Ponieważ trwa sezon na rabarbar postanowiłyśmy z mamą wykorzystać ten z naszego ogrodu na placek rabarbarowy. Taki placek to obok kompotu rabarbarowego pijanego na koloniach jeden ze smaków mojego dzieciństwa. Prosty przepis znalazłam oczywiście tutaj . Postanowiłam zrobić go w dużej blasze ( ok. 28x35), ale wzięłam za małą proporcję. Mniejszego placka po prostu u mnie nie opłaca się robić...
Okazało się,że jednak źle przemnożyłam i wyszedł trochę za niski. Było dużo gadania na ten temat, a prawda taka,że placka już nie ma. Powtórzę go na pewno, bo szybki( 15 min+ pieczenie) i jednogarnkowy, nie mdły i leciutko biszkoptowy. A chrupiąca skorupka na wierzchu to jest to! Bardzo polecam!!!!
Proporcje na dużą blachę:
800 g rabarbaru pokrojonego w kostkę
6 jajek
3/4 szklanki cukru
30 dkg mąki
1/2 kostki masła
cukier trzcinowy do posypania ( ok. 1 szklanki)
Całe jajka ubić z cukrem na jasna puszystą masę. Delikatnie wmieszać przesiana mąkę i wylać na blache wyłożoną papierem do pieczenia. Na wierzchu wysypać rabarbar.Tarką do plasterków sera zetrzeć masło na wiórki i pokryć nimi rabarbar. Posypać cukrem trzcinowym.
Piec 60 min w 180 stopniach.
A książki o piracie Rabarbarze polecam jako kultowe tytuły dzieciństwa. Oczywiście przed/po/ w trakcie konsumpcji placka...
motor
Walentynki są codziennie, tylko my obchodzimy je raz do roku...
środa, 16 maja 2012
wtorek, 15 maja 2012
Wyniki czekoladowego candy
Spieszę ze świeżymi wieściami!
Losowanie odbyło sie przed chwilą, metodą tradycyjną, model losujący - małż ( profesjonalista! to juz nie pierwsze jego losowanie:)), urna - oczywiście pudełko po czekoladkach.
W candy wzięło udział 8 osób - spokojnie i kameralnie. To lubię!
Mam nadzieję,że impreza rozkręci się z bloga na blog.
Przebieg losowania:
przygotowanie urny-otwarcie urny-przygotowanie maszyny losującej: stan skupienia - maszyna losująca miesza na maxa - szczęśliwy los!
Gratuluję Maciejko! Mówi się,że ostatni będą pierwszymi, a tu reguła się nie sprawdziła:)
Bardzo cie prosze o przesłanie adresu do wysyłki - jutro nadam paczkę, w której oprócz książki znajdziesz czekoladową niespodziankę:P
Przypominam,że teraz Maciejka w ciągu 10 dni od otrzymania paczki czyta książkę, pisze o niej kilka zdań, publikuje przepis na coś dobrego z czekoladą i organizuje kolejne candy z przechodnią książką.
Śledzimy więc jej bloga, czytamy uważnie i pilnujemy terminu nowego candy.
Wszyscy przegrani mają kolejną szansę!
Bardzo wszystkim dziękuję za wzięcie udziału. Mam nadzieję,że za kolejnym razem wam się poszczęści. Ponieważ bardzo lubię organizować candy, na pewno niedługo kolejne.
Postaram się,żeby było oryginalne!
Dobrej nocki wszyskim!
Losowanie odbyło sie przed chwilą, metodą tradycyjną, model losujący - małż ( profesjonalista! to juz nie pierwsze jego losowanie:)), urna - oczywiście pudełko po czekoladkach.
W candy wzięło udział 8 osób - spokojnie i kameralnie. To lubię!
Mam nadzieję,że impreza rozkręci się z bloga na blog.
Przebieg losowania:
przygotowanie urny-otwarcie urny-przygotowanie maszyny losującej: stan skupienia - maszyna losująca miesza na maxa - szczęśliwy los!
Gratuluję Maciejko! Mówi się,że ostatni będą pierwszymi, a tu reguła się nie sprawdziła:)
Bardzo cie prosze o przesłanie adresu do wysyłki - jutro nadam paczkę, w której oprócz książki znajdziesz czekoladową niespodziankę:P
Przypominam,że teraz Maciejka w ciągu 10 dni od otrzymania paczki czyta książkę, pisze o niej kilka zdań, publikuje przepis na coś dobrego z czekoladą i organizuje kolejne candy z przechodnią książką.
Śledzimy więc jej bloga, czytamy uważnie i pilnujemy terminu nowego candy.
Wszyscy przegrani mają kolejną szansę!
Bardzo wszystkim dziękuję za wzięcie udziału. Mam nadzieję,że za kolejnym razem wam się poszczęści. Ponieważ bardzo lubię organizować candy, na pewno niedługo kolejne.
Postaram się,żeby było oryginalne!
Dobrej nocki wszyskim!
Kraków z dwóch stron podlany czekoladą :P
Zanim post z wynikami candy, jeszcze trochę słodyczy dla oka ( a dla tych, co odwiedzą i dla podniebienia).
W piątkowe cieplutkie przedpołudnie wybrałam się do dwóch nowych miejsc na mapie Krakowa,żeby sprawdzić, czy prawdą jest to, co o nich pisano ( artykuł w Gazecie Krakowskiej kilka tygodni temu).
Dwa miejsca o różnym przeznaczeniu, różnym klimacie połączone zapachem i smakiem czekolady.
Najpierw odwiedziłam lokal na rogu Grodzkiej i Placu Wszystkich Świętych. To historyczne miejsce - kamienica pod słoniem do 2009 roku mieściła aptekę, która działała w tym miejscu 150 lat! Niestety brak pieniędzy na rosnące czynsze oraz konserwację zabytkowego wyposażenia doprowadziły do zamknięcia lokalu. Wnętrze apteki w okresie niedawnej jeszcze działalności można podziwiać na japońskim(!) blogu tutaj. Sprzęty zostały podarowane muzeum farmacji i można je tam teraz oglądać.
Wysoki zapewne czynsz nie przeszkodził nowym dzierżawcom lokalu czyli czekoladowemu Karmello.Trudno to miejsce zdefiniować jednoznacznie bo jest to i kawiarnia( podają tam kawę i ciastka) i pijalnia czekolady ( też podają), można tam kupić przeróżne czekoladowe wyroby( przede wszystkim ogromny wybór pralinek i czekolad) a ze względu na niewielką powierzchnię i spory ruch zakwalifikowałabym lokal jako bar/kafeterię.
Zapach czekolady uderza od progu:
A wewnątrz od razu trafiamy na tęczowe bogactwo pralin we wszystkich chyba kolorach...
Ślinotok pojawia się natychmiast i od razu pytanie: od czego zacząć? Zdecydowałam się na drugie śniadanie czyli zestaw za 6 zł - croissant+ biała kawa. Musiałam na niego trochę poczekać, ale warto było! cieplutkie, chrupiące prosto z pieca duże ciacho, polane roztopiona czekoladą i kawa w dużej filiżance z pięknym serduszkiem na wierzchu. Pyszne,świeżutkie i sycące. I odpowiedni stosunek jakości do ceny:)
Po konsumpcji zrobiłam jeszcze kilka zdjęć. Przemiła obsługa, która sprawnie przyrządzała i pakowała nie robiła mi żadnych problemów ze sfotografowaniem wnętrza i zawartości witryn. A tam....czekolady z różnymi nadzieniami...
W aptecznych słojach kandyzowane owoce w czekoladzie i ciasteczka...
I kosze gotowych zestawów...
Co do cen - drożej niż za tradycyjne pomadki i czekolady w sklepach, ale jakość i smaki bez porównania- inny i lepszy. Np. za 100 g pralin własnego wyboru- 8,90 zł.Są oczywiście gotowe zestawy - najtańszy - 19,90.Można kupić czekoladę na wagę.
Mnie najbardziej spodobała się pralina pt. Złoto Egiptu - naprawdę jest złocona!
Ech.
Z pełnym brzuszkiem, ale w dalszym ciągu żądna wrażeń w brązowym kolorze pobiegłam jeszcze na ul. Szewską 7 do kolejnego lokalu. Pamiętam, że wcześniej był tu duży sklep Carry, w którym kiedyś sama robiłam zakupy. Teraz praktycznie cała kamienica jest podporządkowana czekoladzie w Lwowskiej Manufakturze Czekolady - to cała fabryka!
Przed wejściem kusi wystawa czekoladek. Wchodząć w korytarzyk widzimy cukierników przy pracy i wystawę różności z czekolady:
Mnie szczególnie spodobało się ogłoszenie drobne:
Duże wnętrze na parterze jest pełne regałów i półek z różnymi smakołykami, tabliczkami i figurkami:
Pod ścianami znajdują się witryny z pralinami i truflami o ciekawych nazwach.
Można też nabyć koszulki i nne akcesoria związane z czekoladą.
Ponieważ jest to LWOWSKA pijalnia czekolady, na opakowaniach tabliczek znajdujemy stare ryciny Lwowa oraz można kupić lwowskie lwy z czekolady ( podobne do naszych ratuszowych).
Bardzo miła obsługa zachęca do kupna opowiadając, co kryją poszczególne skarby. Informacje o zawartości pralinek mamy też w formie plakatów na ścianach.
Sali na dole pilnuje spory ( ok. 1 metra!) pies z czekolady. Choć nie wiem, czy dobrze wykonuje swoja pracę, bo uszy jakby lekko nadgryzione...
Ruchome schody wiozą nas na pierwsze piętro do sal kawiarnianych i manufaktury. Kawiarnia/pijalnia jest urządzona w pięknych wnętrzach, które zarówno zawierają odrestaurowane freski jak i same są w kolorach czekolady - brązie i złamanej bieli. Mamy nawet kącik dla małych czekoladek.Na ścianach wiszą te same ryciny starego Lwowa, które widzimy na tabliczkach i bombonierach.Sale pięknie udekorowane świeżymi kwiatami są bardzo klimatycznym miejscem na długie rozmowy przy kawie, herbacie lub czekoladzie właśnie:
Mimo pełnego brzuszka zamówiłam czekoladę o nucie cytrynowej z gałka muszkatułową - mniam! Kto chce skosztować, zdecydowanie musi mieć pusty zółądek, bo porcja 90 gram to prawie cała tabliczka...
Ceny - od 2,50 za pralinkę,ok 5-10 zł za czekoladową małą figurkę do kilkudziesięciu złotych za duże zdobione serce i ciekawostkę- pocztówki drukowane na tabliczkach czekolady za 70 zł. No i jestem przekonana,że tutejsi cukiernicy spełnią ( za odpowiednią opłatą) każde czekoladowe marzenie.
Wybór i ceny większe niż w Karmello, bo specyfika lokalu inna, ale smaki ani formy nie powtarzają się- najlepiej odwiedzić oba lokale i porównać.
Czekoladowe smoki, lwy i inne drobiazgi mogą być pyszną i elegancką pamiątką z Krakowa.
Najchętniej nie wychodziłabym z czekoladowych lokali bardzo długo i wąchała ten boski aromat, ale wszystko mija, nawet najdłuższa żmija. Tak też było z moim czasem dla siebie.
W piątkowe cieplutkie przedpołudnie wybrałam się do dwóch nowych miejsc na mapie Krakowa,żeby sprawdzić, czy prawdą jest to, co o nich pisano ( artykuł w Gazecie Krakowskiej kilka tygodni temu).
Dwa miejsca o różnym przeznaczeniu, różnym klimacie połączone zapachem i smakiem czekolady.
Najpierw odwiedziłam lokal na rogu Grodzkiej i Placu Wszystkich Świętych. To historyczne miejsce - kamienica pod słoniem do 2009 roku mieściła aptekę, która działała w tym miejscu 150 lat! Niestety brak pieniędzy na rosnące czynsze oraz konserwację zabytkowego wyposażenia doprowadziły do zamknięcia lokalu. Wnętrze apteki w okresie niedawnej jeszcze działalności można podziwiać na japońskim(!) blogu tutaj. Sprzęty zostały podarowane muzeum farmacji i można je tam teraz oglądać.
Wysoki zapewne czynsz nie przeszkodził nowym dzierżawcom lokalu czyli czekoladowemu Karmello.Trudno to miejsce zdefiniować jednoznacznie bo jest to i kawiarnia( podają tam kawę i ciastka) i pijalnia czekolady ( też podają), można tam kupić przeróżne czekoladowe wyroby( przede wszystkim ogromny wybór pralinek i czekolad) a ze względu na niewielką powierzchnię i spory ruch zakwalifikowałabym lokal jako bar/kafeterię.
Zapach czekolady uderza od progu:
A wewnątrz od razu trafiamy na tęczowe bogactwo pralin we wszystkich chyba kolorach...
Ślinotok pojawia się natychmiast i od razu pytanie: od czego zacząć? Zdecydowałam się na drugie śniadanie czyli zestaw za 6 zł - croissant+ biała kawa. Musiałam na niego trochę poczekać, ale warto było! cieplutkie, chrupiące prosto z pieca duże ciacho, polane roztopiona czekoladą i kawa w dużej filiżance z pięknym serduszkiem na wierzchu. Pyszne,świeżutkie i sycące. I odpowiedni stosunek jakości do ceny:)
Po konsumpcji zrobiłam jeszcze kilka zdjęć. Przemiła obsługa, która sprawnie przyrządzała i pakowała nie robiła mi żadnych problemów ze sfotografowaniem wnętrza i zawartości witryn. A tam....czekolady z różnymi nadzieniami...
W aptecznych słojach kandyzowane owoce w czekoladzie i ciasteczka...
I kosze gotowych zestawów...
Co do cen - drożej niż za tradycyjne pomadki i czekolady w sklepach, ale jakość i smaki bez porównania- inny i lepszy. Np. za 100 g pralin własnego wyboru- 8,90 zł.Są oczywiście gotowe zestawy - najtańszy - 19,90.Można kupić czekoladę na wagę.
Mnie najbardziej spodobała się pralina pt. Złoto Egiptu - naprawdę jest złocona!
Ech.
Z pełnym brzuszkiem, ale w dalszym ciągu żądna wrażeń w brązowym kolorze pobiegłam jeszcze na ul. Szewską 7 do kolejnego lokalu. Pamiętam, że wcześniej był tu duży sklep Carry, w którym kiedyś sama robiłam zakupy. Teraz praktycznie cała kamienica jest podporządkowana czekoladzie w Lwowskiej Manufakturze Czekolady - to cała fabryka!
Przed wejściem kusi wystawa czekoladek. Wchodząć w korytarzyk widzimy cukierników przy pracy i wystawę różności z czekolady:
Mnie szczególnie spodobało się ogłoszenie drobne:
Duże wnętrze na parterze jest pełne regałów i półek z różnymi smakołykami, tabliczkami i figurkami:
Pod ścianami znajdują się witryny z pralinami i truflami o ciekawych nazwach.
Można też nabyć koszulki i nne akcesoria związane z czekoladą.
Ponieważ jest to LWOWSKA pijalnia czekolady, na opakowaniach tabliczek znajdujemy stare ryciny Lwowa oraz można kupić lwowskie lwy z czekolady ( podobne do naszych ratuszowych).
Bardzo miła obsługa zachęca do kupna opowiadając, co kryją poszczególne skarby. Informacje o zawartości pralinek mamy też w formie plakatów na ścianach.
Sali na dole pilnuje spory ( ok. 1 metra!) pies z czekolady. Choć nie wiem, czy dobrze wykonuje swoja pracę, bo uszy jakby lekko nadgryzione...
Ruchome schody wiozą nas na pierwsze piętro do sal kawiarnianych i manufaktury. Kawiarnia/pijalnia jest urządzona w pięknych wnętrzach, które zarówno zawierają odrestaurowane freski jak i same są w kolorach czekolady - brązie i złamanej bieli. Mamy nawet kącik dla małych czekoladek.Na ścianach wiszą te same ryciny starego Lwowa, które widzimy na tabliczkach i bombonierach.Sale pięknie udekorowane świeżymi kwiatami są bardzo klimatycznym miejscem na długie rozmowy przy kawie, herbacie lub czekoladzie właśnie:
Mimo pełnego brzuszka zamówiłam czekoladę o nucie cytrynowej z gałka muszkatułową - mniam! Kto chce skosztować, zdecydowanie musi mieć pusty zółądek, bo porcja 90 gram to prawie cała tabliczka...
Ceny - od 2,50 za pralinkę,ok 5-10 zł za czekoladową małą figurkę do kilkudziesięciu złotych za duże zdobione serce i ciekawostkę- pocztówki drukowane na tabliczkach czekolady za 70 zł. No i jestem przekonana,że tutejsi cukiernicy spełnią ( za odpowiednią opłatą) każde czekoladowe marzenie.
Wybór i ceny większe niż w Karmello, bo specyfika lokalu inna, ale smaki ani formy nie powtarzają się- najlepiej odwiedzić oba lokale i porównać.
Czekoladowe smoki, lwy i inne drobiazgi mogą być pyszną i elegancką pamiątką z Krakowa.
Najchętniej nie wychodziłabym z czekoladowych lokali bardzo długo i wąchała ten boski aromat, ale wszystko mija, nawet najdłuższa żmija. Tak też było z moim czasem dla siebie.
poniedziałek, 14 maja 2012
Wycierusy eleganckie
Ponieważ w mojej spiżarni zostało jeszcze małe stadko zajęcy wielkanocnych, postanowiłam zrobić wycierusy ( a to ci niespodzianka!) tym razem po pańsku, w wersji eleganckiej.
Ponieważ jak każdej wiosny kwitna bzy, również pod moimi oknami, nie mogłam się oprzeć i nie zrobić czegoś z pysznymi słodkimi kwiatkami bzu. O jadalnych kwiatach pisałam już u siebie na blogu tutaj , a ostatnio znalazłam świetny blog z przepisami z użyciem jadalnych kwiatów - nawet jeśli ich nie zrobicie pooglądajcie zdjęcia !!! O tutaj .
Niniejszym wprowadzam nową jednostkę czasu produkcji moich wyczynów kulinarnych - bajka z mini-mini. Ponieważ często to jedyna chwila, kiedy mogę coś spokojnie zrobić w ciągu dnia :)
Wycierusy powstały ( w ciągu dwóch odcinków Ciekawskiego George'a) z roztopionych czekoladowych zajęcy, pociachanych nożyczkami pianek marshmallow i orzechów arachidowych ( czystych, bez przypraw).Rozpuszczamy czekoladę, wrzucamy orzechy, pokrojone pianki. Lekko mieszamy,żeby pianki nie rozpuściły się zupełnie i nakładamy porcjami na papier do pieczenia lub do papilotek na mufinki ( wtedy od razu ładniej wyglądają i łatwiej je potem zjeść. Odstawiamy do zastygnięcia do lodówki na chwilkę, a potem smarujemy roztopioną gorzka czekoladą i posypujemy czym lubimy. U mnie minimaczek cukrowy w kolorze złotym + świeże umyte kwiaty bzu. Odstawiamy do zastygnięcia czekolady i zjadamy.
Ja zrobiłam je dla kilku osób na prezent i z moimi słynnymi cukierasami prezentowały się tak:
Zebrane opinie po konsumpcji przez obdarowanych przekonały mnie,że warto je zrobić powtórnie!
Ponieważ jak każdej wiosny kwitna bzy, również pod moimi oknami, nie mogłam się oprzeć i nie zrobić czegoś z pysznymi słodkimi kwiatkami bzu. O jadalnych kwiatach pisałam już u siebie na blogu tutaj , a ostatnio znalazłam świetny blog z przepisami z użyciem jadalnych kwiatów - nawet jeśli ich nie zrobicie pooglądajcie zdjęcia !!! O tutaj .
Niniejszym wprowadzam nową jednostkę czasu produkcji moich wyczynów kulinarnych - bajka z mini-mini. Ponieważ często to jedyna chwila, kiedy mogę coś spokojnie zrobić w ciągu dnia :)
Wycierusy powstały ( w ciągu dwóch odcinków Ciekawskiego George'a) z roztopionych czekoladowych zajęcy, pociachanych nożyczkami pianek marshmallow i orzechów arachidowych ( czystych, bez przypraw).Rozpuszczamy czekoladę, wrzucamy orzechy, pokrojone pianki. Lekko mieszamy,żeby pianki nie rozpuściły się zupełnie i nakładamy porcjami na papier do pieczenia lub do papilotek na mufinki ( wtedy od razu ładniej wyglądają i łatwiej je potem zjeść. Odstawiamy do zastygnięcia do lodówki na chwilkę, a potem smarujemy roztopioną gorzka czekoladą i posypujemy czym lubimy. U mnie minimaczek cukrowy w kolorze złotym + świeże umyte kwiaty bzu. Odstawiamy do zastygnięcia czekolady i zjadamy.
Ja zrobiłam je dla kilku osób na prezent i z moimi słynnymi cukierasami prezentowały się tak:
Zebrane opinie po konsumpcji przez obdarowanych przekonały mnie,że warto je zrobić powtórnie!
niedziela, 13 maja 2012
Konwalia majowa
Kwiat pospolity i chyba każdemu znany. Ja ogromnie je lubię i nie mogę się doczekać, kiedy znowu zakwitną w maju. W ogrodzie nie mamy ich dużo - zaledwie kilka małych zielonych gniazdek, ale dobre i choć co:
Kojarzą się zazwyczaj z bukiecikiem do pierwszej komunii, wiankiem ślubnym lub wiązanką, bukiecikiem wręczanym na randkach... Same miłe rzeczy:) Choć spotkałam się też ze skojarzeniem dramatycznym - zwłoki na marach obłożone bukietami konwalii w upalny dzień dla zabicia zapachu.
Ja mam same pozytywne skojarzenia i to do tego stopnia, że podobno jako małe dziecko piłam wodę spod konwalii ( nigdy tego nie róbcie i trzymajcie kwiatki z daleka od dzieci!!!!). Generalnie cud,że nic mi nie jest, bo konwalia jest silnie toksyczna. Więcej o tej roślinie tutaj .
Nazwa oficjalna pojawiła się w klasyfikacjach w XV i XVI wieku jako Lilium convallium ( lilia z doliny) i w tej formie przetrwała w języku angielskim ( lilies of the valley). Poniżej fragment z fioletowej, który opowiada inne ciekawostki o tych białych kwiatuszkach. Zachęcam do lektury ze słownikiem!
Kojarzą się zazwyczaj z bukiecikiem do pierwszej komunii, wiankiem ślubnym lub wiązanką, bukiecikiem wręczanym na randkach... Same miłe rzeczy:) Choć spotkałam się też ze skojarzeniem dramatycznym - zwłoki na marach obłożone bukietami konwalii w upalny dzień dla zabicia zapachu.
Ja mam same pozytywne skojarzenia i to do tego stopnia, że podobno jako małe dziecko piłam wodę spod konwalii ( nigdy tego nie róbcie i trzymajcie kwiatki z daleka od dzieci!!!!). Generalnie cud,że nic mi nie jest, bo konwalia jest silnie toksyczna. Więcej o tej roślinie tutaj .
Nazwa oficjalna pojawiła się w klasyfikacjach w XV i XVI wieku jako Lilium convallium ( lilia z doliny) i w tej formie przetrwała w języku angielskim ( lilies of the valley). Poniżej fragment z fioletowej, który opowiada inne ciekawostki o tych białych kwiatuszkach. Zachęcam do lektury ze słownikiem!
wtorek, 8 maja 2012
Ryan Gosling x 2 - czyli dwa dobre filmy
W czasie weekendu nadrabiałam zaległości filmowe. Wybrałam kino zdecydowanie męskie i polityczne dla odmiany i nie żałuję. Jako łącznik - aktor Ryan Gosling.
Drive.
Strona filmu tutaj.
Współczesna historia pełna przemocy, krwi i bandyckich rozgrywek, niepełna seksu i nieprzegadana, co się rzadko w takich filmach zdarza.
Główny bohater Driver ( Gosling) ( zły i dobry - to też rzadkość uważam) pracuje w dzień jako mechanik samochodowy, w nocy wynajmuje się jako kierowca do napadów rabunkowych. Ponieważ kierowcą jest doskonałym udaje mu sie prowadzić podwójne życie. Mieszka w zwykłym bloku gdzieś w New Yorku. Zamieszanie w jego życie wprowadza ( podobno) ponętna sąsiadka z małym synkiem, dzięki której zostanie wplątany w bandycką intrygę. Jego prywatne interesy i chęć ścigania się za pieniądze też nie skończą się dobrze, bo nad całym światem pokazanym w filmie unosi się zły duch mafii i jej porachunków.
Jako lokalny słupek mafijny - mój aktor z czarnej listy ( czyli takich, których nie lubię z różnych względów) czyli Ron Perlman. Ten człowiek bez charakteryzacji gra rolę brakującego ogniwa w łańcuchu ewolucyjnym w filmie typu 'Walka o ogień'. Swoją specyficzną urodą narusza moje poczucie estetyki, ale pokazuje,że umie wejść w postać prostaka i brutala, który na forsie zbudował imperium, a teraz nim trzęsie.
Co do kreacji aktorskich dobrze wypadają Oscar Isaac ( mąż sąsiadki) i Bryan Cranston (szef warsztatu). Sama sąsiadka (Carey Mulligan) jest tylko bezbarwnym i raczej mdłym aktorsko tłem dla Goslinga, który naprawdę pokazuje klasę w tym filmie.
Właściwie niewiele mówi, ale z jego twarzy możemy wyczytać wszystkie scenariuszowe emocje, co jak na tak młodego aktora jest nie lada sztuką. On tu gra pierwsze niepokonane skrzypce i po prostu jest gościem w złotej kurtce z czarnym skorpionem. Świetna rola!!!
Film ma parę rewelacyjnych scen, choćby ta w windzie( oglądniecie, to zobaczycie :))). Mam tylko pretensje do scenarzysty,że kończy się bez sensu. Dużo w nim kliomatu lat '80 - muzyka ( bardzo dobra!), pewien typ filmów ( trochę jak Miami Vice, tylko z drugiej strony lufy), nawet efekty graficzne, czcionka czołówki i listy płac.
Dobra sensacja, z dobrą obsadą, dobrze zagrana. Film kopano -strzelany, ale chętnie bym go jeszcze raz oglądnęła dla różnych smaczków i szczegółów, co mi się rzadko w tym gatunku zdarza.
Kolejny film to 'Idy marcowe'.
Strona filmu tutaj.
Drive.
Strona filmu tutaj.
Współczesna historia pełna przemocy, krwi i bandyckich rozgrywek, niepełna seksu i nieprzegadana, co się rzadko w takich filmach zdarza.
Główny bohater Driver ( Gosling) ( zły i dobry - to też rzadkość uważam) pracuje w dzień jako mechanik samochodowy, w nocy wynajmuje się jako kierowca do napadów rabunkowych. Ponieważ kierowcą jest doskonałym udaje mu sie prowadzić podwójne życie. Mieszka w zwykłym bloku gdzieś w New Yorku. Zamieszanie w jego życie wprowadza ( podobno) ponętna sąsiadka z małym synkiem, dzięki której zostanie wplątany w bandycką intrygę. Jego prywatne interesy i chęć ścigania się za pieniądze też nie skończą się dobrze, bo nad całym światem pokazanym w filmie unosi się zły duch mafii i jej porachunków.
Jako lokalny słupek mafijny - mój aktor z czarnej listy ( czyli takich, których nie lubię z różnych względów) czyli Ron Perlman. Ten człowiek bez charakteryzacji gra rolę brakującego ogniwa w łańcuchu ewolucyjnym w filmie typu 'Walka o ogień'. Swoją specyficzną urodą narusza moje poczucie estetyki, ale pokazuje,że umie wejść w postać prostaka i brutala, który na forsie zbudował imperium, a teraz nim trzęsie.
Co do kreacji aktorskich dobrze wypadają Oscar Isaac ( mąż sąsiadki) i Bryan Cranston (szef warsztatu). Sama sąsiadka (Carey Mulligan) jest tylko bezbarwnym i raczej mdłym aktorsko tłem dla Goslinga, który naprawdę pokazuje klasę w tym filmie.
Właściwie niewiele mówi, ale z jego twarzy możemy wyczytać wszystkie scenariuszowe emocje, co jak na tak młodego aktora jest nie lada sztuką. On tu gra pierwsze niepokonane skrzypce i po prostu jest gościem w złotej kurtce z czarnym skorpionem. Świetna rola!!!
Film ma parę rewelacyjnych scen, choćby ta w windzie( oglądniecie, to zobaczycie :))). Mam tylko pretensje do scenarzysty,że kończy się bez sensu. Dużo w nim kliomatu lat '80 - muzyka ( bardzo dobra!), pewien typ filmów ( trochę jak Miami Vice, tylko z drugiej strony lufy), nawet efekty graficzne, czcionka czołówki i listy płac.
Dobra sensacja, z dobrą obsadą, dobrze zagrana. Film kopano -strzelany, ale chętnie bym go jeszcze raz oglądnęła dla różnych smaczków i szczegółów, co mi się rzadko w tym gatunku zdarza.
Kolejny film to 'Idy marcowe'.
Strona filmu tutaj.
Już widziany dużo wcześniej na mieście i nie tylko plakat zrobił na mnie wrażenie. Jak się okazało po seansie jest świetną ilustracją i opisem tego filmu!
Właściwie typowa historia przedwyborcza o zakulisowych rozgrywkach. Trwają wybory stanowe i rywalizacja między dwoma kandydatami o największym poparciu: gubernatorem Mikiem Morrisem ( George Clooney) oraz jego przeciwnikiem senatorem Pullmanem ( Michael Mantell).
Prawdziwa walka na smierć i życie polityczne potoczy się jednak między Stephenem Meyersem PRowcem sztabu Morrisa ( Gosling) a samym Morrisem ( Clooney), jak na załączonym obrazku.
Rewelacyjny popis gry aktorskiej na najwyższym poziomie.
Między hasła wyborcze o równości, demokracji i innych pieknie brzmiących deklaracjach wkradają się prawdziwe emocje związane z tym, jacy ludzie są naprawdę, o co w polityce chodzi i kto w efekcie zwycięża. Do gry włączają się oczywiście przeciwnicy polityczni, prasa i pewna atrakcyjna stażystka...
Tytuł filmu nawiązuje do daty śmierci Juliusza Cezara, którego zdradził jak wiemy najbliższy współpracownik Brutus. Clooney ( reżyser!) inspirował się podobno bardzo Szekspirowską wersją tych wydarzeń - sprawdźcie i porównajcie.A sam film to ekranizacja sztuki Beau Willmona 'Farragout North'.
Film bez dwóch zdań trzeba zobaczyć. Trzyma w napięciu od początku do końca i pokazuje pewne uniwersalne prawdy. Genialny!
I potwierdza tezę,że Gosling jest świetnym aktorem.
Do odtwarzania przed każdymi kolejnymi wyborami, zwłaszcza prezydenckimi :)
poniedziałek, 7 maja 2012
Obyczajowo
Ośmieliłam się zrobić parę planów na długi weekend i przekonałam się,że tak niestety życie nie działa. Mieliśmy kilka dni nerwówki z Jaśkiem i jego dolegliwościami, ale już ok. Niestety z domu się nie ruszyliśmy dalej jak na pobliską górkę i to na godzinę.Za to jaką!
Otóż największa atrakcją placu zabaw nie sa bynajmniej sprzęty na nim ustawione ( no, może huśtawki z tatusiem...) , ale instrukcja obsługi placu z obrazkami 'czego nie wolno'. Zaczyna się niewinnie 'poczytaj mi tato/mamo', ale potem po nastym razie podnoszeniu i tłumaczeniu każdego obrazka po 10 razy już nie jest tak wesoło, wierzcie mi. Uciekliśmy z małżem daleko od słupka,żeby nie zostać wmanewrowanym w czytanie i chłopaki dłuższą chwilę radziły sobie same...
Były też radości z bananami:
I jazda bez trzymanki we dwójkę ( jeszcze się mieszczą skubańcy!)
Otóż największa atrakcją placu zabaw nie sa bynajmniej sprzęty na nim ustawione ( no, może huśtawki z tatusiem...) , ale instrukcja obsługi placu z obrazkami 'czego nie wolno'. Zaczyna się niewinnie 'poczytaj mi tato/mamo', ale potem po nastym razie podnoszeniu i tłumaczeniu każdego obrazka po 10 razy już nie jest tak wesoło, wierzcie mi. Uciekliśmy z małżem daleko od słupka,żeby nie zostać wmanewrowanym w czytanie i chłopaki dłuższą chwilę radziły sobie same...
I jazda bez trzymanki we dwójkę ( jeszcze się mieszczą skubańcy!)
niedziela, 6 maja 2012
Słodko i z fasonem
Kolejna wersja ciasteczek wycierusowych, o których niedawno było.
Ponieważ temperatura trochę spadła, postanowiłam zrobić coś do kawy na popołudnie.
Tym razem wycierusy powstały z kilku rozpuszczonych czekolad i zajęcy wielkanocnych oraz pestek dyni ( gorzkawe i zdrowe, łagodzą słodycz czekolady, a poza tym kolor zielony!) oraz podprażonych na suchej patelni ( nabierają chrupkości i orzechowego smaku po tym zabiegu!) zwykłych płatków owsianych. Przy okazji recykling pudełkowy:
Ponieważ temperatura trochę spadła, postanowiłam zrobić coś do kawy na popołudnie.
Tym razem wycierusy powstały z kilku rozpuszczonych czekolad i zajęcy wielkanocnych oraz pestek dyni ( gorzkawe i zdrowe, łagodzą słodycz czekolady, a poza tym kolor zielony!) oraz podprażonych na suchej patelni ( nabierają chrupkości i orzechowego smaku po tym zabiegu!) zwykłych płatków owsianych. Przy okazji recykling pudełkowy:
Polecam polecam,bo pyszne i szybkie.
I oczywiście nieustająco zapraszam na moje czekoladowe candy - można się jeszcze zapisywać TUTAJ .
sobota, 5 maja 2012
Upalnie
Najpierw upalnie - na temperatury powyżej 30 stopni pomagaja tylko lody i to w dużych ilościach.
Kupiłam w osiedlowym pudełko, ale za szybko zeszło, więc postanowiłam zrobić własne - moje pierwsze!
Wybór padł na orzeźwiające miętowo-czekoladowe. Inspiracją były oczywiście przepisy z www.mojewypieki.blox.pl, ale zrobiłam własną wersję według własnego smaku.
2 szklanki kremówki
1 szklanka mleka
1/2 szklanki likieru miętowego ( u mnie Fantazja miętowo-czekoladowa)
1/2 szklanki syropu miętowego do drinków
2 łyżki kropli miętowych
1/2 czekolady gorzkiej
1/2 czekolady mlecznej ( czekolady starte na tarce o dużych oczkach)
(Ogólnie na lody likierowe potrzebujemy 2 szklanki kremówki, 1 szklankę mleka, 1/2 szklanki likieru- dowolnego, ale gęstego i 5 łyżek cukru pudru)
Wszystko razem wymieszać i włożyć do maszyny do lodów.Wychodzi ok. 1 litra.
Jeśli ktoś nie ma maszyny, trzeba włożyć do zamrażalnika i mieszać co 1/2 - 1 godzinę dość intensywnie, aby nie utworzyły się kryształki lodu. Zajmuje to więcej czasu , ale efekt ten sam.
No i zdecydowanie taniej, smaczniej i zdrowiej.
Różne smaki możemy przyrządzać z tego, co mamy w domu i sezonowych owoców.
Przepisów nie brakuje.
Ja też będę różne testować, bo nawet małż stwierdził,że wyszły pyszne ( nie przepada ani za słodkim, ani za lodami, a tu proszę)
Lody wytrzymały tylko 46 godzin :))))
Kupcie maszynkę do lodów, albo zażyczcie sobie na najbliższą okazję.Droga nie jest, a ile radochy, no i lodziki w pół godziny gotowe.
Kupiłam w osiedlowym pudełko, ale za szybko zeszło, więc postanowiłam zrobić własne - moje pierwsze!
Wybór padł na orzeźwiające miętowo-czekoladowe. Inspiracją były oczywiście przepisy z www.mojewypieki.blox.pl, ale zrobiłam własną wersję według własnego smaku.
2 szklanki kremówki
1 szklanka mleka
1/2 szklanki likieru miętowego ( u mnie Fantazja miętowo-czekoladowa)
1/2 szklanki syropu miętowego do drinków
2 łyżki kropli miętowych
1/2 czekolady gorzkiej
1/2 czekolady mlecznej ( czekolady starte na tarce o dużych oczkach)
(Ogólnie na lody likierowe potrzebujemy 2 szklanki kremówki, 1 szklankę mleka, 1/2 szklanki likieru- dowolnego, ale gęstego i 5 łyżek cukru pudru)
Wszystko razem wymieszać i włożyć do maszyny do lodów.Wychodzi ok. 1 litra.
Jeśli ktoś nie ma maszyny, trzeba włożyć do zamrażalnika i mieszać co 1/2 - 1 godzinę dość intensywnie, aby nie utworzyły się kryształki lodu. Zajmuje to więcej czasu , ale efekt ten sam.
No i zdecydowanie taniej, smaczniej i zdrowiej.
Różne smaki możemy przyrządzać z tego, co mamy w domu i sezonowych owoców.
Przepisów nie brakuje.
Ja też będę różne testować, bo nawet małż stwierdził,że wyszły pyszne ( nie przepada ani za słodkim, ani za lodami, a tu proszę)
Lody wytrzymały tylko 46 godzin :))))
Kupcie maszynkę do lodów, albo zażyczcie sobie na najbliższą okazję.Droga nie jest, a ile radochy, no i lodziki w pół godziny gotowe.
piątek, 4 maja 2012
Magnolia
Od kiedy ojciec posadził parę lat temu magnolię na nowo, nie mogę sie odczekac kiedy zakwitnie i zacznie pachnieć. Jest to absolutne święto we wsi! Poprzednia nie kwitła przez 25 lat mimo licznych zabiegów pielęgnacyjnych, a obecna - co roku ładniejsza.
Oto festiwal kolorów i kształtów:
Zapach był boski i jedyny w swoim rodzaju. Nie spotkałam jeszcze perfum ani innych zapachowych rzeczy, które umiałyby oddać teń równoczesnie świeży i słodki zapach o takim natężeniu. Był, bo kiedy to piszę po kwiatach zostało już tylko wspomnienie. Upalne słońce wypaliło kwiaty na wiór w ciągu kilku dni...
Jeśli macie możliwość posadzenia gdzieś tego drzewa - polecam gorąco. Co prawda kwitnie tylko kilka dni w roku, ale za to jak!
Oto festiwal kolorów i kształtów:
Zapach był boski i jedyny w swoim rodzaju. Nie spotkałam jeszcze perfum ani innych zapachowych rzeczy, które umiałyby oddać teń równoczesnie świeży i słodki zapach o takim natężeniu. Był, bo kiedy to piszę po kwiatach zostało już tylko wspomnienie. Upalne słońce wypaliło kwiaty na wiór w ciągu kilku dni...
Jeśli macie możliwość posadzenia gdzieś tego drzewa - polecam gorąco. Co prawda kwitnie tylko kilka dni w roku, ale za to jak!
niedziela, 22 kwietnia 2012
Nie wiem jak ona to robi - książka i film
Książkę czytałam już w zeszłym roku i bardzo się ucieszyłam jesienią,że mogę w końcu oglądnąć film. Na film nie udało mi się pójść i szybko zdjęli go z afisza, ale można go już kupić jako dodatek do gazety. Odświeżyłam sobie książkę i spokojnie oglądnęłam film.
Najpierw słowo pisane.
Książka - kolejna powiastka ( jednak coś mniej poważnego niż powieść) po 'Klubie miłośniczek czekolady' napisana w podobnym duchu. Rozgrywająca się współcześnie, czyli w XXI wieku w dwóch równoległych światach pracy i domu, które próbuje pogodzić główna bohaterka i narratorka Kate.
Praca to ogromne towarzystwo ubezpieczeniowe, korporacja która obraca megaforsą, docenia talent Kate, ale wymaga bezwględnego posłuszeństwa i dyspozycyjności. Dom to mąż Kate, dwójka dzieci dziewięcioletnia dziewczynka i dwuletni chłopczyk oraz niania- studentka. Cała historia to zapis pewnego okresu w życiu Kate, kiedy z jednej strony jak zwykle balansuje między załatwianiem różnych spraw domowo-rodzinno-porządkowych a z drugiej dostaje wielką szansę na awans i uznanie szefostwa - ważny inwestor chce wdrożyć jej pomysł na fundusz emerytalny, co wiąże się z częstymi wyjazdami. Dokładnie poznajemy oba środowiska - ich blaski i cienie, uczucia które Kate z nimi wiążą i nieustanną szarpaninę, aby wszystko było na swoim miejscu.
Tytuł to zdanie, które Kate często słyszy od swoich znajomych wyrażających podziw dla jej umiejętności organizacyjnych. Pewnego dnia w tym całym domowo-pracowym zamieszaniu pojawia się pośrednik inwestora - bogaty i przystojny, z którym nasza super pracownica i mama nawiązuje romans. Cała historia kończy się dobrze, choć nie bez niespodzianki :)
Najfajniejsze w tej książce jest to,że to bardzo dobre babskie czytadło o niewygórowanych ambicjach, ale zgrabnie i lekko napisane, z galerią przekonywujących typów i poczuciem humoru. Bardzo podobały mi się motywy domowe - zachowania dzieci, męża, relacje z teściami - samo życie! W swoim zabieganym świecie Kate znajduje czas na przyjaźń, pomoc innym, swoje zainteresowania, a przede wszystkim na pielęgnowanie relacji z mężem i dziećmi. Jak ona to robi? Przeczytajcie!
Bardzo dobra odprężająca po długim zapracowanym dniu lektura, przy której nie raz można się uśmiechnąć i do której lubię wracać.
Dlatego tak bardzo napaliłam się na film pod lekko zmienionym tutułem. I?
Obsada znana (strona filmu tutaj ). Całości dałabym czwórkę - film warty obejrzenia raz i wystarczy.
Zdenerwowało mnie posłodzenie go i zmiana zakończenia na bardziej hollywoodzkie. Sama postać Kate nie jest już tak wiarygodna jak w książce, bo choć grana przez Sarę Jessicę Parker nie powala mnie na kolana wiernością oryginałowi, a przede wszystkim pokazaniem bogactwa przeżyć i pomysłów . Bohaterka od początku kreowana jest na domową heroinę do śmierci wierną w każdym calu dzieciom i mężowi, a w książce mamy jednak bardziej realne sytuacje. Co by nie mówić film dobrze się ogląda, ale po książce więcej w głowie zostaje.
Wybór pozostawiam wam. Najlepiej jedno i drugie w wyżej wymienionej kombinacji ciupnąć np. w weekend.
Najpierw słowo pisane.
Książka - kolejna powiastka ( jednak coś mniej poważnego niż powieść) po 'Klubie miłośniczek czekolady' napisana w podobnym duchu. Rozgrywająca się współcześnie, czyli w XXI wieku w dwóch równoległych światach pracy i domu, które próbuje pogodzić główna bohaterka i narratorka Kate.
Praca to ogromne towarzystwo ubezpieczeniowe, korporacja która obraca megaforsą, docenia talent Kate, ale wymaga bezwględnego posłuszeństwa i dyspozycyjności. Dom to mąż Kate, dwójka dzieci dziewięcioletnia dziewczynka i dwuletni chłopczyk oraz niania- studentka. Cała historia to zapis pewnego okresu w życiu Kate, kiedy z jednej strony jak zwykle balansuje między załatwianiem różnych spraw domowo-rodzinno-porządkowych a z drugiej dostaje wielką szansę na awans i uznanie szefostwa - ważny inwestor chce wdrożyć jej pomysł na fundusz emerytalny, co wiąże się z częstymi wyjazdami. Dokładnie poznajemy oba środowiska - ich blaski i cienie, uczucia które Kate z nimi wiążą i nieustanną szarpaninę, aby wszystko było na swoim miejscu.
Tytuł to zdanie, które Kate często słyszy od swoich znajomych wyrażających podziw dla jej umiejętności organizacyjnych. Pewnego dnia w tym całym domowo-pracowym zamieszaniu pojawia się pośrednik inwestora - bogaty i przystojny, z którym nasza super pracownica i mama nawiązuje romans. Cała historia kończy się dobrze, choć nie bez niespodzianki :)
Najfajniejsze w tej książce jest to,że to bardzo dobre babskie czytadło o niewygórowanych ambicjach, ale zgrabnie i lekko napisane, z galerią przekonywujących typów i poczuciem humoru. Bardzo podobały mi się motywy domowe - zachowania dzieci, męża, relacje z teściami - samo życie! W swoim zabieganym świecie Kate znajduje czas na przyjaźń, pomoc innym, swoje zainteresowania, a przede wszystkim na pielęgnowanie relacji z mężem i dziećmi. Jak ona to robi? Przeczytajcie!
Bardzo dobra odprężająca po długim zapracowanym dniu lektura, przy której nie raz można się uśmiechnąć i do której lubię wracać.
Dlatego tak bardzo napaliłam się na film pod lekko zmienionym tutułem. I?
Obsada znana (strona filmu tutaj ). Całości dałabym czwórkę - film warty obejrzenia raz i wystarczy.
Zdenerwowało mnie posłodzenie go i zmiana zakończenia na bardziej hollywoodzkie. Sama postać Kate nie jest już tak wiarygodna jak w książce, bo choć grana przez Sarę Jessicę Parker nie powala mnie na kolana wiernością oryginałowi, a przede wszystkim pokazaniem bogactwa przeżyć i pomysłów . Bohaterka od początku kreowana jest na domową heroinę do śmierci wierną w każdym calu dzieciom i mężowi, a w książce mamy jednak bardziej realne sytuacje. Co by nie mówić film dobrze się ogląda, ale po książce więcej w głowie zostaje.
Wybór pozostawiam wam. Najlepiej jedno i drugie w wyżej wymienionej kombinacji ciupnąć np. w weekend.
Kolorowo
Warto raz jeszcze ( albo po raz pierwszy ) posłuchać 'What a wonderful world' w wykonaniu Louisa Armstronga, przeczytać poniższy kawałek z mojej fioletowej i ucieszyć się jakimś ogrodem - choćby najmniejszym. Mam marzenie,żeby po latach odwiedzić botaniczny, ale chyba się nie uda (?). Z ogrodu płynie jednak jakaś energia, jakaś chęć do życia, kiedy widzimy jak niepozorne roślinki zabierają się do życia, o tych okazałych nie mówiąc.
Świat jest pełen piękna i kolorów - szczególnie na wiosnę!
Świat jest pełen piękna i kolorów - szczególnie na wiosnę!
Wędrująca czekolada - candy !!!
Już kilka razy wzięłam udział w losowaniu wędrującej książki o króliku, ale niestety bez skutku.
Postanowiłam zorganizować podobna zabawę u mnie. A że ostatnio z nastrojem u mnie ciężko, leczę się czekoladą :)
Otóż...
Zabawa polega na tym,że:
- jest candy
-jest nagroda (przechodnia)
-trzeba pomyśleć
-trzeba coś zrobić
-trzeba zorganizować candy u siebie.
Po kolei.
Ja jako pierwsza organizuję candy - nagrodą jest przechodnia książka "Klub miłośniczek czekolady" Carol Matthews.
Kto chce wziąć udział w candy podpisuje się pod tym postem maksymalnie do 14 maja do godz. 23:59 i zamieszcza u siebie banerek- informację.W trakcie losowania 15 maja zostaje wyłoniony zwycięzca, który jest zobowiązany w ciągu 10 dni zorganizować takie samo candy na takich samych warunkach.
warunki:
- przeczytać otrzymana w przesyłce książkę - nagrodę
- zorganizować własne candy z tą książką jako nagrodą przechodnią w ciągu 10 dni od otrzymania jej
-podać jeden prosty przepis z użyciem czekolady w dowolnej postaci
-napisać kilka zdań o książce- nagrodzie ( może być krótkie streszczenie lub co mi się w niej podoba)
- można do paczki dla kolejnego zwycięzcy włożyć jakiś drobiażdżek z twórczości własnej, albo związany z czekoladą albo co chcecie ( nieobowiązkowo, ale jak fajnie, prawda?)
I tak kolejka idzie dalej. Coraz to nowe osoby czytają, podają nowe fajne przepisy, piszą nam co odkryły, poznajemy nowych ludzi i ich blogi i tak do końca świata i jeden dzień dłużej :)
Do zabawy zapraszam osoby prowadzące blogi, ale jeśli ktoś nie ma bloga, to możemy to zrobić w ten sposób,że jeśli wygra osoba bez bloga, to organizator candy bierze na siebie spełnienie warunków, których ona spełnić nie może - czyli w jej imieniu ( za porozumieniem) ogłasza nowe candy, publikuje przepis i opinie na temat książki oraz pilnuje, aby trafiła ona do kolejnego zwycięzcy.
Jeśli są chętni - serdecznie zapraszam! Oto banerek do wklejenia:
Mój przepis, a właściwie dwa w jednym, bo zaczynam łańcuszek.Oba szybkie i banalne.
Najpierw
PIANKOWE LIZAKI
Robią zawrotna karierę w necie już od conajmniej roku. I nie dziwota.Przymierzałam się do zrobienia wersji świąteczno- zimowej z reniferami, ale nie wyrobiłam się. Jeszcze zdążę;)
Potrzebujemy:
-paczki pianek marshmallow
-jednej gorzkiej czekolady
-posypki cukrowej w dowolnym kolorze
-patyczków do szaszłyków
Gorzką czekoladę topimy w garnuszku w kąpieli wodnej.W rozpuszczonej ale gęstej zanurzamy nabite na patyczki pianki, następnie zanurzamy w posypce i wbijamy w stabilny owoc lub warzywo do ostygnięcia. Ja wbiłam w duże jabłko.
Po zastygnięciu czekolady możemy zjeść od razu jako ładnego lizaczka albo użyć jako łyżeczki do kawy, kakao lub gorącej czekolady. Taka łyżeczka piankowa po zanurzeniu w kawusi rozpływa się w ryjku, nadaje też wspaniały smak pitemu napojowi.... MNIAMNIARAM!
Od razu przepis drugi - CIATECZKA WYCIERANE ( bo wycieramy różnymi dodatkami czekoladę z garnka)
Potrzebujemy:
- gorzkiej czekolady ( może być ta pozostała w garnuszku po lizakach piankowych) w dowolnej ilości. Dwie tabliczki spokojnie wystarczą na duży zapas ciasteczek.
- tzw wsad dowolny czyli np. pestki dyni, słonecznika itp., orzechy siekane, rodzynki, płatki owsiane podprażone na suchej patelni, rodzynki, suszone śliwki, suszone morele itp., malutkie kawałki herbatników, wafli - chodzi o produkty suche.
Do rozpuszczonej czekolady wsypujemy wsad dowolny ( ja zrobiłam z pestkami dyni,żeby otrzymać połaczenie brązu i zieleni) tak, aby całość przypominała gęstą owsiankę i łyżeczką wykładamy małymi porcjami na papier do pieczenia, aby zastygły.
Po zastygnięciu wsadzamy do szczelnego słoika lub puszki i przechowujemy zgodnie z terminem czekolady na opakowaniu. Oczywiście znikają równie szybko jak się je robi :)))
Takie ciasteczka są świetnym dodatkiem do kawy lub herbaty - serwujemy tylko jedno na smaczek obok łyżeczki!
Obie propozycje świetnie nadają się na prezenty na różne okazje małe i duże jako twórczość własna pieknie zapakowana i podana. Z lizaczków można robić bukiety jak z kwiatków ( takie ze zdjęcia dałm moim znajomym) i podawać je podczas przyjęć dla małych i dużych.Ciasteczka są bardzo zdrowe i pełne witamin.
O książce - nagrodzie.
Naprawdę bardzo fajne babskie czytadło.Idealne na wolny wieczór lub inną chwilę w ciągu dnia. Dobre do tramwaju lub autobusu. Historia 4 kobiet, które uwielbiaja czekoladę i regularnie spotykają się w ulubionej knajpce, aby w trakcie konsumpcji ulubionego deseru opowiadać o swoim życiu, śmiać się, płakać, radzić koleżanek.Ujmuje mnie w tej książce jej bezpretensjonalność i po prostu życiowe historie, które i nam wszystkim się przytrafiają. Jeśli szukacie chwili na relaks, to właśnie przy tej lekturze go znajdziecie. Książka niczego nie naśladuje ani nie udaje. Nie ma wysokich aspiracji, ale poprawia humor, wzmaga apetyt na czekoladę i życie! 'Małe kobietki' XXI wieku we współczesnym wydaniu!
Zapraszam do wspólnej zabawy!!!!!
Postanowiłam zorganizować podobna zabawę u mnie. A że ostatnio z nastrojem u mnie ciężko, leczę się czekoladą :)
Otóż...
Zabawa polega na tym,że:
- jest candy
-jest nagroda (przechodnia)
-trzeba pomyśleć
-trzeba coś zrobić
-trzeba zorganizować candy u siebie.
Po kolei.
Ja jako pierwsza organizuję candy - nagrodą jest przechodnia książka "Klub miłośniczek czekolady" Carol Matthews.
Kto chce wziąć udział w candy podpisuje się pod tym postem maksymalnie do 14 maja do godz. 23:59 i zamieszcza u siebie banerek- informację.W trakcie losowania 15 maja zostaje wyłoniony zwycięzca, który jest zobowiązany w ciągu 10 dni zorganizować takie samo candy na takich samych warunkach.
warunki:
- przeczytać otrzymana w przesyłce książkę - nagrodę
- zorganizować własne candy z tą książką jako nagrodą przechodnią w ciągu 10 dni od otrzymania jej
-podać jeden prosty przepis z użyciem czekolady w dowolnej postaci
-napisać kilka zdań o książce- nagrodzie ( może być krótkie streszczenie lub co mi się w niej podoba)
- można do paczki dla kolejnego zwycięzcy włożyć jakiś drobiażdżek z twórczości własnej, albo związany z czekoladą albo co chcecie ( nieobowiązkowo, ale jak fajnie, prawda?)
I tak kolejka idzie dalej. Coraz to nowe osoby czytają, podają nowe fajne przepisy, piszą nam co odkryły, poznajemy nowych ludzi i ich blogi i tak do końca świata i jeden dzień dłużej :)
Do zabawy zapraszam osoby prowadzące blogi, ale jeśli ktoś nie ma bloga, to możemy to zrobić w ten sposób,że jeśli wygra osoba bez bloga, to organizator candy bierze na siebie spełnienie warunków, których ona spełnić nie może - czyli w jej imieniu ( za porozumieniem) ogłasza nowe candy, publikuje przepis i opinie na temat książki oraz pilnuje, aby trafiła ona do kolejnego zwycięzcy.
Jeśli są chętni - serdecznie zapraszam! Oto banerek do wklejenia:
Mój przepis, a właściwie dwa w jednym, bo zaczynam łańcuszek.Oba szybkie i banalne.
Najpierw
PIANKOWE LIZAKI
Robią zawrotna karierę w necie już od conajmniej roku. I nie dziwota.Przymierzałam się do zrobienia wersji świąteczno- zimowej z reniferami, ale nie wyrobiłam się. Jeszcze zdążę;)
Potrzebujemy:
-paczki pianek marshmallow
-jednej gorzkiej czekolady
-posypki cukrowej w dowolnym kolorze
-patyczków do szaszłyków
Gorzką czekoladę topimy w garnuszku w kąpieli wodnej.W rozpuszczonej ale gęstej zanurzamy nabite na patyczki pianki, następnie zanurzamy w posypce i wbijamy w stabilny owoc lub warzywo do ostygnięcia. Ja wbiłam w duże jabłko.
Po zastygnięciu czekolady możemy zjeść od razu jako ładnego lizaczka albo użyć jako łyżeczki do kawy, kakao lub gorącej czekolady. Taka łyżeczka piankowa po zanurzeniu w kawusi rozpływa się w ryjku, nadaje też wspaniały smak pitemu napojowi.... MNIAMNIARAM!
Od razu przepis drugi - CIATECZKA WYCIERANE ( bo wycieramy różnymi dodatkami czekoladę z garnka)
Potrzebujemy:
- gorzkiej czekolady ( może być ta pozostała w garnuszku po lizakach piankowych) w dowolnej ilości. Dwie tabliczki spokojnie wystarczą na duży zapas ciasteczek.
- tzw wsad dowolny czyli np. pestki dyni, słonecznika itp., orzechy siekane, rodzynki, płatki owsiane podprażone na suchej patelni, rodzynki, suszone śliwki, suszone morele itp., malutkie kawałki herbatników, wafli - chodzi o produkty suche.
( moje ciasteczka zniknęły niestety przed zrobieniem zdjęć, zamieszczam więc poglądowe zdjęcie stąd, bo wyglądały prawie tak samo - dałam więcej czekolady)
Po zastygnięciu wsadzamy do szczelnego słoika lub puszki i przechowujemy zgodnie z terminem czekolady na opakowaniu. Oczywiście znikają równie szybko jak się je robi :)))
Takie ciasteczka są świetnym dodatkiem do kawy lub herbaty - serwujemy tylko jedno na smaczek obok łyżeczki!
Obie propozycje świetnie nadają się na prezenty na różne okazje małe i duże jako twórczość własna pieknie zapakowana i podana. Z lizaczków można robić bukiety jak z kwiatków ( takie ze zdjęcia dałm moim znajomym) i podawać je podczas przyjęć dla małych i dużych.Ciasteczka są bardzo zdrowe i pełne witamin.
O książce - nagrodzie.
Naprawdę bardzo fajne babskie czytadło.Idealne na wolny wieczór lub inną chwilę w ciągu dnia. Dobre do tramwaju lub autobusu. Historia 4 kobiet, które uwielbiaja czekoladę i regularnie spotykają się w ulubionej knajpce, aby w trakcie konsumpcji ulubionego deseru opowiadać o swoim życiu, śmiać się, płakać, radzić koleżanek.Ujmuje mnie w tej książce jej bezpretensjonalność i po prostu życiowe historie, które i nam wszystkim się przytrafiają. Jeśli szukacie chwili na relaks, to właśnie przy tej lekturze go znajdziecie. Książka niczego nie naśladuje ani nie udaje. Nie ma wysokich aspiracji, ale poprawia humor, wzmaga apetyt na czekoladę i życie! 'Małe kobietki' XXI wieku we współczesnym wydaniu!
Zapraszam do wspólnej zabawy!!!!!
Niespodzianka u Doroty
Umówiłyśmy się z Ulą i Dorotą na cykliczne spotkanie spontaniczne, bo widziałyśmy się ostatnio w lutym i to wstyd tak długo ze sobą nie rozmawiać.
Upiekłam ciasto, wzięłam kilka drobiazgów dla dziewczyn i ...
Na wstępie, czyli zanim usiadłam do stołu czekało mnie ogromne zaskoczenie - dziewczyny postanowiły obejść moje urodziny trochę wcześniej i przygotowały przyjęcie- niespodziankę. Dostałam fantastyczny prezent ( różności do ciast, książki z przepisami i piękny karmnik dla ptaków w kształcie dzwonka !), piękne kwiaty i babę ( drożdżowe panettone) od bab oraz dmuchałam symboliczną świeczkę pomyślawszy wcześniej życzenie.
Dawno nikt mnie tak nie zaskoczył. Co za fantastyczne uczucie!
A potem było tylko lepiej. Wspaniałe przyjęcie, które przygotowała Dorota. Zobaczcie jakie pyszności i przygotujcie podobne na najbliższą okazję.Mniam!
Upiekłam ciasto, wzięłam kilka drobiazgów dla dziewczyn i ...
Na wstępie, czyli zanim usiadłam do stołu czekało mnie ogromne zaskoczenie - dziewczyny postanowiły obejść moje urodziny trochę wcześniej i przygotowały przyjęcie- niespodziankę. Dostałam fantastyczny prezent ( różności do ciast, książki z przepisami i piękny karmnik dla ptaków w kształcie dzwonka !), piękne kwiaty i babę ( drożdżowe panettone) od bab oraz dmuchałam symboliczną świeczkę pomyślawszy wcześniej życzenie.
Dawno nikt mnie tak nie zaskoczył. Co za fantastyczne uczucie!
A potem było tylko lepiej. Wspaniałe przyjęcie, które przygotowała Dorota. Zobaczcie jakie pyszności i przygotujcie podobne na najbliższą okazję.Mniam!
Dolne zdjęcie to sałatka jarzynowa zawinięta w plastry wędliny i zalana na talerzu bulionem z żelatyną - no genialne to jest!
A tu fondue czekoladowe. Banany suszone włąsnoręcznie przez Dorotę w suszarce:
Nawet dekoracja stołu była w wiosennych kolorach - rozsypane kolorowe kryształki.
Ja na fali zachwytu piankami marshmallows przygotowałam ciasto bez pieczenia z pianek właśnie, likieru miętowego i ciastek oreo:
Ciekawe połączenie bardzo delikatnej pianki o lekko miętowo-słodkim smaku z twardszym spodem z kruchych ciasteczek i gorzkiej czekolady. Niebanalny i piękny w kolorze deser. Przepis i historia ciasta oczywiście stąd. Nawet jeśli nie zrobicie ( choć jest naprawdę banalne i szybkie! to chociaż poczytajcie o nim - warto!)
Dorota specjalnie dla nas zmieliła pachnącą kawę, więc ukroiłyśmy sobie po sporym kawałku i dawaj!
Na początku był jeszcze żurek, ale rzuciłyśmy się na niego jak zgłodniałe sępy i nawet nie zdążyłam zrobić zdjęcia:)
Przedpołudnie przeciągnęło się do popołudnia, bo tematów miałyśmy pod dostatkiem.Było bosko!!!!
Jeszcze raz dzięki dziewczyny!!!!
Jak wiadomo dobre są wesela, lepsze poprawiny. Obiecałam dziewczynom, że oficjalną imprezę uczynię niebawem i wykorzystam przepisy z otrzymanych książek jako inspirację. Może nawet uda się w szerszym gronie? Oby!
Wielkanocnie
Wbrew pogodzie ( śnieżna zawierucha i zimno), bałaganowi nie do końca ogarniętemu i innym czynnikom zew i wew śniadanie wielkanocne się odbyło.
Ja byłam odpowiedzialna za część słodką i oto co przygotowałam:
- sernik wykwintny - tradycyjnie już z ulubionego bloga, przepis tutaj. Nie upiekę już innego, bo przebił wszystkie dotychczasowe po prostu. Leciutki, odpowiednio słodki, prosty jak stół o pięknym złotym kolorze znikał w paszczach aż miło. Z 1,80 kg sera wyszła mi duża blacha ( nie dekorowana) oraz tortownica dekorowana jak na załączonym obrazku:
-tradycyjne makowce ze starej jak świat Kuchni Polskiej, które zawsze piekę i skorzystałam po raz kolejny z porady, żeby piec je w papierze do pieczenia, a nie w blaszkach. Wyszły idealnie zwinięte, równiutkie, pięknie upieczone i nie popękały. Też ozdobiłam:
Zrobiłam też super ekstra błyskawiczny mazurek. Przepis znajdziecie na końcu posta i radzę wam go wykonać! Jest naprawdę jednym z najszybszych i najlepszych ciast jakie znam.
Jest nie tylko szybki w robocie, ale błyskawicznie znika w ryjkach krewnych i znajomych, bo nie mdły, ciekawy w smaku. Można potraktować go jak po prostu ciasto/deser całoroczny i ozdobić według upodobań. Moja wersja mazurka:
Zgłosiłam go na konkurs. I nawet jak nie wygram, to i tak wielką frajdę sprawiło mi przygotowanie go i jedzenie. Bardzo polecam - zwłaszcza niewprawnym kucharzom, bo wychodzi zawsze i prosty jak konstrukcja cepa, a można błysnąć ;)
Udało mi sie też zrobić świateczną dekorację i kilka pisanek:
Znajomi z pracy zrobili mi wspaniała niespodziankę i dostałam pięknego ciastowego barana z pysznymi przyległościami. Zajął honorowe miejsce na komodzie jako dekoracja.
Ozdoby wykonały też chłopaki w przedszkolu i miały one swój kącik sławy i chwały:
Ponieważ we właściwym czasie nie zamieściłam życzeń Wielkanocnych - kilka słów teraz :
Życzę z całego serca wszystkim czytelnikom, aby moc minionej Wielkiej Nocy starczyła na cały rok i wniosła prawdziwą wiosnę w nasze serca, abyśmy wszyscy z martwych wstali. I to jak najszybciej!!!!
Obiecany przepis na mazurek wzięty z gazety 'Olivia' nr 4/2012 str.112
MAZUREK CZEKOLADOWO-ORZECHOWY
230 g herbatników szkolnych ( ptiberów)
200 g masy krówkowej z puszki
150 g masła
50 g orzechów laskowych
100 g ( 1 tabliczka) czekolady gorzkiej
3 łyżki płynnej kremówki
Wyłóż blachę ( ok.19x22) papierem do pieczenia.
Herbatniki włóż do woreczka foliowego, i wałkiem rozkrusz na miazgę.Orzechy posiekaj .Masło i masę krówkową podgrzej w garnku na małym ogniu. Wymieszaj z herbatnikami i orzechami na gładka masę.
Wylej masę na blachę i równo rozprowadź. Wstaw do lodówki na 3 godziny.Roztop czekoladę razem ze śmietaną ( nie gotuj!) i wylej na stężałą masę.Włóż do lodówki na godzinę. Udekoruj jak lubisz.
Wprowadzone przeze mnie zmiany to podwojenie składników, masa krówkowa o smaku truflowym z alkoholem oraz dodanie 4 łyżek brandy. W smaku wyszedł bardziej czekoladowo-truflowy.
Do dekoracji wykorzystałam pisaki cukrowe Dr. Oetkera, opłatkowe dekoracje na mufinki z motylkami oraz posypkę w kształcie kolorowych motylków firmy tortownia.pl
Mazurek zniknął błyskawicznie. Jest banalny, pyszny, nie zatykający, robi się go w mgnieniu oka. Nie trzeba nawet czekać tak długo jak w przepisie,żeby oblać go polewą. Mnie wystarczyła godzinka.Według mnie jest uniwersalnym szybkim ciastem na cały rok, a zwłaszcza na miesiące jesienne ( orzechy). Można go dowolnie urozmaicać bakaliami i innymi lubianymi dodatkami. Dla mnie przepis idealny - bardzo go polecam.
Ja byłam odpowiedzialna za część słodką i oto co przygotowałam:
- sernik wykwintny - tradycyjnie już z ulubionego bloga, przepis tutaj. Nie upiekę już innego, bo przebił wszystkie dotychczasowe po prostu. Leciutki, odpowiednio słodki, prosty jak stół o pięknym złotym kolorze znikał w paszczach aż miło. Z 1,80 kg sera wyszła mi duża blacha ( nie dekorowana) oraz tortownica dekorowana jak na załączonym obrazku:
-tradycyjne makowce ze starej jak świat Kuchni Polskiej, które zawsze piekę i skorzystałam po raz kolejny z porady, żeby piec je w papierze do pieczenia, a nie w blaszkach. Wyszły idealnie zwinięte, równiutkie, pięknie upieczone i nie popękały. Też ozdobiłam:
Zrobiłam też super ekstra błyskawiczny mazurek. Przepis znajdziecie na końcu posta i radzę wam go wykonać! Jest naprawdę jednym z najszybszych i najlepszych ciast jakie znam.
Jest nie tylko szybki w robocie, ale błyskawicznie znika w ryjkach krewnych i znajomych, bo nie mdły, ciekawy w smaku. Można potraktować go jak po prostu ciasto/deser całoroczny i ozdobić według upodobań. Moja wersja mazurka:
Zgłosiłam go na konkurs. I nawet jak nie wygram, to i tak wielką frajdę sprawiło mi przygotowanie go i jedzenie. Bardzo polecam - zwłaszcza niewprawnym kucharzom, bo wychodzi zawsze i prosty jak konstrukcja cepa, a można błysnąć ;)
Udało mi sie też zrobić świateczną dekorację i kilka pisanek:
Znajomi z pracy zrobili mi wspaniała niespodziankę i dostałam pięknego ciastowego barana z pysznymi przyległościami. Zajął honorowe miejsce na komodzie jako dekoracja.
Ozdoby wykonały też chłopaki w przedszkolu i miały one swój kącik sławy i chwały:
Ponieważ we właściwym czasie nie zamieściłam życzeń Wielkanocnych - kilka słów teraz :
Życzę z całego serca wszystkim czytelnikom, aby moc minionej Wielkiej Nocy starczyła na cały rok i wniosła prawdziwą wiosnę w nasze serca, abyśmy wszyscy z martwych wstali. I to jak najszybciej!!!!
Obiecany przepis na mazurek wzięty z gazety 'Olivia' nr 4/2012 str.112
MAZUREK CZEKOLADOWO-ORZECHOWY
230 g herbatników szkolnych ( ptiberów)
200 g masy krówkowej z puszki
150 g masła
50 g orzechów laskowych
100 g ( 1 tabliczka) czekolady gorzkiej
3 łyżki płynnej kremówki
Wyłóż blachę ( ok.19x22) papierem do pieczenia.
Herbatniki włóż do woreczka foliowego, i wałkiem rozkrusz na miazgę.Orzechy posiekaj .Masło i masę krówkową podgrzej w garnku na małym ogniu. Wymieszaj z herbatnikami i orzechami na gładka masę.
Wylej masę na blachę i równo rozprowadź. Wstaw do lodówki na 3 godziny.Roztop czekoladę razem ze śmietaną ( nie gotuj!) i wylej na stężałą masę.Włóż do lodówki na godzinę. Udekoruj jak lubisz.
Wprowadzone przeze mnie zmiany to podwojenie składników, masa krówkowa o smaku truflowym z alkoholem oraz dodanie 4 łyżek brandy. W smaku wyszedł bardziej czekoladowo-truflowy.
Do dekoracji wykorzystałam pisaki cukrowe Dr. Oetkera, opłatkowe dekoracje na mufinki z motylkami oraz posypkę w kształcie kolorowych motylków firmy tortownia.pl
Mazurek zniknął błyskawicznie. Jest banalny, pyszny, nie zatykający, robi się go w mgnieniu oka. Nie trzeba nawet czekać tak długo jak w przepisie,żeby oblać go polewą. Mnie wystarczyła godzinka.Według mnie jest uniwersalnym szybkim ciastem na cały rok, a zwłaszcza na miesiące jesienne ( orzechy). Można go dowolnie urozmaicać bakaliami i innymi lubianymi dodatkami. Dla mnie przepis idealny - bardzo go polecam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)































