motor

motor
Walentynki są codziennie, tylko my obchodzimy je raz do roku...

sobota, 10 grudnia 2011

Mikołajkowo i sałatka z pomelo

Spotkanie z Ulą i Dorotą nastąpiło szybciej niż myślałam i dobrze, bo zakończyłyśmy trudny okres dziecięcych dolegliwości, rodzinnych kłopotów i zwyczajnego braku czasu na pogaduchy.

Przy okazji nastąpiła wymiana mikołajkowych darów :) Oj śliczności dostałam! Różne rzeczy do pieczenia, piękny ręczniczek kuchenny i podkładkę w świąteczny wzór i bardzo fachowy pomarańczowy nóż do krojenia, który okazał się mega ostry i poręczny!

Chodziło za mną od dłuższego czasu pomelo, bo pojawiło się w warzywniaku. Szukałam jakiegoś sensownego przepisu na sałatkę i nie znalazłam, więc wymyśliłam własny i oto co skonsumowałyśmy:


Sałatka lekka, łatwa i przyjemna w konsumpcji.Chrupie! Bardzo dobra na upalne lato, kiedy nie chce się jeść nic ciężkiego, albo na teraz jako wysokowitaminowa przekąska. Jak widać z połowy dużej ikeowej michy , bo tyle wychodzi, została mi malutka miseczka, którą wcięłam bezczelnie przed wieczornym wyjściem, o którym w następnym poście:)

I w końcu przepis na sałatkę, który gorąco dedykuję Pani Dorotce z pozdrowieniami dla całej Rodzinki i świeżego wnuczka!
-opakowanie roszponki
-opakowanie serka oscypkowatego w formie nitek- pokrojonych na małe kawałeczki
-opakownie 25dkg kiełków ( mieszanka)
-pół dużego pomelo - miąższ wyłuskany z białych błonek i pokrojony w większe kawałki
-5 plasterków ulubionej wędliny pokrojonek w drobną kosteczkę
-25 dkg pomidorków koktajlowych pokrojonych w ćwiartki
-włoski sos do sałtek knorr

Uczynić sos według przepisu, wyieszać, doprawić według uznania. U mnie bardzo ziołowo, bo mam taki smak:)

Nie zdążyłyśmy nawet zrobić sobie wspólnego zdjęcia, bo oczywiście zebrało się za dużo tematów przy herbacie i mieliłyśmy równo. Ale i tak dobrze,że miałyśmy dla siebie 3 godziny, co wydaje się w ostatnich gorących dniach przedświątecznych rekordem.


Ula pochwaliła się swoimi pracami florystycznymi, którym na pewno poświęcę osobny post - czekam tylko na zdjęcia. Bardzo się cieszę,że wyszła ze swoim talentem do ludzi. Już niedługo będzie można kupić jej prace!

A cukieras na dziś brzmi:



Wieczorna wizyta

Po długich miesiącach zjawiła się w Polsce Irenka, więc dogadały się z sąsiadką i wpadły późnym wieczorem, bo o innej porze nie było mowy. Z okazji i na cześć zrobiłam warzywną zapiekankę w cieście francuskim, któa jest szybka, łatwa, nie wymaga myślenia przy przygotowaniu i zdecydowanie za szybko znika.
Składniki:
- 1-2 opakowania ciasta francuskiego w blatach ( np. Frosta)( jak zostanie, zawsze można zrobić póżniej paluszki - patrz przepisy w poprzednich miesiącach, lub proste ciasteczka)
- 2 opakowania warzyw na patelnię o dowolnym smaku
- słoik czarnych oliwek
- przyprawy i zioła
- żółty ser ( między 10 a 20 dkg)
- 1 jajo do posmarowania.

Żaroodporną formę bez przykrywki smarujemy masełkiem i wylepiamy kawałkami ciasta . Zostawiamy trochę ciasta na wierzch.
Warzywa z oliwkami podsmażamy na patelni i doprawiamy według gustu. Ser ścieramy na tarce o małych oczkach i dodajemy na samym końcu do warzyw.
Przekładamy do naczynia z ciastem francuskim, wyrównujemy wierzch i układamy na nim gustowną krateczkę lub inny wzorek :))))
Smarujemy rozmąconym jajem, można posypać na wierzchu przyprawami lub ziołami.Jeśli zostanie trochę jaja, wlewamy w miesca między krateczkami.
Pieczemy 30 min w 210 stopniach do złotego koloru krateczki. Po to własnie ją zawsze robię - jest świetnym wskaźnikiem 'czy już'.
Wolę zapiekankę przygotowaną wcześniej a potem odgrzewaną po kawałku, bo świeża trudniej się kroi, ale rozumiem,że wobec płynących z pieca zapachów człowiek może stać się bezradny i rzuci się od razu...
Przepis jest oczywiście uniwersalny na maxa. Do środka można włożyć dosłownie wszystko, mięsko, rybę, świeże warzywa, owoce itd.- najpierw jednak podsmażyć. Moja wersja była ziołowo- włoska, ale wszystkie smaki dozwolone. Jest kurka demokracja i co kto lubi.
Efekt:


A my z dziewczynami gadałyśmy o ostatnich 4 miesiąch niewidzenia się, planach na przyszłość i zwyczajnie o tym i owym. Uwielbiam przedświąteczne spotkania!



I cukieras na dziś:

piątek, 9 grudnia 2011

Odwiedziny Magdy z rodzinką

Jeszcze o pażdziernikowych spotkaniach.
Nawiedziła nas rodzinka Magdy z jednym pełnym, a jednym niepełnym dzieckiem :) W dniu dzisiejszym status wynosi 2:2. Widziałam wczoraj zdjęcia i malutka dziewczynka jest piękna! A starszy brat jest zdecydowanie najładniejszym małym chłopcem jakiego znam.
Ale ja nie  o tym. Chciałm zrobić przyjemność Matce Polce przed rozwiązaniem i przygotowałam sałatkę owocową:


skład surowcowy:
pestki świeżego granatu, brzoskwinie z puszki, ananas z puszki, kiwi - wymieszać. ZEŻREĆ. Zdjęcie zostało zrobione następnego dnia i to jest ta malutka reszteczka, która została... Pyszna, bo nie słodka, orzeźwiająca i bardzo, bardzo zdrowa + pełna witamin.

Były też mufinki ( bo ze mnie stara mufiniara jest...). Mufinki pełne wiśni z mojego ulubionego bloga. Przepis TUTAJ .Jedyną zmianą jaka wprowadziłam było zastosowanie konfitury wiśniowej z całymi wiśniami, bo niestety pora na żywe wiśnie żadna, a ja miałam wprost strasznego smaka na nie... Udekorowałam jak najbardziej lubię, czyli serkiem mascarpone bez dodatków i kleksami konfitury, posypałam czekoladą z młynka.
Mufinki baaaardzo wiśniowe i bardzo wilgotne. Muszą być boskie z żywymi owocami. Spróbuję je zrobić niedługo z mrożonymi i zobaczymy jak wyjdą.

Bardzo bardzo polecam amatorom wiśni i nie tylko! U mnie zniknęły już następnego dnia...


I żeby było jeszcze bardziej słodko - cukieras na dziś:







środa, 7 grudnia 2011

Ciepły wieczór czyli 'Kochankowie nie z tej ziemi' w Bagateli

Wracam myślami do przecudnego październikowego wieczoru, który spędziłam z Justyną w teatrze bagatela i nie tylko :)

Umówiłyśmy się na wieczorny spektakl w środku tygodnia. Miało być miło, lekko i zabawnie. A było... jeszcze lepiej niż myślałyśmy!

Najpierw przeczytałyśmy opis i recenzje sztuki tutaj ( wejdźcie koniecznie!) , a potem zasiadłyśmy na widowni, nie wolne jednak od niepokoju wewnętrznego, czy wystarczy nam poczucia humoru?

Historia, którą poznałyśmy, z jednej strony jest pewną konwencją, z drugiej bardzo zaskakuje.
Poznajemy małżeństwo z kilkuletnim stażem, które w swoim domu ( małym, ale uroczym domku) wymienia cięte riposty. Nagle do ich pokoju wkracza agent nieruchomości i ...proponuje kupno tego domu innej parze - świeżo poślubionym młodym małżonkom na dorobku. I tu okazuje się,że nic nie będzie takie jak myśleliśmy. Gospodarze tak naprawdę są...duchami, które po śmierci nadal mieszkają ' u siebie'. Z symbiozy obu par wynika mnóstwo nieprzewidywalnych i groteskowych sytuacji, wyżej wspomniane cięte riposty tną powietrze co chwileczkę i atmosfera z minuty na minutę się zagęszcza, bo poznajemy historię życia i śmierci 'gospodarzy' jak i perypetie młodej pary, wraz z którą oczekujemy ich pierwszego dziecka.

W tym całym obyczajowym garnku dużo się gotuje.Są codzienne problemy i rodzinne dramaty. Są momenty urocze i śmieszne oraz chwile zadumy nad tym, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy.

Moim absolutnym faworytem pozostaje postać supernowoczesnego Anioła Stróża, który zjawia się właściwie przypadkiem, a odgrywa bardzo ważną rolę ( dosłownie i w przenośni:))).

Sztuka dla wierzących, obojętnych i ateistów. Poczucie humoru najwyższej klasy na szczęście nie zna żadnych podziałów:) Ogromna w tym zasługa aktorów. Mnie znów urzekła Magdalena Walach na żywo. Ale naprawdę wszyscy to top liga. A Anioła Stróża zażyczę sobie w przyszłym roku od Mikołaja. Jest boski!!!!

Wczoraj jechałam tramwajem obok Bagateli i widziałam we wszystkich witrynach na ścianach ten plakat ze spektaklu:


Nie dziwota, że reklamują. Wiedzą co robią! Jeśli jeszcze zostały jakieś bilety, zarezerwujcie. Spędzicie wspaniały, ciepły, bardzo emocjonalny wieczór, w doborowym towarzystwie. Będą też Święta Bożego Narodzenia w tle, na które być może popatrzycie troszkę inaczej niż dotychczas.
Bardzo, bardzo, bardzo polecam !!! Dawno się tak nie śmiałam:))))

Polecam też cukieras na dziś:

wtorek, 6 grudnia 2011

Listy do Mikołaja

Chyba każdy pisał w dzieciństwie. Niektórzy jeszcze teraz. Chłopaki za moim pośrednictwem dyktowali w tym roku:
" Kochany Mikołaju, proszę cię przynieś mi żółtą koparę. A jakby nie było, to klocki duplo." - Jasiek
" Mikołaju, kasę przynoś" - to Staszek. ( chodziło o sklepową, bo w gotówce jeszcze nie ma rozeznania, a w cypaniu guzików - spore).
Słowo się rzekło- prezent u płota.

Czekam na zdjęcia z przedszkola, gdzie Jasiek Mikołajowi na kolanach i z ręką na sercu obiecywał, że będzie grzeczny cały rok. Szkoda, że rodziców nie zaprosili, bo teraz nie ma świadków i pewnie będzie huliganił jak zwykle:)

A u nas wyczerpany Mikołaj po 4 godzinnym pakowaniu zaprezentował ( dosłownie i w przenośni) swoje dzieło:


Czy rózga to zwyczaj krakowski, czy ogólnopolski? Moje chłopaki oczywiście dostały. Powiesimy ją w pokoju,żeby przypominała o grzeczności :)

Było to , co lubię najbardziej - odgłos szybko zdzieranego papieru, zachwyt w oczach ( "prawdziwa kopara!") i zabawa na maxa. Panowie zgrabnie wymienili się zabawkami i o dziwo w ogóle o nie nie kłócili.


Ech. Do dziś pamiętam najpiękniejszego Mikołaja z dzieciństwa - prawdziwego biskupa z brodą w towarzystwie łagodnego Anioła i strasznego Diabła z czarna twarzą i łapami, który bił rózgą i świecił (!) rogami - baliśmy się go wszyscy, razem z moim kuzynostwem, kiedy siedzieliśmy na kanapie i czekaliśmy na odebranie prezentu, a trzeba było być cicho, cichutko i jeszcze coś przedstawić ( piosenkę , wiersz etc.) w zamian za upominek...Ta ekipa przychodziła do nas ładnych parę lat. Nie wiem kim byli, ale z serca im dziekuję - to były magiczne chwile...



Pamiętam też pisanie listu do Rovaniemi - do Lapońskiego Mikołaja. Dostałam nawet od niego przesyłkę w postaci grubego listu z naklejkami, książeczką i historią Mikołaja. W podstawówkowych siermiężnych czasach taki list zza gramanicy to było coś!
Można to zrobić i dziś podając adres zwrotny:
Santa Claus
FIN-96930 Napapiiri
Finland
Po kilku tygodniach otrzymujemy pocztówkę ze stemplem koła podbiegunowego.Spróbujcie!

Dzisiejsza wersja Mikołaja nie odpowiada mi w ogóle, ale niestety chyba wyprze tradycyjną - biskupią. W zeszłym roku szukając Mikołaj dla rodzinnych i znajomych dzieci miałam przegląd takich typów,że do dziś mi się czasem śnią jako horror. Ostatecznie zwyciężył amerykański odpowiednik, bo wersja 'biskupia' była po prostu żenująca...Trudno o dobrego Mikołaja.

Mam nadzieję,że do was przyszedł i przyniósł to, o czym marzyliście.Ja uwielbiam robić prezenty! Już od wakacji wypatruję ciekawych drobiazgów, spisuję sugestie, szukam propozycji. W tym roku akcję 'Mikołaj' udało mi się zamknąć 15 listopada, dzięki czemu zdążyłam przed gorączką zakupów i podwyżką cen. Na recenzje wszystkich prezentów musze jeszcze trochę poczekać, bo niektórzy dostaną z opóźnieniem, mam nadzieję,że będą pozytywne:)

a mikołajkowy cukieras brzmi:


Życzę wszystkim pięknych prezentów, a przede wszystkim tego dziecięcego zachwytu przy odpakowywaniu i umiejętności cieszenia się z drobiazgów !

poniedziałek, 5 grudnia 2011

zaległe urodziny Uli

Nie miałyśmy możliwości widzieć się dość długo. A to choroby dzieci, a to pilne sprawy w rodzinach, a to zwyczajnie nie wyszło...Jak się wkońcu dorwałyśmy ( i tak w niepełnym składzie, ale taki lajf) to przekrzykiwałyśmy się wzajemnie,żeby się wyrobić.

Miało być zupełnie inaczej - najpierw kino, a potem uroczysta kolacja w lokalu na cześć Uli i jej urodzin. Ale wyszło super!!! Dorota podjęła nas u siebie po królewsku ! Zrobiła taką zupę dyniową,że wzięłam dwie dokładki i wzięłabym trzecią, gdyby nie ser pleśniowy z orzechami, który czekał grzecznie na talerzyku obok.
Boskiej zupie na pysznym rosołku, z ptysiowym groszkiem poświęcam osobne zdjęcie - jest tego warta!

Były też i inne smakołyki, i pod koniec wizyty wiedziałam,że mało co zjem tego dnia, ale warto było wszystkiego spróbować. Dorotka dogodziła nam jak zwykle:P


Miałyśmy tak dużo sobie do powiedzenia,że czasu na zdjęcia niestety nie straczyło. Będą nastepnym razem. Ważniejsze okazało się to,że tęskniłyśmy za sobą bardzo,że możemy pogadać o naszych wspólnych i nie tylko sprawach i że tak naprawdę nie ważne gdzie, ale najważniejsze z kim. Kina nie zburzą, restauracja zawsze się znajdzie.

Już się nie mogę doczekać następnego spotkania!

A cukieras na dziś jest taki:

niedziela, 4 grudnia 2011

Wszystkich Świętych

Już Mikołąj za pasem, a ja w Barbórkę o Wszystkich Świętych :) Tak to jest z nadrabianiem.
W tym roku wyjatkowo piękne te święta - słoneczne, cieplutkie, kolorowe... Jeden z najprzyjemniejszych dni i spacerów w całym roku!


Udało mi się odwiedzić tylko cmentarz Rakowicki razem z rodzinką, na pozostałe pojechał Małż, jak Potwory poszły spać.

Rakowicki jest przepiękny o każdej porze roku, ale zdecydowanie rozkwita najpiękniej jesienią. Nie tylko za względu na odwiedzających przed świętem zmarłych, ale na cudowne klony, które po prostu płoną w słońcu, brązowe kasztany i żołędzie, które się ścielą pod stopami i chyba najpiękniejsze na świecie zabytkowe starsze i nowsze grobowce.



Jak tylko mam okazję ( co się ostatnio rzadko niestety zdarza...) robię sobie spacer przez alejki tego cmentarza i przyglądam się grobom. Pomimo,że cmentarz w centrum, zawsze jest tu bardzo cicho i spokojnie. Moja siostra, kiedy mieszkała w pobliżu, przychodziła tu z małym dzieckiem w wózku na spacery - spało jak zabite :))))


Wszystkich Swiętych to także dla mnie święto łasuchów - tylko wtedy można w Krakowie nabyć ( drogą kupna) tzw. miodek turecki. Oczywiście ani to miodek, ani turecki, ale od tylu lat go jem,że nie przerwę jeszcze długo świeckiej tradycji. Jest to rodzaj twardych cukierków, które powstają przez odłupanie z bloku wykonanego z mleka, cukru i dodatków oraz orzechów. Dawniej dawano włoskie, teraz są ziemne ( tańsze?), kiedyś był bardziej ciągnący, teraz bardziej kruchy. No i strasznie słodki.


Chłopaki wyżarły większość, mnie zostawiły tylko jeden kawałek. Mieliśmy także ucztę misiową, czyli pasienie się kolejnym 'grobowym' smakołykiem czyli bezowymi misiami. Jeszcze mi błogo w ryjku :)
Dowiedziałam się,że istnieje inny słodycz 'zaduszny' , czyli warszawska Pańska Skórka - o tej ciekawostce tutaj. A może ktoś z was ma na nią przepis? Zrobiłabym.

Zauroczyła mnie historia Frydzi Potyczek z Rakowickiego Cmentarz opisana na nowo założonym blogu przez Suflerkę - tu czytać! Polecam również cały blog i inspirujące pomysły autorki. Są świetne, a zdjęcia piękne.

Wklejam na koniec kilka moich zrobionych w tzw. naprędce. Nie oddadzą w pełni klimatu pięknego pierwszego listopada, ale mam nadzieję,że wniosą trochę ciepłych złotych kolorów w póżnojesienną szarugę. Mam nadzieję,że w przyszłym roku będzie równie pogodnie i poszaleję z aparatem:)





I oczywiście cukieras na dziś:


Najlepsze życzenia dla wszystkich Basiek, a zwłaszcza dla cioci Basi i Basi J-H !!!!

sobota, 3 grudnia 2011

' William Turner - malarz żywiołów ' w Muzeum Narodowym

Jedna z moich błogich wizyt kulturalnych przed południem, kiedy dzieci zaopiekowane, pogoda piękna i brak tłumów na drogach i w muzeach.


Wystawa jest czynna do 8 stycznia 2012, więc jeśli zainteresuje was moja relacja, zdążycie jeszcze zwiedzić.

Mam takie wpojone na studiach i wcześniej poczucie,że niestety w powojennej Polsce nie zostało dużo dzieł sztuki na światowym poziomie o wielkiej sławie. Mamy 'Damę z łasiczką' DaVinciego w Muzeum Czartoryskich w Krakowie oraz "Sąd ostateczny' Hansa Memlinga w Gdańsku. I to by było właściwie na tyle. Dlatego, jak gdzieś w pobliżu 'coś rzucą' ze sztuki światowej, pędzę,żeby nie stracić okazji zobaczenia choć raz w zyciu, bo nie wiadomo, czy będzie mnie kiedykolwiek stać na podróż do galerii w innej części świata.

Choć tak naprawdę prawie wcale nie znam się na sztuce i mam swój bardzo ograniczony zestaw ulubionych malarzy, lubię wypatrywać w dziełach sztuki pasję, teksturę, dowiadywać się jak powstawały, kim był ich autor. Można się dowiedzieć niesamowitych historii, daleko bardziej interesujących niż te zawarte kiedyś w podręczniku do plastyki:)

Turner jest autorem trudnym. Zarówno w odbiorze go jako człowieka danej epoki jak w odbiorze jego dzieł.Tutaj znajdziecie krótką biografię. Całe jego życie możecie poznać oglądając ( w cenie biletu ) rewelacyjny film zrealizowany przez BBC i wyświetlany przed wejściem na wystawę. Można go zakupić w zabójczej cenie 43 zł w sklepiku muzealnym. Niestety nie nabyłam. Aż tak nie kocham Turnera. Czekam, że może puszczą go gdzieś w tv i nagram:) To naprawdę wciągająca i wyczerpująca opowieść o Turnerze, która świetnie przygotowuje do wystawy. Szkoda tylko, że taka długa. Ja mogłam poświęcić na niego tylko godzinę, a żałuję bardzo, że nie dotrwałam do końca.

Tutaj link do strony, gdzie publicystka Monika Małkowska oprowadza po wystawie - polecam ten filmik! A tutaj informacje o samej wystawie - również warto przeczytać.

Cała ekspozycja ma specyficzny klimat - ciemno i zimno - ze względu na zbiory szumi klimatyzacja i światło jest raczej ponurej barwy. W słońcu prace wyglądałyby chyba inaczej, weselej. Zdecydowana większość to akwarele - szkice do obrazów olejnych i zatrzymywanie w nich jak w kadrze warunków atmosferycznych, linii skał, horyzontu, wody itp. Mamy  5 sal - 4 żywioły oraz fuzja, czyli przenikanie się ich wzajemne. W Muzeum Narodowym jest tylko mały wycinek twórczości artysty i nie wiedząc absolutnie nic o nim i jego najważniejszych dziełach trudno się wypowiadać, dlatego przed pójściem- poczytajcie.

Mnie urzekło kilka obrazów, ale przede wszystkim talent tego człowieka. Niesamowita lekkość w oddawaniu jedym pociągnięciem pędzla z rozwodnionym barwnikiem fali zalewającej statek, skały i jej cienia, kilku odcieni chmur naraz. Niewątpliwie akwarele należały do jego ulubionych ( najtańszych?) narzędzi pracy i wyspecjalizował się w malowaniu nimi tak,że właściwie każdy obraz olejny od szkicu w akwareli zaczynał.Uważam, że w sposób doskonały opanował technikę pokazywania światła w obrazie - jak najlepszej klasy fotograf.Był zafascynowany chmurami - ich ruchem, odcieniami, gatunkami. Wręcz kochał się w morzu - jego barwach, dynamice, kolorach o różnych porach dnia i roku.

To wszystko, tę wielką pasję, bezdyskusyjny talent, ciekawość świata i specyficzny jego odbiór znajdziecie na wystawie. Muzeum dodatkowo ' podkręciło' atmosferę puszczając w sali 'wodnej' odgłosy wyjącego wichru, jakby huraganu na morzu.

Mam zarzuty do strony organizacyjnej - nie można robić zdjęć, nawet bez lampy. Pamiątki z wystawy mają się nijak do wystawionych dzieł i są horendalnie drogie. Nabyłam drogą kupna pocztówkę ( nie powiem za ile, bo to skandal) z wiszącym piętro wyżej obrazem i poszłam na kawę ( w normalnej cenie:)) do muzealnej Tri BeCa Coffee.Trafił mi sie artystyczny okaz w filiżance:


Z wycieczki wróciłam lepsza. Jednak kontakt ze sztuką jest formą terapii na przyziemne problemy i sprawia, że inaczej patrzymy na ludzi, rzeczy i zjawiska. Wryło mi się w pamięć kilka 'hipnotajzin' obrazów i ich niesamowity klimat i od teraz trudno mi będzie pozbyć się ich w patrzeniu na rzeczy zwykłe jak morze, wodospad czy ruiny.

Nie umiem oceniać i nie to ładne, co ładne, lecz co się komu podoba, ale prace Turnera naprawdę robią wrażenie, tym bardziej, że można je ( jak rzadko w Polsce) oglądać z bardzo bliska i zobaczyć cały trud włożony w płótno, jego trójwymiarowość. A nie tak ponuro, jak kilka jego reprodukcji w podręczniku do Romantyzmu z liceum.Na żywo księżyc z obrazu reklamującego wystawę można zdjąć jednym palcem jak kawałek lukru z pierniczka :)

Turner powiedział kiedyś "Ten, kto posiada wszechwładny entuzjazm, który idzie w parze z talentem, nigdy nie będzie patrzył w sposób powierzchowny" i tu się podpisuję rękami nogami.

Ludzie - do muzeum! Póki te obrazy wiszą w Krakowie i można je zobaczyć - bardzo warto!!!


obraz stąd
obraz stąd

A więcej obrazów w Muzeum Narodowym i na tej zagramanicznej stronie.

I jeszcze cukieras na dziś jako nagroda dla tych co wytrwali do końca tego długaśnego postu:






piątek, 2 grudnia 2011

Targi Książki

Rozpoczynam retrospekcję, czyli nadrabianie.

Na początek bardzo dziękuję pierwszym uczestnikom candy. Ciekawe ile osób zapisze się do 24 grudnia?

Wystąpił również motyw paranoiczny - nie zauważyłam, że na kalendarzu adwentowym występują dwie osiemnastki, za to ani jednej siedemnastki. Co to znaczy? Kto zawinił? Szwedzi? Chińczycy? Polacy??? Kalendarza nie będę już reklamować, ale paranoja pozostała:)

Targi odbyły się jak co roku w jesieni, czyli 3-6 listopada . Jestem ich zagorzałą fanką i nie wyobrażam sobie,żeby mogło mnie tam zabraknąć. Choć godzinkę- dwie muszę powdychać zapach świeżych książek. Duża impreza na kilkadziesiąt stoisk, w tym roku powiększona o osobny namiot do obsługi książek elektronicznych, spotkania z autorami, wykłady, różne konkursy z nagrodami, losowania i atrakcje.

Warto na nich być! Niewątpliwie jest to święto książki - okazja,żeby pokazać dzieciom i wszystkim innym,że  książki nie tylko leżą na półkach w księgarni, ale są 'żywe' - dotyczą różnych problemów, o których się rozmawia, tworzą je ciekawi ludzie, z którymi można porozmawiać osobiście i zapytać o wiele rzeczy. Można zdobyć autograf znanej osoby. Można upolować nowość, która na targach ukazuje się wcześniej niż w księgarni.

No właśnie - ja co roku urządzam swoje osobiste polowanie i efekty sa takie,że wydaję za dużo i zwierzyna łowna wysypuje mi się z toreb. Nie inaczej było w tym roku. Targi to dla mnie wspaniała okazja do zakupu prezentów mikołajkowych i nie tylko.
Oferta wydawnicza jest tak duża,że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Oprócz książek czesto wystawiane są różne gry, zabawki, gadżety, kalendarze. Moim zwyczajem ostatnich lat stało się zbieranie darmowych reklamowych pasków-zakładek z wydawnictw, których używam potem jako zakładek do książek. Oczywiście można ten motyw zastosować na każdych targach:)

Najpiękniejsze są jak zwykle książki dla najmłodszych- pięknie wydana klasyka powieści i bajek. Nie starczyło mi już kasy na przepiękne historyjki Beatrix Potter, 2 tomy 'Poczytaj Mi Mamo' czy najnowsze wydanie 'Pinokia' z fantastycznymi ilustracjami... Żałuję,że w moim dzieciństwie nie było takich cudnych książek. Cierpiałam bardzo jako mol książkowy, gdy moja ulubiona pozycja rozpadała się i żółkła po kilku razach. Ech...Wtedy nie było, dziś drogo...Koniec marudzenia. W przyszłym roku też pójdę. A kasę zaczynam odkładać już dziś, co i wam radzę, bo kto raz wsiąknie w targi, to się nakręci na następne:)

Fajne jest też to,że w ramach akcji 'książka za książkę' gdzie przynosimy z domu przeczytane dla małopolskich bibliotek, dostajemy kupony ze zniżkami do różnych wydawnictw i na targach można kupić u nich taniej. Oczywiście,że skorzystałam! Oddałam 13 książek.

Spieszyło mi się w tym roku bardzo i nie czekałam na żadnego autora. W poprzednich latach poznałam osobiście P. Wandę Chotomską, która zabawnie i wzruszająco zadedykowała swoją najnowszą pozycję dla moich siostrzenic i przemiło ze mna porozmawiała. Co za kobieta! Dostałam też autograf od Wojciecha Cejrowskiego i Ojca Leona Knabita.

Po bardzo wyczerpujących kilku godzinach w tłumie, hałasie i o pustym brzuszku, dotrarłam do domu i niemal od razu zrobiłąm to, co lubię, czyli chwyciłam się za nowe nabytki w domowym zaciszu przy herbacie pod kocykiem. Mniam! Świeżutkie książki to jest to!
Na zachętę kilka zdjęć - nie zdjęcia były głównym celem, dlatego sa jakie są:


I oczywiście cukieras na dziś. Brakowało mi tej myśli i wkońcu ktoś ją wypowiedział. Chwała mu za to! To jak 'kto śpiewa, ten dwa razy się modli' Świętego Franciszka ( w które święcie wierzę) tylko inaczej!

czwartek, 1 grudnia 2011

Świąteczne candy i kalendarz adwentowy

Kto czekał na cukierasy, to właśnie mam nadzieję,że się ucieszy :)

Od dziś wracam w wielkim stylu ( hi hi!) i od razu rozdaję niespodziankę. Ale po kolei.

Po pierwsze w kolejnych postach zamierzam nadrobić czas nieobecności i opisać wszystko to , co za mną, a z czym nie zdążyłam. Jak to się będzie odbywać - nie wiem, ale to jedno z moich postanowień adwentowych.

Po drugie dla wszystkich zabieganych, którzy nie będą mogli wziąć udziału w rekolekcjach adwentowych polecam ciekawy eksperyment - rekolekcje w sieci. Można się zapisać w dowolnym dniu adwentu i wysłuchac konferencji bieżącej i poprzednich:

 http://MocneSlowo.pl

Rekolekcje polecam ja a także eumycha na swoim blogu.

Co do candy - postanowiłam zrobić 'coś innego', a równocześnie zmieścić się w znanej formule.

Wyjaśniając od końca - przygotowałam dodatkową atrakcję dla wszystkich, którzy mnie czytają i tych , którzy zaczną :) przygotowałam specjalny kalendarz adwentowy - czyli codziennie jeden wirtualny cukierek ze złotą myślą.Można go wykorzystać np. jako tapetę na pulpit, albo sobie wydrukować i oprawić. Adwent to czas oczekiwania i przemyśleń, myślę więc, że to jeden ze sposobów na zatrzymanie się i przemyślenia jakiejś części swojego zycia i doświadczeń, a może chwila na uśmiech? Na pewno się przyda! W dniu ogłoszenia wyników zestawię na zdjęciu wszystkie 24 cukierasy i można będzie sobie te myśli wszystkie skopiować i wydrukować - jeśli ktoś będzie miał takie życzenie.

Kalendarz na zdjęciu nie jest przedmiotem candy - służył tylko jako 'model'. Możecie taki kupić w Ikei i włożyć do środka , co chcecie.

Zawsze lubiłam kalendarze adwentowe i bardzo podoba mi się motyw odliczania czasu do Bożego Narodzenia z niespodziankami po drodze - stąd pomysł, jest to też forma wygranej dla każdego czytelnika i uczestnika candy.

Nagrodą główną jest oczywiście niespodzianka - zestaw różnych różności, który na pewno przyda się na uroczyste wyjście, umili szarą zimową codzienność, zasmakuje i zaskoczy - wszystko spakowane w pudełku ze zdjęcia. Wartościowy, piękny, duży, jak poprzednie candy, w których tak wiele z was wzięło udział - dziękuję! Wspaniale było zobaczyć wasze uśmiechnięte miny i przeczytać komentarze pelne zachwytu po otwarciu paczek:)))))

Komentarze można zostawiać do soboty 24.12 do północy.Losowanie nastąpi 25 grudnia w niedzielę i wtedy też ogłoszę zwycięzcę na blogu. Zwycięzca otrzyma pudełko ze zdjęcia z tajemniczą zawartością!

Proszę w komentarzu zostawionym pod tym postem podać adres swojego bloga oraz swój adres mailowy. Jeśli nie prowadzicie bloga - tylko mail.
Dla wszystkich uczestników zabawy przewiduję nagrodę pocieszenia w postaci autorskiego ppsa, stąd prośba o mail.

W candy może wziąć udział każdy i każdy w pewnym sensie wygra!Jeśli posiadasz bloga - wklej proszę info o moim candy w bocznym pasku.

Będzie mi szalenie miło, jeśli dodacie mnie do swoich obserwowanych i ulubionych blogów. Liczę na szeroki odzew i poznanie nowych ciekawych miejsc w sieci!

Mam nadzieję,że zasady są jasne - przepraszam za chaotyczność wypowiedzi. Jeśli trzeba - wyjaśnię osobiście:)

Zapraszam serdecznie!


a cukieras na dziś to:



poniedziałek, 21 listopada 2011

Cierpliwości!

Żądam od innych, a sam jestem najbardziej niecierpliwa na świecie!
Po licznych komentarzach osobistych i telefonach oświadczam: nie umarłam, nie wyjechałam, żyję i funkcjonuję,ale ostatnio przychodzi mi to z wielkim trudem wskutek okoliczności różnych ( a od dziś choroby dwójki dzieci:( ). Kto wytrwa w swojej cierpliwości i poczeka na następne posty, obiecuję,że nie będzie zawiedziony! Już kipię od pomysłów na posty, a zapowiedź rychłego candy dedykuję na deser wszystkim stałym czytelnikom ukłon przesyłając dworski.
Aloha! I do następnego spotkania na tym blogu!

sobota, 22 października 2011

Bajki

Z życia wzięte oczywiście.Wszystkie wystąpiły wczoraj.

Wracamy do domu z kroplówek samochodem z Jaśkiem i teściem. Rozmawiamy o tym,że mama lubi spać w samochodzie.Dziadek prosi' Jasiu, opowiedz mamie bajkę na dobranoc'. Jaisek nie daje się długo prosić, bo właśnie jest na etapie zmyślania różnych historii i opowiada:
'Mama poszła na krótki spacer i się zgubiła i zadzwoniła do takiego pana i pan przyjechał i ją znalazł. Koniec'
Mówię:'Jasiu, ale ta bajka była bardzo krótka, opowiedz dłuższą'.
'No dobra'
'Mama poszła na DŁUGI spacer i się zgubiła i zadzwoniła do takiego pana i pan przyjechał i ją znalazł. Koniec'

Mamy też świecką tradycję opowieści o Małej Owieczce. Opowiada Małż, jeśli Jasiek ma ochotę i jest grzeczny.Bajka zwykle trwa ok 15 min. i jest super, ale to osobny temat.
Ponieważ Jasiek nudził, a było skandalicznie późno, poprosiłam Małża, żeby bajka była krótka.
W ciemności usłyszałam:
'Mała owieczka...koniec'.
Oczywiście przez następne 10 min. nie można mnie było uspokoić, bo tak fazowałam ze śmiechu.
Zwróćcie uwagę na doskonałośc formy, lakoniczność treści, występowanie głownego wątku oraz wstępu, rozwinięcia i zakończenia. No idealny przykład do rozbioru lirycznego!
Mam genialnego męża :))))) o synie nie wspominając :)))))

piątek, 21 października 2011

Co ona w nim widziała? czyli 'Ondine'

Miałyśmy świętować z Ulą m.in. w kinie, ale nie wyszło z przyczyn życiowych. Co się odwlecze, to wiadomo, ale jak mam w perspektywie film, a potem nagle nie mam, a chce mieć, to trzeba coś zrobić. No to kupiłam ostatnią Vivę z filmem i oglądnęłam.
Strona filmu tutaj.

Film sławny z tego,że jest znany. U nas wyświetlany raczej krótko i nie zrobił wielkiej kariery.Więcej mówiło się o romansie ABC z kol. Farellem, niż o samym obrazie. Postanowiłam przekonać się naocznie.

Hm, a więc ( nie zaczynając zdania od 'a więc!) wrażenia różne.

Jest to historia dziejąca się współcześnie w irlandzkim raczej biednym miasteczku portowym. Główny bohater -rybak Syracuse zwany Circusem ma dużo własnych problemów ( w tym byłą żonę i niepełnosprawną córeczkę na wózku), a tu na głowę spada mu jeszcze żywa dziewczyna wyłowiona z morza jako osobna historia.

I tu mamy próbę realizmu magicznego - z jednej strony wydarzenia układają się w historię baśniowej wyłowionej z morza selkie ( kobiety-foki)- to wersja dziewczynki, która w swojej samotności tworzy idealny obraz nowopoznanej kobiety oraz obraz szarej (miejscami brutalnej) rzeczywistości małomiasteczkowych mieszkańców, Syracusa, jego rodziny, wyłowionej Ondine.

Z jednej strony filmu nie ogląda się łatwo - ilość zimnej wody zawarta w ujęciach po prostu mnie obrzydza. Do tego widać,że zimno i że cały czas wieje. Współczułam głęboko ABC, że musiała kręcić w takich warunkach. Podobno nawet się słowem nie poskarżyła.
Z drugiej strony - przepiękne zdjęcia!!!! Malownicze, wyraziste, mogliby w ogóle zrezygnować z dialogów, bo zdjęcia świetnie opowiadają tę historię.

Jest tam parę genialnych motywów - niby-spowiedzi u lokalnego księdza, rola córki Syracusa ( fantastyczna debiutująca dziewczynka!), motyw piosenki na morzu...
Główna para aktorska dobrze dobrana. Byłam ciekawa, co po 'Miami Vice' i 'Aleksandrze' pokaże Farell.Nieźle, ale nie przekonał mnie do swojego bohatera-rybaka.Za to akcent wyrobił sobie genialny!!!!!
Alicja Bachleda- Curuś pokazała się dokładnie i z każdej strony. Choć aktorki nie lubię, muszę przyznać, że jest bardzo ładna ( zawsze wydawała mi sie brzydka!) i moim zdaniem zagrała lepiej od Colina :)
Najbardziej ze wszystkiego spodobały mi się zdjęcia i scenariusz, który jest naprawdę ciekawą historią o tym, jak życie przynosi różne niespodzianki i jak sobie z nimi radzimy.

Polecam na wieczorny seans z herbatką ( gorącą!) i w kocyku.
Oczywiście film udostępniam chętnym pobliskim.

I dalej nie rozumiem, co ABC w tym Colinie zobaczyła, że wyszedł z tego HenryTadeusz?

Odpowietrzanie!

Jak bardzo wentyl jest potrzebny każdemu przekonałyśmy się z dziewczynami ( współmamami z przedszkola) na porannej darmowej kawie w ikei.

Po 2 godzinach razem spędzonych inaczej popatrzyłyśmy na świat, własne dzieci, duże
i małe problemy.

Po cichu liczę na to,że stworzymy nową świecką tradycję, bo oczywiście nie wyczerpałyśmy nawet 1% wspólnych tematów. Choć relacji fotograficznej brak, świadczę w imieniu wszystkich obecnych, że było super!

Na poparcie moich słów tekst ze wspomnianej kiedyś fioletowej książeczki, który akurat pasuje jak ulał do tego dnia!

Na portugalskim obiadku

Wybraliśmy się w tzw. niedoczasie do Pau i Dejwa, bo nie widzieliśmy się wieki, a tak nie wypada.
Błogo spędzone wieczorne popołudnie, oj błogo...
Zaczęło się przepysznym obiadkiem:


Dawid obiecał mi przepis na polentę, więc czekam cierpliwie, bo zjadłam jej zdecydowanie za dużo, jak i wszystkiego co było na stole. Kiedy osiągnęłam stan błogości i przepełnienia, można było pomielić trochę ozorem, co z radością uczyniłam.

Nasze potwory najbardziej zainteresowały się oczywiście kocią zabawką, czyli myszką na sznurku i próbowały zgonić na śmierć Stefana i Flanelę, co im sie nie udało, ale malutka kicia ( niedawno adoptowana) zmordowana usnęła w końcu:


A Stefan pojawiał się i znikał jak Murzyn w ciemnej sieni...

Dostaliśmy piękne prezenty- pamiątki z podróży poślubnej:


A jako ciekawostkę mój małż otrzymał zielone piwo. Ja jak wiadomo nie piję, nie częstuję, nie daję i w ogóle się alkoholem nie interesuję, ale jakie to ładne!
Kolor galaretki agrestowej! Niesamowity efekt!


Popełniliśmy chyba wszystkie możliwe gafy, zafajdaliśmy im mieszkanie ( Jasiek za dużo wypił :) i zwrócił), zrobiliśmy bajzel, przestraszyliśmy zwierzęta domowe, a oni mówią,że dalej nas lubią i jeszcze dali nam tego pysznego żarcia na wynos!

Dziwna planeta i dziwni na niej ludzie...że zacytuję klasyczkę.I chwała im za to!
A następnym razem wprosimy się sami, żeby im do głowy nie przyszło,że się od nas uwolnią:)