Zrobione na szybko dla podjęcia Luźnego Składu u mnie pewnego czerwcowego poranka.
Wersja letnia delikatniejsza, czyli serek mascarpone (0,5 kg) wymieszany pół na pół z taka samą ilościa ( 0,5 l) bitej śmietany 36% i 1 cukrem waniliowym.Biszkopty ( nabyte w makro specjalnie do tiramisu - są genialne, bo się nie rozlatują!!!!!) nasączone likierem kawowym, przesypane kakao decomoreno.
O tiramisu myślę z sentymentem, bo to pierwszy przepis, jaki zamieściłam na tym blogu - zaglądnijcie historycznie wstecz:)
Dekorację na wierzchu stanowią pokrojone w plasterki truskawki ułożone jak płatki i wciśnięte w serek oraz czarne maliny z mojego ogródka.
Kwiaty z truskawek są naprawdę łatwe do zrobienia, a mają żywy kolor i moga być ładną dekoracją dowolnego deseru lub tortu/ciasta.
Zróbcie koniecznie! Truskawkowo- kawowy ogród w gębie!
motor
Walentynki są codziennie, tylko my obchodzimy je raz do roku...
czwartek, 19 lipca 2012
środa, 18 lipca 2012
Piknik w szkole
W czerwcową sobotę odbył sie w mojej dawnej podstawówce piknik ogólnodostępny. Poszliśmy i my. Dzień piękny i słoneczny, a atrakcji dużo.
Czy może być lepsza forma zmęczenia dzieci przed obiadem?
Najwiekszą frajdą była zdecydowanie przejażdżka elektrycznym autkiem. Chłopaki kierowali na zmianę i lepiej im to o dziwo wychodziło niż świeżo upieczonej mamie- kierowcy.
Były i balony i malowanie buziek i łapanie rybek...A także specjalnie przygotowane szablony do zdjęć w kształcie owoców.
Absolutnym szałem okazała sie możliwość dokładnego obcypania wozu bojowego policji, nadawanie przez radio i trąbienie. O matko co się tam działo!!!!
Zmęczeni, rozmazani, ale szczęśliwi wróciliśmy do domu i magicznym sposobem chłopaki usnęły od razu.Ufff...
Dzieci to jednak morze kłopotów i strumyczek radości!
Czy może być lepsza forma zmęczenia dzieci przed obiadem?
Najwiekszą frajdą była zdecydowanie przejażdżka elektrycznym autkiem. Chłopaki kierowali na zmianę i lepiej im to o dziwo wychodziło niż świeżo upieczonej mamie- kierowcy.
Były i balony i malowanie buziek i łapanie rybek...A także specjalnie przygotowane szablony do zdjęć w kształcie owoców.
Absolutnym szałem okazała sie możliwość dokładnego obcypania wozu bojowego policji, nadawanie przez radio i trąbienie. O matko co się tam działo!!!!
Zmęczeni, rozmazani, ale szczęśliwi wróciliśmy do domu i magicznym sposobem chłopaki usnęły od razu.Ufff...
Dzieci to jednak morze kłopotów i strumyczek radości!
wtorek, 17 lipca 2012
Poranne poprawiny prawie po japońsku
Retrospekcja z czerwca. Pisałam już o wspaniałej niespodziance urodzinowej, jaka urządziły mi Ula i Dorota. Dostałam wtedy ( między innymi) 2 fantastyczne książki:
Jak wiadomo dobre są wesela, lepsze poprawiny. Postanowiłam więc je urządzić i fachowo urodzinowo podjąć dziewczyny w japońskim stylu.
Jako przystawki - pikantna zupa Lei-mel i sałatka z grzybów mun.Przegryzki - orzeszki ziemne w wasabi oraz chipsy krabowe. Danie główne - zamówione świeżutkie sushi ( miałam szerokie plany,że zrobię sama, ale koszty i czas pracy jednak by mnie przerosły...)
Na deser - to już raczej symbolicznie - japońskie ciasteczka z wróżbą. U mnie wróżbami były cytaty o przyjaźni.
Przepisy tradycyjnie pod koniec posta.
Zdecydowanie nie traciłam czasu na robienie zdjęć tylko na nadrobienie zaległości językowych ( nawet w polskim można sie podciągnąć !), tak,że niestety sesja wyszła słaba, ale za to jedzonko było pyszne i bardzo syte.
Dziewczyny przyniosły mi wspaniałe gadżety związane z tematem Dorota- świeczki- klapeczki japonki , a Ula przepiękne wachlarze. Mnie udało się zdobyć serwetki z motywami smoków.
Wspaniale się siedzi w takiej scenerii i towarzystwie!
A królową dnia i tak została Gabrysia, która była ładniejsza od wszystkich gejsz razem wziętych i tyle!
Przepisy na zupę i sałatkę wzięłam z gazetki kauflandowej na miesiąc czerwiec ( była przy okazji produktów chińsko- japońskich w promocji).
Zupa Lei-mel- pyszna i superbłyskawiczna. Robiłam ją jeszcze potem 2 razy, za każdym wyszła tak samo dobrze! Wspaniała jesienią i zima- porzadnie rozgrzewa i syci nawet mała porcja! Przepis na 4 osoby:
1 litr wody
1 kostka bulionu drobiowego
1 łyżka koncentratu pomidorowego ( dałam więcej, do smaku)
4 łyżki sosu sojowego
Ostra papryka ( do smaku)
1 opakowanie mrożonych chińskich warzyw na patelnię
60 g bułki tartej
Wodę zagotować, dodać bulion, koncentrat i sos sojowy. Wrzucić warzywa i gotować 8 minut. Wsypać bułkę tartą i wymieszać trzepaczką. Chwilkę gotować i podawać.
Sałatka z grzybów mung - trzeba lubić te gumiaste grzyby. Jako dodatek z bardzo wyraźnym sosem ( takim jak ten) są dobre. Same przypominają ( przynajmniej mnie) w smaku brązową cholewę.Są bardzo syte.Przepis na 4 porcje:
paczka suszonych grzybów mun
20 ml oleju sezamowego
40 ml sosu sojowego jasnego
2 ząbki czosnku
sól, pieprz
kilka lisci karbowanej sałaty
ziarna sezamu
Grzyby mun moczyć w letniej wodzie ok. godzinę. Z oleju sosu sojowego i przeciśniętego przez praskę czosnku przyrządzić sos dobrze mieszając i doprawić sola i pieprzem do smaku. Grzyby dokładnie odsączyć z wody, pokroić na kawałki o boku 2-3 cm. Podawac na liściach sałaty posypane ziarnami sezamu.
(zdjęcie z oryginalnej gazetki, bo my za szybko zjadłyśmy i nie zdążyłam zrobić zdjęcia, ale wyglądał tak samo :))
(zdjęcie z oryginalnej gazetki, bo my za szybko zjadłyśmy i nie zdążyłam zrobić zdjęcia, ale wyglądał tak samo :))
Sushi - w Krakowie zamawiałam w haikusushi.
Ciasteczka z wróżbą - to raczej zwyczaj andrzejkowo- haloweenowy, ale dlaczego nie w czerwcu? Z tego założenie wyszłam i zrobiłam według tego przepisu.Można tez wykorzystać gotowe kruche ciasto. Formę maja typowo polską - pierożków. Oczywiście można zrobić dowolne kształty, nie tylko kanoniczne japońskie rożki.
Orzeszki wasabi - piekielnie ostre, ale pyszne. Trzeba lubić ten ogień ( ja bardzo lubię!).
Chipsy krabowe - przeciwnie bardzo łagodne prażynki o specyficznym zapachu. Obie przekąski do nabycia w dużych hipermarketach.
Jak widać poznawanie innych kultur bywa przyjemne i smaczne - choćby we własnym domku na kanapie. Najważniejsze jest oczywiście nie co, tylko z kim ;)
Polska! Biało-czerwoni!
Już wiemy, kto wygrał Euro 2012. Mnie ta informacja ani ziębi, ani grzeje, jako że zagorzałą ani żadną inną kibicką nie jestem. Nie oglądnęłam żadnego meczu i żyję. Nie znaczy to, że nie wspierałam domowej załogi jak mogłam.
Postanowiłam na rozpoczęcie mistrzostw zrobić galaretkę w formie małych kosteczek ( jak ptasie mleczko) w kolorach patriotycznych. Udało się!
Przepis na glalaretkę truskawkową z bloga moje wypieki - tutaj. Galaretkę białą zrobiłam z mleka skondensowanego i takich samych składników ( oprócz truskawek) jak czerwona. Galaretki obtoczyłam w zmielonych migdałach ( niestety nie można w cukrze z przyczyn technicznych) i podałam na talerzykach z motywem piłki.
Genialna jest ta truskawkowa - w sam raz słodka, lekko kwaskowa, świetna na upały jako leciutki deser, pełna owoców, pachnąca....mniam. Jeszcze nie raz ją zrobię. Biała w porównaniu wypada lekko mdło, jak to skondensowane mleko, ale razem się fajnie uzupełniają.
Można oczywiście wylać najpierw jedną a potem drugą i pokroić w dwukolorowe kostki.
Polecam na każdy letni dzień, nie musicie czekać na następne Euro!
poniedziałek, 16 lipca 2012
Desiderata
To dla mnie ważny tekst. Piękne rady o tym jak żyć napisane prostym językiem i dotyczące każdego człowieka.
Szczególnie lubię go w wykonaniu Piwnicy pod Baranami ( posłuchajcie tutaj). Poniżej zamieszczam kanoniczną wersję "Piwniczną". Jeśli kogoś interesuje angielski oryginał znajdzie go tutaj.
Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech
i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy
o ile to możliwe bez wyrzekania się siebie
bądź na dobrej stopie ze wszystkimi
wypowiadaj swoją prawdę jasno i spokojnie
wysłuchaj też innych, nawet tępych i nieświadomych
oni też mają swoją opowieść
oni też mają opowieść
unikaj głośnych i napastliwych
unikaj głośnych są udręką ducha
niech twoje osiągnięcia zarówno jak plany
będą dla ciebie źródłem radości
bądź ostrożny w interesach
bądź ostrożny w interesach
na świecie bowiem pełno oszustwa
bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia
ani też nie podchodź cynicznie do miłości
bo ona jest wieczna jak trawa
bo ona jest wieczna...
unikaj głośnych i napastliwych
unikaj głośnych są udręką ducha
przyjmij spokojnie co ci lata doradzają
z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości
jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż
drzewa i gwiazdy, masz prawo być tutaj
a więc żyj w zgodzie z bogiem
czymkolwiek on ci się wydaje
w zgiełkliwym pomieszaniu życia
zachowaj spokój ze swą duszą
przy całej swej złudności, znoju i rozwianych
marzeniach jest to piękny świat
jest to piękny świat...
znalezione w starym kościele
św. pawła w baltimore
datowane 1692r.
przy całej swej złudności, znoju i rozwianych
marzeniach jest to piękny świat
jest to piękny świat...
Po latach dowiedziałam się, jaka jest prawdziwa historia powstania tego tekstu. Otóż napisał go poeta Maks Ehrmann w roku 1927 i jako życzenia bożonarodzeniowe ofiarował swoim przyjaciołom w 1933r. W 1948 r. opublikowała poemat wdowa po Ehrmannie i tak trafił do gazetki parafialnej publikowanej przez pastora episkopalnego Starego Kościoła pod wezwaniem Św. Pawła w Baltimore.
Pogłoska na temat anonimowego autora i błędna data powstania utworu – 1692 – pochodzą stąd, że pierwsza strona owej gazetki, na której znajdował się tekst "dezyderaty", miała stopkę z informacją: "Stary kościół św. Pawła" i datą 1692 (w rzeczywistości to data powstania parafii i budowy pierwszego, już nieistniejącego kościoła). Wskutek częstego kopiowania jedynie tej strony, informacja zaczęła być błędnie odczytywana.
Nie w Warszawie, tylko w Moskwie, nie rozdają tylko kradną i nie auta, tylko rowery. Niby jak w radiu Erewań, ale tekst chyba nigdy nie straci na swojej aktualności i na pewno jest najbardziej znanym utworem Ehrmanna, o którym to poecie możecie przeczytać tutaj. To strona po angielsku, bo polskiej nie znalazłam, ale wydała mi sie prosta. Z pomocą małego słowniczka da się przejść i warto.
Tekst dezyderaty dedykuję wszystkim moim czytelnikom, a szczególnie lady.medusie, która napisała do mnie ostatnio długi list. Myślę nad odpowiedzią - daj mi jeszcze trochę czasu.
Na razie niech wystarczy Desiderata - czyli pragnienia, życzenia, marzenia.
Ilustruję zdjęciami z mojego ogrodu - co prawda kwiaty już przekwitły, ale jakie były piękne!
Szczególnie lubię go w wykonaniu Piwnicy pod Baranami ( posłuchajcie tutaj). Poniżej zamieszczam kanoniczną wersję "Piwniczną". Jeśli kogoś interesuje angielski oryginał znajdzie go tutaj.
Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech
i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy
o ile to możliwe bez wyrzekania się siebie
bądź na dobrej stopie ze wszystkimi
wypowiadaj swoją prawdę jasno i spokojnie
wysłuchaj też innych, nawet tępych i nieświadomych
oni też mają swoją opowieść
oni też mają opowieść
unikaj głośnych i napastliwych
unikaj głośnych są udręką ducha
niech twoje osiągnięcia zarówno jak plany
będą dla ciebie źródłem radości
bądź ostrożny w interesach
bądź ostrożny w interesach
na świecie bowiem pełno oszustwa
bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia
ani też nie podchodź cynicznie do miłości
bo ona jest wieczna jak trawa
bo ona jest wieczna...
unikaj głośnych i napastliwych
unikaj głośnych są udręką ducha
przyjmij spokojnie co ci lata doradzają
z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości
jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż
drzewa i gwiazdy, masz prawo być tutaj
a więc żyj w zgodzie z bogiem
czymkolwiek on ci się wydaje
w zgiełkliwym pomieszaniu życia
zachowaj spokój ze swą duszą
przy całej swej złudności, znoju i rozwianych
marzeniach jest to piękny świat
jest to piękny świat...
znalezione w starym kościele
św. pawła w baltimore
datowane 1692r.
przy całej swej złudności, znoju i rozwianych
marzeniach jest to piękny świat
jest to piękny świat...
Po latach dowiedziałam się, jaka jest prawdziwa historia powstania tego tekstu. Otóż napisał go poeta Maks Ehrmann w roku 1927 i jako życzenia bożonarodzeniowe ofiarował swoim przyjaciołom w 1933r. W 1948 r. opublikowała poemat wdowa po Ehrmannie i tak trafił do gazetki parafialnej publikowanej przez pastora episkopalnego Starego Kościoła pod wezwaniem Św. Pawła w Baltimore.
Pogłoska na temat anonimowego autora i błędna data powstania utworu – 1692 – pochodzą stąd, że pierwsza strona owej gazetki, na której znajdował się tekst "dezyderaty", miała stopkę z informacją: "Stary kościół św. Pawła" i datą 1692 (w rzeczywistości to data powstania parafii i budowy pierwszego, już nieistniejącego kościoła). Wskutek częstego kopiowania jedynie tej strony, informacja zaczęła być błędnie odczytywana.
Nie w Warszawie, tylko w Moskwie, nie rozdają tylko kradną i nie auta, tylko rowery. Niby jak w radiu Erewań, ale tekst chyba nigdy nie straci na swojej aktualności i na pewno jest najbardziej znanym utworem Ehrmanna, o którym to poecie możecie przeczytać tutaj. To strona po angielsku, bo polskiej nie znalazłam, ale wydała mi sie prosta. Z pomocą małego słowniczka da się przejść i warto.
Tekst dezyderaty dedykuję wszystkim moim czytelnikom, a szczególnie lady.medusie, która napisała do mnie ostatnio długi list. Myślę nad odpowiedzią - daj mi jeszcze trochę czasu.
Na razie niech wystarczy Desiderata - czyli pragnienia, życzenia, marzenia.
Ilustruję zdjęciami z mojego ogrodu - co prawda kwiaty już przekwitły, ale jakie były piękne!
Mufiny wiśniowe
Z nadrabianiem to jest tak, że z jednej strony chcesz opowiedzieć o tym co już było, a z drugiej życie leci swoim torem i potem może być za późno. Dlatego przeplotę wspominki z aktualnościami.
A w aktualnościach mufiny z wiśniami - klasyka gatunku. Przepis z Poradnika Domowego na sierpień 2012 udoskonalony przeze mnie :) - znajdziecie go poniżej.
Mufiny takie jak lubię - wilgotne, pachnące wanilią i owocami, niesłodkie, ładne, banalne w wykonaniu ( suche składniki łączymy z mokrymi). Jasiek usuwał pestki osobiscie w profesjonalnej drylownicy, ale niestety brakło mu trochę wprawy ( pierwszy raz w końcu) i trzeba było pluć :))))
Upieczone w sobotę nie dotrwały do poniedziałku...
Przepis na 12 sztuk ( lekko zmodyfikowany):
2 i 1/3 szklanki mąki
trochę więcej niż 1/2 szklanki brązowego cukru
szklanka mleka
12,5 dkg stopionego masła
3/4 szklanki drylowanych wiśni ( dałam 2 szklanki, a co!)
łyzżka cukru ( dałam tyleż ale waniliowego)
2 jajka
2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
cukier puder do posypania
Piec nastawić na 200 stopni. Wiśnie osączyć na sitku. Do miski wsypać suche składniki, wymieszać dokładnie. Jajka roztrzepać z mlekiem. Masło roztopić i ostudzić. Do suchych wlać połaczone jajka, mleko, masło. Posypać wiśniami. Wymieszać niedokładnie. Ciasto powinno byc grudkowate.Nakłdać porcje ciasta do foremek wyłożonych papilotkami i piec 30 minut.
Bezpośrednio przed podaniem można posypać więcej cukru pudru, naprawdę nie nie zaszkodzi, szczególnie do kawy.
Udadzą się tez na pewno z borówkami, poziomkami, malinami. Mniam!
W końcu realizacja krakowskiego candy i inne krakowskie atrakcje
Jak trudno wrócić do pisania po prawie miesiącu nieobecności w sieci wie ten, kto doświadczył... Po kolejnej porcji maili, telefonów i komentarzy mobilizuję się i oficjalnie kończę wakacyjną przerwę.
Tym razem spóźniona retrospekcja ze spaceru po Krakowie, który był nagrodą w moim zakończonym Krakowskim Candy.
Dogadałyśmy się na konkretny termin ze zwyciężczynią - Majaleną i jej mamą i postanowiłyśmy obie na swój sposób wykorzystać piękną ciepłą sobotę 2 czerwca.
Na miejsce spotkania wybrałam Wawel, ponieważ postanowiłam jako nagrodę ufundować wycieczkę po Katedrze Wawelskiej. To naprawdę wyjątkowe miejsce - niby prawie każdy tam był, bo wycieczka, bo w szkole kazali itp., ale nigdy tak naprawdę nie ma czasu,żeby zachwycić się tym miejscem wyjątkowym dla historii Polski i szczególnym ze względu na zabytki architektoniczne, malarskie itp.
Niestety - choć moja wspaniałą przewodniczka pytała dwa dni wcześniej o godziny otwarcia katedry, w naszą sobotę niestety zmieniono godziny jej otwarcia. Postanowiłyśmy odbyć i tak wycieczkę po katedrze w trochę inny sposób.
Weszłyśmy na chwilę do grobów, aby zobaczyć grobowiec PP. Kaczyńskich i trumnę Piłsudskiego...
... a potem usiadłyśmy sobie wygodnie w kawiarni pod chmurką i zamówiłyśmy pyszną kawę. Asia - przewodniczka opowiadała nam o tym, czego niestety nie mogłyśmy zobaczyć w tamtej chwili, ale na szczęście Majalena z mamą Małgorzatą są z Krakowa i będą mogły w dowolnym czasie zweryfikować te opowieści. A było słuchanie, było... o tym, co tam widać i czego nie widać, jak katedra powstawała, ciekawostki o panujących władcach i ich zwyczajach... Na takich luźnych i wesołych historiach zleciała nam ponad godzinka! Majalena pstrykała zdjęcia jak szalona, bo to jej jedna z szalonych pasji.
Wymieniłyśmy też dary - ja dałam dziewczynom pudełko własnoręcznie wykonanych pralinek ( jako suchy prowiant na dalszą drogę:)) a od Majaleny dostałyśmy piękne korale. Prezentuję moje zielone, bo Asia od razu porwała swoje czerwone i nie zdążyłam zrobić zdjęcia. Są piękne! (korale oczywiście, bo zdjęcia nie oddają ich urody):
Zeszłyśmy z Wawelu od strony Kościuszki i każda para udała się w sobie tylko znanym kierunku.
Kierunek Majaleny i jej zdjęcia z tamtego dnia, naszej wyprawy i dalszej części spaceru możecie podziwiać na jej blogu tutaj.
Ja mogę tylko dodać,że dawno nie poznałam tak miłej, twórczej i nadającej na tych samych falach osoby jak ona! Bardzo polecam jej blog, a szczególnie najnowszy ze zdjęciami z Irlandii , w której jest na zabój zakochana - sprawdźcie sami tutaj!
Po wycieczce udałyśmy się z Asią Przewodniczką do resturacji "Pod Wawelem" ( ich strona tutaj-zobaczcie koniecznie!) mieści się ona w hotelu na rozwidleniu ulic Grodzka- Gertrudy -Stradom. Bardzo ciekawe miejsce, które przyciąga tu wielu turystów anonimowych i bardziej znanych. Galeria sław, które się tu stołowały mieści się od razu po wejściu do lokalu na ścianie po lewej. Mamy tu i Lecha Wąłęsę i Martynę Wojciechowską i wielu innych. O wolnym stoliku ( jak w lepszych knajpach od dawna przystało) informuje nas szef sali, który też poleca kelnerowi odprowadzenie nas na miejsce.
Do wyboru mamy kilka sal ( jest specjalna sala dla dzieci) oraz dużą werandę ze stolikami i widokiem na Planty( tam zajęłyśmy miejsce). Cały lokal ma swój specyficzny klimat autriacko- bawarski dopracowany w detalach. Obsługa ubrana jest w barwne stroje. Dania podaje się na półmiskach porcelitowych i drewnaianych deseczkach, a zupy w garnkach. Jest dużo zieleni i wydrukowanych stylowych ofert. Zaskoczyło mnie,że w toalecie mogłam posłuchać kawałów z głośnika :))))
Co do menu - bardzo zróżnicowane, więc każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Są oferty stałe i sezonowe. Podoba mi się promocja,że w każdy dzień tygodnia jest inne danie w cenie dnia. I tak np. Asia, która była tu wcześniej bardzo poleca Wiener Schnitzel ( obecnie promocja poniedziałkowa), czyli schabowy z ziemniaczkami i surówkami w cenie 15 zł. Cena przystępna, a to właśnie danie zobaczyłam na stoliku obok i był to zaiste jeden z największych kotletów jakie widziałam! Na półmisku znajdowały się tylko ziemniaczki ( frytki) i surówki a sam kotlet na osobnej desce wielkości sporej pizzy. Na pewno kiedyś się na niego wybiorę w większym towarzystwie, bo samemu takiej porcji nie da rady za chiny.
Ja wzięłam na przystawkę zupę gulaszową ( której nie jadłąm wieki). I tak jak wspomniałam dostałam ją w pięknym emaliowanym garnku ze sporą porcją pysznej wołowinki i jarzynami. Taka jak lubię - porządnie ostra i równocześnie pełna smaku. Jako danie główne wzięłyśmy jedna porcję placków ziemniaczanych z grzybkami i choć były wyborne nie dałyśmy rady... Porcja była po prostu ogromna!
Jak więc widzicie - dobre miejsce na obiad po solidnym wysiłku i spacerze - bardzo polecam, bo zjadłam wyjątkowo smacznie!
Po obiadku przeszłyśmy się dla poprawy perystaltyki na lody na ul. Sławkowską, gdzie niedawno otworzył swoją lodziarnię pewien Włoch.
Otworzył niedawno, ale nie spodziewałam się takich kolejek... Zupełnie jak w latach osiemdziesiątych po cukier albo papier toaletowy. Na szczęście szło w miarę szybko i nie trzeba było zakładać komitetu kolejkowego. Lokalik malutki - jedno pomieszczenie, w którym mieści się jeden malutki stoliczek i lada z lodami. Przy stoliczku nikt oczywiście nie siedzi,bo jest non stop zasłonięty kolejką.
Zastaniawiałam się, ale po co taka kolejka? Jak spróbowałam - wszystko stało się jasne. Te lody to dla mnie prawdziwe objawienie. Jadłam już lody w różnych miejscach i krajach, najwyżej do tej pory ceniłam Krościenko, Szczawnicę, Nowy Targ, Genuę i Wentzla, ale po tych lodzikach po prostu szczęka mi spadła. Obwieszczam,że do tej pory nie jadłam lepszych! Wzięłam kawowe, bporówkowe i biała czekoladę - lody są dokładnie takie, jak składniki w tytule. Pyszne, kremowe, delikatne, bez kryształków lodu, pełne smaku. O matko jakie pyszne!!!!! Będąc Krakowie po prostu musicie ich spróbować i tyle. Od tej pory - moje ulubione. Lody produkowane sa non stop od otwarcia do zamknięcia lokalu i zdarza się,że jakiegoś smaku nie ma , bo go wykupiono,a produkcja nie nadąża. Każdy rodzaj lodów wygląda bardzo apetycznie i choć mam swoje ulubione, to chce spróbować wszystkich, które oferują, bo są wyjątkowe!
Na Sławkowskiej- ciekawy sklep z porcelaną:
Po drodze minęłyśmy też paradę smoków na Rynku:
Z lodzikami w ręku wróciłyśmy na piechotę do domu ( a co!) i po drodze natknęłyśmy się na nietypową klepsydrę na ul. Długiej:
Okazało się,że chodzi o zamkniecie działającej długie lata piekarni- cukierni, która produkowała wyjatkowe precelki. Niestety właścicielom cukierni nie starczyło funduszy na stale rosnący czynsz i musieli zamknąć historyczny interes. Szkoda wielka,że zniknęło takie wyjątkowe miejsce.
Teraz po dłuższym już czasie od wycieczki z Majaleną zastanawiam się nad kolejna edycją krakowskiego candy w takiej formie i z takimi nagrodami ( tzn. rzeczowymi i wycieczką z przewodnikiem) jak było. Co o tym sądzicie? Czekam na wasze opinie. Mnie bardzo to candy zmobilizowało do pisania i znajdowania dla was ciekawostek, o przesympatycznym finale- wycieczce nie mówiąc:) Czy sequel ma sens?
Tym razem spóźniona retrospekcja ze spaceru po Krakowie, który był nagrodą w moim zakończonym Krakowskim Candy.
Dogadałyśmy się na konkretny termin ze zwyciężczynią - Majaleną i jej mamą i postanowiłyśmy obie na swój sposób wykorzystać piękną ciepłą sobotę 2 czerwca.
Na miejsce spotkania wybrałam Wawel, ponieważ postanowiłam jako nagrodę ufundować wycieczkę po Katedrze Wawelskiej. To naprawdę wyjątkowe miejsce - niby prawie każdy tam był, bo wycieczka, bo w szkole kazali itp., ale nigdy tak naprawdę nie ma czasu,żeby zachwycić się tym miejscem wyjątkowym dla historii Polski i szczególnym ze względu na zabytki architektoniczne, malarskie itp.
Niestety - choć moja wspaniałą przewodniczka pytała dwa dni wcześniej o godziny otwarcia katedry, w naszą sobotę niestety zmieniono godziny jej otwarcia. Postanowiłyśmy odbyć i tak wycieczkę po katedrze w trochę inny sposób.
Weszłyśmy na chwilę do grobów, aby zobaczyć grobowiec PP. Kaczyńskich i trumnę Piłsudskiego...
... a potem usiadłyśmy sobie wygodnie w kawiarni pod chmurką i zamówiłyśmy pyszną kawę. Asia - przewodniczka opowiadała nam o tym, czego niestety nie mogłyśmy zobaczyć w tamtej chwili, ale na szczęście Majalena z mamą Małgorzatą są z Krakowa i będą mogły w dowolnym czasie zweryfikować te opowieści. A było słuchanie, było... o tym, co tam widać i czego nie widać, jak katedra powstawała, ciekawostki o panujących władcach i ich zwyczajach... Na takich luźnych i wesołych historiach zleciała nam ponad godzinka! Majalena pstrykała zdjęcia jak szalona, bo to jej jedna z szalonych pasji.
Wymieniłyśmy też dary - ja dałam dziewczynom pudełko własnoręcznie wykonanych pralinek ( jako suchy prowiant na dalszą drogę:)) a od Majaleny dostałyśmy piękne korale. Prezentuję moje zielone, bo Asia od razu porwała swoje czerwone i nie zdążyłam zrobić zdjęcia. Są piękne! (korale oczywiście, bo zdjęcia nie oddają ich urody):
Zeszłyśmy z Wawelu od strony Kościuszki i każda para udała się w sobie tylko znanym kierunku.
Kierunek Majaleny i jej zdjęcia z tamtego dnia, naszej wyprawy i dalszej części spaceru możecie podziwiać na jej blogu tutaj.
Ja mogę tylko dodać,że dawno nie poznałam tak miłej, twórczej i nadającej na tych samych falach osoby jak ona! Bardzo polecam jej blog, a szczególnie najnowszy ze zdjęciami z Irlandii , w której jest na zabój zakochana - sprawdźcie sami tutaj!
Po wycieczce udałyśmy się z Asią Przewodniczką do resturacji "Pod Wawelem" ( ich strona tutaj-zobaczcie koniecznie!) mieści się ona w hotelu na rozwidleniu ulic Grodzka- Gertrudy -Stradom. Bardzo ciekawe miejsce, które przyciąga tu wielu turystów anonimowych i bardziej znanych. Galeria sław, które się tu stołowały mieści się od razu po wejściu do lokalu na ścianie po lewej. Mamy tu i Lecha Wąłęsę i Martynę Wojciechowską i wielu innych. O wolnym stoliku ( jak w lepszych knajpach od dawna przystało) informuje nas szef sali, który też poleca kelnerowi odprowadzenie nas na miejsce.
Do wyboru mamy kilka sal ( jest specjalna sala dla dzieci) oraz dużą werandę ze stolikami i widokiem na Planty( tam zajęłyśmy miejsce). Cały lokal ma swój specyficzny klimat autriacko- bawarski dopracowany w detalach. Obsługa ubrana jest w barwne stroje. Dania podaje się na półmiskach porcelitowych i drewnaianych deseczkach, a zupy w garnkach. Jest dużo zieleni i wydrukowanych stylowych ofert. Zaskoczyło mnie,że w toalecie mogłam posłuchać kawałów z głośnika :))))
Co do menu - bardzo zróżnicowane, więc każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Są oferty stałe i sezonowe. Podoba mi się promocja,że w każdy dzień tygodnia jest inne danie w cenie dnia. I tak np. Asia, która była tu wcześniej bardzo poleca Wiener Schnitzel ( obecnie promocja poniedziałkowa), czyli schabowy z ziemniaczkami i surówkami w cenie 15 zł. Cena przystępna, a to właśnie danie zobaczyłam na stoliku obok i był to zaiste jeden z największych kotletów jakie widziałam! Na półmisku znajdowały się tylko ziemniaczki ( frytki) i surówki a sam kotlet na osobnej desce wielkości sporej pizzy. Na pewno kiedyś się na niego wybiorę w większym towarzystwie, bo samemu takiej porcji nie da rady za chiny.
Ja wzięłam na przystawkę zupę gulaszową ( której nie jadłąm wieki). I tak jak wspomniałam dostałam ją w pięknym emaliowanym garnku ze sporą porcją pysznej wołowinki i jarzynami. Taka jak lubię - porządnie ostra i równocześnie pełna smaku. Jako danie główne wzięłyśmy jedna porcję placków ziemniaczanych z grzybkami i choć były wyborne nie dałyśmy rady... Porcja była po prostu ogromna!
Jak więc widzicie - dobre miejsce na obiad po solidnym wysiłku i spacerze - bardzo polecam, bo zjadłam wyjątkowo smacznie!
Po obiadku przeszłyśmy się dla poprawy perystaltyki na lody na ul. Sławkowską, gdzie niedawno otworzył swoją lodziarnię pewien Włoch.
Otworzył niedawno, ale nie spodziewałam się takich kolejek... Zupełnie jak w latach osiemdziesiątych po cukier albo papier toaletowy. Na szczęście szło w miarę szybko i nie trzeba było zakładać komitetu kolejkowego. Lokalik malutki - jedno pomieszczenie, w którym mieści się jeden malutki stoliczek i lada z lodami. Przy stoliczku nikt oczywiście nie siedzi,bo jest non stop zasłonięty kolejką.
Zastaniawiałam się, ale po co taka kolejka? Jak spróbowałam - wszystko stało się jasne. Te lody to dla mnie prawdziwe objawienie. Jadłam już lody w różnych miejscach i krajach, najwyżej do tej pory ceniłam Krościenko, Szczawnicę, Nowy Targ, Genuę i Wentzla, ale po tych lodzikach po prostu szczęka mi spadła. Obwieszczam,że do tej pory nie jadłam lepszych! Wzięłam kawowe, bporówkowe i biała czekoladę - lody są dokładnie takie, jak składniki w tytule. Pyszne, kremowe, delikatne, bez kryształków lodu, pełne smaku. O matko jakie pyszne!!!!! Będąc Krakowie po prostu musicie ich spróbować i tyle. Od tej pory - moje ulubione. Lody produkowane sa non stop od otwarcia do zamknięcia lokalu i zdarza się,że jakiegoś smaku nie ma , bo go wykupiono,a produkcja nie nadąża. Każdy rodzaj lodów wygląda bardzo apetycznie i choć mam swoje ulubione, to chce spróbować wszystkich, które oferują, bo są wyjątkowe!
Na Sławkowskiej- ciekawy sklep z porcelaną:
Po drodze minęłyśmy też paradę smoków na Rynku:
Z lodzikami w ręku wróciłyśmy na piechotę do domu ( a co!) i po drodze natknęłyśmy się na nietypową klepsydrę na ul. Długiej:
Okazało się,że chodzi o zamkniecie działającej długie lata piekarni- cukierni, która produkowała wyjatkowe precelki. Niestety właścicielom cukierni nie starczyło funduszy na stale rosnący czynsz i musieli zamknąć historyczny interes. Szkoda wielka,że zniknęło takie wyjątkowe miejsce.
Teraz po dłuższym już czasie od wycieczki z Majaleną zastanawiam się nad kolejna edycją krakowskiego candy w takiej formie i z takimi nagrodami ( tzn. rzeczowymi i wycieczką z przewodnikiem) jak było. Co o tym sądzicie? Czekam na wasze opinie. Mnie bardzo to candy zmobilizowało do pisania i znajdowania dla was ciekawostek, o przesympatycznym finale- wycieczce nie mówiąc:) Czy sequel ma sens?
piątek, 22 czerwca 2012
Inny świat
Nadrabianie rozpoczynam od motywu z zupełnie innej beczki.
Tytuł to nie nawiązanie do Herlinga-Grudzińskiego, ale niesamowite wrażenie, jakie zrobił na mnie ten obraz.
Zobaczyłam go na małej kartce wyrwanej z kalendarza AMUN ( zrzeszenie artystów malujących ustami i nogami- ich kalendarze wysyłane pocztą sa bardzo popularne). Kalendarz na któryś z poprzednich lat poniewierał się w papierach. Przeglądnęłam i mnie zatkało.
Obraz niesamowicie skojarzył mi się z piosenką Gałczyńskiego 'Noc czerwcowa'. Jak dla mnie mają podobny klimat.
Ta morska noc jest żywcem wyjęta ze snu. Szkoda,że ja nie mam takiej wyobraźni! Pomysł z księżycem -łodzią jest genialny.W ogóle - powiększcie obraz i pospacerujcie trochę po tym tajemniczym miasteczku- można odkryć wiele ciekawych szczegółów.
Pokopałam tu i ówdzie i znalazłam informacje o autorze - Krzysztofie Kosowskim . Znalazłam też wywiad z nim - bardzo polecam - przeczytajcie!
Szczególnie wzruszyło mnie zdanie, które powiedział: "Powroty dorosłych do dzieciństwa wcale nie muszą oznaczać infantylności, a raczej są pewnym wzbogaceniem dorosłości".
Mogę tylko żałować,że nie mogłam być na wystawie jego prac w mieście artysty w Toruniu. Musiała być niesamowita!
Na szczęście Pan Krzysztof prowadzi własny blog- zajrzyjcie na tę stronę i sfascynujcie się tak jak ja jego pracami z galerii. Uważam,że jego twórczość jest wyjątkowa. Rzadko można spotkać taki inny świat - z jednej strony piękny, kolorowy, harmonijny, żywcem wyjęty z książek dla dzieci. Z drugiej strony tajemniczy, dziwny, niepokojący...
Tytuł to nie nawiązanie do Herlinga-Grudzińskiego, ale niesamowite wrażenie, jakie zrobił na mnie ten obraz.
Zobaczyłam go na małej kartce wyrwanej z kalendarza AMUN ( zrzeszenie artystów malujących ustami i nogami- ich kalendarze wysyłane pocztą sa bardzo popularne). Kalendarz na któryś z poprzednich lat poniewierał się w papierach. Przeglądnęłam i mnie zatkało.
( zdjęcie z tej strony, tytuł obrazu: Nocne żeglowanie )
Obraz niesamowicie skojarzył mi się z piosenką Gałczyńskiego 'Noc czerwcowa'. Jak dla mnie mają podobny klimat.
Ta morska noc jest żywcem wyjęta ze snu. Szkoda,że ja nie mam takiej wyobraźni! Pomysł z księżycem -łodzią jest genialny.W ogóle - powiększcie obraz i pospacerujcie trochę po tym tajemniczym miasteczku- można odkryć wiele ciekawych szczegółów.
Pokopałam tu i ówdzie i znalazłam informacje o autorze - Krzysztofie Kosowskim . Znalazłam też wywiad z nim - bardzo polecam - przeczytajcie!
Szczególnie wzruszyło mnie zdanie, które powiedział: "Powroty dorosłych do dzieciństwa wcale nie muszą oznaczać infantylności, a raczej są pewnym wzbogaceniem dorosłości".
Mogę tylko żałować,że nie mogłam być na wystawie jego prac w mieście artysty w Toruniu. Musiała być niesamowita!
Na szczęście Pan Krzysztof prowadzi własny blog- zajrzyjcie na tę stronę i sfascynujcie się tak jak ja jego pracami z galerii. Uważam,że jego twórczość jest wyjątkowa. Rzadko można spotkać taki inny świat - z jednej strony piękny, kolorowy, harmonijny, żywcem wyjęty z książek dla dzieci. Z drugiej strony tajemniczy, dziwny, niepokojący...
środa, 6 czerwca 2012
Słodki dzień dziecka
Ponieważ spodziwałam się kilkorga gości w Dzień Dziecka, a i dzieci w domu trochę, postanowiłam do wymienionych wcześniej czekoladek dołączyć jeszcze dwie słodkie atrakcje.
Wybrałam charlottę truskawkową ( przepis z czerwcowego numeru Claudii) oraz mufinki mocno czekoladowe z kremem truskawkowym ( przepis na mufinki stąd, a na krem z Claudii jak wyżej).
Sukces zawdzięczam przede wszystkim Pani Ani, która odłożyła mi pod ladę piękne, słodkie, już polskie truskawy - pozdrawiam serdecznie i raz jeszcze dziękuję!
Charlotta to rodzaj deseru - połączenie biszkoptów i kremu bawarskiego, w tej wersji z użyciem owoców. Może być ze względu na elegancki wygląd potraktowana jako leciutki tort. Mój małż nazwał ją palisadą ( bo biszkopty stoją jak tyczki).Przepis pod koniec posta ( albo kupcie Claudię).Można ją wykonać z dowolnych owoców ( raczej kwaskowych), ja napalam się jeszcze na wersję z borówkami zwykłymi lub amerykańskimi. Ciasto/ deser jest bardzo lekki, a przez dodatek mięty orzeźwiający. Świetnie nadaje się na upalne dni i eleganckie garden party.Sposób przybrania też można modyfikować. Dla mnie klasyczna to właśnie taka - obwiązana wstążką, z kokardą lub bez.
Mufinki typowo dla dzieci z wykorzystaniem kremu ze świeżych truskawek i mascarpone ( przepis na krem również pod koniec posta). Które dziecko nie lubi różowego? Moje chłopaki jak na mężczyzn w tym wieku przystało bardzo!
Dzień Dziecka zwariowany, głownie dla dzieci, które nie wiedziały już z czego się mają ucieszyć, czy z wizyt znajomych i rodziny,słodkich i pieknych prezentów, czy też ze wspólnej zabawy, była mała Martynka ze swoją nianią Anią.
Jak trudno zrobić dobre zdjęcie dzieciom przekonałam się nie raz. Np. tutaj, gdzie już już były wszystkie, ale Stanisław wolał czytać książkę o strażakach, a nie uśmiechać się do sera.
Dużo szczęścia na raz. Dla Stanisława stanowczo za, bo w nocy nie wytrzymał i wpakował nam się do łóżka. Nie mógł zasnąć biedaczek z nadmiaru wrażeń. Dobrze,że następny taki dzień dopiero za rok:)
CHARLOTTA TRUSKAWKOWA Z MIĘTOWĄ NUTĄ ( pyszna i prosta)
700 g truskawek
sok z 1 cytryny
200 g cukru pudru
2 łyżki żelatyny
600 ml smietany kremówki 36%
cukier waniliowy
mocna herbata miętowa ( ja do swojej dodałam łyżeczkę kropli miętowych)
2 paczki podłuznych biszkoptów
galaretka owocowa ( u mnie truskawkowa)
500 g truskawek zmiksować z sokiem z cytryny.. Dodać 150 g cukru i podgrzewać , aż się rozpuści. Wymieszać z żelatyną. Wystudzić i połączyć z ubitą z resztą cukru i cukrem waniliowym śmietaną. Biszkopty skropić herbatą ( ja nasączałam strzykawką). Ułożyć na dnie i po bokach tortownicy ( moja ma 23 cm). Środek wypełnić kremem. Wierzch obłożyć truskawkami i wstawić do lodówki. Galaretkę rozpuścić w mniejszej ilości wody niż na opakowaniu i tężejącą posmarować truskawki.
Schłodzić. Udekorować wstążką lub jak wam się podoba. U mnie na wierzchu małe kuleczki to złote perły dr oetkera.
Uwagi techniczne: Biszkopty sa bardzo delikatne- nie kropcie za dużo, bo rozmiękną i połamią się! W miętowej nucie chodzi bardziej o zapach, niż smak.Ja zrobiłam swoją charlottę w ten sposób,że wzięłam tylko zamkniętą obręcz tortownicy i położyłam od razu na talerzu do podawania tego deseru.W niej ułożyłam biszkopty, palisadę, krem i truskawki. Kiedy deser dobrze zastygł OSTROŻNIE rozpięłam tortownicę i POWOLUTKU ściągałam obręcz górą. Truskawki powinny być tylko POSMAROWANE galaretką, bo w innym razie przecieknie ona przez biszkopty i trudno ją będzie odkleić od tortownicy nie łamiąc płotka.
MUFINKI CZEKOLADOWE - przepis stąd.Posypałam je jeszcze różowym maczkiem cukrowym.
KREM TRUSKAWKOWY ( nie tylko do mufinek)
150 g truskawek
250 g kremowego twarożku ( ja użyłam mascarpone)
60 g masła
6 łyżek cukru pudru
Zmiksować wszystko na gładką masę.Można dodać 2-3 łyzki likieru np. Bailey's lub Cointerau. Krem ma piękny różowy kolor. Wystarczy go na sowite udekorowanie 12 tradycyjnych mufinek, obsmarowanie tortu lub przełożenie go jeden raz. Krem jest bardzo lekki, można go też podać w miseczkach z całymi truskawkami, innymi owocami i dodatkami typu wafelki itp. Gotowy można przechowywać do 2 dni w lodówce.
Wybrałam charlottę truskawkową ( przepis z czerwcowego numeru Claudii) oraz mufinki mocno czekoladowe z kremem truskawkowym ( przepis na mufinki stąd, a na krem z Claudii jak wyżej).
Sukces zawdzięczam przede wszystkim Pani Ani, która odłożyła mi pod ladę piękne, słodkie, już polskie truskawy - pozdrawiam serdecznie i raz jeszcze dziękuję!
Charlotta to rodzaj deseru - połączenie biszkoptów i kremu bawarskiego, w tej wersji z użyciem owoców. Może być ze względu na elegancki wygląd potraktowana jako leciutki tort. Mój małż nazwał ją palisadą ( bo biszkopty stoją jak tyczki).Przepis pod koniec posta ( albo kupcie Claudię).Można ją wykonać z dowolnych owoców ( raczej kwaskowych), ja napalam się jeszcze na wersję z borówkami zwykłymi lub amerykańskimi. Ciasto/ deser jest bardzo lekki, a przez dodatek mięty orzeźwiający. Świetnie nadaje się na upalne dni i eleganckie garden party.Sposób przybrania też można modyfikować. Dla mnie klasyczna to właśnie taka - obwiązana wstążką, z kokardą lub bez.
Mufinki typowo dla dzieci z wykorzystaniem kremu ze świeżych truskawek i mascarpone ( przepis na krem również pod koniec posta). Które dziecko nie lubi różowego? Moje chłopaki jak na mężczyzn w tym wieku przystało bardzo!
Dzień Dziecka zwariowany, głownie dla dzieci, które nie wiedziały już z czego się mają ucieszyć, czy z wizyt znajomych i rodziny,słodkich i pieknych prezentów, czy też ze wspólnej zabawy, była mała Martynka ze swoją nianią Anią.
Jak trudno zrobić dobre zdjęcie dzieciom przekonałam się nie raz. Np. tutaj, gdzie już już były wszystkie, ale Stanisław wolał czytać książkę o strażakach, a nie uśmiechać się do sera.
Dużo szczęścia na raz. Dla Stanisława stanowczo za, bo w nocy nie wytrzymał i wpakował nam się do łóżka. Nie mógł zasnąć biedaczek z nadmiaru wrażeń. Dobrze,że następny taki dzień dopiero za rok:)
CHARLOTTA TRUSKAWKOWA Z MIĘTOWĄ NUTĄ ( pyszna i prosta)
700 g truskawek
sok z 1 cytryny
200 g cukru pudru
2 łyżki żelatyny
600 ml smietany kremówki 36%
cukier waniliowy
mocna herbata miętowa ( ja do swojej dodałam łyżeczkę kropli miętowych)
2 paczki podłuznych biszkoptów
galaretka owocowa ( u mnie truskawkowa)
500 g truskawek zmiksować z sokiem z cytryny.. Dodać 150 g cukru i podgrzewać , aż się rozpuści. Wymieszać z żelatyną. Wystudzić i połączyć z ubitą z resztą cukru i cukrem waniliowym śmietaną. Biszkopty skropić herbatą ( ja nasączałam strzykawką). Ułożyć na dnie i po bokach tortownicy ( moja ma 23 cm). Środek wypełnić kremem. Wierzch obłożyć truskawkami i wstawić do lodówki. Galaretkę rozpuścić w mniejszej ilości wody niż na opakowaniu i tężejącą posmarować truskawki.
Schłodzić. Udekorować wstążką lub jak wam się podoba. U mnie na wierzchu małe kuleczki to złote perły dr oetkera.
Uwagi techniczne: Biszkopty sa bardzo delikatne- nie kropcie za dużo, bo rozmiękną i połamią się! W miętowej nucie chodzi bardziej o zapach, niż smak.Ja zrobiłam swoją charlottę w ten sposób,że wzięłam tylko zamkniętą obręcz tortownicy i położyłam od razu na talerzu do podawania tego deseru.W niej ułożyłam biszkopty, palisadę, krem i truskawki. Kiedy deser dobrze zastygł OSTROŻNIE rozpięłam tortownicę i POWOLUTKU ściągałam obręcz górą. Truskawki powinny być tylko POSMAROWANE galaretką, bo w innym razie przecieknie ona przez biszkopty i trudno ją będzie odkleić od tortownicy nie łamiąc płotka.
MUFINKI CZEKOLADOWE - przepis stąd.Posypałam je jeszcze różowym maczkiem cukrowym.
KREM TRUSKAWKOWY ( nie tylko do mufinek)
150 g truskawek
250 g kremowego twarożku ( ja użyłam mascarpone)
60 g masła
6 łyżek cukru pudru
Zmiksować wszystko na gładką masę.Można dodać 2-3 łyzki likieru np. Bailey's lub Cointerau. Krem ma piękny różowy kolor. Wystarczy go na sowite udekorowanie 12 tradycyjnych mufinek, obsmarowanie tortu lub przełożenie go jeden raz. Krem jest bardzo lekki, można go też podać w miseczkach z całymi truskawkami, innymi owocami i dodatkami typu wafelki itp. Gotowy można przechowywać do 2 dni w lodówce.
wtorek, 5 czerwca 2012
Produkcja masowa
Natchniona wizytą w Lwowskiej Manufakturze Czekolady ( o czym było parę postów wcześniej) postanowiłam zmierzyć się z tematem produkcji własnych czekoladek. Przepis miałam już upatrzony jakiś czas temu, gdy pojawił się na 'moich wypiekach'. Teraz doszła jeszcze motywacja ( ja nie zrobię?) i parę godzin ciszy i spokoju w domu. Zabrałam się więc do roboty.
Czasu zajęło mi to mniej więcej tyle, co zrobienie pierogów na kilka osób, z czego jak wiadomo pożytku jest zdecydowanie więcej, pożywienia ilościowo również, no i zamrozić można. Ale frajdę miałam nieporównywalnie większą. Wzięłam podwójna porcję z tego przepisu i w sumie wyszło mi 120 sztuk wielkości ok. 2 cm średnicy.
Jak dla mnie błogość - czyli cisza, spokój, zapach czekolady i kawy ( wytrawne trufle kawowe z migdałami) a także białej czekolady, bo z lukru plastycznego o takim smaku zrobiłam widoczne na zdjęciach miniaturowe różyczki na szczyt każdej pomadki ( przy okazji wypróbowując nowa formę silikonową). Czułam się jak Juliette Binoche w filmie 'Czekolada' ( kto nie widział, niech szybciutko oglądnie!).
Roboty przy tej ilości i takiej mojej wizji sporo. Nie tyle praco- co czasochłonne zajęcie. W wersji podstawowej i z dekoracją jak na zdjęciu w oryginale powinno to zająć 2 godziny ( w tym ok. godziny to czas oczekiwania aż masa stwardnieje w lodówce) - czyli generalnie nie najgorzej.
Zrobiłam trufelki przede wszystkim na prezenty dla znajomych i to chyba jest ( oprócz oczywiście własnego łakomstwa) według mnie najlepsze wykorzystanie własnoręcznie robionych czekoladek.
Z okazji przeróżnych - świąt Bożego Narodzenia, imienin, urodzin, różnych rocznic itp. Zawsze eleganckim prezentem jest pyszna i ładna bombonierka, tym bardziej kiedy są to wyroby własne.
Tak też uczyniłam i kto dostał, ten mam nadzieję się ucieszył. Przy mnie ucieszył się nasz Pan Listonosz, który przyniósł mi przesyłkę, kiedy zanurzałam ostatnie trufle w polewie, a pierwsze wystygły. No i jak tu nie poczęstować? Wyraz błogości, jaki miał na ryjku po konsumpcji bardzo mnie uradował i potwierdził,że warto było:))))
Tak wyglądały moje bombonierki:
Choć sztuk trufli było sporo, rozdałam wszystkie.
Czekoladki mają jedną zasadniczą wadę - znikają stanowczo za szybko.
Własnoręcznie wykonane słodycze sprawiają ogromną frajdę i świetnie smakują ( nie są mdłe, o wyraźnym smaku gorzkiej czekolady,kawy i nutce alkoholu), nie mają żadnych sztucznych dodatków, ale też nie można przechowywać ich tygodniami. Coś za coś.
To 'Coś' jest naprawdę warte włożonego wysiłku.
Proste, pyszne, eleganckie - to lubię!
Czasu zajęło mi to mniej więcej tyle, co zrobienie pierogów na kilka osób, z czego jak wiadomo pożytku jest zdecydowanie więcej, pożywienia ilościowo również, no i zamrozić można. Ale frajdę miałam nieporównywalnie większą. Wzięłam podwójna porcję z tego przepisu i w sumie wyszło mi 120 sztuk wielkości ok. 2 cm średnicy.
Jak dla mnie błogość - czyli cisza, spokój, zapach czekolady i kawy ( wytrawne trufle kawowe z migdałami) a także białej czekolady, bo z lukru plastycznego o takim smaku zrobiłam widoczne na zdjęciach miniaturowe różyczki na szczyt każdej pomadki ( przy okazji wypróbowując nowa formę silikonową). Czułam się jak Juliette Binoche w filmie 'Czekolada' ( kto nie widział, niech szybciutko oglądnie!).
Roboty przy tej ilości i takiej mojej wizji sporo. Nie tyle praco- co czasochłonne zajęcie. W wersji podstawowej i z dekoracją jak na zdjęciu w oryginale powinno to zająć 2 godziny ( w tym ok. godziny to czas oczekiwania aż masa stwardnieje w lodówce) - czyli generalnie nie najgorzej.
Zrobiłam trufelki przede wszystkim na prezenty dla znajomych i to chyba jest ( oprócz oczywiście własnego łakomstwa) według mnie najlepsze wykorzystanie własnoręcznie robionych czekoladek.
Z okazji przeróżnych - świąt Bożego Narodzenia, imienin, urodzin, różnych rocznic itp. Zawsze eleganckim prezentem jest pyszna i ładna bombonierka, tym bardziej kiedy są to wyroby własne.
Tak też uczyniłam i kto dostał, ten mam nadzieję się ucieszył. Przy mnie ucieszył się nasz Pan Listonosz, który przyniósł mi przesyłkę, kiedy zanurzałam ostatnie trufle w polewie, a pierwsze wystygły. No i jak tu nie poczęstować? Wyraz błogości, jaki miał na ryjku po konsumpcji bardzo mnie uradował i potwierdził,że warto było:))))
Tak wyglądały moje bombonierki:
Choć sztuk trufli było sporo, rozdałam wszystkie.
Czekoladki mają jedną zasadniczą wadę - znikają stanowczo za szybko.
Własnoręcznie wykonane słodycze sprawiają ogromną frajdę i świetnie smakują ( nie są mdłe, o wyraźnym smaku gorzkiej czekolady,kawy i nutce alkoholu), nie mają żadnych sztucznych dodatków, ale też nie można przechowywać ich tygodniami. Coś za coś.
To 'Coś' jest naprawdę warte włożonego wysiłku.
Proste, pyszne, eleganckie - to lubię!
niedziela, 3 czerwca 2012
Wystarczy - ostatni tomik noblistki
Zapowiadany od dawna. Ostatni. Ważny. Niesamowity.
Jak poezja wędruje pod strzechy przekonałam się osobiście, kiedy to nabyłam swój egzemplarz drogą kupna w Rossmanie na promocji:)
Dlaczego warto/można/ trzeba ( niewłaściwe skreślić) mieć ten zbiorek wierszy na swojej półce?
Chyba po raz pierwszy spotykam się z taką sytuacją jak ta - zostają wydane wiersze autora po jego śmierci i to w takiej nieobrobionej miejscami formie. Tomik zawiera wiersze skończone, kompletne zaakceptowane przez autorkę, ale także jej próby, zapiski. Według mnie to takie wyjęcie ostatnich notatek z szuflady, do której pisała , z jeszcze nie wyrzuconymi zbędnymi zapiskami. Już nie dowiemy się, które były istotne.
Ten sam problem z wielką pokorą opisuje Ryszard Krynicki - autor komentarza i posłowia do tego zbiorku wierszy, sam wybitny poeta, któremu przypadł zaszczyt i przyjemność opracowania tego tomiku.
Widzimy jak Szymborska dany utwór zapisała na kartce swoim lub maszynowym pismem ( faksymilia), ale też widzimy np. dwa zakończenia. I to jest niesamowite, bo już nigdy nie dowiemy się, 'co autor miał na myśli', w jakimś stopniu podejmujemy tę decyzję sami- sami możemy wybrać wersję dla siebie i sposób jej interpretacji. Taka zabawa słowem z jednej strony jest świetna, z drugiej bardzo wymagająca. Kto lubi takie igraszki na pewno się nie zawiedzie.
Szymborska tematycznie jest jak zwykle bardzo blisko człowieka - jego problemów doczesnych, marzeń uczuć. prostym językiem opisuje to, co nam wszystkim leży na sercu - uczucia, bycie w świecie tu i teraz,nasz stosunek do braci mniejszych,cel życia.Przez opisanie przedmiotów lub szczegółów pokazuje człowieka i jego wnętrze jakby z drugiej strony lustra.
Mnie szczególnie ujął ten wiersz:
Każdemu kiedyś
Każdemu kiedyś ktoś bliski umiera,
między być albo nie być
zmuszony wybrac to drugie.
Ciężko nam uznać,że to fakt banalny,
włączony w bieg wydarzeń,
zgodny z procedurą;
prędzej czy później na porządku dziennym,
wieczornym, nocnym, czy bladym porannym;
i oczywisty jak hasło w indeksie,
jak paragraf w kodeksie,
jak pierwsza lepsza
data w kalendarzu.
Ale takie jest prawo i lewo natury.
Taki, na chybił trafił, jej omen i amen.
Taka jej ewidencja i omnipotencja.
I tylko czasem
drobna uprzejmość z jej strony -
naszych bliskich umarłych
wrzuca nam do snu.
(w: Wisława Szymborska, Wystarczy,Wydawnictwo a5, 2011, s.14)
O Szymborskiej i tym tomiku można długo i do bólu, co zrobili już za mnie inni. Nie chcę tu pisać rozpraw ani prac magisterskich ( już jedną ze współczesnej poezji polskiej popełniłam :) ), ale podkreślić,że jeśli ktoś nie czytał nigdy tej autorki to warto zacząć może właśnie od jej wierszy ostatnich. Choćby dlatego,żeby wiedzieć,że wielką poetką była i za coś tego Nobla dostała. A przede wszystkim dlatego,że w cudowny prosty sposób bardzo przystępnym językiem zmusza nas do myślenia o sprawach ważnych i ważniejszych, o to kim jesteśmy, jak siebie traktujemy. Nie za często zastanawiamy się nad sobą jako człowiekiem, nad tym co naprawdę ważne, a te kilka chwil spędzonych nad tymi wierszami do tego właśnie prowokuje i zaczepia.
Krótko i na temat. Wystarczy.
Jak poezja wędruje pod strzechy przekonałam się osobiście, kiedy to nabyłam swój egzemplarz drogą kupna w Rossmanie na promocji:)
Dlaczego warto/można/ trzeba ( niewłaściwe skreślić) mieć ten zbiorek wierszy na swojej półce?
Chyba po raz pierwszy spotykam się z taką sytuacją jak ta - zostają wydane wiersze autora po jego śmierci i to w takiej nieobrobionej miejscami formie. Tomik zawiera wiersze skończone, kompletne zaakceptowane przez autorkę, ale także jej próby, zapiski. Według mnie to takie wyjęcie ostatnich notatek z szuflady, do której pisała , z jeszcze nie wyrzuconymi zbędnymi zapiskami. Już nie dowiemy się, które były istotne.
Ten sam problem z wielką pokorą opisuje Ryszard Krynicki - autor komentarza i posłowia do tego zbiorku wierszy, sam wybitny poeta, któremu przypadł zaszczyt i przyjemność opracowania tego tomiku.
Widzimy jak Szymborska dany utwór zapisała na kartce swoim lub maszynowym pismem ( faksymilia), ale też widzimy np. dwa zakończenia. I to jest niesamowite, bo już nigdy nie dowiemy się, 'co autor miał na myśli', w jakimś stopniu podejmujemy tę decyzję sami- sami możemy wybrać wersję dla siebie i sposób jej interpretacji. Taka zabawa słowem z jednej strony jest świetna, z drugiej bardzo wymagająca. Kto lubi takie igraszki na pewno się nie zawiedzie.
Szymborska tematycznie jest jak zwykle bardzo blisko człowieka - jego problemów doczesnych, marzeń uczuć. prostym językiem opisuje to, co nam wszystkim leży na sercu - uczucia, bycie w świecie tu i teraz,nasz stosunek do braci mniejszych,cel życia.Przez opisanie przedmiotów lub szczegółów pokazuje człowieka i jego wnętrze jakby z drugiej strony lustra.
Mnie szczególnie ujął ten wiersz:
Każdemu kiedyś
Każdemu kiedyś ktoś bliski umiera,
między być albo nie być
zmuszony wybrac to drugie.
Ciężko nam uznać,że to fakt banalny,
włączony w bieg wydarzeń,
zgodny z procedurą;
prędzej czy później na porządku dziennym,
wieczornym, nocnym, czy bladym porannym;
i oczywisty jak hasło w indeksie,
jak paragraf w kodeksie,
jak pierwsza lepsza
data w kalendarzu.
Ale takie jest prawo i lewo natury.
Taki, na chybił trafił, jej omen i amen.
Taka jej ewidencja i omnipotencja.
I tylko czasem
drobna uprzejmość z jej strony -
naszych bliskich umarłych
wrzuca nam do snu.
(w: Wisława Szymborska, Wystarczy,Wydawnictwo a5, 2011, s.14)
O Szymborskiej i tym tomiku można długo i do bólu, co zrobili już za mnie inni. Nie chcę tu pisać rozpraw ani prac magisterskich ( już jedną ze współczesnej poezji polskiej popełniłam :) ), ale podkreślić,że jeśli ktoś nie czytał nigdy tej autorki to warto zacząć może właśnie od jej wierszy ostatnich. Choćby dlatego,żeby wiedzieć,że wielką poetką była i za coś tego Nobla dostała. A przede wszystkim dlatego,że w cudowny prosty sposób bardzo przystępnym językiem zmusza nas do myślenia o sprawach ważnych i ważniejszych, o to kim jesteśmy, jak siebie traktujemy. Nie za często zastanawiamy się nad sobą jako człowiekiem, nad tym co naprawdę ważne, a te kilka chwil spędzonych nad tymi wierszami do tego właśnie prowokuje i zaczepia.
Krótko i na temat. Wystarczy.
piątek, 25 maja 2012
Krakowski kryminał
Pożyczyłam ostatnio kryminał ( bo uwielbiam je czytać) z rekomendacją, że fajny i krakowski.
Wróciłam do domu, otwarłam na chwilę i ... wsiąkłam w intrygę na całego! Nagle okazało się, że ja to wszystko doskonale znam: i miejsca w moim mieście i ludzi opisanych kojarzę...Kto to napisał? I tu bomba- okazało sie,że jest to pod pseudonimem artystycznym polonistka z mojego liceum! Pani profesor znana z ciętego języka i bardzo inteligentnych wypowiedzi, autorka ciekawych lekcji i kilku podręczników. Jak sie okazało to jej bardzo osobista i pierwsza powieśc po przejściu na emeryturę - takie marzenie zrealizowane i 'coś swojego'. Niby nic, ale od razu znalazło sie w serii wydawniczej 'Asy kryminału' i nie bez kozery, ale po kolei.
Tu strona książki ( można też przeczytać jej fragment).
Tu info o autorce
Mamy dramat - przy bramce domu zostaje znaleziony bezdomny zatłuczony na smierć. Mamy głównego baohatera - Marcina Bartnika- komisarza policji, który tę zbrodnie wyjaśnia z urzędu. Mamy emerytowaną nauczycielkę Marcina - ( alter ego autorki), która w tej sprawie pomaga swojemu dawnemu uczniowi oraz całą galerię świetnie opisanych typów, żywy lekko cyniczny, ale nie ciężki język powieści i zagadkę, której rozwiązanie okazuje się nie tak proste i oczywiste jak wszyscy myślą.
Czego chciec więcej? Jest i więcej. Jest świetnie opisany Kraków z całą jego atmosferą i autentycznymi topograficznie budynkami i zakątkami, jest chwila refleksji nad życiem własnym i innych misternie wpleciona w pasjonująca zagadkę, jest chwila poezji ( nie przerażać się! tylko chwila!), nad którą co bardziej zainteresowani moga podumać, a mniej zainteresowani zrozumieją, są autentyczne postaci ( jak pisze autorka: żadnej z nich nie wymyśliłam). Jest tyle przeciekawych rzeczy w tej książce, że zapragnęłam mieć ją na własnej półce do wielokrotnego czytania!
Owszem, zgodzę się,że będzie ona najbliższa sercom tych wszystkich, którzy Panią profesor znają i znali, do 'Dwójki' chodzili i chodzą ( ech wróciły mi wspomnienia lat minionych...), a krakowskie zakątki chociaż kojarzą. ALE Nie było dotąd jednak na rynku wydawniczym takiego kryminału, który z jednej strony opisuje zbrodnię ( morderstwo) i potrafi to uczynić bez chlustajacej wszędzie krwi, bez zbędnego okrucieństwa, za to z refleksją nad człowiekiem w ogóle i szczególe, z czułością spojrzenia, z pasja odkrywcy, z ogromnym poczuciem humoru.Ta książka pokazuje banalną, ale ważną prawdę,że za każdym człowiekiem żyjącym czy zmarłym stoi jakaś historia, jakaś zagadka. I te zagadki warto rozwiązywać!
Bardzo go wszystkim polecam jako rewelacyjne rozwiązanie na wakacje, urlop, weekend. Osobiście dawkowałam go sobie w małych odcinakch, bo żal mi było przeczytać go jednym cięgiem, co w końcu oczywiscie nastąpiło i smuta moja nie zna od tej pory granic. Z prywatnych źródeł wiem,że powstaje część druga i mam nadzieję,że wkrótce się ukaże, bo już za nią tęsknię i składam zamówienie!
A Pani, Pani Profesor, bardzo za te kryminalne chwile nad lekturą dziękuję!
Wróciłam do domu, otwarłam na chwilę i ... wsiąkłam w intrygę na całego! Nagle okazało się, że ja to wszystko doskonale znam: i miejsca w moim mieście i ludzi opisanych kojarzę...Kto to napisał? I tu bomba- okazało sie,że jest to pod pseudonimem artystycznym polonistka z mojego liceum! Pani profesor znana z ciętego języka i bardzo inteligentnych wypowiedzi, autorka ciekawych lekcji i kilku podręczników. Jak sie okazało to jej bardzo osobista i pierwsza powieśc po przejściu na emeryturę - takie marzenie zrealizowane i 'coś swojego'. Niby nic, ale od razu znalazło sie w serii wydawniczej 'Asy kryminału' i nie bez kozery, ale po kolei.
Tu strona książki ( można też przeczytać jej fragment).
Tu info o autorce
Mamy dramat - przy bramce domu zostaje znaleziony bezdomny zatłuczony na smierć. Mamy głównego baohatera - Marcina Bartnika- komisarza policji, który tę zbrodnie wyjaśnia z urzędu. Mamy emerytowaną nauczycielkę Marcina - ( alter ego autorki), która w tej sprawie pomaga swojemu dawnemu uczniowi oraz całą galerię świetnie opisanych typów, żywy lekko cyniczny, ale nie ciężki język powieści i zagadkę, której rozwiązanie okazuje się nie tak proste i oczywiste jak wszyscy myślą.
Czego chciec więcej? Jest i więcej. Jest świetnie opisany Kraków z całą jego atmosferą i autentycznymi topograficznie budynkami i zakątkami, jest chwila refleksji nad życiem własnym i innych misternie wpleciona w pasjonująca zagadkę, jest chwila poezji ( nie przerażać się! tylko chwila!), nad którą co bardziej zainteresowani moga podumać, a mniej zainteresowani zrozumieją, są autentyczne postaci ( jak pisze autorka: żadnej z nich nie wymyśliłam). Jest tyle przeciekawych rzeczy w tej książce, że zapragnęłam mieć ją na własnej półce do wielokrotnego czytania!
Owszem, zgodzę się,że będzie ona najbliższa sercom tych wszystkich, którzy Panią profesor znają i znali, do 'Dwójki' chodzili i chodzą ( ech wróciły mi wspomnienia lat minionych...), a krakowskie zakątki chociaż kojarzą. ALE Nie było dotąd jednak na rynku wydawniczym takiego kryminału, który z jednej strony opisuje zbrodnię ( morderstwo) i potrafi to uczynić bez chlustajacej wszędzie krwi, bez zbędnego okrucieństwa, za to z refleksją nad człowiekiem w ogóle i szczególe, z czułością spojrzenia, z pasja odkrywcy, z ogromnym poczuciem humoru.Ta książka pokazuje banalną, ale ważną prawdę,że za każdym człowiekiem żyjącym czy zmarłym stoi jakaś historia, jakaś zagadka. I te zagadki warto rozwiązywać!
Bardzo go wszystkim polecam jako rewelacyjne rozwiązanie na wakacje, urlop, weekend. Osobiście dawkowałam go sobie w małych odcinakch, bo żal mi było przeczytać go jednym cięgiem, co w końcu oczywiscie nastąpiło i smuta moja nie zna od tej pory granic. Z prywatnych źródeł wiem,że powstaje część druga i mam nadzieję,że wkrótce się ukaże, bo już za nią tęsknię i składam zamówienie!
A Pani, Pani Profesor, bardzo za te kryminalne chwile nad lekturą dziękuję!
czwartek, 24 maja 2012
Komunijnie
Chwalę się na maxa tym razem. Rzadko wciągu roku zdarzają mi się tzw. 'duże projekty', kiedy na zrobienie tortu poświęcam kilka dni ( i nocy). Ten tort powstał na prośbę Uli dla jej synka na komunię. Narobiłam sie moc wiele, małż zaniósł tort we właściwe miejsce i czekałam z niepokojem trzy dni, kiedy Kubuś ( komunista) wybrał się do mnie osobiście ukochując mnie z całej siły i dziekując za piękny i pyszny torcik. Ależ się wzruszyłam...
A najbardziej cieszę się tego, że udało mi się zrealizować projekt, który sobie sama wymyśliłam i wymarzyłam. Prosty podział - substraty i produkty, ale realistycznie. Stąd winogrona i kłosy oraz komunikanty i wino w kielichu ( jak prawdziwe)- według mnie istota komunii i przemiany eucharystycznej.Choć na mszy świętej raczej pijemy z kielicha ( jesli już przyjmujemy sakrament pod dwoma postaciami) wino białe, ale tu chciałam zachować jedność kolorystyczną z winogronami.
Przepis na biszkopt i masę stąd ( do środka włożyłam zamiast oryginalnych brzoskwiń prawie kilogram mrożonych pięknych malin). Tort obłożony lukrem plastycznym o smaku białej czekolady, dekoracje również z lukru plastycznego i odpowiednich barwników spożywczych. Wino to sok winogronowy. Prosiłam , żeby mi zrobili zdjęcie kawałka tortu w przekroju ( ładny kontrast czerwonych malin z białą masą), ale tort został zjedzony tak szybko,że nikomu się to nie udało. Szkoda kurka.
Udała się za to dzieciom komunia, pięknie skromnie i przy idealnej na taką uroczystość pogodzie.
Ech pozazdrościć czasów dziecinstwa... Ja najbardziej z komunijnych prezentów zapamiętałam i ucieszyłam się z różowych gumek do włosów z motylkami. Ale teraz jest inny świat i inne prezenty...
Przepis na biszkopt i masę stąd ( do środka włożyłam zamiast oryginalnych brzoskwiń prawie kilogram mrożonych pięknych malin). Tort obłożony lukrem plastycznym o smaku białej czekolady, dekoracje również z lukru plastycznego i odpowiednich barwników spożywczych. Wino to sok winogronowy. Prosiłam , żeby mi zrobili zdjęcie kawałka tortu w przekroju ( ładny kontrast czerwonych malin z białą masą), ale tort został zjedzony tak szybko,że nikomu się to nie udało. Szkoda kurka.
Udała się za to dzieciom komunia, pięknie skromnie i przy idealnej na taką uroczystość pogodzie.
Ech pozazdrościć czasów dziecinstwa... Ja najbardziej z komunijnych prezentów zapamiętałam i ucieszyłam się z różowych gumek do włosów z motylkami. Ale teraz jest inny świat i inne prezenty...
środa, 23 maja 2012
Nowe podejście do rabarbaru
Już już miałam po raz kolejny zrobić placek z rabarbarem wspomniany we wcześniejszym poście i właściwie szłam do kuchni go zabełtać, nawet napisałam Nutce,że go robię, kiedy to przerzucając jakieś zdjęcia w necie znalazłam takie nietypowe mufiny i oczywiście przepis do nich pasujący.
Napaliłam sie jak szczerbaty na suchary ( ale bomba! ja nie zrobię?!) i postanowiłam poczekać do następnego dnia, kiedy to zaopatrzona we właściwe składniki przystąpiłam do działania.Oto efekt:
Zmieniłam trzy rzeczy: ilośc tłuszczu - użyłam 1/3 szklanki oliwy ( przy kefirze lub maślance wystarczy, po co się tuczyc bez potrzeby) oraz uzyłam podwójnej porcji kremu do wykonania mufinek, bo opakowanie serka mascarpone miało 250 gram i nie miałabym co zrobić z resztą. Rabarbar na wierzchu posypałam ( tak jak w przepisie na placek rabarbarowy) ciemnym cukrem trzcinowym, co dało chrupiącą skorupkę , która kontrastuje z wilgotnym i miękkim wnętrzem ciasteczek.
Przepis okazał się odkrywczy podwójnie. Po pierwsze należy do kategorii bardzo łatwych i szybkich ( suche łączymy z mokrymi i pieczemy), a po drugie banalny krem mascarpone zapiekany w środku mufinek jest po prostu banalny, pyszny i można wykorzystać go do innych przepisów na mufinki, bo bardzo wzbogaci ich smak. Zakochałam się w tym pomyśle! Na wierzchu niby zwykłe mufiny ( i nie oszukujmy się, nieforemne i kluchowate) za to wśrodku...o matko...! Zniknęły w 3 godziny po upieczeniu. Nietypowe połączenie okazało się bardzo trafne - kawa, mascarpone i rabarbar jednak pasują do siebie. Mufinki lekkie, wilgotne, z mocna nutą kawy, wyczuwalnym kremem serowym i kwaskiem rabarbaru. Niam! Zrobiłam w trakcie drzemki Jaśka, więc nie wiem jaka to jednostka czasu bajkowa, ale przygotowanie nie zajęło mi dłużej niż 20 minut, a pieczenie dokładnie 30.
No risk, no fun, jak mówią Rosjanie.Bardzo was do tego risku zachęcam, bo pyszny i nie słodki, nie mulący, nie mdły. Świetne do herbatki i lektury :P
A o lekturze pasującej do mufin już niedługo.
Napaliłam sie jak szczerbaty na suchary ( ale bomba! ja nie zrobię?!) i postanowiłam poczekać do następnego dnia, kiedy to zaopatrzona we właściwe składniki przystąpiłam do działania.Oto efekt:
Zmieniłam trzy rzeczy: ilośc tłuszczu - użyłam 1/3 szklanki oliwy ( przy kefirze lub maślance wystarczy, po co się tuczyc bez potrzeby) oraz uzyłam podwójnej porcji kremu do wykonania mufinek, bo opakowanie serka mascarpone miało 250 gram i nie miałabym co zrobić z resztą. Rabarbar na wierzchu posypałam ( tak jak w przepisie na placek rabarbarowy) ciemnym cukrem trzcinowym, co dało chrupiącą skorupkę , która kontrastuje z wilgotnym i miękkim wnętrzem ciasteczek.
Przepis okazał się odkrywczy podwójnie. Po pierwsze należy do kategorii bardzo łatwych i szybkich ( suche łączymy z mokrymi i pieczemy), a po drugie banalny krem mascarpone zapiekany w środku mufinek jest po prostu banalny, pyszny i można wykorzystać go do innych przepisów na mufinki, bo bardzo wzbogaci ich smak. Zakochałam się w tym pomyśle! Na wierzchu niby zwykłe mufiny ( i nie oszukujmy się, nieforemne i kluchowate) za to wśrodku...o matko...! Zniknęły w 3 godziny po upieczeniu. Nietypowe połączenie okazało się bardzo trafne - kawa, mascarpone i rabarbar jednak pasują do siebie. Mufinki lekkie, wilgotne, z mocna nutą kawy, wyczuwalnym kremem serowym i kwaskiem rabarbaru. Niam! Zrobiłam w trakcie drzemki Jaśka, więc nie wiem jaka to jednostka czasu bajkowa, ale przygotowanie nie zajęło mi dłużej niż 20 minut, a pieczenie dokładnie 30.
No risk, no fun, jak mówią Rosjanie.Bardzo was do tego risku zachęcam, bo pyszny i nie słodki, nie mulący, nie mdły. Świetne do herbatki i lektury :P
A o lekturze pasującej do mufin już niedługo.
wtorek, 22 maja 2012
Izrael okiem Justyny
Wieczór z sernikiem z truskawkami nie upłynął mi li tylko na bezładnym obżarstwie, ale także na wysłuchaniu burzliwych przygód Justyny, która odwiedziłą Izrael wiosną.
Historii i historyjek mnóstwo i wiele by pisać, dlatego dla smaczku kilka pocztówek z tamtych pięknych, historycznych miejsc pod cieplutkim słońcem, gdzie wiosna wygląda jak lato, jedzenie jest pyszne, a widoki...
( kolejność i wybór do kolaży absolutnie przypadkowy i mój)
I moje ulubione zdjęcie, zgodne z zasadą 'every cloud has a silver lining' - tutaj wspaniałe maki na dole kadru. Ile życia wnosza takie niepozorne kwiatki w te surowe kamienie!
Historii i historyjek mnóstwo i wiele by pisać, dlatego dla smaczku kilka pocztówek z tamtych pięknych, historycznych miejsc pod cieplutkim słońcem, gdzie wiosna wygląda jak lato, jedzenie jest pyszne, a widoki...
( kolejność i wybór do kolaży absolutnie przypadkowy i mój)
I moje ulubione zdjęcie, zgodne z zasadą 'every cloud has a silver lining' - tutaj wspaniałe maki na dole kadru. Ile życia wnosza takie niepozorne kwiatki w te surowe kamienie!
O Izraelu i tamtejszych zabytkach możnaby długo i do rana. Prawda taka,że każdy powinien tam choć raz pojechać i zwiedzić, żeby mu na całe życie wystarczyło. Może i mnie się kiedyś uda?
Subskrybuj:
Posty (Atom)

1.jpg)
2.jpg)



1.jpg)

.jpg)
1.jpg)


.jpg)











