Planowałam zawrzeć w jednym poście wrażenia i przepisy walentynkowe oraz wyniki candy, ale zrobiła się tego taka góra,że rozdzielam, bo się nie da.
Wszystkich ciekawych co to są Walentyny na czele z Nutą pozostawiam w niepewności do jutra.
A teraz w końcu o candy.
Wzięło w nim udział 59 osób - bardzo dziękuje za zainteresowanie. Nie spodziewałam się takiej popularności!!!!
Słowa komentarza AW ( mail wara44) to sobie chyba wytatuuję na losowo wybranej części ciała, a już na pewno przekażę menedżerce avonu! Kochana, powinnaś pracować jako copywrighter!
Dziękuję za wszystkie zaproszenia na wasze blogi, ciepłe słowa pod adresem mojego bloga i tym, co robię.
Dziękuję wszystkim nowym obserwatorom- mam nadzieję,że zostaniecie w moim zakątku, a starych i wytrwałych pozdrawiam gorąco!!!!
Przy okazji dziękuje matce Whitney Houston:)))
Przypominam nagrodę:
Do kubeczków wsypałam pyszne draże z orzeszkami, a oprócz karteczek z cytatami z kalendarza walentynkowego zwycięzca otrzymuje książeczkę na walentynki!
Metodą tradycyjną, czyli włochata łapa małża grzebie w torbie pełnej losów ( ją również dokładam do paczki, torbę- nie łapę!) wyłaniamy szczęśliwego zwycięzcę, którym zostaje:
Bardzo bardzo bardzo serdecznie gratuluję i proszę o adres do wysyłki pocztowej - jutro biegnę do urzędu!
Muszę chyba szybko urządzić znowu nowe pełnowymiarowe candy z nagrodą dla wszystkich,bo to jednak głupio,że tylko jedna osoba wygrywa...
I na koniec wielka walentynka dla wszystkich - wiersz Czesława Miłosza, próba definicji miłości.
Znam ten tekst od bardzo dawna, ale za każdym razem widzę w nim coś nowego i inaczej go interpretuję. Myślę,że dobry na dzisiejsze święto, taki normalny zwyczajny, a studzienka głęboka.
Życzę wszystkim wspaniałych walentynek i oceanu miłości w życiu!!!
motor
Walentynki są codziennie, tylko my obchodzimy je raz do roku...
czwartek, 14 lutego 2013
Postny post
Dziś zgodnie z Popielcem: postnie i oszczędnie. Wklejam już po północy, bo przygotowywałam walentynki, ale o czerwonym szaleństwie - jutro ( tzn. dziś, ale po dawce snu:))
Kto nie ma możliwości uczestniczenia w rekolekcjach wielkopostnych gdzieś w kościele, a chciałby posłuchać kogoś mądrego, polecam rekolekcje w sieci:
http://gloria24.pl/internetowe-rekolekcje-zakochany-skazaniec-zapowiedz
a kartka ( ostatnia w kalendarzu!) na dziś to:
Kto nie ma możliwości uczestniczenia w rekolekcjach wielkopostnych gdzieś w kościele, a chciałby posłuchać kogoś mądrego, polecam rekolekcje w sieci:
http://gloria24.pl/internetowe-rekolekcje-zakochany-skazaniec-zapowiedz
a kartka ( ostatnia w kalendarzu!) na dziś to:
wtorek, 12 lutego 2013
Jeszcze o... zeszłorocznych ślubach
W minionym roku byłam na dwóch i dwóch weselach, w tym roku jestem zaproszona na trzy śluby i dwa wesela.
Od kiedy przygotowywałam swój ślub i wesele, niesamowitą przyjemność sprawia mi uczestniczenie w tych ceremoniach. Dziś ślub to jest osobny temat, osobna instytucja, tyle możliwości i gadżetów,że głowa boli. Pojawiły się nowe tradycje i zwyczaje.
Jak wielokrotnie się przekonałam to nie ilość pieniędzy włożona w organizację ( choć sama impreza do tanich nie należy), ale przede wszystkim pomysłowość i serce do takich imprez gwarantują dobra zabawę wszystkim. Oczywiście nie należy zapominać o Młodej Parze jako bohaterach dnia i wieczoru, w końcu to oni dyktują ton, ale potrzebne jest to'coś', co sprawia,że dany ślub i wesele jest wyjątkowe i długo pamiętane.
Dwa śluby, dwa miejsca, dwie różne pary.Wspominam o nich dzisiaj, bo dopiero od niedawna mam komplet zdjęć. A temat ślubów jest bardzo bliski walentynkom, które już za dwa dni.
Gosia i Krzysztof.
Najgorętszy dzień jaki kiedykolwiek przeżyłam. Nawet prawdziwą Saharę wspominam lepiej. Dosłownie żar lał się z nieba. A oni przejęci, zakochani, w innym świecie. Ślub w małej kaplicy sióstr w małej miejscowości pod Tarnowem, wesele w pobliskiej restauracji. Urzekło mnie to,że oboje chcieli, aby to było tradycyjne wesele. I pod paroma szczególnymi względami - było. I było wyjątkowe.
Po błogosławieństwie w domu panny młodej ( u młodego też było) cały orszak z młodymi na czele przeszedł do kościoła. Cudny widok i piękna tradycja orszaków weselnych. Przypomniały mi się zdjęcia moich rodziców z ich wesela- tak samo było 50 lat temu! I koronkowa parasolka Panny Młodej - jak z zeszłego stulecia...
Malutka kaplica, kuzyn, który przejęty przeczytał pierwsze czytanie. Ksiądz, który o Adamie i Ewie w raju mówił krótko i z sensem. A potem przyjęcie w restauracji, w której przy tej temperaturze klimatyzacja ledwo nadążała. Mimo ciężkich warunków pogodowych goście bawili się świetnie! Mnie urzekł leciwy dziadek Panny Młodej, który bawił się najlepiej ze wszystkich przy muzyce zespołu weselnego dając przykład imprezowania starej gwardii. A o północy prezent jednego z gości dla Młodych- piękny pokaz ogni sztucznych! Oj było na co popatrzeć!!!!
Danusia i Piotr.
Oboje z Krakowa, więc ślub również w Krakowie- w klimatycznym kościele Bożego Ciała. Zaprzyjaźniony ksiądz z przemiłym i wesołym kazaniem. Oboje postanowili,że nie chcą kwiatów, ale zbierają maskotki i dary dla potrzebujących dzieci. Utonęli w pluszakach!!! Wesele na pobliskim Kazimierzu - również rzut beretem, w bardzo eleganckiej hotelowej restauracji. Pięknie przybrane stoły i dekoracje potraw pamiętam do tej pory. Wrażenie zrobił na mnie szczególnie szwedzki stół. Grał DJ- wesoło i pod nogę.Pierwszy taniec- jeden z najładniejszych , jakie widziałam!!!! Szczególnym było to,że 90% osób na sali stanowili młodzi- znajomi i przyjaciele Państwa Młodych. Było rzucanie czym popadnie, wzruszające podziękowania dla rodziców i dobra zabawa do białego rana!
O obu imprezach długo by mówić, bo momenty były!!!!.
Ja skrzętnie kolekcjonuję wszystkie zaproszenia ślubne i lubię wspominać co szczególnego wydarzyło się na każdej z nich. Już przebieram nogami i nie mogę doczekać się majowych i czerwcowych ślubów i wesel.
Ciekawe, czym zaskoczą mnie Państwo Młodzi w tym roku?
A kartka na dziś to:
Od kiedy przygotowywałam swój ślub i wesele, niesamowitą przyjemność sprawia mi uczestniczenie w tych ceremoniach. Dziś ślub to jest osobny temat, osobna instytucja, tyle możliwości i gadżetów,że głowa boli. Pojawiły się nowe tradycje i zwyczaje.
Jak wielokrotnie się przekonałam to nie ilość pieniędzy włożona w organizację ( choć sama impreza do tanich nie należy), ale przede wszystkim pomysłowość i serce do takich imprez gwarantują dobra zabawę wszystkim. Oczywiście nie należy zapominać o Młodej Parze jako bohaterach dnia i wieczoru, w końcu to oni dyktują ton, ale potrzebne jest to'coś', co sprawia,że dany ślub i wesele jest wyjątkowe i długo pamiętane.
Dwa śluby, dwa miejsca, dwie różne pary.Wspominam o nich dzisiaj, bo dopiero od niedawna mam komplet zdjęć. A temat ślubów jest bardzo bliski walentynkom, które już za dwa dni.
Gosia i Krzysztof.
Najgorętszy dzień jaki kiedykolwiek przeżyłam. Nawet prawdziwą Saharę wspominam lepiej. Dosłownie żar lał się z nieba. A oni przejęci, zakochani, w innym świecie. Ślub w małej kaplicy sióstr w małej miejscowości pod Tarnowem, wesele w pobliskiej restauracji. Urzekło mnie to,że oboje chcieli, aby to było tradycyjne wesele. I pod paroma szczególnymi względami - było. I było wyjątkowe.
Po błogosławieństwie w domu panny młodej ( u młodego też było) cały orszak z młodymi na czele przeszedł do kościoła. Cudny widok i piękna tradycja orszaków weselnych. Przypomniały mi się zdjęcia moich rodziców z ich wesela- tak samo było 50 lat temu! I koronkowa parasolka Panny Młodej - jak z zeszłego stulecia...
Malutka kaplica, kuzyn, który przejęty przeczytał pierwsze czytanie. Ksiądz, który o Adamie i Ewie w raju mówił krótko i z sensem. A potem przyjęcie w restauracji, w której przy tej temperaturze klimatyzacja ledwo nadążała. Mimo ciężkich warunków pogodowych goście bawili się świetnie! Mnie urzekł leciwy dziadek Panny Młodej, który bawił się najlepiej ze wszystkich przy muzyce zespołu weselnego dając przykład imprezowania starej gwardii. A o północy prezent jednego z gości dla Młodych- piękny pokaz ogni sztucznych! Oj było na co popatrzeć!!!!
Danusia i Piotr.
Oboje z Krakowa, więc ślub również w Krakowie- w klimatycznym kościele Bożego Ciała. Zaprzyjaźniony ksiądz z przemiłym i wesołym kazaniem. Oboje postanowili,że nie chcą kwiatów, ale zbierają maskotki i dary dla potrzebujących dzieci. Utonęli w pluszakach!!! Wesele na pobliskim Kazimierzu - również rzut beretem, w bardzo eleganckiej hotelowej restauracji. Pięknie przybrane stoły i dekoracje potraw pamiętam do tej pory. Wrażenie zrobił na mnie szczególnie szwedzki stół. Grał DJ- wesoło i pod nogę.Pierwszy taniec- jeden z najładniejszych , jakie widziałam!!!! Szczególnym było to,że 90% osób na sali stanowili młodzi- znajomi i przyjaciele Państwa Młodych. Było rzucanie czym popadnie, wzruszające podziękowania dla rodziców i dobra zabawa do białego rana!
O obu imprezach długo by mówić, bo momenty były!!!!.
Ja skrzętnie kolekcjonuję wszystkie zaproszenia ślubne i lubię wspominać co szczególnego wydarzyło się na każdej z nich. Już przebieram nogami i nie mogę doczekać się majowych i czerwcowych ślubów i wesel.
Ciekawe, czym zaskoczą mnie Państwo Młodzi w tym roku?
A kartka na dziś to:
poniedziałek, 11 lutego 2013
Podwójne urodziny jako ciąg imprez styczniowo-lutowych
Tradycyjnie na przełomie stycznia i lutego w zależności od ferii zimowych i innych czynników Dorota i Kamila obchodzą wspólne urodziny i rodzinnie na nich imprezujemy. Moim prezentem dla dziewczynek są torty ich marzeń. W tym roku Dorota zażyczyła sobie ( jak zwykle) tort czekoladowy z dekoracją ku swojej czci, a Kamila tort z papugami z masą borówkową. Po trzech dniach roboty powstały. Uff...To jednak jest spory maraton. A papugi dlatego,że od niedawna mieszkają dwie faliste u Kamili w pokoju. To na torcie też musiały.
Najpierw tort Doroty ( po starszeństwie) - przepis na ciasto stąd, niezawodna masa stąd. Na wierzchu polewa z gorzkiej czekolady i wykonane przeze mnie ozdoby z lukru plastycznego - medal ze smaku czekoladowego ze złotym barwnikiem oraz reszta z lukru w kolorze rubinowym. Wykonałam medal z ilością lat jako nagrodę za całokształt dokonań :) A falbana to dekoracja stołu prezydialnego, przy którym siedzi komisja i wręcza:)))) Do środka tortu weszły jeszcze gładko wisienki z wiśniówki ( dzięki Marta!!! Zostawiłam je na tę okazję- są boskie!!!!) oraz poncz czyli wiśniówka lubelska.
Tort Kamili - niezawodny biszkopt rzucany oraz masa borówkowa moja autorska. Przepis na końcu posta.
Na wierzchu polewa krówkowa oraz ozdoby z lukru-masy Wiltona w kolorze niebieskim i żółtym, białego i niebieskiego plastycznego, brokatu cukierniczego i czekoladki duplo ( gałązka).Chodziło o odwzorowanie papużek w klatce oraz obrośnięcie tortu piórkami. Dzięki magicznej końcówce do wyciskania listków udało mi się stworzyć wrażenie piórek.
Były też oczywiście fontanny tortowe, świeczki i świeczka grająca w kształcie niebieskiego kwiatu.
A dziewczynki uśmiechnięte, zadowolone i obsypane kwiatami:
Działo się! I to najlepsze, jak już nas niestety nie było, bo musieliśmy wracać ze Stanisławem do domu spać. Impreza trwała do późnych godzin nocnych:)
masa borówkowa, którą wymyśliłam sama:
- 2 serki mascarpone po 250 g ( jeden serek=jedna warstwa masy)
-dżem borówkowy niskosłodzony ( kupiłam ten z ikei i faktycznie jest wart swojej ceny)
-mrożone borówki ( małż kupił pół kilo, ale ile dacie, to dobrze)
Serek wymieszać delikatnie z kilkoma łyżkami dżemu ( do smaku, ja dałam ok. 6 łyżek) i na końcu delikatnie wsypać mrożone borówki.Krem ma zabójczy kolor!!!! Jest pyszny, leciutki, mocno borówkowy. Najlepszy ze świeżymi borówkami w lecie. Można go jeść samodzielnie jako krem, można użyć jako nadzienie do kruchych babeczek, wafelków itp. można włożyć do rolady biszkoptowej. Właściwie można wszystko, bo konsystencja dobra i smak przedni. Dobrze go troszkę schłodzić przed zjedzeniem, bo jest bardziej zwarty, ale zaraz po zrobieniu nie rozpływa się. Jeśli musi zaczekać na zjedzenie- przechowujemy jak serek - w lodówce. Wspomnienie lata w środku zimy i borówkowa uczta w lecie. Koniecznie wypróbujcie!!!!
I dzisiejsza kartka z kalendarza (choć właściwie lepiej pasuje do wczorajszego dnia z musicalem):
Najpierw tort Doroty ( po starszeństwie) - przepis na ciasto stąd, niezawodna masa stąd. Na wierzchu polewa z gorzkiej czekolady i wykonane przeze mnie ozdoby z lukru plastycznego - medal ze smaku czekoladowego ze złotym barwnikiem oraz reszta z lukru w kolorze rubinowym. Wykonałam medal z ilością lat jako nagrodę za całokształt dokonań :) A falbana to dekoracja stołu prezydialnego, przy którym siedzi komisja i wręcza:)))) Do środka tortu weszły jeszcze gładko wisienki z wiśniówki ( dzięki Marta!!! Zostawiłam je na tę okazję- są boskie!!!!) oraz poncz czyli wiśniówka lubelska.
Tort Kamili - niezawodny biszkopt rzucany oraz masa borówkowa moja autorska. Przepis na końcu posta.
Na wierzchu polewa krówkowa oraz ozdoby z lukru-masy Wiltona w kolorze niebieskim i żółtym, białego i niebieskiego plastycznego, brokatu cukierniczego i czekoladki duplo ( gałązka).Chodziło o odwzorowanie papużek w klatce oraz obrośnięcie tortu piórkami. Dzięki magicznej końcówce do wyciskania listków udało mi się stworzyć wrażenie piórek.
Były też oczywiście fontanny tortowe, świeczki i świeczka grająca w kształcie niebieskiego kwiatu.
A dziewczynki uśmiechnięte, zadowolone i obsypane kwiatami:
Działo się! I to najlepsze, jak już nas niestety nie było, bo musieliśmy wracać ze Stanisławem do domu spać. Impreza trwała do późnych godzin nocnych:)
masa borówkowa, którą wymyśliłam sama:
- 2 serki mascarpone po 250 g ( jeden serek=jedna warstwa masy)
-dżem borówkowy niskosłodzony ( kupiłam ten z ikei i faktycznie jest wart swojej ceny)
-mrożone borówki ( małż kupił pół kilo, ale ile dacie, to dobrze)
Serek wymieszać delikatnie z kilkoma łyżkami dżemu ( do smaku, ja dałam ok. 6 łyżek) i na końcu delikatnie wsypać mrożone borówki.Krem ma zabójczy kolor!!!! Jest pyszny, leciutki, mocno borówkowy. Najlepszy ze świeżymi borówkami w lecie. Można go jeść samodzielnie jako krem, można użyć jako nadzienie do kruchych babeczek, wafelków itp. można włożyć do rolady biszkoptowej. Właściwie można wszystko, bo konsystencja dobra i smak przedni. Dobrze go troszkę schłodzić przed zjedzeniem, bo jest bardziej zwarty, ale zaraz po zrobieniu nie rozpływa się. Jeśli musi zaczekać na zjedzenie- przechowujemy jak serek - w lodówce. Wspomnienie lata w środku zimy i borówkowa uczta w lecie. Koniecznie wypróbujcie!!!!
I dzisiejsza kartka z kalendarza (choć właściwie lepiej pasuje do wczorajszego dnia z musicalem):
Już świętujemy wyjściowo i filmowo
Postanowiliśmy już wczoraj ze znajomymi uświęcić Walentynki, bo w tygodniu jak wiadomo zamieszanie i trudno będzie w spokoju gdzieś wyjść.
Na początek wybraliśmy się do restauracji 'Wesele' na Rynku Głównym. Zdjęcia ze strony restauracji, o tej po prostu są lepsze :)) Jak doczytałam, została też wymieniona w przewodniku Michelina.
Jeśli szukacie dobrego jedzenia w ścisłym centrum Krakowa, to mogę to miejsce śmiało polecić. Położenie piękne- z widokiem na kościółek św. Wojciecha. Wystrój bardzo oryginalny- niby nawiązanie do wiejskiej chaty, ale spokojne i z umiarem, żadna 'wioska tańczy'. Na stołach świeże kwiaty i bardzo fajna muzyka, która towarzyszyła nam przez cały czas biesiadowania- mieszanka różnych stylów i znanych kawałków, bardzo dla ucha przyjemna.
Co do cen i menu - nie jest to Kazimierz, więc i porcje mniejsze ( ale wykwintniejsze) i ceny nieco wyższe, ale choć nie wyszliśmy objedzeni jak beki, dania zdecydowanie warte swojej ceny- świeże, smaczne, pięknie podane. Śmialiśmy się,że choć okres Bożego Narodzenia się skończył, kucharz ozdabia talerze choinką :)))), ale była na tyle dobra,że i ona zniknęła. Bardzo miła obsługa. Może to standard dzisiaj, ale byłam mile zaskoczona troską pani kelnerki.
Napaliłam się na borowiki w cieście francuskim i byłam bardzo zadowolona, bo w lutym smakowały jak prosto z lasu- pachnące i w pysznym sosiku. A polędwiczkami wieprzowymi w formie szaszłyka byłam naprawdę zachwycona! Nie ma jak pyszne jedzonko :))))
Przemiło siedziało się nam w lokalu: zmrok zapadał, dorożki leniwie kursowały, tłumów na Rynku nie było, więc wszystko pięknie podane w oknie. Noc jak bas, księżyc wysoko jak sopran - cytując poetę.Śmialiśmy się tylko z wozów patrolowych policji,że suki jeżdżą jak za dawnych lat, ale teraz to są ekskluzywne suczki:)
Jedynym minusem dla mnie było to,że siedzieliśmy przy oknie i wiało chłodem:(
A potem wylądowaliśmy w kinie Kijów na 'Nędznikach'. Strona filmu tutaj .
Uczucia mieszane. Napalałam się na ten film, bo obsada naprawdę zacna. Historia ( mnie) znana i warta opowiedzenia, ale... znalazło się jednak kilka 'ale'.
Nie przekonuje mnie forma musicalu zastosowana do tej historii, a przynajmniej sposób w jaki jest skonstruowana. Wiadomo,że musical, to widowisko słowno-muzyczne i piosenki wystąpić muszą, a w tej wersji raczej wydaje się to paraoperą niż musicalem. Brakuje scen mówionych, które napędzają akcję i w efekcie film miejscami nuży.Aktorzy super, ale nie wszyscy są śpiewakami klasy 's' i to słychać. A 2-3 świetne głosy nie ratują sytuacji, choć chylimy przed nimi czoła ( Amanda Seyfried, Anne Hathaway,Hugh Jackman). Przez konwencję śpiewu stałego trudno wychwycić 'numery śpiewane', bo zlewają się z całością. Muzyka przyjemna, ale nie porywa. Nie zapamiętałam ani jednej piosenki, choć dwie w trakcie filmu są rozpoznawalne, bo na nich opiera się całość muzyki.
Aktorstwo bardzo dobre, choć w jednej scenie zaskoczył mnie negatywnie Russel Crowe- nie wiedział, co zrobić z rękami ;) Wygląda na to,że Hathaway dostanie oscara, bo bardzo przekonywająco zagrała Fantine, choć rola krótka, ale przejmująca. Cieszę się,że Jackman zagrał Valjeana, a Crowe -Javerta, bo to dowód na to,że zostaną zapamiętani nie tylko jako Volverine i Gladiator- w końcu to świetni aktorzy wszechstronni.
Bardzo podobała mi się w filmie scenografia i charakteryzacja - zwłaszcza dbałość o zęby aktorów. Jak Fantine wyrywa zęba dla pieniędzy, to to widać! Tak samo jak to,że ich nie myje, a lud Paryża ma szkorbut i pali na potęgę. Nędzarze wyglądają jak nędzarze, a najbardziej pozytywni bohaterowie nie paradują w idealnie czystych okryciach i ze świeżutkim i nieskazitelnym makijażem. Brawo!
Bardzo ciekawym wątkiem filmowym jest małżeństwo Thenardierów grane przez Helenę Bonham-Carter i Sashę Barona Cohena - z jednej strony są częścią tej historii, a jednak w specyficzny dla siebie siebie sposób gry i charakteryzację ożywiają opowieść, bo oto znów widzimy Królową Kier i Borata, ale z innej epoki.
Trudno opowiada się dwutomową powieść o tak specyficznym stylu i naprawdę niemożliwe jest zawarcie wszystkich jej wątków w filmie. Proponuję najpierw zmierzyć się z oryginalną książką Hugo, potem oglądną wersję fabularną 'Nędzników', a na końcu sięgnąć po ten musical,żeby mieć jakieś punkty odniesienia.
Historia sama w sobie jest naprawdę niesamowita i wzruszająca, a przy tym zaskakująco bliska uniwersalnych realiów: miłość, nienawiść, bieda, rewolucja w imię haseł, poświęcenie...długo by wymieniać. Najlepiej przeczytać.
Mojemu małżowi przypomniała się scena z filmu 'Ziemia obiecana'Wajdy':
- zmarł Hugo.
- Tak? A w czym robił?
Którą to scenę dedykuję wszystkim napalonym na musical' Nędznicy'. Na Filmwebie dostał prawie 8 gwiazdek. Ja daję mu uczciwe siedem. Z przyjemnością wrócę do muzyki z tego filmu - postaram się wsłuchać w tę historię, ale raczej nie oglądnę go raz jeszcze, przynajmniej nie szybko. Wolę książkę:)
A kartka z kalendarza to:
Na początek wybraliśmy się do restauracji 'Wesele' na Rynku Głównym. Zdjęcia ze strony restauracji, o tej po prostu są lepsze :)) Jak doczytałam, została też wymieniona w przewodniku Michelina.
Jeśli szukacie dobrego jedzenia w ścisłym centrum Krakowa, to mogę to miejsce śmiało polecić. Położenie piękne- z widokiem na kościółek św. Wojciecha. Wystrój bardzo oryginalny- niby nawiązanie do wiejskiej chaty, ale spokojne i z umiarem, żadna 'wioska tańczy'. Na stołach świeże kwiaty i bardzo fajna muzyka, która towarzyszyła nam przez cały czas biesiadowania- mieszanka różnych stylów i znanych kawałków, bardzo dla ucha przyjemna.
Co do cen i menu - nie jest to Kazimierz, więc i porcje mniejsze ( ale wykwintniejsze) i ceny nieco wyższe, ale choć nie wyszliśmy objedzeni jak beki, dania zdecydowanie warte swojej ceny- świeże, smaczne, pięknie podane. Śmialiśmy się,że choć okres Bożego Narodzenia się skończył, kucharz ozdabia talerze choinką :)))), ale była na tyle dobra,że i ona zniknęła. Bardzo miła obsługa. Może to standard dzisiaj, ale byłam mile zaskoczona troską pani kelnerki.
Napaliłam się na borowiki w cieście francuskim i byłam bardzo zadowolona, bo w lutym smakowały jak prosto z lasu- pachnące i w pysznym sosiku. A polędwiczkami wieprzowymi w formie szaszłyka byłam naprawdę zachwycona! Nie ma jak pyszne jedzonko :))))
Przemiło siedziało się nam w lokalu: zmrok zapadał, dorożki leniwie kursowały, tłumów na Rynku nie było, więc wszystko pięknie podane w oknie. Noc jak bas, księżyc wysoko jak sopran - cytując poetę.Śmialiśmy się tylko z wozów patrolowych policji,że suki jeżdżą jak za dawnych lat, ale teraz to są ekskluzywne suczki:)
Jedynym minusem dla mnie było to,że siedzieliśmy przy oknie i wiało chłodem:(
A potem wylądowaliśmy w kinie Kijów na 'Nędznikach'. Strona filmu tutaj .
Uczucia mieszane. Napalałam się na ten film, bo obsada naprawdę zacna. Historia ( mnie) znana i warta opowiedzenia, ale... znalazło się jednak kilka 'ale'.
Nie przekonuje mnie forma musicalu zastosowana do tej historii, a przynajmniej sposób w jaki jest skonstruowana. Wiadomo,że musical, to widowisko słowno-muzyczne i piosenki wystąpić muszą, a w tej wersji raczej wydaje się to paraoperą niż musicalem. Brakuje scen mówionych, które napędzają akcję i w efekcie film miejscami nuży.Aktorzy super, ale nie wszyscy są śpiewakami klasy 's' i to słychać. A 2-3 świetne głosy nie ratują sytuacji, choć chylimy przed nimi czoła ( Amanda Seyfried, Anne Hathaway,Hugh Jackman). Przez konwencję śpiewu stałego trudno wychwycić 'numery śpiewane', bo zlewają się z całością. Muzyka przyjemna, ale nie porywa. Nie zapamiętałam ani jednej piosenki, choć dwie w trakcie filmu są rozpoznawalne, bo na nich opiera się całość muzyki.
Aktorstwo bardzo dobre, choć w jednej scenie zaskoczył mnie negatywnie Russel Crowe- nie wiedział, co zrobić z rękami ;) Wygląda na to,że Hathaway dostanie oscara, bo bardzo przekonywająco zagrała Fantine, choć rola krótka, ale przejmująca. Cieszę się,że Jackman zagrał Valjeana, a Crowe -Javerta, bo to dowód na to,że zostaną zapamiętani nie tylko jako Volverine i Gladiator- w końcu to świetni aktorzy wszechstronni.
Bardzo podobała mi się w filmie scenografia i charakteryzacja - zwłaszcza dbałość o zęby aktorów. Jak Fantine wyrywa zęba dla pieniędzy, to to widać! Tak samo jak to,że ich nie myje, a lud Paryża ma szkorbut i pali na potęgę. Nędzarze wyglądają jak nędzarze, a najbardziej pozytywni bohaterowie nie paradują w idealnie czystych okryciach i ze świeżutkim i nieskazitelnym makijażem. Brawo!
Bardzo ciekawym wątkiem filmowym jest małżeństwo Thenardierów grane przez Helenę Bonham-Carter i Sashę Barona Cohena - z jednej strony są częścią tej historii, a jednak w specyficzny dla siebie siebie sposób gry i charakteryzację ożywiają opowieść, bo oto znów widzimy Królową Kier i Borata, ale z innej epoki.
Trudno opowiada się dwutomową powieść o tak specyficznym stylu i naprawdę niemożliwe jest zawarcie wszystkich jej wątków w filmie. Proponuję najpierw zmierzyć się z oryginalną książką Hugo, potem oglądną wersję fabularną 'Nędzników', a na końcu sięgnąć po ten musical,żeby mieć jakieś punkty odniesienia.
Historia sama w sobie jest naprawdę niesamowita i wzruszająca, a przy tym zaskakująco bliska uniwersalnych realiów: miłość, nienawiść, bieda, rewolucja w imię haseł, poświęcenie...długo by wymieniać. Najlepiej przeczytać.
Mojemu małżowi przypomniała się scena z filmu 'Ziemia obiecana'Wajdy':
- zmarł Hugo.
- Tak? A w czym robił?
Którą to scenę dedykuję wszystkim napalonym na musical' Nędznicy'. Na Filmwebie dostał prawie 8 gwiazdek. Ja daję mu uczciwe siedem. Z przyjemnością wrócę do muzyki z tego filmu - postaram się wsłuchać w tę historię, ale raczej nie oglądnę go raz jeszcze, przynajmniej nie szybko. Wolę książkę:)
A kartka z kalendarza to:
niedziela, 10 lutego 2013
Pięciolatka
Kiedyś dawno temu było tysiąc szkół na tysiąclecie. A u nas, tzn. u Jaśka jak na piątą rocznicę , to skromnie.
Jasiek przeżywa fascynację samolotami i helikopterami ( a zwłaszcza ich śmigłami), dlatego był to motyw przewodni imprezy. Razem wybieraliśmy obrazki do stworzenia napisu - dekoracji i według życzenia Jaśka wykonałam tort. Ale po kolei.
Na menu urodzinowe wymyśliłam ciepły bufet i sałatki. Sałatki - jedna świeża ogólnoludzka ( ogórek, pomidor, sałata lodowa+ winegret z czosnkiem) oraz druga na bazie kapusty pekińskiej ( drobno pocięta kapusta, kukurydza, surowa czerwona papryka, drobniutko posiekany kabanos oraz ogórek kiszony).
Obie polecam bardzo! Szybkie i dobre.Do wszystkich dań i sałatek były 2 sosy- czosnkowy i tysiąc wysp.
W roli ciepłych dań wystąpiły malutkie sajgonki, mini camemberty, oliwki panierowane z mięsem, panierowane kawałki sera mozzarella oraz własnoręcznie robione przeze mnie kawałeczki kabanosów zawijane w ciasto francuskie, posypane makiem i zapiekane. Świetna przekąska na ciepło i zimno i błyskawiczna w przygotowaniu- gotowe ciasto francuskie kroimy na cienkie paseczki, owijamy kawałki kabanosa, smarujemy rozmąconym jajkiem, sypiemy makiem lub innymi przyprawami i pieczemy w 220 stopniach ok. 20 min.
Niestety zdjęcia menu nie zachowały się, bo ja biegałam z jedzeniem, a potem siedziałam z gośćmi przy stole. Natomiast poniżej urywki tego, co się działo w tzw. tle, czyli obok stołu i w drugim pokoju...
Tort Jasiek zaprojektował sobie już dawno. Początkowo miała być wersja z księżniczkami, ale ostatecznie wygrały samoloty:) Masa cytrynowa z czekoladą. I taka też była. Niezawodny i równy jak stół biszkopt z tego przepisu oraz masa cytrynowa na bazie lemon curd.
Lemon curd to coś takiego jak budyń, albo rodzaj dżemu- smarowidła, które robi się bardzo szybko, a jeszcze szybciej zjada. Zwłaszcza polecam smakoszom cytryn, bo trudno mi sobie wyobrazić coś bardziej cytrynowego - używamy do jego produkcji całe 3 cytryny- skórkę, miąższ i sok. Efektem jest słoik pysznego cytrynowego dżemiku-kremu, którym smarujemy sobie co lubimy, albo robimy z niego równie błyskawiczną cytrynową masę - przepis tutaj. Ja według życzeń Jaśka dodałam do masy wiórki czekoladowe.
Dekoracje wykonałam z gotowych samolotów i lukru plastycznego. Ciekawostką były w tym roku świeczki o rożnych kolorach płomieni- bardzo ciekawy efekt. Można je kupić na tortownia.pl - zobaczcie sami na jednym ze zdjęć powyżej. Oczywiście wyglądały sto razy lepiej.
Co do tortów dla dzieci - jest z nimi spory kłopot. W przyjęciu urodzinowym w domu zawsze więcej jest dorosłych niż dzieci. Mało które dziecko zjada cały kawałek tortu i trudno zdecydować, czy np. masa i ciasto ma być 'pod dzieci' czy 'pod dorosłych' zrobiona. Moje chłopaki ( i z opowiadań rożnych mam wiem,że nie tylko moje) marzą o tortach z ulubionymi bohaterami i jak tylko ich zobaczą na torcie- traktują ich jak zabawki i od razu chcą ich capnąć i bawić się na całego. Tak było w przypadku Staszka i jego Zygzaka i Złomka i teraz przy torcie Jaśka- od razu samoloty do łapy i fruwamy!
Doszłam do wniosku,że w takich wypadkach chyba lepiej wkomponować gotową zabawkę w tort a skupić się na tle i scenografii bohatera tortu, bo naprawdę bardzo trudno odwzorować dokładnie ze wszystkimi szczegółami bajkowego bohatera. W poprzednich latach skorzystałam z wydruku na masie cukrowej ( Bob Budowniczy) oraz płaskiej wersji z lukru ( Świnka Peppa, bo w 3d jest okropna..) i chyba pociągnę trend z gotowymi zabawkami dalej, bo wszyscy są szczęśliwi - dzieci, że mogą się bawić a dorośli,że tort ładnie skomponowany i dobry.
W dmuchaniu uczestniczyło oczywiście dwóch braci, bo takich trzech, jak ich dwóch, to ani jednego. I dmuchali po kilka razy, bo w końcu jest okazja. A co! A Jaśkowi wszyscy życzyli przede wszystkim zdrowia, czyli tego, czego mu najbardziej brakuje :( Oby wszystkie życzenia się spełniły!
A kartka z kalendarza to:
Jasiek przeżywa fascynację samolotami i helikopterami ( a zwłaszcza ich śmigłami), dlatego był to motyw przewodni imprezy. Razem wybieraliśmy obrazki do stworzenia napisu - dekoracji i według życzenia Jaśka wykonałam tort. Ale po kolei.
Na menu urodzinowe wymyśliłam ciepły bufet i sałatki. Sałatki - jedna świeża ogólnoludzka ( ogórek, pomidor, sałata lodowa+ winegret z czosnkiem) oraz druga na bazie kapusty pekińskiej ( drobno pocięta kapusta, kukurydza, surowa czerwona papryka, drobniutko posiekany kabanos oraz ogórek kiszony).
Obie polecam bardzo! Szybkie i dobre.Do wszystkich dań i sałatek były 2 sosy- czosnkowy i tysiąc wysp.
W roli ciepłych dań wystąpiły malutkie sajgonki, mini camemberty, oliwki panierowane z mięsem, panierowane kawałki sera mozzarella oraz własnoręcznie robione przeze mnie kawałeczki kabanosów zawijane w ciasto francuskie, posypane makiem i zapiekane. Świetna przekąska na ciepło i zimno i błyskawiczna w przygotowaniu- gotowe ciasto francuskie kroimy na cienkie paseczki, owijamy kawałki kabanosa, smarujemy rozmąconym jajkiem, sypiemy makiem lub innymi przyprawami i pieczemy w 220 stopniach ok. 20 min.
Niestety zdjęcia menu nie zachowały się, bo ja biegałam z jedzeniem, a potem siedziałam z gośćmi przy stole. Natomiast poniżej urywki tego, co się działo w tzw. tle, czyli obok stołu i w drugim pokoju...
Tort Jasiek zaprojektował sobie już dawno. Początkowo miała być wersja z księżniczkami, ale ostatecznie wygrały samoloty:) Masa cytrynowa z czekoladą. I taka też była. Niezawodny i równy jak stół biszkopt z tego przepisu oraz masa cytrynowa na bazie lemon curd.
Lemon curd to coś takiego jak budyń, albo rodzaj dżemu- smarowidła, które robi się bardzo szybko, a jeszcze szybciej zjada. Zwłaszcza polecam smakoszom cytryn, bo trudno mi sobie wyobrazić coś bardziej cytrynowego - używamy do jego produkcji całe 3 cytryny- skórkę, miąższ i sok. Efektem jest słoik pysznego cytrynowego dżemiku-kremu, którym smarujemy sobie co lubimy, albo robimy z niego równie błyskawiczną cytrynową masę - przepis tutaj. Ja według życzeń Jaśka dodałam do masy wiórki czekoladowe.
Dekoracje wykonałam z gotowych samolotów i lukru plastycznego. Ciekawostką były w tym roku świeczki o rożnych kolorach płomieni- bardzo ciekawy efekt. Można je kupić na tortownia.pl - zobaczcie sami na jednym ze zdjęć powyżej. Oczywiście wyglądały sto razy lepiej.
Co do tortów dla dzieci - jest z nimi spory kłopot. W przyjęciu urodzinowym w domu zawsze więcej jest dorosłych niż dzieci. Mało które dziecko zjada cały kawałek tortu i trudno zdecydować, czy np. masa i ciasto ma być 'pod dzieci' czy 'pod dorosłych' zrobiona. Moje chłopaki ( i z opowiadań rożnych mam wiem,że nie tylko moje) marzą o tortach z ulubionymi bohaterami i jak tylko ich zobaczą na torcie- traktują ich jak zabawki i od razu chcą ich capnąć i bawić się na całego. Tak było w przypadku Staszka i jego Zygzaka i Złomka i teraz przy torcie Jaśka- od razu samoloty do łapy i fruwamy!
Doszłam do wniosku,że w takich wypadkach chyba lepiej wkomponować gotową zabawkę w tort a skupić się na tle i scenografii bohatera tortu, bo naprawdę bardzo trudno odwzorować dokładnie ze wszystkimi szczegółami bajkowego bohatera. W poprzednich latach skorzystałam z wydruku na masie cukrowej ( Bob Budowniczy) oraz płaskiej wersji z lukru ( Świnka Peppa, bo w 3d jest okropna..) i chyba pociągnę trend z gotowymi zabawkami dalej, bo wszyscy są szczęśliwi - dzieci, że mogą się bawić a dorośli,że tort ładnie skomponowany i dobry.
W dmuchaniu uczestniczyło oczywiście dwóch braci, bo takich trzech, jak ich dwóch, to ani jednego. I dmuchali po kilka razy, bo w końcu jest okazja. A co! A Jaśkowi wszyscy życzyli przede wszystkim zdrowia, czyli tego, czego mu najbardziej brakuje :( Oby wszystkie życzenia się spełniły!
A kartka z kalendarza to:
sobota, 9 lutego 2013
Kolędowanie w Wieliczce
Każdy z nas ma zapewne taki własny kalendarz, którego dni nie wyznaczają konkretne daty, ale jakieś cykliczne wydarzenia, imieniny, rocznice itp.
Jednym z takich wydarzeń w moim kalendarzu jest kolędowanie u Gosi- Eumychy i Tomka. Mam nadzieję, że tę tradycję wspólnego spotkania i śpiewania będą jeszcze długo pielęgnować, bo jest fantastyczna!
Kiedyś w mieszkaniu rodziców Gosi, obecnie na ich wynajmowanym- jedno niedzielne popołudnie przed 2 lutego jest czasem kolędy- tej faktycznej, czyli nawiedzenia domu przez kapłana i tej śpiewanej.Zawsze przy pysznym jedzonku przygotowanym przez Gosię i jej mamę. Historyczny i po prostu cudowny jest maminy bigosik z grzybkami.A Gosia w tym roku popisała się wspaniałym tiramisu.Ech, działo się!
Tu śpiewamy, gramy i zjadamy pyszne rzeczy z suto zastawionego stołu:
Choinka Gosi, choć sztuczna i mała wspaniale udekorowana cudnymi ozdobami wykonanymi przez nią sama i zaprzyjaźnione koleżanki blogerki - ja też chcę takie ( koleżanki i ozdoby:)) !
Dotarł z kolędą i ksiądz proboszcz do ustrojonego domu...
Chwilkę ( za krótko!) z nami posiedział, pożartował, zjadł kapkę i już leciał dalej, ale zostawił dla wszystkich piękne obrazki z reprodukcjami ( bardzo mi się spodobały, bo u nas raczej takie 'wioska tańczy i śpiewa' były...) i modlitwami- poczytajcie sobie na zbliżeniu zdjęcia:
Nasze potwory były zadziwiająco grzeczne jak na wizytę u obcych cywilizowanych ludzi, ale jak ktoś ma pociągi i klocki duplo, to najlepsi wymiękają ;) Obyło się bez szkód i strat w ludziach. Hura!
Gosiu i Tomku! Raz jeszcze dziękujemy za wspaniałe popołudnie i liczymy na powtórkę w przyszłym roku!!!!
A kartka z kalendarza brzmi:
Jednym z takich wydarzeń w moim kalendarzu jest kolędowanie u Gosi- Eumychy i Tomka. Mam nadzieję, że tę tradycję wspólnego spotkania i śpiewania będą jeszcze długo pielęgnować, bo jest fantastyczna!
Kiedyś w mieszkaniu rodziców Gosi, obecnie na ich wynajmowanym- jedno niedzielne popołudnie przed 2 lutego jest czasem kolędy- tej faktycznej, czyli nawiedzenia domu przez kapłana i tej śpiewanej.Zawsze przy pysznym jedzonku przygotowanym przez Gosię i jej mamę. Historyczny i po prostu cudowny jest maminy bigosik z grzybkami.A Gosia w tym roku popisała się wspaniałym tiramisu.Ech, działo się!
Tu śpiewamy, gramy i zjadamy pyszne rzeczy z suto zastawionego stołu:
Choinka Gosi, choć sztuczna i mała wspaniale udekorowana cudnymi ozdobami wykonanymi przez nią sama i zaprzyjaźnione koleżanki blogerki - ja też chcę takie ( koleżanki i ozdoby:)) !
Dotarł z kolędą i ksiądz proboszcz do ustrojonego domu...
Chwilkę ( za krótko!) z nami posiedział, pożartował, zjadł kapkę i już leciał dalej, ale zostawił dla wszystkich piękne obrazki z reprodukcjami ( bardzo mi się spodobały, bo u nas raczej takie 'wioska tańczy i śpiewa' były...) i modlitwami- poczytajcie sobie na zbliżeniu zdjęcia:
Nasze potwory były zadziwiająco grzeczne jak na wizytę u obcych cywilizowanych ludzi, ale jak ktoś ma pociągi i klocki duplo, to najlepsi wymiękają ;) Obyło się bez szkód i strat w ludziach. Hura!
Gosiu i Tomku! Raz jeszcze dziękujemy za wspaniałe popołudnie i liczymy na powtórkę w przyszłym roku!!!!
A kartka z kalendarza brzmi:
Po francusku
Bardzo chcę wszystkich przeprosić za to,że dopiero teraz wklejam kolejne posty i kartki z kalendarza, ale całemu zamieszaniu winna jest Telekomunikacja Polska, która postanowiła nam wyłączyć sieć na parę dni. Z jednej strony dobrze, bo odpoczęłam od kompa, z drugiej fatalnie, bo wiem,że są tacy, co na posty czekają i co dzień sprawdzają. Bardzo bardzo za opóźnienie przepraszam! Mam nadzieję,że mi już takiego numeru nie wykręcą.
Na przystawkę zupa serowo- cebulowa- była tak pyszna, że nie dość, że wzięłam dolewkę, to jeszcze kompletnie nie zdążyłam zrobić jej zdjęcia- po prostu wspaniała!
A na deserek prawdziwy świeżutki mus czekoladowy z prawdziwą bitą śmietaną. Rozkosz!!! Lata takiego nie jadłam! Zwracam uwagę na nowatorskie wykorzystanie cienkich świeczek urodzinowych. W życiu bym na to nie wpadła, a to takie proste! Jakoś za bardzo złączyłam je z tortem ,a tu tak pięknie ozdobiły deser. Małe, a jaki elegancki efekt.
Pau na swoim blogu pisze o zapomnianej sztuce celebracji
podwieczorków, a my już od dawna z Dorotką i Ulą celebrujemy co możemy –
śniadania, obiady i imieniny J
Tym razem spotkanie u Uli, jako radość z tego, że po
przebytej operacji Ula czuje się i wygląda wspaniale. Podjęła nas po królewsku!
A właściwie po francusku. Inspiracją dla niej był film „Julie i Julia” i
kuchnia francuska właśnie.
Od razu sfascynowało nas nakrycie stołu z bardzo
oryginalnymi serwetkami z innym cytatem dla każdej z nas. Mnie przypadło: ‘
Szczęście jest tam, gdzie człowiek je widzi’ – święta prawda.
Na przystawkę zupa serowo- cebulowa- była tak pyszna, że nie dość, że wzięłam dolewkę, to jeszcze kompletnie nie zdążyłam zrobić jej zdjęcia- po prostu wspaniała!
Jako danie główne – mięso z kurczaka z warzywami i sosem
pomidorowym zawinięte w pieróg z ciasta francuskiego. Bardzo łatwe i pożywne
danie – myślę, że do odtworzenia przez każdego, bo nadziać ciasto można
wszystkim według smaku i gustu. Artystycznie udekorowane sosem na talerzu.
A na deserek prawdziwy świeżutki mus czekoladowy z prawdziwą bitą śmietaną. Rozkosz!!! Lata takiego nie jadłam! Zwracam uwagę na nowatorskie wykorzystanie cienkich świeczek urodzinowych. W życiu bym na to nie wpadła, a to takie proste! Jakoś za bardzo złączyłam je z tortem ,a tu tak pięknie ozdobiły deser. Małe, a jaki elegancki efekt.
Zawsze czekam na te nasze spotkania. Mamy dla siebie 2-3
godzinki- żeby się pośmiać, popłakać, wyżalić, wygadać. Każdemu potrzebne jest
takie spuszczenie powietrza i każdemu go życzę.
środa, 6 lutego 2013
Wspominkowy- rocznicowy.
To jeszcze wspomnienie z września, kiedy wypadła nasza 12 rocznica ślubu. Mieliśmy rzadką okazję wybrania się gdzieś sami z powyższej okazji. Wierzyć mi się nie chce,że to już tyle lat minęło. Podobno po dzieciach widać takie sprawy najlepiej;)
A był to cały dzień i wyprawa po włosku. Wspominam o tym dziś z dwóch powodów - po pierwsze fajny lokal ( może na najbliższe walentynki, ostatki lub inną okazję) , a po drugie film, który właśnie teraz jest dodatkiem do kolorowej gazety.
A film ten to "Zakochani w Rzymie" - Woode'go Allena. Strona na Filmwebie tutaj .
Idealny film na fajną randkę. Przeciwników Allena nie przekonam, więc nawet nie próbuję. Do zagorzałych fanów się nie zaliczam, ale z przyjemnością oglądnęłam, a co się uśmiałam, to moje.
Nie będę zdradzać fabuły, ale motyw domorosłego tenora pod prysznicem jest dla mnie fascynującym przykładem paranoi i absurdu!
Korowód postaci związanych z Wiecznym Miastem przelotnie lub na stałe wikła się w kolejne nie koniecznie sensowne i logiczne perypetie, a wszystko pod włoskim słońcem, z włoskim akcentem, pysznym jedzeniem na ekranie ( i dziwota, że zgłodnieliśmy?) i specyficznym poczuciem humoru.Mamy oczywiście kilka gorzkich refleksji dotyczących dzisiejszego świata i człowieka, ale tak fajnie podanych,że aż przyjemnie się je degustuje.
Lekki, sympatyczny film także na szaro-buro-gołe dni jakie mamy teraz i ciepłe wspomnienie lata.
Bardzo polecam!
Postanowiliśmy zjeść coś dobrego i niecodziennego w nowym miejscu i nogi nas zaprowadziły do włoskiej restauracji na Kazimierzu - Pepe Rosso Ristorante - tutaj ich strona .
Wystrój w stylu piwnic z winem, cisza i spokój i przepyszne, świeżutkie wykwintne jedzonko w stylu włoskim sprawiło, że posiedzieliśmy sobie tam naprawdę długo i przemiło! Warto tu zajrzeć i chwilę zostać.
A potem dla zdrowotności i dobrego trawienia spacerek po okolicy - to był piękny dzień!
Patrzyliśmy sobie na Wisłę i wyszło, że ta nasza love to taka ze sznurka i druta, ale jak wiadomo na sznurku, drucie i WD 40 świat stoi :)
A był to cały dzień i wyprawa po włosku. Wspominam o tym dziś z dwóch powodów - po pierwsze fajny lokal ( może na najbliższe walentynki, ostatki lub inną okazję) , a po drugie film, który właśnie teraz jest dodatkiem do kolorowej gazety.
A film ten to "Zakochani w Rzymie" - Woode'go Allena. Strona na Filmwebie tutaj .
Idealny film na fajną randkę. Przeciwników Allena nie przekonam, więc nawet nie próbuję. Do zagorzałych fanów się nie zaliczam, ale z przyjemnością oglądnęłam, a co się uśmiałam, to moje.
Nie będę zdradzać fabuły, ale motyw domorosłego tenora pod prysznicem jest dla mnie fascynującym przykładem paranoi i absurdu!
Korowód postaci związanych z Wiecznym Miastem przelotnie lub na stałe wikła się w kolejne nie koniecznie sensowne i logiczne perypetie, a wszystko pod włoskim słońcem, z włoskim akcentem, pysznym jedzeniem na ekranie ( i dziwota, że zgłodnieliśmy?) i specyficznym poczuciem humoru.Mamy oczywiście kilka gorzkich refleksji dotyczących dzisiejszego świata i człowieka, ale tak fajnie podanych,że aż przyjemnie się je degustuje.
Lekki, sympatyczny film także na szaro-buro-gołe dni jakie mamy teraz i ciepłe wspomnienie lata.
Bardzo polecam!
Postanowiliśmy zjeść coś dobrego i niecodziennego w nowym miejscu i nogi nas zaprowadziły do włoskiej restauracji na Kazimierzu - Pepe Rosso Ristorante - tutaj ich strona .
Wystrój w stylu piwnic z winem, cisza i spokój i przepyszne, świeżutkie wykwintne jedzonko w stylu włoskim sprawiło, że posiedzieliśmy sobie tam naprawdę długo i przemiło! Warto tu zajrzeć i chwilę zostać.
A potem dla zdrowotności i dobrego trawienia spacerek po okolicy - to był piękny dzień!
Patrzyliśmy sobie na Wisłę i wyszło, że ta nasza love to taka ze sznurka i druta, ale jak wiadomo na sznurku, drucie i WD 40 świat stoi :)
A kartka z kalendarza na dziś to:
wtorek, 5 lutego 2013
Nowe!
A teraz coś , a właściwie ktoś, z zupełnie innej beczki, choć już znany i już u mnie gościł. Co prawda z innej okazji, ale teraz będzie ze swojej. Pau debiutuje jako autorka własnego bloga!
Bardzo serdecznie zapraszam do jej świata pełnego flamenco, poezji i pysznych podwieczorków z mężem i nie tylko mam nadzieję :)
Zaglądnijcie do niej i rozsmakujcie się w jej pasjach - o flamenco pisze tak,że dusza już tęskni, a stopy same wystukują rytm...
http://www.5razones.pl/
Pau jest osobą zdecydowanie taką, która pasuje do dzisiejszej kartki z kalendarza:
Zachęcam do udziału w moim szybciutkim candy!
Bardzo serdecznie zapraszam do jej świata pełnego flamenco, poezji i pysznych podwieczorków z mężem i nie tylko mam nadzieję :)
Zaglądnijcie do niej i rozsmakujcie się w jej pasjach - o flamenco pisze tak,że dusza już tęskni, a stopy same wystukują rytm...
http://www.5razones.pl/
Pau jest osobą zdecydowanie taką, która pasuje do dzisiejszej kartki z kalendarza:
Zachęcam do udziału w moim szybciutkim candy!
poniedziałek, 4 lutego 2013
Walentynkowe odliczanie - candy + kalendarz
Miało być 1 lutego, ale się zwyczajnie nie wyrobiłam, bo po drodze było kilka okazji, o których jeszcze będzie.Więc zaczynam od dziś.
Podobna konwencja jak była w przedzeszłym (2011) roku przed Wigilią - kalendarz z cytatami + malutkie i szybciutkie ( tylko 10 dni na zapisy!) candy.
Tym razem będzie zupełnie inaczej- to znaczy:
- jedna nagroda główna widoczna na zdjęciu- banerku- 2 walentynkowe kubeczki avon pełne słodyczy i tych myśli , które pojawią się w kalendarzu.Jak widać - nagroda z serii 'małe , a cieszy'.
Nie będzie nagrody pocieszenia , czyli tradycyjnego ppsa, ale co dzień do 14 lutego będzie można znaleźć na blogu karteczkę z myślą, która przybliża nam Walentynki, którą można ustawić sobie jako tapetę, wydrukować, zapisać, zbierać itp.
Zasady uczestnictwa w candy:
- dodać komentarz pod tym postem do 13.02 do godz.0:00 :)))
- jeśli posiadasz bloga wkleić powyższy banerek w pasek boczny
- czekać z wypiekami na twarzy na losowanie, które odbędzie się w Walentynki późnym wieczorem
- pomyśleć choć chwilkę nad myślami zawartymi w kalendarzu :)
Walentynki to takie święto trochę z sensem, a trochę bez. Ponieważ niestety czerwona komercja wygląda z każdego sklepu, pomyślałam sobie,że może warto ucieszyć się tym co mamy, tym kim jesteśmy i tymi, których znamy i kochamy i właśnie Walentynki są taką dobrą okazją do przypomnienia sobie tej fajnej strony kochania siebie i innych - stąd pomysł króciutkich refleksji na każdy z dziesięciu dni pozostałych do 14 lutego.
Mam nadzieję,że wam się spodobają i sprawią,że szary dzień nabierze żywych barw. A może zainspirują do stworzenia czegoś ciekawego. Oby!
Dziś pierwsza kartka z kalendarza - cyfra u góry to ilość dni do Walentynek, na dole data z dnia.
Zapraszam serdecznie!
Podobna konwencja jak była w przedzeszłym (2011) roku przed Wigilią - kalendarz z cytatami + malutkie i szybciutkie ( tylko 10 dni na zapisy!) candy.
Tym razem będzie zupełnie inaczej- to znaczy:
- jedna nagroda główna widoczna na zdjęciu- banerku- 2 walentynkowe kubeczki avon pełne słodyczy i tych myśli , które pojawią się w kalendarzu.Jak widać - nagroda z serii 'małe , a cieszy'.
Nie będzie nagrody pocieszenia , czyli tradycyjnego ppsa, ale co dzień do 14 lutego będzie można znaleźć na blogu karteczkę z myślą, która przybliża nam Walentynki, którą można ustawić sobie jako tapetę, wydrukować, zapisać, zbierać itp.
Zasady uczestnictwa w candy:
- dodać komentarz pod tym postem do 13.02 do godz.0:00 :)))
- jeśli posiadasz bloga wkleić powyższy banerek w pasek boczny
- czekać z wypiekami na twarzy na losowanie, które odbędzie się w Walentynki późnym wieczorem
- pomyśleć choć chwilkę nad myślami zawartymi w kalendarzu :)
Walentynki to takie święto trochę z sensem, a trochę bez. Ponieważ niestety czerwona komercja wygląda z każdego sklepu, pomyślałam sobie,że może warto ucieszyć się tym co mamy, tym kim jesteśmy i tymi, których znamy i kochamy i właśnie Walentynki są taką dobrą okazją do przypomnienia sobie tej fajnej strony kochania siebie i innych - stąd pomysł króciutkich refleksji na każdy z dziesięciu dni pozostałych do 14 lutego.
Mam nadzieję,że wam się spodobają i sprawią,że szary dzień nabierze żywych barw. A może zainspirują do stworzenia czegoś ciekawego. Oby!
Dziś pierwsza kartka z kalendarza - cyfra u góry to ilość dni do Walentynek, na dole data z dnia.
Zapraszam serdecznie!
środa, 23 stycznia 2013
Dwoje do poprawki - film z życia wzięty
Film , który można teraz nabyć z gazetą Gala, swoja premierę dvd miał już wcześniej, więc do wypożyczenia. Reklamowany jako komedia/dramat jest po prostu obyczajowym filmem o życiu. I bardzo dużo tego życia w nim znajdziemy. Zanim głęboka studzienka, strona na filmwebie - tutaj
Jest to zdecydowanie popis gry aktorskiej Meryl Streep i Tommy Lee Johnsa. Bardzo mi się ten film spodobał z zupełnie innej beczki ( między innymi beczkami) - charakteryzacja aktorów jest taka , jak prawdopodobnie wyglądają oni na co dzień, w domowych pieleszach, podobni do nas samych. Meryl Streep w realu słynie ze swoich modowych wpadek ( choć ostatnio staranniej dobiera kreacje:)), a Lee Johns wygląda jak ... normalny Lee Johns. I dlatego ta opowieść wzrusza.
Historia małżeństwa z 31 letnim stażem ( nieźle!) przypomina scenariusz wielu innych takich małżeństw - dorosłe odchowane dzieci, które wyfrunęły z domu, on i ona pracują i spotykają się w dużym bogatym domu. Każdy dzień wygląda tak samo, niby wszystko o sobie wiedzą, ale żyją obok siebie i śpią w osobnych sypialniach, zapomnieli jak ze sobą rozmawiać. Sytuację postanawia zmienić ona, wykupując za ciężkie pieniądze w zapomnianym zakątku kraju tygodniową kurację u znanego psychologa par i wciągając do tej wyprawy- terapii męża.
Wynika z tego cała seria fortunnych i niefortunnych zdarzeń. Przede wszystkim spotkania z psychologiem pozwalają poznać małżonkom siebie, choć nie w taki sposób jakby chcieli, albo jak sobie wyobrażali. W obcym miejscu, wśród obcych ludzi zaczynają szukać drogi do siebie. Czy znajdą - oglądnijcie , to się dowiecie :)
O psychologu właściwie nie wspomnę, bo występuje w roli dodatku do wspaniałej pary i wypada przy nich blado i mechanicznie.
Kay i Arnold to my - tacy jesteśmy lub za chwilę ( czas ucieka!) będziemy. Starzy, pokryci siatką zmarszczek, z wystającym brzuchem i opadłym biustem. Ale też pełni marzeń, pragnień i wspomnień, chcący czuć się potrzebni, potrafiący kochać życie i ludzi, piękni wewnętrznie - każdy na swój sposób.
Film porusza trudny temat miłości ludzi dojrzałych. W telewizji ludzie są zazwyczaj młodzi, zdrowi i piękni fizycznie. Tutaj widzimy jak wygląda normalne życie z jego problemami i radościami.
Fajne jest to,że w dobie dzisiejszych coraz liczniejszych rozwodów powstaje film, w którym widzimy jak ludzie potrafią o siebie walczyć. Naprawiać stare, a nie kupować nowe. Możemy zobaczyć jak piękny i bogaty jest świat seniorów z całym ich doświadczeniem życiowym. I nie musi to być tylko egzystencja, ale fajne choć trudne życie. Morałów jest kilka, bo to opowieść tego typu, ale każdy może sobie ten morał dośpiewać sam i dopasować do siebie. Zapraszam bardzo bardzo do oglądania i śpiewania!
Jest to zdecydowanie popis gry aktorskiej Meryl Streep i Tommy Lee Johnsa. Bardzo mi się ten film spodobał z zupełnie innej beczki ( między innymi beczkami) - charakteryzacja aktorów jest taka , jak prawdopodobnie wyglądają oni na co dzień, w domowych pieleszach, podobni do nas samych. Meryl Streep w realu słynie ze swoich modowych wpadek ( choć ostatnio staranniej dobiera kreacje:)), a Lee Johns wygląda jak ... normalny Lee Johns. I dlatego ta opowieść wzrusza.
Historia małżeństwa z 31 letnim stażem ( nieźle!) przypomina scenariusz wielu innych takich małżeństw - dorosłe odchowane dzieci, które wyfrunęły z domu, on i ona pracują i spotykają się w dużym bogatym domu. Każdy dzień wygląda tak samo, niby wszystko o sobie wiedzą, ale żyją obok siebie i śpią w osobnych sypialniach, zapomnieli jak ze sobą rozmawiać. Sytuację postanawia zmienić ona, wykupując za ciężkie pieniądze w zapomnianym zakątku kraju tygodniową kurację u znanego psychologa par i wciągając do tej wyprawy- terapii męża.
Wynika z tego cała seria fortunnych i niefortunnych zdarzeń. Przede wszystkim spotkania z psychologiem pozwalają poznać małżonkom siebie, choć nie w taki sposób jakby chcieli, albo jak sobie wyobrażali. W obcym miejscu, wśród obcych ludzi zaczynają szukać drogi do siebie. Czy znajdą - oglądnijcie , to się dowiecie :)
O psychologu właściwie nie wspomnę, bo występuje w roli dodatku do wspaniałej pary i wypada przy nich blado i mechanicznie.
Kay i Arnold to my - tacy jesteśmy lub za chwilę ( czas ucieka!) będziemy. Starzy, pokryci siatką zmarszczek, z wystającym brzuchem i opadłym biustem. Ale też pełni marzeń, pragnień i wspomnień, chcący czuć się potrzebni, potrafiący kochać życie i ludzi, piękni wewnętrznie - każdy na swój sposób.
Film porusza trudny temat miłości ludzi dojrzałych. W telewizji ludzie są zazwyczaj młodzi, zdrowi i piękni fizycznie. Tutaj widzimy jak wygląda normalne życie z jego problemami i radościami.
Fajne jest to,że w dobie dzisiejszych coraz liczniejszych rozwodów powstaje film, w którym widzimy jak ludzie potrafią o siebie walczyć. Naprawiać stare, a nie kupować nowe. Możemy zobaczyć jak piękny i bogaty jest świat seniorów z całym ich doświadczeniem życiowym. I nie musi to być tylko egzystencja, ale fajne choć trudne życie. Morałów jest kilka, bo to opowieść tego typu, ale każdy może sobie ten morał dośpiewać sam i dopasować do siebie. Zapraszam bardzo bardzo do oglądania i śpiewania!
wtorek, 22 stycznia 2013
Nadejszła godzina czyli wyniki Candy Rocznicowego
Kochani!
Bardzo bardzo dziękuję wszystkim za udział w moim rocznicowym candy! Za wszystkie miłe słowa i życzenia pod moim adresem. Strasznie to miłe, że choć nie ze wszystkimi się znam osobiście, to w sieci mogę znaleźć mnóstwo bratnich dusz :)
W candy wzięły udział 42 osoby. Do zdobycia była nagroda niespodzianka, którą w końcu niniejszym prezentuję i zawiera ona:
rzeczy związane z papierem:
- zestaw kolorowych papierów do origami
- słodką książeczkę
- kalendarzyk na rok bieżący do torebki
- ozdobne pudełko na wszystkie dary
-broszurkę z pomysłami na papierowe ozdoby
- kilka papierowych cukierasów z cytatami
rzeczy związane z bawełną:
- mały ręczniczek
- mydełko z mleczkiem bawełnianym
- krem do twarzy z bawełną Bielenda
- emulsja do mycia twarzy Bielenda
- torba na ulubioną książkę wykonana ze 100% bawełny
mniam:
bombonierkę Ferrero Rocher
Losowanie odbyło się metodą tradycyjną, czyli męska łapa małża w akcji. Przebieg:
Wygrała:
Gratulacje!!!!!!
Bardzo proszę o przysłanie adresu do wysyłki. Wszystkim uczestnikom zgodnie z zasadami wysyłam specjalny papierowo - bawełniany PPS - mam nadzieję,że wam się spodoba.
Nie mogłam przesłać go do Haliny oraz Agnieszki Kamińskiej, ponieważ mimo usilnych poszukiwań nie trafiłam na wasze adresy mailowe- mogę się z wami skontaktować w sieci, ale nie mogę wysłać nagrody pocieszenia- proszę o maila, to wyślę ppsa!
Nie wszyscy zastosowali się do zasad tego candy- przymknęłam na to oko. Choć może nie powinnam? Następnym razem będę bardziej surowa.
Macie fajne marzenia. i ich też wam gratuluję Chcecie być lepsze i umieć więcej. Chcecie coś mieć,żeby coś fajnego stworzyć. Nie mogę spełnić wszystkich życzeń, ale liczę,że spełnię choć niektóre malutkie zwyciężczyni:) Sfascynowała mnie maszynka do wycinanek - co to jest? Podeślijcie linka, to podziwię.
Już od 1 lutego zapraszam na specjalne candy połączone ze specjalnym kalendarzem!
Bardzo bardzo dziękuję wszystkim za udział w moim rocznicowym candy! Za wszystkie miłe słowa i życzenia pod moim adresem. Strasznie to miłe, że choć nie ze wszystkimi się znam osobiście, to w sieci mogę znaleźć mnóstwo bratnich dusz :)
W candy wzięły udział 42 osoby. Do zdobycia była nagroda niespodzianka, którą w końcu niniejszym prezentuję i zawiera ona:
rzeczy związane z papierem:
- zestaw kolorowych papierów do origami
- słodką książeczkę
- kalendarzyk na rok bieżący do torebki
- ozdobne pudełko na wszystkie dary
-broszurkę z pomysłami na papierowe ozdoby
- kilka papierowych cukierasów z cytatami
rzeczy związane z bawełną:
- mały ręczniczek
- mydełko z mleczkiem bawełnianym
- krem do twarzy z bawełną Bielenda
- emulsja do mycia twarzy Bielenda
- torba na ulubioną książkę wykonana ze 100% bawełny
mniam:
bombonierkę Ferrero Rocher
Losowanie odbyło się metodą tradycyjną, czyli męska łapa małża w akcji. Przebieg:
Wygrała:
Gratulacje!!!!!!
Bardzo proszę o przysłanie adresu do wysyłki. Wszystkim uczestnikom zgodnie z zasadami wysyłam specjalny papierowo - bawełniany PPS - mam nadzieję,że wam się spodoba.
Nie mogłam przesłać go do Haliny oraz Agnieszki Kamińskiej, ponieważ mimo usilnych poszukiwań nie trafiłam na wasze adresy mailowe- mogę się z wami skontaktować w sieci, ale nie mogę wysłać nagrody pocieszenia- proszę o maila, to wyślę ppsa!
Nie wszyscy zastosowali się do zasad tego candy- przymknęłam na to oko. Choć może nie powinnam? Następnym razem będę bardziej surowa.
Macie fajne marzenia. i ich też wam gratuluję Chcecie być lepsze i umieć więcej. Chcecie coś mieć,żeby coś fajnego stworzyć. Nie mogę spełnić wszystkich życzeń, ale liczę,że spełnię choć niektóre malutkie zwyciężczyni:) Sfascynowała mnie maszynka do wycinanek - co to jest? Podeślijcie linka, to podziwię.
Już od 1 lutego zapraszam na specjalne candy połączone ze specjalnym kalendarzem!
poniedziałek, 21 stycznia 2013
Tyraj misiu w Irlandii
Nie jest to bynajmniej konstatacja polskiego rynku pracy, ale podsumowanie dzisiejszego Dnia Babci i imienin wszystkich Agnieszek.
Na początku składam wszystkim babciom i Agnieszkom pakiet najserdeczniejszych życzeń - niech się spełniają wasze marzenia, niech was i waszych bliskich nie opuszcza zdrowie, dobry humor i chmara przyjaciół, a ten rok niech przyniesie same tylko miłe niespodzianki !!!!
Dla wszystkich w/w bukiet i sto lat!:
A teraz historia o irlandzkiej wersji tiramisu. Udało mi się nabyć ( drogą kupna) prawdziwe biszkopty do tiramisu ( lidl ) i od razu nabrałam ochoty,żeby ten deser zrobić. Ponieważ korzystam ze sprawdzonych przepisów Doroty z Moich Wypieków - zrobiłam je tak jak ona - w wersji z Irish Cream. Przepis tutaj
Jest to zdecydowanie deser wykwintny. Po pierwsze ze względu na cenę tego likieru:))) Po drugie naprawdę pyszny rozpływający się w ryjku mus-krem o kawowej nucie w połączeniu z nasączonymi espresso z likierem kruchutkimi biszkoptami i gorzkim kakao jest wyjątkowy.
Czym się różni od klasycznego tiramisu? Sekret tkwi w kremie- nie jadłam jeszcze takiego!!!! Jest niepowtarzalny i tyle. Nadawałby się także do przełożenia upieczonych ( dla ambitnych) lub kupnych blatów bezowych + jakieś świeże owoce.
Jeśli szukacie propozycji na walentynki - warto wypróbować. Jest to też świetny deser do podania w pucharkach, także z bezikami zamiast biszkoptów.Na pewno sprawdzi się jako super deser na imieninach i tego typu imprezach- błyśniecie jako gwiazdy na firmamencie!
Ja zrobiłam go w szklanej formie i udekorowałam zielona koniczynką. Wiem,że do Dnia Świętego Patryka jeszcze trochę, ale go nie obchodzę, a koniczynka jest zarówno symbolem Irlandii jak i bardziej popularnie po prostu szczęścia - którego życzymy wszyscy naszej babci Hani!!!!
Na początku składam wszystkim babciom i Agnieszkom pakiet najserdeczniejszych życzeń - niech się spełniają wasze marzenia, niech was i waszych bliskich nie opuszcza zdrowie, dobry humor i chmara przyjaciół, a ten rok niech przyniesie same tylko miłe niespodzianki !!!!
Dla wszystkich w/w bukiet i sto lat!:
A teraz historia o irlandzkiej wersji tiramisu. Udało mi się nabyć ( drogą kupna) prawdziwe biszkopty do tiramisu ( lidl ) i od razu nabrałam ochoty,żeby ten deser zrobić. Ponieważ korzystam ze sprawdzonych przepisów Doroty z Moich Wypieków - zrobiłam je tak jak ona - w wersji z Irish Cream. Przepis tutaj
Jest to zdecydowanie deser wykwintny. Po pierwsze ze względu na cenę tego likieru:))) Po drugie naprawdę pyszny rozpływający się w ryjku mus-krem o kawowej nucie w połączeniu z nasączonymi espresso z likierem kruchutkimi biszkoptami i gorzkim kakao jest wyjątkowy.
Czym się różni od klasycznego tiramisu? Sekret tkwi w kremie- nie jadłam jeszcze takiego!!!! Jest niepowtarzalny i tyle. Nadawałby się także do przełożenia upieczonych ( dla ambitnych) lub kupnych blatów bezowych + jakieś świeże owoce.
Jeśli szukacie propozycji na walentynki - warto wypróbować. Jest to też świetny deser do podania w pucharkach, także z bezikami zamiast biszkoptów.Na pewno sprawdzi się jako super deser na imieninach i tego typu imprezach- błyśniecie jako gwiazdy na firmamencie!
Ja zrobiłam go w szklanej formie i udekorowałam zielona koniczynką. Wiem,że do Dnia Świętego Patryka jeszcze trochę, ale go nie obchodzę, a koniczynka jest zarówno symbolem Irlandii jak i bardziej popularnie po prostu szczęścia - którego życzymy wszyscy naszej babci Hani!!!!
sobota, 19 stycznia 2013
Spod samiuśkich Tater...
Hej, górol ci jo, górol
Hej, spod samiuśkich Tater
Hej descyk mnie ukompoł
I ukołysoł wiater
Hej descyk mnie ukompoł
I wiater ukołysoł
Hej, cozem sie napłakoł
Ale mnie nikt nie słysoł
Hej, nicego mi nie żal
Hej, ino kapelusa
Hej, cok się jej nakłanioł
Hej nie kciała, psia dusa!
Mam ogromny sentyment do Zakopanego. Jako miejsca pierwszych wycieczek z rodzicami, jako czasu spędzonego tam na młodzieżowych i studenckich wyjazdach, jako miejsca spotaknia mojego obecnego męża i długo by wymieniać!
Mikołaj przyniósł mi 6 grudnia książkę, o której marzyłam ( przy okazji pozdrawiamy Mikołaja, dziekujemy- my też jesteśmy zdrowi i polecamy się na przyszły rok) i dlatego kilka słów o niej. I o czymś jeszcze.
Oprócz mnóstwa anegdot z ich życia prywatnego oglądamy obraz Zakopanego i górali jakimi są naprawdę- bez kolorowego i często tandetnego dziś folkloru. Poznajemy historie ludzi przyjezdnych i miejscowych. W końcu możemy się dowiedzieć co ważnego i ciekawego dzieje się tam dziś.W podtytule jest to 'lekko gorsząca opowieść góralsko- ceperska' :))) Nie ma w niej szlaków turystycznych, cen biletów i godzin otwarcia obiektów, ale jeśli ktoś wie o Zakopanem mało albo zgoła nic, to warto od tej lektury zacząć,żeby potem spokojnie wziąć się za to, co nas najbardziej zainteresuje. A bibliografia związana z Zakopanem jest ogromna.
Książka ma wiele kolorowych zdjęć, na końcu znajduje się spis miejsc związanych z kulturą, sztuką i noclegów oraz ważnych w Zakopanem telefonów.Niby według klucza prawdziwego przewodnika, a jednak zupełnie inaczej. Przeczytałam ją z prawdziwą przyjemnością i świetnie się przy tym bawiłam, bo język prosty, styl lekki i mnóstwo humoru.
Polecam wszystkim na zimę i wszystkie inne pory roku, które w Zakopanem wyglądają niesamowicie!
Szukając ostatnio przepisu na Moich Wypiekach znalazłam Szarlotkę spod samiuśkich Tater i... postanowiłam zmierzyć się z zagadnieniem.
Szarlotka ( czyli po nasemu: placek z jabłkami) jest kultowym ciastem w naszej rodzinie. Specjalistką od niego była moja babcia, a po niej niepobitą królową jest moja mama, której zawsze się placek udaje, a sława wypieku sięga daleko. Nie widziałam więc do tej pory potrzeby robienia szarlotki na kruchym cieście, bo i po co, skoro w domu mam najlepszą? Ale jak zobaczyłam zdjęcia do tego przepisu i skojarzyłam je z ośnieżonymi szczytami - zmieniłam zdanie.
Z niepokojem w dusy i Jaśkiem przy boku zabrałam się do obierania jabłek. Tu uwaga do wszystkich, którzy nie pieką i uważają się za beztalencie - po pierwsze poczytajcie komentarze pod tym przepisem na Moich Wypiekach, po drugie ja sama po raz pierwszy w życiu robiłam kruche ciasto i piekłam szarlotkę! Jeśli spróbujecie- musi się udać, bo żywcem nie ma co w niej zepsuć!
Całkowity czas pracy nad nią zamknął mi się w 2,5 godzinach ( obieranie, szatkowanie jabłek,wyrobienie ciasta, podpieczenie, dodanie nadzienia, pieczenie), ale nie żałuję, bo przepis jest na całą dużą blachę, a wykonanie bardziej czaso- niż pracochłonne. Obierać i szatkować jabłka umie każdy, ciasto zagniata się z wszystkich składników naraz i jest szybciutko gotowe. Piekłam równą godzinę.Efekt:
Na kruchym cieście się nie znam, ale mężowi ( bo to dla niego uczyniłam!) smakowało bardzo, tak samo mnie i mamie, która jest od szarlotek ( jak wyżej wspomniałam) ekspertem. Świetne proporcje ciasta sprawiają,że jest dokładnie w sam raz- kruche, ale wilgotne, suche, ale nie za słodkie. Kwaśność nadzienia jabłkowego dla mnie w sam raz ( bo nie lubię zbyt słodkich) regulujemy cukrem pudrem na wierzchu. Absolutnie nie ma się do czego przyczepić - jest to szarlotka wspaniała!
Na pewno powtórzę nie raz ten sukces, bo coś podejrzanie za łatwo mi przyszedł. Jeśli macie trochę czasu i chcecie błysnąć naprawdę domowym ciastem, to jest to propozycja idealna. Warto też zachować przepis na kruche ciasto do wykorzystania jako drobne ciasteczka, do tarty itp. bo jest błyskawiczny,a ciasto przepyszne.
Polecam rękami i nogami!
Uwagi:
- ilośc jabłek- 3 kg ( szara reneta)
- blachę wyłożyłam całą papierem do pieczenia
-zanim podpiekłam spód bardzo dokładnie miejsce w miejsce ponakłuwałam go widelcem- dziurki gęsto, aby ciasto dobrze napowietrzyć , a potem nawilżyć nadzieniem
- na 3 kg jabłek użyłam 3 łyżeczki cynamonu i 1/4 szklanki cukru i okazało się,że cukru w sam raz, a cynamon nie przesadzony
- przed wyłożeniem nadzienia posypałam 6 łyżkami tartej bułki
Hej, spod samiuśkich Tater
Hej descyk mnie ukompoł
I ukołysoł wiater
Hej descyk mnie ukompoł
I wiater ukołysoł
Hej, cozem sie napłakoł
Ale mnie nikt nie słysoł
Hej, nicego mi nie żal
Hej, ino kapelusa
Hej, cok się jej nakłanioł
Hej nie kciała, psia dusa!
Mam ogromny sentyment do Zakopanego. Jako miejsca pierwszych wycieczek z rodzicami, jako czasu spędzonego tam na młodzieżowych i studenckich wyjazdach, jako miejsca spotaknia mojego obecnego męża i długo by wymieniać!
Mikołaj przyniósł mi 6 grudnia książkę, o której marzyłam ( przy okazji pozdrawiamy Mikołaja, dziekujemy- my też jesteśmy zdrowi i polecamy się na przyszły rok) i dlatego kilka słów o niej. I o czymś jeszcze.
Zakopane to takie miejsce w Polsce, w którym chyba każdy był, a jeśli nie to na pewno prędzej czy później pojedzie, bo tak jak w Warszawie- wypada być. Historia Zakopanego jest niesamowita, bogata, fascynująca Cała plejada gwiazd sztuki, literatury itd. itp. od XIX wieku aż do teraz się przez nie przewinęła i dalej przewija. Uczymy się o nich i ich dziełach na różnych etapach w szkołach, widzimy i słyszymy w radiu, telewizji i necie. Mam w domu kilka przewodników i encyklopedii o Zakopanem, ale brakowało mi pozycji, która pozwala to miejsce i kulturę odbrązowić, pokazać współczesnemu czytelnikowi i turyście. I właśnie znalazłam - to "Zakopane odkopane" Pauliny Młynarskiej i Beaty Sabały - Zielińskiej:
Świetna pozycja dla tych, którzy pamiętają Zakopane sprzed lat ( kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu) ale i dla tych, którzy się tam wybierają czy już są stałymi bywalcami. Nie nudząc, nie trując, nie przegadując różnej ilości zakopiańskich wątków tłumaczy kto, co i jak z Zakopanem dawnym i dzisiejszym. Możemy poznać historie ( historyjki:)) ludzi i budynków, dowiedzieć się mnóstwa ciekawostek, których nie ma w tradycyjnych przewodnikach i poznać niezwykłą historię znajomości dwóch autorek-dziennikarek.
Oprócz mnóstwa anegdot z ich życia prywatnego oglądamy obraz Zakopanego i górali jakimi są naprawdę- bez kolorowego i często tandetnego dziś folkloru. Poznajemy historie ludzi przyjezdnych i miejscowych. W końcu możemy się dowiedzieć co ważnego i ciekawego dzieje się tam dziś.W podtytule jest to 'lekko gorsząca opowieść góralsko- ceperska' :))) Nie ma w niej szlaków turystycznych, cen biletów i godzin otwarcia obiektów, ale jeśli ktoś wie o Zakopanem mało albo zgoła nic, to warto od tej lektury zacząć,żeby potem spokojnie wziąć się za to, co nas najbardziej zainteresuje. A bibliografia związana z Zakopanem jest ogromna.
Książka ma wiele kolorowych zdjęć, na końcu znajduje się spis miejsc związanych z kulturą, sztuką i noclegów oraz ważnych w Zakopanem telefonów.Niby według klucza prawdziwego przewodnika, a jednak zupełnie inaczej. Przeczytałam ją z prawdziwą przyjemnością i świetnie się przy tym bawiłam, bo język prosty, styl lekki i mnóstwo humoru.
Polecam wszystkim na zimę i wszystkie inne pory roku, które w Zakopanem wyglądają niesamowicie!
Szukając ostatnio przepisu na Moich Wypiekach znalazłam Szarlotkę spod samiuśkich Tater i... postanowiłam zmierzyć się z zagadnieniem.
Szarlotka ( czyli po nasemu: placek z jabłkami) jest kultowym ciastem w naszej rodzinie. Specjalistką od niego była moja babcia, a po niej niepobitą królową jest moja mama, której zawsze się placek udaje, a sława wypieku sięga daleko. Nie widziałam więc do tej pory potrzeby robienia szarlotki na kruchym cieście, bo i po co, skoro w domu mam najlepszą? Ale jak zobaczyłam zdjęcia do tego przepisu i skojarzyłam je z ośnieżonymi szczytami - zmieniłam zdanie.
Z niepokojem w dusy i Jaśkiem przy boku zabrałam się do obierania jabłek. Tu uwaga do wszystkich, którzy nie pieką i uważają się za beztalencie - po pierwsze poczytajcie komentarze pod tym przepisem na Moich Wypiekach, po drugie ja sama po raz pierwszy w życiu robiłam kruche ciasto i piekłam szarlotkę! Jeśli spróbujecie- musi się udać, bo żywcem nie ma co w niej zepsuć!
Całkowity czas pracy nad nią zamknął mi się w 2,5 godzinach ( obieranie, szatkowanie jabłek,wyrobienie ciasta, podpieczenie, dodanie nadzienia, pieczenie), ale nie żałuję, bo przepis jest na całą dużą blachę, a wykonanie bardziej czaso- niż pracochłonne. Obierać i szatkować jabłka umie każdy, ciasto zagniata się z wszystkich składników naraz i jest szybciutko gotowe. Piekłam równą godzinę.Efekt:
Na kruchym cieście się nie znam, ale mężowi ( bo to dla niego uczyniłam!) smakowało bardzo, tak samo mnie i mamie, która jest od szarlotek ( jak wyżej wspomniałam) ekspertem. Świetne proporcje ciasta sprawiają,że jest dokładnie w sam raz- kruche, ale wilgotne, suche, ale nie za słodkie. Kwaśność nadzienia jabłkowego dla mnie w sam raz ( bo nie lubię zbyt słodkich) regulujemy cukrem pudrem na wierzchu. Absolutnie nie ma się do czego przyczepić - jest to szarlotka wspaniała!
Na pewno powtórzę nie raz ten sukces, bo coś podejrzanie za łatwo mi przyszedł. Jeśli macie trochę czasu i chcecie błysnąć naprawdę domowym ciastem, to jest to propozycja idealna. Warto też zachować przepis na kruche ciasto do wykorzystania jako drobne ciasteczka, do tarty itp. bo jest błyskawiczny,a ciasto przepyszne.
Polecam rękami i nogami!
Uwagi:
- ilośc jabłek- 3 kg ( szara reneta)
- blachę wyłożyłam całą papierem do pieczenia
-zanim podpiekłam spód bardzo dokładnie miejsce w miejsce ponakłuwałam go widelcem- dziurki gęsto, aby ciasto dobrze napowietrzyć , a potem nawilżyć nadzieniem
- na 3 kg jabłek użyłam 3 łyżeczki cynamonu i 1/4 szklanki cukru i okazało się,że cukru w sam raz, a cynamon nie przesadzony
- przed wyłożeniem nadzienia posypałam 6 łyżkami tartej bułki
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















.jpg)







