692 – pochodzą stąd, że pierwsza strona owej gazetki, na której znajdował się tekst "dezyderaty", miała stopkę z informacją: "Stary kościół św. Pawła" i datą 1692 (w rzeczywistości to data powstania parafii i budowy pierwszego, już nieistniejącego kościoła). Wskutek częstego kopiowania jedynie tej strony, informacja zaczęła być błędnie odczytywana.
Nie w Warszawie, tylko w Moskwie, nie rozdają tylko kradną i nie auta, tylko rowery. Niby jak w radiu Erewań, ale tekst chyba nigdy nie straci na swojej aktualności i na pewno jest najbardziej znanym utworem Ehrmanna, o którym to poecie możecie przeczytać tutaj. To strona po angielsku, bo polskiej nie znalazłam, ale wydała mi sie prosta. Z pomocą małego słowniczka da się przejść i warto.
Tekst dezyderaty dedykuję wszystkim moim czytelnikom, a szczególnie lady.medusie, która napisała do mnie ostatnio długi list. Myślę nad odpowiedzią - daj mi jeszcze trochę czasu.
Na razie niech wystarczy Desiderata - czyli pragnienia, życzenia, marzenia.
Ilustruję zdjęciami z mojego ogrodu - co prawda kwiaty już przekwitły, ale jakie były piękne!
Szczególnie lubię go w wykonaniu Piwnicy pod Baranami ( posłuchajcie tutaj). Poniżej zamieszczam kanoniczną wersję "Piwniczną". Jeśli kogoś interesuje angielski oryginał znajdzie go tutaj.
Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech
i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy
o ile to możliwe bez wyrzekania się siebie
bądź na dobrej stopie ze wszystkimi
wypowiadaj swoją prawdę jasno i spokojnie
wysłuchaj też innych, nawet tępych i nieświadomych
oni też mają swoją opowieść
oni też mają opowieść
unikaj głośnych i napastliwych
unikaj głośnych są udręką ducha
niech twoje osiągnięcia zarówno jak plany
będą dla ciebie źródłem radości
bądź ostrożny w interesach
bądź ostrożny w interesach
na świecie bowiem pełno oszustwa
bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia
ani też nie podchodź cynicznie do miłości
bo ona jest wieczna jak trawa
bo ona jest wieczna...
unikaj głośnych i napastliwych
unikaj głośnych są udręką ducha
przyjmij spokojnie co ci lata doradzają
z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości
jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż
drzewa i gwiazdy, masz prawo być tutaj
a więc żyj w zgodzie z bogiem
czymkolwiek on ci się wydaje
w zgiełkliwym pomieszaniu życia
zachowaj spokój ze swą duszą
przy całej swej złudności, znoju i rozwianych
marzeniach jest to piękny świat
jest to piękny świat...
znalezione w starym kościele
św. pawła w baltimore
datowane 1692r.
przy całej swej złudności, znoju i rozwianych
marzeniach jest to piękny świat
jest to piękny świat...
Po latach dowiedziałam się, jaka jest prawdziwa historia powstania tego tekstu. Otóż napisał go poeta Maks Ehrmann w roku 1927 i jako życzenia bożonarodzeniowe ofiarował swoim przyjaciołom w 1933r. W 1948 r. opublikowała poemat wdowa po Ehrmannie i tak trafił do gazetki parafialnej publikowanej przez pastora episkopalnego Starego Kościoła pod wezwaniem Św. Pawła w Baltimore.
Pogłoska na temat anonimowego autora i błędna data powstania utworu – 1692 – pochodzą stąd, że pierwsza strona owej gazetki, na której znajdował się tekst "dezyderaty", miała stopkę z informacją: "Stary kościół św. Pawła" i datą 1692 (w rzeczywistości to data powstania parafii i budowy pierwszego, już nieistniejącego kościoła). Wskutek częstego kopiowania jedynie tej strony, informacja zaczęła być błędnie odczytywana.
Nie w Warszawie, tylko w Moskwie, nie rozdają tylko kradną i nie auta, tylko rowery. Niby jak w radiu Erewań, ale tekst chyba nigdy nie straci na swojej aktualności i na pewno jest najbardziej znanym utworem Ehrmanna, o którym to poecie możecie przeczytać tutaj. To strona po angielsku, bo polskiej nie znalazłam, ale wydała mi sie prosta. Z pomocą małego słowniczka da się przejść i warto.
Tekst dezyderaty dedykuję wszystkim moim czytelnikom, a szczególnie lady.medusie, która napisała do mnie ostatnio długi list. Myślę nad odpowiedzią - daj mi jeszcze trochę czasu.
Na razie niech wystarczy Desiderata - czyli pragnienia, życzenia, marzenia.
Ilustruję zdjęciami z mojego ogrodu - co prawda kwiaty już przekwitły, ale jakie były piękne!
Mufiny wiśniowe
Z nadrabianiem to jest tak, że z jednej strony chcesz opowiedzieć o tym co już było, a z drugiej życie leci swoim torem i potem może być za późno. Dlatego przeplotę wspominki z aktualnościami.
A w aktualnościach mufiny z wiśniami - klasyka gatunku. Przepis z Poradnika Domowego na sierpień 2012 udoskonalony przeze mnie :) - znajdziecie go poniżej.
Mufiny takie jak lubię - wilgotne, pachnące wanilią i owocami, niesłodkie, ładne, banalne w wykonaniu ( suche składniki łączymy z mokrymi). Jasiek usuwał pestki osobiscie w profesjonalnej drylownicy, ale niestety brakło mu trochę wprawy ( pierwszy raz w końcu) i trzeba było pluć :))))
Upieczone w sobotę nie dotrwały do poniedziałku...
Przepis na 12 sztuk ( lekko zmodyfikowany):
2 i 1/3 szklanki mąki
trochę więcej niż 1/2 szklanki brązowego cukru
szklanka mleka
12,5 dkg stopionego masła
3/4 szklanki drylowanych wiśni ( dałam 2 szklanki, a co!)
łyzżka cukru ( dałam tyleż ale waniliowego)
2 jajka
2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
cukier puder do posypania
Piec nastawić na 200 stopni. Wiśnie osączyć na sitku. Do miski wsypać suche składniki, wymieszać dokładnie. Jajka roztrzepać z mlekiem. Masło roztopić i ostudzić. Do suchych wlać połaczone jajka, mleko, masło. Posypać wiśniami. Wymieszać niedokładnie. Ciasto powinno byc grudkowate.Nakłdać porcje ciasta do foremek wyłożonych papilotkami i piec 30 minut.
Bezpośrednio przed podaniem można posypać więcej cukru pudru, naprawdę nie nie zaszkodzi, szczególnie do kawy.
Udadzą się tez na pewno z borówkami, poziomkami, malinami. Mniam!
W końcu realizacja krakowskiego candy i inne krakowskie atrakcje
Jak trudno wrócić do pisania po prawie miesiącu nieobecności w sieci wie ten, kto doświadczył... Po kolejnej porcji maili, telefonów i komentarzy mobilizuję się i oficjalnie kończę wakacyjną przerwę.
Tym razem spóźniona retrospekcja ze spaceru po Krakowie, który był nagrodą w moim zakończonym Krakowskim Candy.
Dogadałyśmy się na konkretny termin ze zwyciężczynią - Majaleną i jej mamą i postanowiłyśmy obie na swój sposób wykorzystać piękną ciepłą sobotę 2 czerwca.
Na miejsce spotkania wybrałam Wawel, ponieważ postanowiłam jako nagrodę ufundować wycieczkę po Katedrze Wawelskiej. To naprawdę wyjątkowe miejsce - niby prawie każdy tam był, bo wycieczka, bo w szkole kazali itp., ale nigdy tak naprawdę nie ma czasu,żeby zachwycić się tym miejscem wyjątkowym dla historii Polski i szczególnym ze względu na zabytki architektoniczne, malarskie itp.
Niestety - choć moja wspaniałą przewodniczka pytała dwa dni wcześniej o godziny otwarcia katedry, w naszą sobotę niestety zmieniono godziny jej otwarcia. Postanowiłyśmy odbyć i tak wycieczkę po katedrze w trochę inny sposób.
Weszłyśmy na chwilę do grobów, aby zobaczyć grobowiec PP. Kaczyńskich i trumnę Piłsudskiego...
... a potem usiadłyśmy sobie wygodnie w kawiarni pod chmurką i zamówiłyśmy pyszną kawę. Asia - przewodniczka opowiadała nam o tym, czego niestety nie mogłyśmy zobaczyć w tamtej chwili, ale na szczęście Majalena z mamą Małgorzatą są z Krakowa i będą mogły w dowolnym czasie zweryfikować te opowieści. A było słuchanie, było... o tym, co tam widać i czego nie widać, jak katedra powstawała, ciekawostki o panujących władcach i ich zwyczajach... Na takich luźnych i wesołych historiach zleciała nam ponad godzinka! Majalena pstrykała zdjęcia jak szalona, bo to jej jedna z szalonych pasji.
Wymieniłyśmy też dary - ja dałam dziewczynom pudełko własnoręcznie wykonanych pralinek ( jako suchy prowiant na dalszą drogę:)) a od Majaleny dostałyśmy piękne korale. Prezentuję moje zielone, bo Asia od razu porwała swoje czerwone i nie zdążyłam zrobić zdjęcia. Są piękne! (korale oczywiście, bo zdjęcia nie oddają ich urody):
Zeszłyśmy z Wawelu od strony Kościuszki i każda para udała się w sobie tylko znanym kierunku.
Kierunek Majaleny i jej zdjęcia z tamtego dnia, naszej wyprawy i dalszej części spaceru możecie podziwiać na jej blogu tutaj.
Ja mogę tylko dodać,że dawno nie poznałam tak miłej, twórczej i nadającej na tych samych falach osoby jak ona! Bardzo polecam jej blog, a szczególnie najnowszy ze zdjęciami z Irlandii , w której jest na zabój zakochana - sprawdźcie sami tutaj!
Po wycieczce udałyśmy się z Asią Przewodniczką do resturacji "Pod Wawelem" ( ich strona tutaj-zobaczcie koniecznie!) mieści się ona w hotelu na rozwidleniu ulic Grodzka- Gertrudy -Stradom. Bardzo ciekawe miejsce, które przyciąga tu wielu turystów anonimowych i bardziej znanych. Galeria sław, które się tu stołowały mieści się od razu po wejściu do lokalu na ścianie po lewej. Mamy tu i Lecha Wąłęsę i Martynę Wojciechowską i wielu innych. O wolnym stoliku ( jak w lepszych knajpach od dawna przystało) informuje nas szef sali, który też poleca kelnerowi odprowadzenie nas na miejsce.
Do wyboru mamy kilka sal ( jest specjalna sala dla dzieci) oraz dużą werandę ze stolikami i widokiem na Planty( tam zajęłyśmy miejsce). Cały lokal ma swój specyficzny klimat autriacko- bawarski dopracowany w detalach. Obsługa ubrana jest w barwne stroje. Dania podaje się na półmiskach porcelitowych i drewnaianych deseczkach, a zupy w garnkach. Jest dużo zieleni i wydrukowanych stylowych ofert. Zaskoczyło mnie,że w toalecie mogłam posłuchać kawałów z głośnika :))))
Co do menu - bardzo zróżnicowane, więc każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Są oferty stałe i sezonowe. Podoba mi się promocja,że w każdy dzień tygodnia jest inne danie w cenie dnia. I tak np. Asia, która była tu wcześniej bardzo poleca Wiener Schnitzel ( obecnie promocja poniedziałkowa), czyli schabowy z ziemniaczkami i surówkami w cenie 15 zł. Cena przystępna, a to właśnie danie zobaczyłam na stoliku obok i był to zaiste jeden z największych kotletów jakie widziałam! Na półmisku znajdowały się tylko ziemniaczki ( frytki) i surówki a sam kotlet na osobnej desce wielkości sporej pizzy. Na pewno kiedyś się na niego wybiorę w większym towarzystwie, bo samemu takiej porcji nie da rady za chiny.
Ja wzięłam na przystawkę zupę gulaszową ( której nie jadłąm wieki). I tak jak wspomniałam dostałam ją w pięknym emaliowanym garnku ze sporą porcją pysznej wołowinki i jarzynami. Taka jak lubię - porządnie ostra i równocześnie pełna smaku. Jako danie główne wzięłyśmy jedna porcję placków ziemniaczanych z grzybkami i choć były wyborne nie dałyśmy rady... Porcja była po prostu ogromna!
Jak więc widzicie - dobre miejsce na obiad po solidnym wysiłku i spacerze - bardzo polecam, bo zjadłam wyjątkowo smacznie!
Po obiadku przeszłyśmy się dla poprawy perystaltyki na lody na ul. Sławkowską, gdzie niedawno otworzył swoją lodziarnię pewien Włoch.
Otworzył niedawno, ale nie spodziewałam się takich kolejek... Zupełnie jak w latach osiemdziesiątych po cukier albo papier toaletowy. Na szczęście szło w miarę szybko i nie trzeba było zakładać komitetu kolejkowego. Lokalik malutki - jedno pomieszczenie, w którym mieści się jeden malutki stoliczek i lada z lodami. Przy stoliczku nikt oczywiście nie siedzi,bo jest non stop zasłonięty kolejką.
Zastaniawiałam się, ale po co taka kolejka? Jak spróbowałam - wszystko stało się jasne. Te lody to dla mnie prawdziwe objawienie. Jadłam już lody w różnych miejscach i krajach, najwyżej do tej pory ceniłam Krościenko, Szczawnicę, Nowy Targ, Genuę i Wentzla, ale po tych lodzikach po prostu szczęka mi spadła. Obwieszczam,że do tej pory nie jadłam lepszych! Wzięłam kawowe, bporówkowe i biała czekoladę - lody są dokładnie takie, jak składniki w tytule. Pyszne, kremowe, delikatne, bez kryształków lodu, pełne smaku. O matko jakie pyszne!!!!! Będąc Krakowie po prostu musicie ich spróbować i tyle. Od tej pory - moje ulubione. Lody produkowane sa non stop od otwarcia do zamknięcia lokalu i zdarza się,że jakiegoś smaku nie ma , bo go wykupiono,a produkcja nie nadąża. Każdy rodzaj lodów wygląda bardzo apetycznie i choć mam swoje ulubione, to chce spróbować wszystkich, które oferują, bo są wyjątkowe!
Na Sławkowskiej- ciekawy sklep z porcelaną:
Po drodze minęłyśmy też paradę smoków na Rynku:
Z lodzikami w ręku wróciłyśmy na piechotę do domu ( a co!) i po drodze natknęłyśmy się na nietypową klepsydrę na ul. Długiej:
Okazało się,że chodzi o zamkniecie działającej długie lata piekarni- cukierni, która produkowała wyjatkowe precelki. Niestety właścicielom cukierni nie starczyło funduszy na stale rosnący czynsz i musieli zamknąć historyczny interes. Szkoda wielka,że zniknęło takie wyjątkowe miejsce.
Teraz po dłuższym już czasie od wycieczki z Majaleną zastanawiam się nad kolejna edycją krakowskiego candy w takiej formie i z takimi nagrodami ( tzn. rzeczowymi i wycieczką z przewodnikiem) jak było. Co o tym sądzicie? Czekam na wasze opinie. Mnie bardzo to candy zmobilizowało do pisania i znajdowania dla was ciekawostek, o przesympatycznym finale- wycieczce nie mówiąc:) Czy sequel ma sens?
Tym razem spóźniona retrospekcja ze spaceru po Krakowie, który był nagrodą w moim zakończonym Krakowskim Candy.
Dogadałyśmy się na konkretny termin ze zwyciężczynią - Majaleną i jej mamą i postanowiłyśmy obie na swój sposób wykorzystać piękną ciepłą sobotę 2 czerwca.
Na miejsce spotkania wybrałam Wawel, ponieważ postanowiłam jako nagrodę ufundować wycieczkę po Katedrze Wawelskiej. To naprawdę wyjątkowe miejsce - niby prawie każdy tam był, bo wycieczka, bo w szkole kazali itp., ale nigdy tak naprawdę nie ma czasu,żeby zachwycić się tym miejscem wyjątkowym dla historii Polski i szczególnym ze względu na zabytki architektoniczne, malarskie itp.
Niestety - choć moja wspaniałą przewodniczka pytała dwa dni wcześniej o godziny otwarcia katedry, w naszą sobotę niestety zmieniono godziny jej otwarcia. Postanowiłyśmy odbyć i tak wycieczkę po katedrze w trochę inny sposób.
Weszłyśmy na chwilę do grobów, aby zobaczyć grobowiec PP. Kaczyńskich i trumnę Piłsudskiego...
... a potem usiadłyśmy sobie wygodnie w kawiarni pod chmurką i zamówiłyśmy pyszną kawę. Asia - przewodniczka opowiadała nam o tym, czego niestety nie mogłyśmy zobaczyć w tamtej chwili, ale na szczęście Majalena z mamą Małgorzatą są z Krakowa i będą mogły w dowolnym czasie zweryfikować te opowieści. A było słuchanie, było... o tym, co tam widać i czego nie widać, jak katedra powstawała, ciekawostki o panujących władcach i ich zwyczajach... Na takich luźnych i wesołych historiach zleciała nam ponad godzinka! Majalena pstrykała zdjęcia jak szalona, bo to jej jedna z szalonych pasji.
Wymieniłyśmy też dary - ja dałam dziewczynom pudełko własnoręcznie wykonanych pralinek ( jako suchy prowiant na dalszą drogę:)) a od Majaleny dostałyśmy piękne korale. Prezentuję moje zielone, bo Asia od razu porwała swoje czerwone i nie zdążyłam zrobić zdjęcia. Są piękne! (korale oczywiście, bo zdjęcia nie oddają ich urody):
Zeszłyśmy z Wawelu od strony Kościuszki i każda para udała się w sobie tylko znanym kierunku.
Kierunek Majaleny i jej zdjęcia z tamtego dnia, naszej wyprawy i dalszej części spaceru możecie podziwiać na jej blogu tutaj.
Ja mogę tylko dodać,że dawno nie poznałam tak miłej, twórczej i nadającej na tych samych falach osoby jak ona! Bardzo polecam jej blog, a szczególnie najnowszy ze zdjęciami z Irlandii , w której jest na zabój zakochana - sprawdźcie sami tutaj!
Po wycieczce udałyśmy się z Asią Przewodniczką do resturacji "Pod Wawelem" ( ich strona tutaj-zobaczcie koniecznie!) mieści się ona w hotelu na rozwidleniu ulic Grodzka- Gertrudy -Stradom. Bardzo ciekawe miejsce, które przyciąga tu wielu turystów anonimowych i bardziej znanych. Galeria sław, które się tu stołowały mieści się od razu po wejściu do lokalu na ścianie po lewej. Mamy tu i Lecha Wąłęsę i Martynę Wojciechowską i wielu innych. O wolnym stoliku ( jak w lepszych knajpach od dawna przystało) informuje nas szef sali, który też poleca kelnerowi odprowadzenie nas na miejsce.
Do wyboru mamy kilka sal ( jest specjalna sala dla dzieci) oraz dużą werandę ze stolikami i widokiem na Planty( tam zajęłyśmy miejsce). Cały lokal ma swój specyficzny klimat autriacko- bawarski dopracowany w detalach. Obsługa ubrana jest w barwne stroje. Dania podaje się na półmiskach porcelitowych i drewnaianych deseczkach, a zupy w garnkach. Jest dużo zieleni i wydrukowanych stylowych ofert. Zaskoczyło mnie,że w toalecie mogłam posłuchać kawałów z głośnika :))))
Co do menu - bardzo zróżnicowane, więc każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Są oferty stałe i sezonowe. Podoba mi się promocja,że w każdy dzień tygodnia jest inne danie w cenie dnia. I tak np. Asia, która była tu wcześniej bardzo poleca Wiener Schnitzel ( obecnie promocja poniedziałkowa), czyli schabowy z ziemniaczkami i surówkami w cenie 15 zł. Cena przystępna, a to właśnie danie zobaczyłam na stoliku obok i był to zaiste jeden z największych kotletów jakie widziałam! Na półmisku znajdowały się tylko ziemniaczki ( frytki) i surówki a sam kotlet na osobnej desce wielkości sporej pizzy. Na pewno kiedyś się na niego wybiorę w większym towarzystwie, bo samemu takiej porcji nie da rady za chiny.
Ja wzięłam na przystawkę zupę gulaszową ( której nie jadłąm wieki). I tak jak wspomniałam dostałam ją w pięknym emaliowanym garnku ze sporą porcją pysznej wołowinki i jarzynami. Taka jak lubię - porządnie ostra i równocześnie pełna smaku. Jako danie główne wzięłyśmy jedna porcję placków ziemniaczanych z grzybkami i choć były wyborne nie dałyśmy rady... Porcja była po prostu ogromna!
Jak więc widzicie - dobre miejsce na obiad po solidnym wysiłku i spacerze - bardzo polecam, bo zjadłam wyjątkowo smacznie!
Po obiadku przeszłyśmy się dla poprawy perystaltyki na lody na ul. Sławkowską, gdzie niedawno otworzył swoją lodziarnię pewien Włoch.
Otworzył niedawno, ale nie spodziewałam się takich kolejek... Zupełnie jak w latach osiemdziesiątych po cukier albo papier toaletowy. Na szczęście szło w miarę szybko i nie trzeba było zakładać komitetu kolejkowego. Lokalik malutki - jedno pomieszczenie, w którym mieści się jeden malutki stoliczek i lada z lodami. Przy stoliczku nikt oczywiście nie siedzi,bo jest non stop zasłonięty kolejką.
Zastaniawiałam się, ale po co taka kolejka? Jak spróbowałam - wszystko stało się jasne. Te lody to dla mnie prawdziwe objawienie. Jadłam już lody w różnych miejscach i krajach, najwyżej do tej pory ceniłam Krościenko, Szczawnicę, Nowy Targ, Genuę i Wentzla, ale po tych lodzikach po prostu szczęka mi spadła. Obwieszczam,że do tej pory nie jadłam lepszych! Wzięłam kawowe, bporówkowe i biała czekoladę - lody są dokładnie takie, jak składniki w tytule. Pyszne, kremowe, delikatne, bez kryształków lodu, pełne smaku. O matko jakie pyszne!!!!! Będąc Krakowie po prostu musicie ich spróbować i tyle. Od tej pory - moje ulubione. Lody produkowane sa non stop od otwarcia do zamknięcia lokalu i zdarza się,że jakiegoś smaku nie ma , bo go wykupiono,a produkcja nie nadąża. Każdy rodzaj lodów wygląda bardzo apetycznie i choć mam swoje ulubione, to chce spróbować wszystkich, które oferują, bo są wyjątkowe!
Na Sławkowskiej- ciekawy sklep z porcelaną:
Po drodze minęłyśmy też paradę smoków na Rynku:
Z lodzikami w ręku wróciłyśmy na piechotę do domu ( a co!) i po drodze natknęłyśmy się na nietypową klepsydrę na ul. Długiej:
Okazało się,że chodzi o zamkniecie działającej długie lata piekarni- cukierni, która produkowała wyjatkowe precelki. Niestety właścicielom cukierni nie starczyło funduszy na stale rosnący czynsz i musieli zamknąć historyczny interes. Szkoda wielka,że zniknęło takie wyjątkowe miejsce.
Teraz po dłuższym już czasie od wycieczki z Majaleną zastanawiam się nad kolejna edycją krakowskiego candy w takiej formie i z takimi nagrodami ( tzn. rzeczowymi i wycieczką z przewodnikiem) jak było. Co o tym sądzicie? Czekam na wasze opinie. Mnie bardzo to candy zmobilizowało do pisania i znajdowania dla was ciekawostek, o przesympatycznym finale- wycieczce nie mówiąc:) Czy sequel ma sens?
piątek, 22 czerwca 2012
Inny świat
Nadrabianie rozpoczynam od motywu z zupełnie innej beczki.
Tytuł to nie nawiązanie do Herlinga-Grudzińskiego, ale niesamowite wrażenie, jakie zrobił na mnie ten obraz.
Zobaczyłam go na małej kartce wyrwanej z kalendarza AMUN ( zrzeszenie artystów malujących ustami i nogami- ich kalendarze wysyłane pocztą sa bardzo popularne). Kalendarz na któryś z poprzednich lat poniewierał się w papierach. Przeglądnęłam i mnie zatkało.
Obraz niesamowicie skojarzył mi się z piosenką Gałczyńskiego 'Noc czerwcowa'. Jak dla mnie mają podobny klimat.
Ta morska noc jest żywcem wyjęta ze snu. Szkoda,że ja nie mam takiej wyobraźni! Pomysł z księżycem -łodzią jest genialny.W ogóle - powiększcie obraz i pospacerujcie trochę po tym tajemniczym miasteczku- można odkryć wiele ciekawych szczegółów.
Pokopałam tu i ówdzie i znalazłam informacje o autorze - Krzysztofie Kosowskim . Znalazłam też wywiad z nim - bardzo polecam - przeczytajcie!
Szczególnie wzruszyło mnie zdanie, które powiedział: "Powroty dorosłych do dzieciństwa wcale nie muszą oznaczać infantylności, a raczej są pewnym wzbogaceniem dorosłości".
Mogę tylko żałować,że nie mogłam być na wystawie jego prac w mieście artysty w Toruniu. Musiała być niesamowita!
Na szczęście Pan Krzysztof prowadzi własny blog- zajrzyjcie na tę stronę i sfascynujcie się tak jak ja jego pracami z galerii. Uważam,że jego twórczość jest wyjątkowa. Rzadko można spotkać taki inny świat - z jednej strony piękny, kolorowy, harmonijny, żywcem wyjęty z książek dla dzieci. Z drugiej strony tajemniczy, dziwny, niepokojący...
Tytuł to nie nawiązanie do Herlinga-Grudzińskiego, ale niesamowite wrażenie, jakie zrobił na mnie ten obraz.
Zobaczyłam go na małej kartce wyrwanej z kalendarza AMUN ( zrzeszenie artystów malujących ustami i nogami- ich kalendarze wysyłane pocztą sa bardzo popularne). Kalendarz na któryś z poprzednich lat poniewierał się w papierach. Przeglądnęłam i mnie zatkało.
( zdjęcie z tej strony, tytuł obrazu: Nocne żeglowanie )
Obraz niesamowicie skojarzył mi się z piosenką Gałczyńskiego 'Noc czerwcowa'. Jak dla mnie mają podobny klimat.
Ta morska noc jest żywcem wyjęta ze snu. Szkoda,że ja nie mam takiej wyobraźni! Pomysł z księżycem -łodzią jest genialny.W ogóle - powiększcie obraz i pospacerujcie trochę po tym tajemniczym miasteczku- można odkryć wiele ciekawych szczegółów.
Pokopałam tu i ówdzie i znalazłam informacje o autorze - Krzysztofie Kosowskim . Znalazłam też wywiad z nim - bardzo polecam - przeczytajcie!
Szczególnie wzruszyło mnie zdanie, które powiedział: "Powroty dorosłych do dzieciństwa wcale nie muszą oznaczać infantylności, a raczej są pewnym wzbogaceniem dorosłości".
Mogę tylko żałować,że nie mogłam być na wystawie jego prac w mieście artysty w Toruniu. Musiała być niesamowita!
Na szczęście Pan Krzysztof prowadzi własny blog- zajrzyjcie na tę stronę i sfascynujcie się tak jak ja jego pracami z galerii. Uważam,że jego twórczość jest wyjątkowa. Rzadko można spotkać taki inny świat - z jednej strony piękny, kolorowy, harmonijny, żywcem wyjęty z książek dla dzieci. Z drugiej strony tajemniczy, dziwny, niepokojący...
środa, 6 czerwca 2012
Słodki dzień dziecka
Ponieważ spodziwałam się kilkorga gości w Dzień Dziecka, a i dzieci w domu trochę, postanowiłam do wymienionych wcześniej czekoladek dołączyć jeszcze dwie słodkie atrakcje.
Wybrałam charlottę truskawkową ( przepis z czerwcowego numeru Claudii) oraz mufinki mocno czekoladowe z kremem truskawkowym ( przepis na mufinki stąd, a na krem z Claudii jak wyżej).
Sukces zawdzięczam przede wszystkim Pani Ani, która odłożyła mi pod ladę piękne, słodkie, już polskie truskawy - pozdrawiam serdecznie i raz jeszcze dziękuję!
Charlotta to rodzaj deseru - połączenie biszkoptów i kremu bawarskiego, w tej wersji z użyciem owoców. Może być ze względu na elegancki wygląd potraktowana jako leciutki tort. Mój małż nazwał ją palisadą ( bo biszkopty stoją jak tyczki).Przepis pod koniec posta ( albo kupcie Claudię).Można ją wykonać z dowolnych owoców ( raczej kwaskowych), ja napalam się jeszcze na wersję z borówkami zwykłymi lub amerykańskimi. Ciasto/ deser jest bardzo lekki, a przez dodatek mięty orzeźwiający. Świetnie nadaje się na upalne dni i eleganckie garden party.Sposób przybrania też można modyfikować. Dla mnie klasyczna to właśnie taka - obwiązana wstążką, z kokardą lub bez.
Mufinki typowo dla dzieci z wykorzystaniem kremu ze świeżych truskawek i mascarpone ( przepis na krem również pod koniec posta). Które dziecko nie lubi różowego? Moje chłopaki jak na mężczyzn w tym wieku przystało bardzo!
Dzień Dziecka zwariowany, głownie dla dzieci, które nie wiedziały już z czego się mają ucieszyć, czy z wizyt znajomych i rodziny,słodkich i pieknych prezentów, czy też ze wspólnej zabawy, była mała Martynka ze swoją nianią Anią.
Jak trudno zrobić dobre zdjęcie dzieciom przekonałam się nie raz. Np. tutaj, gdzie już już były wszystkie, ale Stanisław wolał czytać książkę o strażakach, a nie uśmiechać się do sera.
Dużo szczęścia na raz. Dla Stanisława stanowczo za, bo w nocy nie wytrzymał i wpakował nam się do łóżka. Nie mógł zasnąć biedaczek z nadmiaru wrażeń. Dobrze,że następny taki dzień dopiero za rok:)
CHARLOTTA TRUSKAWKOWA Z MIĘTOWĄ NUTĄ ( pyszna i prosta)
700 g truskawek
sok z 1 cytryny
200 g cukru pudru
2 łyżki żelatyny
600 ml smietany kremówki 36%
cukier waniliowy
mocna herbata miętowa ( ja do swojej dodałam łyżeczkę kropli miętowych)
2 paczki podłuznych biszkoptów
galaretka owocowa ( u mnie truskawkowa)
500 g truskawek zmiksować z sokiem z cytryny.. Dodać 150 g cukru i podgrzewać , aż się rozpuści. Wymieszać z żelatyną. Wystudzić i połączyć z ubitą z resztą cukru i cukrem waniliowym śmietaną. Biszkopty skropić herbatą ( ja nasączałam strzykawką). Ułożyć na dnie i po bokach tortownicy ( moja ma 23 cm). Środek wypełnić kremem. Wierzch obłożyć truskawkami i wstawić do lodówki. Galaretkę rozpuścić w mniejszej ilości wody niż na opakowaniu i tężejącą posmarować truskawki.
Schłodzić. Udekorować wstążką lub jak wam się podoba. U mnie na wierzchu małe kuleczki to złote perły dr oetkera.
Uwagi techniczne: Biszkopty sa bardzo delikatne- nie kropcie za dużo, bo rozmiękną i połamią się! W miętowej nucie chodzi bardziej o zapach, niż smak.Ja zrobiłam swoją charlottę w ten sposób,że wzięłam tylko zamkniętą obręcz tortownicy i położyłam od razu na talerzu do podawania tego deseru.W niej ułożyłam biszkopty, palisadę, krem i truskawki. Kiedy deser dobrze zastygł OSTROŻNIE rozpięłam tortownicę i POWOLUTKU ściągałam obręcz górą. Truskawki powinny być tylko POSMAROWANE galaretką, bo w innym razie przecieknie ona przez biszkopty i trudno ją będzie odkleić od tortownicy nie łamiąc płotka.
MUFINKI CZEKOLADOWE - przepis stąd.Posypałam je jeszcze różowym maczkiem cukrowym.
KREM TRUSKAWKOWY ( nie tylko do mufinek)
150 g truskawek
250 g kremowego twarożku ( ja użyłam mascarpone)
60 g masła
6 łyżek cukru pudru
Zmiksować wszystko na gładką masę.Można dodać 2-3 łyzki likieru np. Bailey's lub Cointerau. Krem ma piękny różowy kolor. Wystarczy go na sowite udekorowanie 12 tradycyjnych mufinek, obsmarowanie tortu lub przełożenie go jeden raz. Krem jest bardzo lekki, można go też podać w miseczkach z całymi truskawkami, innymi owocami i dodatkami typu wafelki itp. Gotowy można przechowywać do 2 dni w lodówce.
Wybrałam charlottę truskawkową ( przepis z czerwcowego numeru Claudii) oraz mufinki mocno czekoladowe z kremem truskawkowym ( przepis na mufinki stąd, a na krem z Claudii jak wyżej).
Sukces zawdzięczam przede wszystkim Pani Ani, która odłożyła mi pod ladę piękne, słodkie, już polskie truskawy - pozdrawiam serdecznie i raz jeszcze dziękuję!
Charlotta to rodzaj deseru - połączenie biszkoptów i kremu bawarskiego, w tej wersji z użyciem owoców. Może być ze względu na elegancki wygląd potraktowana jako leciutki tort. Mój małż nazwał ją palisadą ( bo biszkopty stoją jak tyczki).Przepis pod koniec posta ( albo kupcie Claudię).Można ją wykonać z dowolnych owoców ( raczej kwaskowych), ja napalam się jeszcze na wersję z borówkami zwykłymi lub amerykańskimi. Ciasto/ deser jest bardzo lekki, a przez dodatek mięty orzeźwiający. Świetnie nadaje się na upalne dni i eleganckie garden party.Sposób przybrania też można modyfikować. Dla mnie klasyczna to właśnie taka - obwiązana wstążką, z kokardą lub bez.
Mufinki typowo dla dzieci z wykorzystaniem kremu ze świeżych truskawek i mascarpone ( przepis na krem również pod koniec posta). Które dziecko nie lubi różowego? Moje chłopaki jak na mężczyzn w tym wieku przystało bardzo!
Dzień Dziecka zwariowany, głownie dla dzieci, które nie wiedziały już z czego się mają ucieszyć, czy z wizyt znajomych i rodziny,słodkich i pieknych prezentów, czy też ze wspólnej zabawy, była mała Martynka ze swoją nianią Anią.
Jak trudno zrobić dobre zdjęcie dzieciom przekonałam się nie raz. Np. tutaj, gdzie już już były wszystkie, ale Stanisław wolał czytać książkę o strażakach, a nie uśmiechać się do sera.
Dużo szczęścia na raz. Dla Stanisława stanowczo za, bo w nocy nie wytrzymał i wpakował nam się do łóżka. Nie mógł zasnąć biedaczek z nadmiaru wrażeń. Dobrze,że następny taki dzień dopiero za rok:)
CHARLOTTA TRUSKAWKOWA Z MIĘTOWĄ NUTĄ ( pyszna i prosta)
700 g truskawek
sok z 1 cytryny
200 g cukru pudru
2 łyżki żelatyny
600 ml smietany kremówki 36%
cukier waniliowy
mocna herbata miętowa ( ja do swojej dodałam łyżeczkę kropli miętowych)
2 paczki podłuznych biszkoptów
galaretka owocowa ( u mnie truskawkowa)
500 g truskawek zmiksować z sokiem z cytryny.. Dodać 150 g cukru i podgrzewać , aż się rozpuści. Wymieszać z żelatyną. Wystudzić i połączyć z ubitą z resztą cukru i cukrem waniliowym śmietaną. Biszkopty skropić herbatą ( ja nasączałam strzykawką). Ułożyć na dnie i po bokach tortownicy ( moja ma 23 cm). Środek wypełnić kremem. Wierzch obłożyć truskawkami i wstawić do lodówki. Galaretkę rozpuścić w mniejszej ilości wody niż na opakowaniu i tężejącą posmarować truskawki.
Schłodzić. Udekorować wstążką lub jak wam się podoba. U mnie na wierzchu małe kuleczki to złote perły dr oetkera.
Uwagi techniczne: Biszkopty sa bardzo delikatne- nie kropcie za dużo, bo rozmiękną i połamią się! W miętowej nucie chodzi bardziej o zapach, niż smak.Ja zrobiłam swoją charlottę w ten sposób,że wzięłam tylko zamkniętą obręcz tortownicy i położyłam od razu na talerzu do podawania tego deseru.W niej ułożyłam biszkopty, palisadę, krem i truskawki. Kiedy deser dobrze zastygł OSTROŻNIE rozpięłam tortownicę i POWOLUTKU ściągałam obręcz górą. Truskawki powinny być tylko POSMAROWANE galaretką, bo w innym razie przecieknie ona przez biszkopty i trudno ją będzie odkleić od tortownicy nie łamiąc płotka.
MUFINKI CZEKOLADOWE - przepis stąd.Posypałam je jeszcze różowym maczkiem cukrowym.
KREM TRUSKAWKOWY ( nie tylko do mufinek)
150 g truskawek
250 g kremowego twarożku ( ja użyłam mascarpone)
60 g masła
6 łyżek cukru pudru
Zmiksować wszystko na gładką masę.Można dodać 2-3 łyzki likieru np. Bailey's lub Cointerau. Krem ma piękny różowy kolor. Wystarczy go na sowite udekorowanie 12 tradycyjnych mufinek, obsmarowanie tortu lub przełożenie go jeden raz. Krem jest bardzo lekki, można go też podać w miseczkach z całymi truskawkami, innymi owocami i dodatkami typu wafelki itp. Gotowy można przechowywać do 2 dni w lodówce.
wtorek, 5 czerwca 2012
Produkcja masowa
Natchniona wizytą w Lwowskiej Manufakturze Czekolady ( o czym było parę postów wcześniej) postanowiłam zmierzyć się z tematem produkcji własnych czekoladek. Przepis miałam już upatrzony jakiś czas temu, gdy pojawił się na 'moich wypiekach'. Teraz doszła jeszcze motywacja ( ja nie zrobię?) i parę godzin ciszy i spokoju w domu. Zabrałam się więc do roboty.
Czasu zajęło mi to mniej więcej tyle, co zrobienie pierogów na kilka osób, z czego jak wiadomo pożytku jest zdecydowanie więcej, pożywienia ilościowo również, no i zamrozić można. Ale frajdę miałam nieporównywalnie większą. Wzięłam podwójna porcję z tego przepisu i w sumie wyszło mi 120 sztuk wielkości ok. 2 cm średnicy.
Jak dla mnie błogość - czyli cisza, spokój, zapach czekolady i kawy ( wytrawne trufle kawowe z migdałami) a także białej czekolady, bo z lukru plastycznego o takim smaku zrobiłam widoczne na zdjęciach miniaturowe różyczki na szczyt każdej pomadki ( przy okazji wypróbowując nowa formę silikonową). Czułam się jak Juliette Binoche w filmie 'Czekolada' ( kto nie widział, niech szybciutko oglądnie!).
Roboty przy tej ilości i takiej mojej wizji sporo. Nie tyle praco- co czasochłonne zajęcie. W wersji podstawowej i z dekoracją jak na zdjęciu w oryginale powinno to zająć 2 godziny ( w tym ok. godziny to czas oczekiwania aż masa stwardnieje w lodówce) - czyli generalnie nie najgorzej.
Zrobiłam trufelki przede wszystkim na prezenty dla znajomych i to chyba jest ( oprócz oczywiście własnego łakomstwa) według mnie najlepsze wykorzystanie własnoręcznie robionych czekoladek.
Z okazji przeróżnych - świąt Bożego Narodzenia, imienin, urodzin, różnych rocznic itp. Zawsze eleganckim prezentem jest pyszna i ładna bombonierka, tym bardziej kiedy są to wyroby własne.
Tak też uczyniłam i kto dostał, ten mam nadzieję się ucieszył. Przy mnie ucieszył się nasz Pan Listonosz, który przyniósł mi przesyłkę, kiedy zanurzałam ostatnie trufle w polewie, a pierwsze wystygły. No i jak tu nie poczęstować? Wyraz błogości, jaki miał na ryjku po konsumpcji bardzo mnie uradował i potwierdził,że warto było:))))
Tak wyglądały moje bombonierki:
Choć sztuk trufli było sporo, rozdałam wszystkie.
Czekoladki mają jedną zasadniczą wadę - znikają stanowczo za szybko.
Własnoręcznie wykonane słodycze sprawiają ogromną frajdę i świetnie smakują ( nie są mdłe, o wyraźnym smaku gorzkiej czekolady,kawy i nutce alkoholu), nie mają żadnych sztucznych dodatków, ale też nie można przechowywać ich tygodniami. Coś za coś.
To 'Coś' jest naprawdę warte włożonego wysiłku.
Proste, pyszne, eleganckie - to lubię!
Czasu zajęło mi to mniej więcej tyle, co zrobienie pierogów na kilka osób, z czego jak wiadomo pożytku jest zdecydowanie więcej, pożywienia ilościowo również, no i zamrozić można. Ale frajdę miałam nieporównywalnie większą. Wzięłam podwójna porcję z tego przepisu i w sumie wyszło mi 120 sztuk wielkości ok. 2 cm średnicy.
Jak dla mnie błogość - czyli cisza, spokój, zapach czekolady i kawy ( wytrawne trufle kawowe z migdałami) a także białej czekolady, bo z lukru plastycznego o takim smaku zrobiłam widoczne na zdjęciach miniaturowe różyczki na szczyt każdej pomadki ( przy okazji wypróbowując nowa formę silikonową). Czułam się jak Juliette Binoche w filmie 'Czekolada' ( kto nie widział, niech szybciutko oglądnie!).
Roboty przy tej ilości i takiej mojej wizji sporo. Nie tyle praco- co czasochłonne zajęcie. W wersji podstawowej i z dekoracją jak na zdjęciu w oryginale powinno to zająć 2 godziny ( w tym ok. godziny to czas oczekiwania aż masa stwardnieje w lodówce) - czyli generalnie nie najgorzej.
Zrobiłam trufelki przede wszystkim na prezenty dla znajomych i to chyba jest ( oprócz oczywiście własnego łakomstwa) według mnie najlepsze wykorzystanie własnoręcznie robionych czekoladek.
Z okazji przeróżnych - świąt Bożego Narodzenia, imienin, urodzin, różnych rocznic itp. Zawsze eleganckim prezentem jest pyszna i ładna bombonierka, tym bardziej kiedy są to wyroby własne.
Tak też uczyniłam i kto dostał, ten mam nadzieję się ucieszył. Przy mnie ucieszył się nasz Pan Listonosz, który przyniósł mi przesyłkę, kiedy zanurzałam ostatnie trufle w polewie, a pierwsze wystygły. No i jak tu nie poczęstować? Wyraz błogości, jaki miał na ryjku po konsumpcji bardzo mnie uradował i potwierdził,że warto było:))))
Tak wyglądały moje bombonierki:
Choć sztuk trufli było sporo, rozdałam wszystkie.
Czekoladki mają jedną zasadniczą wadę - znikają stanowczo za szybko.
Własnoręcznie wykonane słodycze sprawiają ogromną frajdę i świetnie smakują ( nie są mdłe, o wyraźnym smaku gorzkiej czekolady,kawy i nutce alkoholu), nie mają żadnych sztucznych dodatków, ale też nie można przechowywać ich tygodniami. Coś za coś.
To 'Coś' jest naprawdę warte włożonego wysiłku.
Proste, pyszne, eleganckie - to lubię!
niedziela, 3 czerwca 2012
Wystarczy - ostatni tomik noblistki
Zapowiadany od dawna. Ostatni. Ważny. Niesamowity.
Jak poezja wędruje pod strzechy przekonałam się osobiście, kiedy to nabyłam swój egzemplarz drogą kupna w Rossmanie na promocji:)
Dlaczego warto/można/ trzeba ( niewłaściwe skreślić) mieć ten zbiorek wierszy na swojej półce?
Chyba po raz pierwszy spotykam się z taką sytuacją jak ta - zostają wydane wiersze autora po jego śmierci i to w takiej nieobrobionej miejscami formie. Tomik zawiera wiersze skończone, kompletne zaakceptowane przez autorkę, ale także jej próby, zapiski. Według mnie to takie wyjęcie ostatnich notatek z szuflady, do której pisała , z jeszcze nie wyrzuconymi zbędnymi zapiskami. Już nie dowiemy się, które były istotne.
Ten sam problem z wielką pokorą opisuje Ryszard Krynicki - autor komentarza i posłowia do tego zbiorku wierszy, sam wybitny poeta, któremu przypadł zaszczyt i przyjemność opracowania tego tomiku.
Widzimy jak Szymborska dany utwór zapisała na kartce swoim lub maszynowym pismem ( faksymilia), ale też widzimy np. dwa zakończenia. I to jest niesamowite, bo już nigdy nie dowiemy się, 'co autor miał na myśli', w jakimś stopniu podejmujemy tę decyzję sami- sami możemy wybrać wersję dla siebie i sposób jej interpretacji. Taka zabawa słowem z jednej strony jest świetna, z drugiej bardzo wymagająca. Kto lubi takie igraszki na pewno się nie zawiedzie.
Szymborska tematycznie jest jak zwykle bardzo blisko człowieka - jego problemów doczesnych, marzeń uczuć. prostym językiem opisuje to, co nam wszystkim leży na sercu - uczucia, bycie w świecie tu i teraz,nasz stosunek do braci mniejszych,cel życia.Przez opisanie przedmiotów lub szczegółów pokazuje człowieka i jego wnętrze jakby z drugiej strony lustra.
Mnie szczególnie ujął ten wiersz:
Każdemu kiedyś
Każdemu kiedyś ktoś bliski umiera,
między być albo nie być
zmuszony wybrac to drugie.
Ciężko nam uznać,że to fakt banalny,
włączony w bieg wydarzeń,
zgodny z procedurą;
prędzej czy później na porządku dziennym,
wieczornym, nocnym, czy bladym porannym;
i oczywisty jak hasło w indeksie,
jak paragraf w kodeksie,
jak pierwsza lepsza
data w kalendarzu.
Ale takie jest prawo i lewo natury.
Taki, na chybił trafił, jej omen i amen.
Taka jej ewidencja i omnipotencja.
I tylko czasem
drobna uprzejmość z jej strony -
naszych bliskich umarłych
wrzuca nam do snu.
(w: Wisława Szymborska, Wystarczy,Wydawnictwo a5, 2011, s.14)
O Szymborskiej i tym tomiku można długo i do bólu, co zrobili już za mnie inni. Nie chcę tu pisać rozpraw ani prac magisterskich ( już jedną ze współczesnej poezji polskiej popełniłam :) ), ale podkreślić,że jeśli ktoś nie czytał nigdy tej autorki to warto zacząć może właśnie od jej wierszy ostatnich. Choćby dlatego,żeby wiedzieć,że wielką poetką była i za coś tego Nobla dostała. A przede wszystkim dlatego,że w cudowny prosty sposób bardzo przystępnym językiem zmusza nas do myślenia o sprawach ważnych i ważniejszych, o to kim jesteśmy, jak siebie traktujemy. Nie za często zastanawiamy się nad sobą jako człowiekiem, nad tym co naprawdę ważne, a te kilka chwil spędzonych nad tymi wierszami do tego właśnie prowokuje i zaczepia.
Krótko i na temat. Wystarczy.
Jak poezja wędruje pod strzechy przekonałam się osobiście, kiedy to nabyłam swój egzemplarz drogą kupna w Rossmanie na promocji:)
Dlaczego warto/można/ trzeba ( niewłaściwe skreślić) mieć ten zbiorek wierszy na swojej półce?
Chyba po raz pierwszy spotykam się z taką sytuacją jak ta - zostają wydane wiersze autora po jego śmierci i to w takiej nieobrobionej miejscami formie. Tomik zawiera wiersze skończone, kompletne zaakceptowane przez autorkę, ale także jej próby, zapiski. Według mnie to takie wyjęcie ostatnich notatek z szuflady, do której pisała , z jeszcze nie wyrzuconymi zbędnymi zapiskami. Już nie dowiemy się, które były istotne.
Ten sam problem z wielką pokorą opisuje Ryszard Krynicki - autor komentarza i posłowia do tego zbiorku wierszy, sam wybitny poeta, któremu przypadł zaszczyt i przyjemność opracowania tego tomiku.
Widzimy jak Szymborska dany utwór zapisała na kartce swoim lub maszynowym pismem ( faksymilia), ale też widzimy np. dwa zakończenia. I to jest niesamowite, bo już nigdy nie dowiemy się, 'co autor miał na myśli', w jakimś stopniu podejmujemy tę decyzję sami- sami możemy wybrać wersję dla siebie i sposób jej interpretacji. Taka zabawa słowem z jednej strony jest świetna, z drugiej bardzo wymagająca. Kto lubi takie igraszki na pewno się nie zawiedzie.
Szymborska tematycznie jest jak zwykle bardzo blisko człowieka - jego problemów doczesnych, marzeń uczuć. prostym językiem opisuje to, co nam wszystkim leży na sercu - uczucia, bycie w świecie tu i teraz,nasz stosunek do braci mniejszych,cel życia.Przez opisanie przedmiotów lub szczegółów pokazuje człowieka i jego wnętrze jakby z drugiej strony lustra.
Mnie szczególnie ujął ten wiersz:
Każdemu kiedyś
Każdemu kiedyś ktoś bliski umiera,
między być albo nie być
zmuszony wybrac to drugie.
Ciężko nam uznać,że to fakt banalny,
włączony w bieg wydarzeń,
zgodny z procedurą;
prędzej czy później na porządku dziennym,
wieczornym, nocnym, czy bladym porannym;
i oczywisty jak hasło w indeksie,
jak paragraf w kodeksie,
jak pierwsza lepsza
data w kalendarzu.
Ale takie jest prawo i lewo natury.
Taki, na chybił trafił, jej omen i amen.
Taka jej ewidencja i omnipotencja.
I tylko czasem
drobna uprzejmość z jej strony -
naszych bliskich umarłych
wrzuca nam do snu.
(w: Wisława Szymborska, Wystarczy,Wydawnictwo a5, 2011, s.14)
O Szymborskiej i tym tomiku można długo i do bólu, co zrobili już za mnie inni. Nie chcę tu pisać rozpraw ani prac magisterskich ( już jedną ze współczesnej poezji polskiej popełniłam :) ), ale podkreślić,że jeśli ktoś nie czytał nigdy tej autorki to warto zacząć może właśnie od jej wierszy ostatnich. Choćby dlatego,żeby wiedzieć,że wielką poetką była i za coś tego Nobla dostała. A przede wszystkim dlatego,że w cudowny prosty sposób bardzo przystępnym językiem zmusza nas do myślenia o sprawach ważnych i ważniejszych, o to kim jesteśmy, jak siebie traktujemy. Nie za często zastanawiamy się nad sobą jako człowiekiem, nad tym co naprawdę ważne, a te kilka chwil spędzonych nad tymi wierszami do tego właśnie prowokuje i zaczepia.
Krótko i na temat. Wystarczy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


1.jpg)


1.jpg)
2.jpg)



1.jpg)

.jpg)
1.jpg)


.jpg)



