motor

motor
Walentynki są codziennie, tylko my obchodzimy je raz do roku...

poniedziałek, 13 lutego 2012

Impreza świńsko -budowlana

Nastąpiły 5 lutego w niedzielę po drugim, więc w oktawie się zmieściliśmy;)
Jako jedzonko przygotowałam zapiekankę cebulowo- grzybową, sałatkę warstwową oraz tort chałwowo- wiśniowy.
Po kolei.
Najpierw o zapiekance.Przepis dostałam 6 lat temu od mojej znajomej -Pani Agnieszki B.- jestem za niego dozgonnie wdzięczna! Wyczekał się, ale jak już zrobiłam...Zniknęło wszystko!
Poniżej zdjęcia przed konsumpcją i włożeniem do pieca. Potem była już tylko pusta blacha...Przepis na końcu postu.


Sałatka warstwowa - jadłam ją bardzo często u kogoś, a sama nigdy nie robiłam, więc postanowiłam zakasać rękawy i jazda.Jest prosta jak kostrukcja cepa. Wystarczy mieć przeźroczystą miskę( umnie z ikei), w której układamy składniki warstwowo (jak sam nazwa wskazuje). Podstawę, czyli dno miski zajmują albo jajka ugotowane na twardo z majonezem ( jak u mnie), albo w drugiej wersji podsmażone kawałki piersi kurczaka w przyprawie gyros z sosem czosnkowym albo majonezowym.
Oto zdjęcie i opis kolejnych warstw:

od dołu:
-duży słoik majonezu Babuni Hellmans + 5 jajek pokrojonych na ćwiartki
-słoik domowych ogórków konserwowych z chili
-2 puszki czerwonej fasolki
- 2 puszki zielonego groszku
- 2 puszki kukurydzy
-5 pomidorów obranych ze skórki i pokrojonych na małe kawałki
- butelka ketchupu Hellmans bardzo ostrego
- kapusta pekińska pocięta w drobne trociny
- zioła prowansalskie
Każdy łowi sobie z takiej sałatki co mu sie podoba, a to co zostaje na drugi dzień ( o ile w ogóle!) można wymieszać i  jest pyszne. To była spora miska i przepis spokojnie na 8 osób.

Również premierowo zamówiony przez Jaśka - tort ze świnką Peppą. Postanowiłam po raz pierwszy upiec tort z masą chałwową,tylko pod tym warunkiem,że występowały w nim łagodzące słodycz wiśnie. Przepis oczywiście stąd.
Efekty wielogodzinnej pracy:


Tort miał być prosty w wymowie i taki był - Peppa i George na imprezie i tyle.Nie jest bardzo słodki, ale moc ma.Raczej nie można zjeść naraz drugiego kawałka, za to należy do tzw.tortów rasowych, tradycyjnych - mocno naponczowanych alkoholem, mających również procenty w środku, wilgotnych, podawanych raczej na imieninach naszych cioć.Masa chałwowa miło mnie zaskoczyła - bardzo leciutka, choć tort trzeba szybciutko zjeść. A użyta czekowiśnia to jet poprostu pycha światowa! Jeśli nie tort, czekowiśnię zróbcie koniecznie!!!!

Na imprezie największą popularnością cieszyły się trąbki i balony, które można było podrzucać, a także ganianie i wrzeszczenie, czyli standard.

Jako prezenty Jasiek dostał 2 komplety pościeli z Bobem Budowniczym, dzięki czemu chłopakom jest teraz cieplej w nocy, bo dostali nowe kołdry, stąd wątek budowlany:


W ramach zaległego gadżetu od cioci Agnieszki Jasiek otrzymał obrzydliwego wojownika z obrzydliwą ośmiornicą( zachachmęcona natychmiast przez Staszka!), a Stanisław nagrodę pocieszenia w postaci kompletu autek. I dobrze, bo jak Jasiek otrzymał dwa dni wcześniej prezenty od cioci Ewy, Staszek zalewał się łzami i szlochał z dzikiej zazdrości, a tak - sytuacja została opanowana:


Największa atrakcją był oczywiście tort, który wybuchnął czterema fontannami, następnie obcypywanie z niego lukrowych ozdóbek i w końcu zbiorowe wielokrotne dmuchanie świeczek. Była jazda!


Tu pod koniec imprezy ze zmęczoną mamusią:


Panowie po imprezie, w czasie gdy rodzice sprzątali, urządzili sobie piknik fotelowy:


I po długich a ciężkich w końcu poszli spać.
A ja nazajutrz po obudzeniu we własnym łożku znalazłam potwierdzenie,że impreza była taka, że ciesz się, że nie szczekasz...


Tu obiecany wcześniej przepis na zapiekankę:
- 3 podwójne piersi z kurczaka
-2 zupy cebulowe Knorr w proszku
-30 ( u mnie 45) dkg pieczarek
-2 cebule
- 2 papryki czerwone
- 8 łyżek słodkiej śmietany
- zółty ser ( 35 dkg) starty na tarce o dużych oczkach

Rozbić delikatnie każdą pierś, przekroić i przeciąc tak, aby wyłożyć nimi wyłożoną folią aluminiową i posmarowana olejem dużą blachę do pieczenia ciasta.
Mięso posypać zupami cebulowymi oraz pokrojonymi w plasterki pieczarkami.Posypać wegetą pieprzem i startym serem.
Na to wyłożyć cebule pokrojone w plastry i dowolnie pokrojoną paprykę. Całość zalać śmietaną i włożyć do lodówki na 24 godziny. Można przykryć na wierzchu folią przeźroczystą, bo zapach cebuli zabija wszystko:)
Piec w piekarniku 15 min w 200 stopniach, a potem zmniejszyć do 160 stopni i piec 40 minut.
Można podać jako drugie danie z ryżem i sałatką.

Kolejna zagadka!

Tym razem budowla z klocków i pytania:
- do czego służy zbudowana przez Jaśka maszyna? ( bo jest to maszyna)
- jaką rolę pełni w niej kura?


Tradycyjnie nagrodą jest satysfakcja osobista, a jeśli się spotkamy - uścisk dłoni autora ( bezcenne!!!!)

niedziela, 12 lutego 2012

Jeszcze o 2 lutego

Głęboko nadrabiający czasowo post, ale długo planowany, w końcu widzi światło netu.
Dwa wątki związane z tym dniem.

Po pierwsze urodziny Jaśka i anegdota z nimi związana.
Po odpoczynku poporodowym wysłałam stosowną informację z danymi małego do przyjaciół i znajomych i oczywiście otrzymałam mnóstwo gratulacji. Była tam też sms od Z. :' Gratuluję! Syn jak grom!'. Komizm sytuacyjny polega na tym,ze poród trwał 27 godzin ( a nie błyskawicznie), owszem finisz nastąpił 2.02. A ja otrzymawszy wiadomość popatrzyłam na maciupeńkiego Jaśka mieszczącego mi się na jednej dłoni ( 2150g, zwinięte w kłebek 47 cm) i zastanawiałam się gdzie do cholery ten grom? W jego przypadku była to data znacząca i wierzę, że jednak Matka Boska Gromniczna ma go w obronie. Swoją drogą już nie zliczę sytuacji, kiedy mogłabym zapalić gromnicę w jego stanie zdrowia.
Tak czy owak - po prostu grom!
Dziękuję ci kochana za ten tekst, bo zawsze 2.02 mi sie przypomina i przy życiu trzyma! A ile radości mi daje! Pozdrawiam Ciebie i Twego serdecznie! Mam nadzieję,że się wkrótce zobaczymy.

Wątek drugi to koniec choinki. Jak powszechnie wiadomo w tym dniu trzeba ją już rozebrać i schowac wszystkie cudowności.W tym roku sprawa nastąpiła wcześniej, bo choinka mocno się kruszyła, ale pamiętam były lata, kiedy nasze choinki wypuszczały świeże pączki i stały jeszcze długo wkopane w ziemię w ogrodzie.
Drugi luty to też ostatni dzień śpiewania kolęd, tylko w Polsce, bo u nas jest długa tradycja.Na szczęście naśpiewałam się na wigilii i kolędowaniu, więc mam nadzieję,że mi do następnego roku wystarczy.

A co do odób choinkowych przekornie piszę o nich po likwidacji choinki, bo myślę,że niektóre wymagaja kilku zdań.
Posiadam kilka zabawek, bez których nie wyobrażam sobie drzewka. Wiszą od lat w tych samych miejscach i stanowią pewien kanon ubierania choinki w naszym domu. Może to śmieszne i monotonne, ale jak oglądam stare zdjęcia z mojego dzieciństwa, to choinka faktycznie wygląda prawie dokładnie tak samo jak w tym roku. Mała rzecz, a cieszy i pozwala choć na chwilkę zatrzymać czas.
O bańkach będzie kiedy indziej. Dziś o papierkowej robocie.

Bardzo dawno temu ( jakieś 40-41 lat!) mój ojciec dostał w prezencie bożonarodzeniowym od swoich pracowników papierowe zabawki i szopkę. Wykonała je jedna z zatrudnionych pań. Nazwisko już nie pamiętane. Zabawki przetrwały tyle lat w prawie nienaruszonym stanie, więc je prezentuję.
Uważam,że sa wyjątkowo wyjątkowe :)
Aniołek - zawsze wisi na czubku pod szpicem, ma dwie pary skrzydeł lekko wywiniętych:


Diabeł- zawsze wisi w połowie choinki po jednej stronie, głowa jest przyszyta do tułowia nicią, więc może kołysać bioderkami, straszyło się nim dzieci.


Dzidziuś - wisi w połowie choinki po drugiej stronie, można go wyjąć z becika, ale jest to tylko korpusik, położony na podusi z ligniny ( lekko się już podniszczyła...).


I szopka - wykonana całkowicie ręcznie, recznie szyta i klejona. Podziwiam tę robotę! Posiada dwa kabelki, do których można podłączyć tzw. duża płaską baterię, ale chyba ich już nie produkują? Malowana farbami( nie wiem jakimi), w środku wklejona pocztówka ze scenką powitania trzech króli, która jest czyjąś reprodukcją ( nie wiem czyją?). Jak widać niewiele wiem, co mi zupełnie nie przeszkadza w zachwycie.


Może wy pomożecie rozwiązać mi te zagadki? Może wy lub ktoś z waszych znajomych posiada podobne zabawki, wie kto je wykonywał?

A elementem współczesnym, który uratował mi dekorację świąteczną w tym roku jest choinka od Anity, którą dostałam pod choinkę i która zastąpiła mi choinkę, której nie zdążyłąm ustroić za względu na jazdy z Jaśkiem. Nie dość,że piękna, bardzo pracochłonnie wykonana ( specjalnie dla mnie! Zdolniacha z tej Anity!) to jeszcze praktyczna, bo się nie ukurzyła:)))))
Na pewno będzie stałym elementem wystroju świątecznego w moim domu.


Pisałam kiedyś o opowieści z fioletowej książeczki, w której zawarty jest zwyczaj odwiedzania się w adwencie i wręczania sobie własnoręcznie wykonanych zabawek na choinkę, dzięki czemu drzewko jest piękne i pełne dobrych wspomnień. I mnie się tak trafiło! Cudowna sprawa.

Zachęcam do zwyczaju, a przede wszystkim do wykonywania ręcznie zabawek na choinkę. W dobie wymyślnych dziurkaczy, specjalnych nożyczek i absolutnie niesamowitych artykułów papierniczych można robić takie cudeńka,że sie filozofom nie śniło...nie tylko na Boże Narodzenie!

Kukuł w krzoku

Wystąpił już parę razy na tym blogu.
Chodzi o kosa ( a własciwie panią kosową), która mieszka w naszym ogrodzie w tytułowym krzoku, czyli małej sośnie. Składała już jajka zeszłą wiosną, ale koty jej strąciły i zjadły. Nie przejęła się tym i posterunku nie opuszcza.
Ostatnio podchodzi bardzo blisko- siada na bramce, albo na niskich gałęziach i nic sobie z ludzi nie robi.
Oto nasz kukuł:

czwartek, 9 lutego 2012

Szwedzki przysmak

Niestety nie wszystko w zyciu wychodzi nam tak, jak sobie zaplanujemy. Choroba Jaśka znów zaatakowała i trzeba było wszystko postawić na jedną kartę, co wyłącza niestety możliwość blogowania:(

Na szczęście dziś dzięki Bogu, partii i samochodowi Patrycji udało się zaliczyć dziś w niepełnym składzie z Moniką kawę w Ikei. Do tradycyjnej darmowej kawy zamówiłam coś innego- słodką szwedzką tradycję.
Poniżej opis i zdjęcie skopiowane ze strony Ikea:

W Szwecji, 40 dni poprzedzających Wielkanoc było okresem postu. Przygotowując się do nadejścia tej ciężkiej próby, ludzie przez trzy dni jedli na zapas. Tradycyjnie, trzeciego, a zarazem ostatniego dnia, jadło się semle, słodkie pszenne bułeczki z odciętym czubkiem. W środku bułeczka jest wypełniona marcepanem i bitą śmietaną.
Zwyczaj jedzenia bułeczek wielkopostnych semla jest nadal żywy, ale ograniczenie spożywania tych pyszności tylko do jednego dnia roku jest mało realne – są po prostu zbyt smaczne! Zbytnie objadanie się nimi na raz też nie jest najlepszym pomysłem. Wystarczy spojrzeć na historię szwedzkiego króla Adolfa Fryderyka, który w wielkopostny poniedziałek 1771 roku po obfitym obiedzie, pełnym takich przysmaków jak raki, rosyjski kawior i szampan, na deser zjadł jeszcze dużąilość semli. Wkrótce potem zmarł. Współcześnie Szwedzi delektują się jedzeniem semli trochę dłużej – od początku roku do Wielkanocy.



Jak wiadomo, nie wszyscy mają dostęp do Ikei, więc można tę przekąskę wykonać samemu.
Jest to prosty i smaczny sposób na urozmaicenie sobie kawy w dobrym ( także własnym) towarzystwie, a składniki dostaniemy w każdym większym sklepie.

Potrzebujemy tylko słodkich bułeczek ( są delikatne, mają 'dmuchane' ciasto, podobne do pieczywa z supermarketu), wysukoprocentowej słodkiej śmietany i kawałka marcepanu. Czubek bułeczki odcinamy, wydrążamy wnętrze.Wkładamy kawałek marcepanu w kształcie plasterka o średnicy bułeczki w środku grubości 1 cm i dopełniamy ubitą śmietaną.
Przykrywamy odciętym wieczkiem i posypujemy cukrem pudrem.
Nie liczymy kalorii:)))

Świetne do gorzkiej kawusi! Polecam!

środa, 1 lutego 2012

Temperatura

Pogoda nas nie rozpieszcza, a zwłaszcza temperatura.
Dla poprawy humoru kilka zdań o subiektywnym zimnie i co z niego wynika.

  • 15 °C – mieszkańcy Kalifornii zakładają swetry (o ile znajdą jakieś w szafie)

  • 10 °C – mieszkańcy Miami włączają ogrzewanie (jeśli mają takie w domu)

  • 4 °C – można zobaczyć własny oddech. Niemcy idą popływać.

  • 0 °C – woda zamarza. Niemcy zakładają podkoszulki.

  • -1 °C – planujesz wakacje w Egipcie. Politycy zaczynają przejmować się losem bezdomnych. Angielskie samochody nie chcą zapalić.

  • -4 °C – Kalifornijczycy płaczą. Niemcy jedzą lody. Kanadyjczycy idą popływać.

  • -7 °C – politycy zaczynają głośno MÓWIĆ o losie bezdomnych

  • -9 °C – francuskie samochody nie chcą zapalić. Kot chce spać z Tobą w łóżku.

  • -12 °C – zbyt zimno na narty. Trzeba kabli, żeby uruchomić samochód.

  • -15 °C – amerykańskie samochody nie chcą zapalić. Planujesz wakacje na równiku.

  • -18 °C – mieszkańcy Syberii zakładają podkoszulki. Za zimno na łyżwy.

  • -23 °C – niemieckie samochody nie chcą zapalić. Języki i palce przymarzają do metalowych przedmiotów.

  • -26 °C – możesz pociąć swój oddech na kawałki i użyć ich do budowy igloo. Mieszkańcy Miami znikają.

  • -29 °C – kot nalega na spanie z Tobą wewnątrz Twojej piżamy. Politycy naprawdę ROBIĄ coś w sprawie bezdomnych. Rosjanie odgarniają śnieg z dachów. Japońskie samochody nie chcą zapalić.

  • -34 °C – planujesz dwutygodniową gorącą kąpiel. Morze Północne zamarza. Szwedzkie samochody nie chcą zapalić.

  • -39 °C – zamarza rtęć w termometrach. Możesz usłyszeć swój oddech.

  • -40 °C – Kalifornijczycy znikają. Rosjanie zapinają górny guzik od koszuli. Kanadyjczycy zakładają swetry. Twój samochód pomaga Ci zaplanować podróż na Południe.

  • -46 °C – powieki przymarzają podczas mrugania. Zamarza ogrzewanie w Sejmie. Rosjanie zamykają okna w łazience.

  • -55 °C – zamarza paliwo. Akumulatory nie utrzymują ładunku.

  • -62 °C – Rosjanie zakładają swetry. Niedźwiedzie polarne migrują na Południe.

  • -73 °C – piekło zamarza. Prawnicy wkładają ręce do własnych kieszeni.


  • A dziś na termometrze przed południem było tylko tyle:


    Nic to w porównaniu z -35 stopni, jakie zobaczyłąm parę lat temu w okolicach Nowego Sącza i -30 stopni utrzymujące się przez dwa tygodnie z ostrymi opadami śniegu w 1986, które przeżyłam ( nie było wtedy szkoły!!!!), ale i tak wystarczająco zimno,żeby nie można było nigdzie wyjść. OJ!

    Coś innego

    Pisałam już wcześniej o potrzebie zmiany myślenia, zrobienia czegoś innego, 'tackle something else'- jak zainspirowała mnie moja fioletowa książeczka.Przyszło mi do głowy parę pomysłów i oto realizacja jednego z nich.
    Postanowiłam sobie,że gdy zdam prawo jazdy kupię sobie prawdziwe szpilki ( buty, nie krawieckie:)) i nauczę się na nich chodzić. Słowo się rzekło- szpilki u płota:


    Są podobne do butów słynnej myszki Minnie, tylko nie różowe:)
    Po przeanalizowaniu różnych poradników, filmów instruktażowych i literatury fachowej wybór padł na takie własnie z platformą.

    No łatwo nie jest jak ktoś w tym wieku zaczyna, ale wszystko przede mną. A za mna pierwsza impreza u dziewczynek w nowym obuwiu, które mnie nie obtarło, nie potknęłam się i nie wywróciłam!
    No pasmo sukcesów po prostu.

    I w dodatku otwieram ci ja dziś głęboka gazetę Flesz, a tam w kąciku Kasi Tusk ...moje buty!


    Trupem nie padłam, ale miło wiedzieć,że komuś też się spodobały.

    Mam nadzieję,że w nadchodzącym roku nie połamię nóg z powodu tych butów i w końcu nauczę się stawiac w nich nogi. Co łatwe kurka nie jest...
    

    wtorek, 31 stycznia 2012

    Podwójne urodziny

    W tempie ekspresowym, żeby wyrobić sie przed feriami i nastepnym niedomaganiem Jaśka tudzież innymi niespodziankami gruchnęło hasło urodzin Doroty i Kamili w niedzielę.

    I tak nie obyło się bez niespodzianki - podejrzenia Kamili o wirus kolegi Rota, który chodzi ostatnio po szkołach. Ale po kolei.

    Przygotowania trwały trzy dni - tyle zajęło mi upieczenie i udekorowanie dwóch zamówionych wcześniej tortów.

    Kamilka zażyczyłą sobie High School Musical. 'Ale pewnie nie będziesz umiała ciociu...'- to zdanie podziałało na mnie jak płachta na byka, czyli mój znak zodiaku i zareagowałam jak mama świnka w wesołym miasteczku czyli: 'Daj...mi..ten..młot...!!!!'( zainteresowanych odsyłam do książeczki o śwince Peppie"W Wesołym miasteczku' i odcinka na mini mini:)))) JA nie potrafię? O, kochana!

    Dorota tradycyjnie poprosiła mnie otort czekoladowy, bo takież uwielbia. Coś tam było o książce, ale stwierdziłam,że to nie komunia ani jubileusz i poszłam na całość.
    W pieczeniu miałam wielu pomocników, a najbardziej pomogli oni zmywarce, bo wylizane garnki jednak łatwiej myć...


    I po długich a ciężkich nocnych godzinach efekty.
    Dla Kamilki- aleja gwiazd z nią w roli głównej ( największy napis) oraz spotkani tam znajomi z filmu.
    Biszkopt jasny z tego przepisu, masa ( ulubiona) z kilogramem truskawek z tego przepisu.Polewa czekoladowa z dwóch gorzkich czekolad wedla i połowy kostki masełka.Do dekoracji wykorzystałam gotowy zamówiony wydruk mojego projektu na masie cukrowej( inaczej nie byłoby szans na oddanie wierne postaci i ich min;)) oraz literki i kwiatuszki wycięte z lukru plastycznego. Napisy wykonane pisakiem z jadalnym tuszem.Maleńkie gwiazdki - gotowe Dr Oetkera.



    Dla Dorotki - wyspa skarbów, czyli marzenie o wakacjach na koniec semestru. Połaczenie trzech rodzajów czekolad - białej, mlecznej, gorzkiej.Tort w środku - czarny las, czyli czekoladowy biszkopt stąd, masa najlepsza na świecie ( użyłam jej do babeczek na Dzień Dziecka) stąd, pół kilo mrożonych wiśni i wiśniówka do naponczowania.
    Dekoracja to polewa z białych czekolad milka, belgijskie praliny Gulian w kształcie muszelek ( są boskie!), paczka herbatników ptiberów zmielona ( piasek), cukrowe perełki złote Dr Oetker, 2 czekolady mleczne goplany jako skrzynia, czekoladowe ciasteczka jako skarby, lukier plastyczny niebieski jako napis i jedna czekolada milka z kilkoma kroplami barwnika niebieskiego jako morze.


    Do wykorzystania dla wszystkich- jest toświetny pomysł na morskie inspiracje w trakcie mroźnej zimy. Wystarczą dowolne mufinki, dowolny krem, herbatniki i paczka pralinek Gulian i morskie babeczki z piaskiem gotowe w 10 minut.

    Impreza przebiegła w miarę spokojnie, bo nie było wszystkich zaproszonych dzieci. Reprezentował ich dzielnie Michał, który nie bał się zarazić w razie czego.

    Gwiazdą wieczoru niezaprzeczalnie była Kamila w orientalnej stylizacji hinduskiej księżniczki:


    A gwiazdą stołu został świeży ananas,który pojawił się solo jako zakąska i jako danie główne w postaci pysznych szaszłyków:


    Przepis z tego bloga - zróbcie koniecznie, bo pyszne i proste! Najlepsze były z ostrym sosem curry.Mniamniaram!

    Był szampan, sto lat i wybuchające petardy, które razem ze świeczkami cyferkami tworzyły dodatkową dekorację tortów.

    Objedzone i nagadane wróciłyśmy z mamą około 22:00.

    Ja świętowałam dodatkowy sukces, ale o tym w następnym poście.

    W końcu rozwiązanie zagadki

    Bardzo przepraszam wszystkich zainteresowanych i pozostałych za tak długie oczekiwanie na rozwiązanie . Tu treść zagadki.

    Niestety wylądowaliśmy w szpitalu na długie 10 dni bez dostępu do sieci. Dopiero dziś zebrałam się do kupy.

    Choć leżeliśmy na chirurgii dziecięcej ( stały, znajomy oddział), to dla mnie jest to psychiatryk. Choć Jasiek pobyt w takim uzdrowisku znosi nienajgorzej, to ja wysiadam na najbliższym przystanku po najdalej 3 dniach.

    Każdy się czegoś chwyta. Mnie ostatkiem sił trzymały świadomość dobrze wydanych pieniędzy na WOŚP, bo 3 razy dziennie Jasiek korzystał z ich pompy dożylnej i bańka z korytarzowej choinki:



    Stałą metodą konfrontacji z wrogiem podczas moich studiów było wyobrażanie go sobie ( wroga zewnątrznego, najczęściej wykładowcy lub egzaminatora,często 2w1) w hawajskich gatkach w palmy.
    Pomaga! Spróbujcie!

    Bardzo dziękuję wszystkim za udział w zgadywaniu i fantastyczne pomysły!
    Oto rozwiązanie:



    Najbliżej była Egotiste. Gratuluję serdecznie!

    Nie nadążam sama za sobą i tym co się dzieje, a dzieje się dużo.
    Jak Bóg i partia pozwolą, nadrobię zaległości i może nawet na bieżąco opiszę, co będzie.
    Zagorzałym fanom dziękuję za cierpliwość i wszystkich czytelników serdecznie pozdrawiam.

    Miłego dnia!

    poniedziałek, 16 stycznia 2012

    Kolędowanie w Wieliczce

    Ma już siedmioletnią tradycję. Kolędowanie połączone z wizytą duszpasterską ( kolędą) najpierw w mieszkaniu rodziców Gosi, potem Gosi i jej męża Tomka. Nie było mnie tu od 4 lat z powodów różnych, przede wszystkim posiadania małych dzieci i ich obsztalunku.
    W końcu nadejszła wiekopomna chwila,  kiedy mogłam zostawić chłopaków pod opieką Małża i pojechać z Asią i Tomkiem autkiem na miejsce, czyli do Wieliczki.

    W spotkaniu uczestniczą różni krewni i znajomi królika, celem jest odbycie kolędy i przede wszystkim pośpiewanie całym gardłem kolęd znanych i mniej znanych.
    Ponieważ chwila szczególna, wystrój również był wyjątkowy. Zwracam uwagę na świeczniki robione własnoręcznie przez Gosię:



    Przybył i katolicki kapłan, czyli proboszcz parafii. Pośmiał się z nami, pożartował, opowiedział kilka ciekawych historii. Mnie ujęła szczególnie jedna:
    Budowa kościoła parafialnego miała miejsce na działce, która została kupiona od miejscowego rolnika. Na swojej posesji stworzył sad owocowy, który z czasem marniał i kolejne drzewa były karczowane. Miał tam stawiać nowy dom, ale cały czas coś nie wychodziło. W końcu teren sprzedał.
    Inny parafianin naszego proboszcza po rozpoczęciu prac budowlanych dostarczył zdjęcia, jakie sam wykonał 'z powietrza'. Na jednym z nich widzimy krzyż utworzony z drzew na działce, dokładnie w miejscu, gdzie dziś stoi kościół.
    Jak skomentował proboszcz: 'Pan Bóg wiedział, co robi. Nie ma przypadków'.


    Było też pyszne jedzonko na zastawionym stole, m. in. historyczny bigos mamy Gosi ( niebo w gębie!!!!) i pyszny placek asfalt. Nie powiem ile dokładek zjadłam, bo nie wypada;)


    To jednak niesamowite, że wspólny śpiew jednoczy. Siedzieliśmy w 17 osób przy stole. Niektórych znam całe życie, niektórych dopiero wtedy poznałam, ale jak popłynęły kolędy, to zrobiło się bardzo ciepło, miło i chcieliśmy siedzieć tak długo, długo...Niestety trzeba było wracać do domów i prac.

    Zanim jednak to nastąpiło, pogadaliśmy sobie, pośmialiśmy się i pośpiewaliśmy na całego. Tak rzadko w ciągu roku mam okazję śpiewać kolędy ( wigilia, msze), że cieszyłam się jak nie wiem , gdy przypomnieliśmy sobie repertuar naszej diakonii parafialnej sprzed kilku lat.
    Kolędy szły na full - ze wszystkimi zwrotkami. A co! Pomagały nam w tym śpiewniki pięknie ozdobione przez Gosię:


    Mieliśmy też kilka innych atrakcji. Szwagier Gosi obchodził urodziny i jako ojciec chrzestny małego Wojtka otrzymał ( oprócz innych prezentów) identyczne jak mały skarpetki z grzechotkami, które oczywiście ubrał i wykonał dziki irlandzki taniec żywiołów:



    Mały Stasiu, którego pasja kościółkowa jest już publicznie znana, odprawiał sobie spokojnie swoje nabożeństwa nie przejmując się duża liczbą gości w domu. Nawet poświęcił mieszkanie z księdzem:)


    Wojtuś jako najmniejszy i najsłodszy uczestnik dzielnie walczył z wychodzącymi zębami noszony przez różne ciocie i wujków. Na pewno spał pięknie do rana po takich wrażeniach.


    Ech. No wyjść nie mogłam. Obiecałam Gosi,że wybiorę się do niej w pierwszy rejs autkiem. Mam nadzieję,że niedługo.

    niedziela, 15 stycznia 2012

    Zagadka

    No stanowczo zbyt dawno nie było zagadki. Od czasu pamiętnej z autkami ho ho kiedy.
    Prezentuję dziś nową.

    Wysilcie umysły i powiedzcie - co przedstawiają zdjęcia?
    Pomysł - Małż, wykonanie- Jasiek, muzyka- Szwagra :)

    Ciekawam,czy zgadniecie :)))))


    Nagrodą jest oczywiście satysfakcja własna i na pewno ogromny uśmiech :)
    Rozwiązanie niedługo, ale czekam na wasze komentarze i pomysły!


    Alicja w Krainie Czarów

    Temat na książkę, film i jeszcze coś, dlatego po kolei.

    Moje pierwsze spotkanie z Alicją w Krainie Czarów nastąpiło w dzieciństwie, kiedy jako dziecko magnetofonu namiętnie słuchałam kolekcji ukochanych kaset z bajkami.
    'Alicję' przerobiłąm setki razy i znam ją na pamięć. Jako jedna z nielicznych kaset do trwała do dnia dzisiejszego.


    Mam nadzieję, że ta wersja - absolutnie mistrzowska jest też dziś wydana w formie audiobooka, bo zaiste jest kogo posłuchać!:


    Adaptacja opiera się na popularnym tłumaczeniu Antoniego Marianowicza i jest bardzo wierna oryginałowi. Do tej pory pamiętam wszystkie piosenki i prawie cały tekst.
    Nagranie 'must have' i absolut!!!!

    Samą książkę przeczytałam już jako osoba dorosła na studiach i zdecydowanie myślę, że jest to baśń dla dorosłych.Trudna, ale piękna.To już w ogóle osobny temat:)

    Taką wizję przyjął Tim Burton w adaptacji filmowej, którą włąśnie zakupiłam i oglądnęłam - można ją nabyć ze styczniowym Twoim Stylem.


    Jest to naprawdę niespotykane widowisko! Tim Burton nalezy do ludzi, których wyobraźnia (nie mogę się zdecydować co bardziej !?) fascynuje i przeraża. Nakręcona, a właściwie w większości wygenerowana komputerowo, 'Alicja w Krainie Czarów' taka dla mnie jest.
    Mamy tutaj opowieść o Alicji , która poznajemy jako kilkuletnią dziewczynkę, a swoją przygodę w baśniowym świecie przeżywa w wieku lat dziewiętnastu. Tło obyczajowe jest równie ważne, co barwna przygoda, którą Alicja przeżywa.Połączenie wątków z 'Alicji w krainie czarów' , 'Alicji po drugiej stronie lustra' oraz pomysłów samego reżysera dało absolutnie niesamowity efekt.

    Nic nie jest takie, jak się spodziewamy. Alicja nie jest małą słodką dziewczynką. Świat , w który wchodzi jest tak nieprzewidywalny i nie do pomyślenia, jak to tylko możliwe! Po raz pierwszy widziałam latające konie na biegunach w roli ptaków, mówiące kwiaty z twarzami kumoszek, dziwne zwierzęta i potwory jak w najlepszych bajkach... Postacie kluczowe czyli Kot Dziwak z Cheshire, Szalony Kapelusznik i Marcowy Zając istnieją na ekranie jakby żywcem wyjęte z książki - lepiej nikt by tego nie wymyślił.Pomimo feerii kolorów świat z króliczej nory jest dziki, groźny i podszyty strachem. Alicja ma za zadanie ocalić świat przed Królową Kier i zabić Dżaberzwłoka - okrutną bestię, w co sama początkowo nie wierzy, ale wydarzenia tak się toczą,że jednak zaczyna do niej dochodzić,że to prawda...

    Zastanawiałam się od ilu lat wpuszczali na ten film do kina. Od dwunastu? Piętnastu? Na pewno nie jest to bajka dla maluchów. W tej pokręconej historii widzimy symboliczną drogę przez życie każdego z nas, własne kompleksy, utarte schematy myślenia. Alicja dojrzewa przez 104 minuty filmu do stwierdzenia' wiem kim jestem!'- jakie miejsce zajmuję, co potrafię, na co mam wpływ. Przez podróż w krainie absurdu, gdzie nic nie jest takim jakie się wydaje, potrafi zaglądnąć na drugą stronę zwierciadła i zobaczyć coś oczywistego, co cały czas było tuż, tuż...

    Niesamowita jest plejada gwiazd w obsadzie - Johny Depp - Szalony Kapelusznik, Królowa Kier - Helena Bonham-Carter, Alicja - Mia Wasikowska, Anne Hathaway - Biała Królowa i inni. Choć noszą kolorowe przesadzone kostiumy i charakteryzacje potrafią pokazać w doskonały sposób,że postaci z bajek rozumują i zachowują się jak nasi sąsiedzi z podwórka - też sa małostkowi, okrutni, samolubni, ale też piękni, dobrzy, szlachetni.

    Świetna muzyka, świetne zdjęcia, świetna historia. Coś kompletnie innego, czego sami byście na pewno nie wymyślili!tu jeszcze strona filmu. O deszczu nagród dla filmu już nie wspomnę. Sami poczytajcie.

    W filmie powtarza się zdanie: "tak jesteś wariatem, ale tylko wariaci sa coś warci".
    W 100% pasuje zarówno do Tima Burtona jako reżysera, Lewisa Carolla jako twórcy tej historii i Johnego Deppa jako odtwórcy Kapelusznika.

    Polecam oglądnięcie w każdej postaci - kinowej ( najlepiej chyba 3D), domowej itp.
    Uczta dla oka i ucha!

    sobota, 14 stycznia 2012

    Salceson

    Salceson jako relikt minionej epoki pojawiający się obecnie rzadko na półkach stoisk mięsnych.
    Kocha się go , albo nienawidzi. Np. Ja nienawidzę, a moja mama kocha. Ja mogę go jeść, a ona nie i to jest przewrotność losu.
    W czasach kryzysowych udawał wędlinę, której nie było i generalnie trudno było go dostać. Dziś chyba mało kto go kupuje. A może się mylę?

    Zaciekawił mnie ogromnie przepis na salceson - ciasto, który znalazłam w ostatniej Chwili Dla Ciebie, nadesłany przez czytelniczkę i zaliczany jako ciasto murzynkowe.

    Zrobiłam czym prędzej( troszkę modyfikując), bo w robocie prędki, do salcesonu podobny i wychodzi go naprawdę dużo!
    Lubię takie wyzwania, zwłaszcza, gdy są takie proste:




































    A to ten szybciutki przepis:
    3 gruszki
    2 jabłka
    szklanka cukru + cukier waniliowy ( do szkalnki wsypać jeden waniliowy i dopełnić zwykłym)
    2 i 1/2 szklanki mąki
    5 jajek
    3/4 szklanki oleju ( ja dałam oliwę)
    płaska łyżeczka proszku do pieczenia
    płaska łyżeczka sody
    2 łyżki kakao
    pół łyżki cynamonu
    ( dodatkowo - cukier cynamonowy. Dostałam od Dorotki M.- bardzo dziękuję!!!! Przydaje się w tylu sytuacjach,że nie wymienię, bo by miejsca zabrakło)

    Obrac jabłka i gruszki, wydrążyć pestki, pokroić w kostkę.
    Mąkę wymieszać z proszkiem, sodą, kakao i cynamonem.
    Jajka ubić z cukrem.
    Dodać olej i mąkę z dodatkami, zmiksować do połączenia.
    Dodać pokrojone owoce i wymieszać łyżką.
    Natłuścić 2 długie blachy ( jak na makowiec) i przełożyć do nich ciasto.
    ( po nałożeniu posypałam cukrem cynamonowym,zeby stworzyć otoczkę podobną do folii, w jaką salceson jest/był pakowany - nie było dokładnego efektu, lekko tylko się świeci. Nie powoduje,ze ciasto staje się słodsze - przy tej ilości owoców to chyba niemożliwe)
    Piec 50 minut w 180 stopni.

    Jak widać z powyższego opisu nie ma bola, żeby się nie udało.
    Patrycjo B.! - tobie też! Spróbuj koniecznie!

    Nie jest to może wersal najwyższej klasy, ale tzw. codzienne ciasto na deser, do kawusi lub herbatki - szybkie, łatwe i tanie.
    Powinno smakować mężczyznom, bo jest z jabłkami, a jak wiadomo stoją one wysoko, zaraz po serniku.
    Ponieważ wychodzi go dużo, zawsze można sprosić więcej gości, bo drugie zostaje :)

    Miękki, wilgotny murzynek, mocno owocowy, nie za słodki. Smak cynamonu ginie, za to zostaje jego piękny zapach połaczony z wanilią i pieczonymi owocami. Długo pozostaje świeży.
    Pytanie tylko czy pozostanie, bo coś podejrzanie za szybko schodzi...
    Zamakował zarówno mnie jak i mamie :)))

    Uważam,że nie można mu sie oprzeć, bo kto by nie spróbował słodkiego salcesonu do herbaty?
    Sama propozycja jest wysoce intrygująca - spróbujcie, na pewno na salceson kogoś złowicie :P

    A w sprawie herbaty zasmakowały mi ostatnio takie:


    Pierwszą z lewej odnalazłam po długich latach pod inną nazwą - więcej o niej przeczytacie tutaj.
    Ma wspaniały orzeźwiający i stawiający na nogi aromat, a rozwijające się we wrzątku płatki można zjeść ze smakiem. Nie tylko wspaniale pachnie, pysznie smakuje, ale i ładnie wygląda. Można ją wsypać do płóciennych woreczków np. na prezent, albo zamknąć w szklanym naczyniu.

    Drugą - torebkową zieloną dilmah stestowałam przypadkiem i zachwyciła mnie zapachem prawdziwego jaśminu i delikatnością.

    Obie do popijania przy dobrej lekturze, spotkaniu albo blogowaniu:)

    Bo na polu zima lubi dzieci najbardziej na świecie:



    wtorek, 10 stycznia 2012

    Fasolki i zwyczajna zwyczajność

    Wracając z ostatniego avonowego spotkania znalazłam leżącą na ulicy płytę cd w opakowaniu. Mżyło, więć podniosłam ją, rozejrzałam się ( nikogo) i włożyłąm do torebki. Po przyjściu do domu okazało się,że jest to reklamówka Banku Pekao z kilkunastoma piosenkami dla dzieci w świetnym stanie.

    Następnego dnia włożyliśmy ją komisyjnie z chłopakami i odsłuchaliśmy. Wielokrotnie. Coś mnie w tych piosenkach uderzyło...Ja znam ten głos! W jednym z nagrań pojawia się męski głos. Sprawdziłam i okazało się,że piosenki nagrały Fasolki, autorem tekstów jest AndrzejM. Grabowski ( Pan TikTak) a głos należy do Krzysztofa Marca ( czyli Krzysia). Ciotki Klotki, czyli Ewy Chotomskiej niestety na płycie zabrakło.

    Wspomnienia mnie zalały. W czasach, kiedy nie było jeszcze mini-mini, a telewizor był dobrem reglamentowanym czasowo były takie audycje , kiedy czas zamierał na pół godziny. Zwierzyniec, Teleranek, Piątek z Pankracym, Profesor Ciekawski,Tik Tak...

    Nie zamierzam tu pisać rozprawy o kulturotwórczej roli tych programów w świadomości i życiu obecnych trzydziestoparolatków ( bo jest ogromna i niezaprzeczalna). A z płyty zwyczajnie się cieszę. Piosenki, choć traktują o temacie oszczędzania i banku jako takiego, nie schodzą z poziomu dobrych dziecięcych przebojów, melodie łatwo wpadają w ucho, słowa proste i łatwe do zapamiętania.Chłopaki każą sobie puszczać na okrągło!A najlepsza jest okładka:


    Jasiek ciągle pyta: co to za gitara?

    Postanowiłąm sprawdzić, co robią postacie znane mi z dzieciństwa.Niestety ostatnio odeszli Michał Sumiński i Tadeusz Broś...
    Miło widzieć,że wciąż żyją i niewiele się zmienili ci poniżej! 
    Krótkie notki ze zdjęciami znalazłam tutaj ( Krzyś i Ciotka Klotka) oraz tutaj ( Pan Tik Tak) .

    Hity zespołu Fasolki to już dziś klasyka dziecięca, którą nucą i podrabiają wszyscy i wszyscy śpiewają ( choć niektórym ciężko się przyznać...:)).
    Dla miłośników jeszcze czołówka Tik Taka:


    My też szorujemy zęby w rytm piosenki: Szczotka, pasta, kubek,ciepła woda...


    Co do zwyczajnej zwyczajności mój mąż zrobił mi  wspaniałe kanapki zatytułowane Hare Krishna( bez Ramy). Powaliły mnie! Ma chłopak artystyczną duszę!


    Zaprawdę jest boski! A kanapki były pyszne.Mniam!

    piątek, 6 stycznia 2012

    Z wizytą u Króla i Królowej

    U tych eleganckich Państwa już nie raz byliśmy i myślałam,że po ostatniej wizycie nas nie zaproszą. A tu taka niespodzianka! I to w 3 króli.
    Wybraliśmy się po królewsku, karetą zaprzężoną w dużo koni mechanicznych Króla i zostaliśmy podjęci ( a jakże - po królewsku) przepyszną zapiekanką, kóra mnie powaliła i oczywiście wzięłam dokładkę i zapamiętałam przepis, który podaję:

    ZAPIEKANKA Z PORAMI
    ( inne rzeczy też tam są, ale pory mi się skojarzyły jako pierwsze)

    składniki:
    - surowe filety z indyka lub kurczaka
    - pieczarki
    - pory
    - ser żółty
    -śmietana 30%
    -1 jajo

    Filety pokroić na cieniutkie plastry, które dodatkowo rozbić. Posolić popieprzyć, skropić oliwą, zostawić na trochę.Poddusić pieczarki. Ser utrzeć na tarce o grubych oczkach.Por pokroić w wiórki i podsmażyć. Śmietanę posolic popieprzyć i wymieszać z jajem.
    Dno naczynia do zapiekania ( u Królowej blacha wsuwana do pieca) natłuścić, wyłożyć rozbitymi filetami, chwilkę podpiec z pieczarkami. Wyłożyć pokrojony por wymieszany z wiórkami sera - chwilkę podpiec.Wylać śmietanę i podpiec ostatni raz 7-10 min.

    Ale to dobre jest!!! Proste i pyszne. Na zdjęciu z sałątką z mieszanki sałat, oliwek czarnych i pomidorków i oliwy :


    Nasi królewicze robili raban jak zwykle. Jasiek tak skutecznie dusił na wszystkie sposoby kotkę Flanelę, że wyglądała jak zużyta szmata i kocur Stefan mył ją potem długo i dokładnie:


    Nakłapaliśmy się wszyscy, panowie rozegrali 2 meczyki na kompie, dzieci zgonione usnęły szybko.
    Jak Królowa przeczyta jutro przy kawie, to niech mnie poprawi, jak czegoś zapomniałam! 

    Czego chcieć więcej w takim dniu jak dziś? Kadzidła!
    Na szczęście spotkałam Danusię, która swoimi sposobami mi go załatwiła:)


    Bardzo lubię naszą kościelną szopkę, która może nie powala, ale figury mają pewnie więcej lat ode mnie i bardzo je lubię.Szczególnie aniołka, który mówi 'Bóg zapłać' , śpiewa ' Lulajże Jezuniu' tonem dziwnym i świeci - prawdziwa masakra. Nic to - rokrocznie matki i ojcowie tracą na tę atrakcję sporą część ciężko zarobionych pieniędzy w metalu, bo wszystkie dzieciory biją się o dostęp do aniołka i wrzut gotówki. Ech.


    A to trzej królowie:


    Według tradycji, Melchior, król południa, przyniósł Jezusowi złoto. Baltazar, czarny, król zachodu, a więc Afryki, podarował mirrę.Natomiast Kasper, król północy, prawdopodobnie z Grecji, ofiarował Jezusowi kadzidło.

    Zakadziłam dom doszczętnie. A co. Następny raz dopiero za rok, to się wywietrzy:)