Kompletnie luźny, bo już po ptokach, to nie ma stresu :) Zostały już tylko wspomnienia, które poniżej.
Udało mi się przygotować kilka rzeczy przed Świętami i kilka na samą wigilię. Z wszystkich jestem dumna i blada.
Tak już mam, że jeśli jakiś przepis przypadnie mi do gustu i smaku i stwierdzę,że to jest to, nie przekonacie mnie do zrobienia na daną okazję niczego innego. Tak też istnieją przepisy everlast na klasyczny tort orzechowy ( z Kuchni Polskiej z 1964 r.), makowiec i masę makową ( z tejże, przy czym do masy makowej dodaję drobno pokrojone daktyle - bosko pachnie!), sernik wykwintny z Moich Wypieków ( nie do podrobienia i podważenia) i długo by tu jeszcze wymieniać. Każdy z nas takie przepisy ma i tyle. Jest to swoiste dobro narodowe, które się przechowuje w mniej lub bardziej tajnych zeszytach, wycinkach, książkach itp.
Do mojego dobra narodowego dołączam przepis na pierniczki. Oczywiście pierniczków zrobiłam już w życiu tysiące ( dosłownie), z kilkunastu przepisów, ale ten miłuję.
Nic w nim szczególnego, jest prosty jak konstrukcja cepa, ma wszystko, co trzeba i przede wszystkim można wykonać ciastka tuż przed wigilią ( jak też komisyjnie z Jaśkiem i Kamilką uczyniliśmy), a co najważniejsze od razu jeść, bo są w sam raz mieciutkie. Przechowują się do kilku miesięcy w puszce z kawałkiem jabłka ( ale kto przechowuje takie pyszności?).Przepis tutaj.
Najfajniejsze pierniczki do wykonania z dziećmi-wszystkie składniki zagniata się na ciasto, wykrawa i piecze 10 minut ( dokładnie tyle!). Dekorowaliśmy je w ten sposób,że upieczone i wystudzone smarowaliśmy 'klejem' z cukru pudru i odrobiny wody i posypywaliśmy różnymi koralikami, posypkami itp. Każdy to potrafi, a posypki są chyba w każdym sklepie spożywczym.Gorąco was namawiam na zrobienie właśnie ich z dowolnej okazji- najbliższa Walentynki :) Mnie wyszły 3 blachy. Trochę rozdałam ( kto próbował, niech się zgłosi!), a mniejsza część ( ciekawe czemu mniejsza?:) zawisła na choince.
Najgorsze,że do dziś nie przetrwał ani jeden, a ja nie zrobiłam zdjęć w ferworze walki życzeń:(
Upiekłam też świąteczne babeczki inne niż wszystkie- mocno czekoladowe, pachnące piernikami z powidłami w środku. Połączenie zabójcze. Zdecydowanie syte, ale jaki smak! Rozeszły się tak szybko, że zdążyłam zjeść tylko jedną. Kolejny świetny przepis - spróbujcie koniecznie!Również nie zdążyłam ich zdjąć, więc pożyczam obrazek ze strony moich wypieków - wyszły mi dokładnie takie same ( choć zdjęcie o wiele piękniejsze niżbym ja uczyniła):
(zdjęcie pochodzi ze strony mojewypieki.pl do powyższego przepisu)
Tradycyjnie zrobiłam makowce i sernik, które postanowiłam ozdobić w tym roku. Natchnieniem okazał się piękny wieniec z jemioły, który nabyłam przed wigilią na giełdzie kwiatowej. Uznałam,że sam w sobie jest tak ładny,że nic mu więcej nie potrzeba. Za to jemioły potrzeba mi było na ciastach. Oto i one:
W okresie mikołajowym zrobiłam też bardzo ciekawy żydowski piernik- ciężkie bardzo wilgotne i aromatyczne ciasto z dużą ilością bakalii.Zdecydowanie taki piernik, jaki kiedyś panny dostawały jako wiano. Niesamowity! W związku z jego bogatą historią i ciężarem właściwym )( tutaj przepis i historia- poczytajcie) pokroiłam go na małe kawałeczki, polałam czekoladą i posypałam koralikami, tak,żeby kosteczki były na jeden gryzek. Zapakowane świątecznie dostali wszyscy, u których Święty Mikołaj zostawił prezenty dla moich synków.
Na samego 6 grudnia wypróbowałm przepis Magdy Gessler na sernik imbirowy. Nigdy takiego nie jadłam, więc czemu nie spróbować? Przepis był zamieszczony w grudniowej Claudii, podaję go na końcu.
I koniec tych wynurzeń o ciężkich zimowych deserach. Komu leci ślinka- zapraszam do wypróbowania - filozofia żadna, a radości kupa!
SERNIK IMBIROWY
Spód:
450 g herbatników imbirowych
110 g masła
1 jajko
3 łyżki mąki
Masa:
300 g ciemnej czekolady 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
250 g serka mascarpone
400 g twarogu sernikowego
3 duże jajka
60 g cukru
Dekoracja:
kandyzowany imbir
cukier puder
Herbatniki pokruszyć ( można też zmiksować). Zagnieść je z masłem, jajkiem, mąką. Masa wylepić wyłożoną papierem do pieczenia tortownicę ( 23-25 cm). Piec 7-9 minut w 180 stopniach. Czekolade roztopić na parze. Wymieszać z mielonym imbirem. Przestudzić. Jajka utrzec z cukrem, dodając stopniowo czekoladę z imbirem. Serek mascarpone zmiksowac z twarogiem i połączyć z masą czekoladową. Masę rozsmarować na cieście, wyrównać wierzch. Piec 40-50 min w 170 stopniach. Ostudzić. Posypać cukrem pudrem i udekorowac kandyzowanym imbirem.
Uwagi:
Ciasteczka korzenne- barbakanki krakusa.
Imbir mielony można spokojnie zastąpić imbirem żywym drobniutko posiekanym, albo zwiekszyć do smaku ilość tego w proszku. Pół łyżeczki niestety ginie w morzu czekolady.
Ja polałam sernik na wierzchu roztopiona czekolada imbirową Wedel i posupałam skórką pomarańczową, bo za chiny nie dostałam kandyzowanego imbiru.
motor
Walentynki są codziennie, tylko my obchodzimy je raz do roku...
niedziela, 6 stycznia 2013
poniedziałek, 31 grudnia 2012
Przy okazji + Candy
Bo dziś mija właśnie 2 rocznica założenia tego bloga. Nie wierzę,że to już 2 lata minęły. Ale w swoje 12 lat po ślubie też watpię, więc właściwie wszystko w porządku :)
Dla przypomnienia się i uciechy ludu ( mam nadzieję dużej) dwie zabawy blogowe.
Po pierwsze - ubyło mi trochę obserwatorów, a lubię mieć okrągłą liczbę, więc kto dołączy jako setny ( 100) obserwator, tego obdaruję niespodzianką. Tajną oczywiście do czasu okazania i wysłania w/w na adres nowego obserwatora. Nie chodzi mi o to, aby pobić jakiś rekord, ale o takich czytelników, którzy zostaną ze mną na dobre i na złe. Którzy nie wypiszą się z tej piaskownicy, nawet , jeśli mnie trochę dłużej nie będzie. Takie mam małe marzenie i po cichu liczę,że się spełni. Dla setnego obserwatora spełni się pięknie:) A ja zawsze będę mogła powiedziec,że mam setkę obserwatorów.
Po drugie - skoro wybiła już druga rocznica bloga - czas na candy. Ogłaszam więc candy rocznicowe papierowo- bawełniane. Do dziś w kalendarzach nie znalazłam ostatecznej wersji, jaka jest nazwa drugiej rocznicy, więc do wyboru.
Zasady:
1.Candy dotyczy wszystkich, którzy posiadają adres mailowy lub konto na facebooku lub własny blog
2.Wszyscy biorący udział otrzymują mailowo nagrodę niespodziankę, a nagroda główna leci do zwycięzcy pocztą.
3.Jeśli chcesz wziąć udział, napisz pod tym postem komentarz zawierający TWOJEGO MAILA ( lub odnośnik do niego przez bloga) oraz odpowiedź na pytanie:
JAKIE JEST TWOJE ŻYCZENIE ( LUB ŻYCZENIA) NA NOWY ROK ZWIĄZANE Z BAWEŁNĄ LUB PAPIEREM ( w dowolny sposób) DLA SIEBIE LUB DOWOLNEJ OSOBY
?
4. Zamieść podlinkowany banerek na pasku bocznym swojego bloga ( jeśli posiadasz)
5.Zgłoś swój udział do 21.01.2013 do północy i...
6.Czekaj na losowanie w Dzień Dziadka 22.01 ( dlaczego nie?!) w godzinach wieczornych.
Nagrodą główną jest tradycyjnie niespodzianka - pyszna, wartościowa, papierowa i bawełniana i nie tylko:)
Staram się , aby w moich candy było naprawdę pieknie, dostatnio i ciekawie.Zobaczcie sobie jak było ostatnimi kilkoma razy:)))))
Jeśli was zainteresowałam - zapraszam serdecznie!
Dla przypomnienia się i uciechy ludu ( mam nadzieję dużej) dwie zabawy blogowe.
Po pierwsze - ubyło mi trochę obserwatorów, a lubię mieć okrągłą liczbę, więc kto dołączy jako setny ( 100) obserwator, tego obdaruję niespodzianką. Tajną oczywiście do czasu okazania i wysłania w/w na adres nowego obserwatora. Nie chodzi mi o to, aby pobić jakiś rekord, ale o takich czytelników, którzy zostaną ze mną na dobre i na złe. Którzy nie wypiszą się z tej piaskownicy, nawet , jeśli mnie trochę dłużej nie będzie. Takie mam małe marzenie i po cichu liczę,że się spełni. Dla setnego obserwatora spełni się pięknie:) A ja zawsze będę mogła powiedziec,że mam setkę obserwatorów.
Po drugie - skoro wybiła już druga rocznica bloga - czas na candy. Ogłaszam więc candy rocznicowe papierowo- bawełniane. Do dziś w kalendarzach nie znalazłam ostatecznej wersji, jaka jest nazwa drugiej rocznicy, więc do wyboru.
Zasady:
1.Candy dotyczy wszystkich, którzy posiadają adres mailowy lub konto na facebooku lub własny blog
2.Wszyscy biorący udział otrzymują mailowo nagrodę niespodziankę, a nagroda główna leci do zwycięzcy pocztą.
3.Jeśli chcesz wziąć udział, napisz pod tym postem komentarz zawierający TWOJEGO MAILA ( lub odnośnik do niego przez bloga) oraz odpowiedź na pytanie:
JAKIE JEST TWOJE ŻYCZENIE ( LUB ŻYCZENIA) NA NOWY ROK ZWIĄZANE Z BAWEŁNĄ LUB PAPIEREM ( w dowolny sposób) DLA SIEBIE LUB DOWOLNEJ OSOBY
?
4. Zamieść podlinkowany banerek na pasku bocznym swojego bloga ( jeśli posiadasz)
5.Zgłoś swój udział do 21.01.2013 do północy i...
6.Czekaj na losowanie w Dzień Dziadka 22.01 ( dlaczego nie?!) w godzinach wieczornych.
Nagrodą główną jest tradycyjnie niespodzianka - pyszna, wartościowa, papierowa i bawełniana i nie tylko:)
Staram się , aby w moich candy było naprawdę pieknie, dostatnio i ciekawie.Zobaczcie sobie jak było ostatnimi kilkoma razy:)))))
Jeśli was zainteresowałam - zapraszam serdecznie!
Życzenia Sylwestrowo-noworoczne
Kochani!
Nie było mnie tu już tak długo,że wstyd. Bardzo dziekuję,że mimo braku nowych postów zaglądacie, tęsknicie, dopytujecie, opieprzacie mnie w mailach smsach, telefonach i osobiście.Macie kurka racje.
Z przyczyn czasami ode mnie zależnych (a czasami nie) zapuściłam bloga okropnie.
Nie kajam się dłużej, tylko idę ad rem jak mogę najszybciej.
Dla wszystkich , a szczególnie tych, którzy wytrwali jako moi obserwatorzy i wszystkich, którzy sie dopominali i tęsknili, a także wszystkich, którzy tutaj po prostu zaglądną:
Nie było mnie tu już tak długo,że wstyd. Bardzo dziekuję,że mimo braku nowych postów zaglądacie, tęsknicie, dopytujecie, opieprzacie mnie w mailach smsach, telefonach i osobiście.Macie kurka racje.
Z przyczyn czasami ode mnie zależnych (a czasami nie) zapuściłam bloga okropnie.
Nie kajam się dłużej, tylko idę ad rem jak mogę najszybciej.
Dla wszystkich , a szczególnie tych, którzy wytrwali jako moi obserwatorzy i wszystkich, którzy sie dopominali i tęsknili, a także wszystkich, którzy tutaj po prostu zaglądną:
W oktawie Bożego Narodzenia i na Nowy Świeżutki Rok 2013 życzę,
aby nadchodzące dni były dla nas wszystkich dobre, owocne,
abysmy byli zdrowsi i silniejsi,
abyśmy umieli cieszyć się z rzeczy małych i mieli nadzieję na wielkie,
aby nie zabrakło czasu, radości, pokoju, miłości
i tego wszystkiego, co sprawia,że jesteśmy lepsi, piękniejsi i szczęśliwsi.
Do siego Roku!
środa, 10 października 2012
Jesienne pogaduchy przy pysznościach
Spotkałyśmy się kiedyś we wrześniu z Ulą i Dorotką,żeby nadrobić czas niewidzenia się i omówić sprawy wagi państwowej. Ponieważ na sucho takich rzeczy robić nie wypada, było na mokro i pożywnie:)
Postanowiłam wypróbować 2 przepisy - na danie i deser, bo bardzo mnie skusiły jesiennymi smakami.
Jako ciepłe danie absolutna rewelacja - kolejny przepis-banał, który każdy może zrobić według własnego gustu. W kanonie ( zamieszczonym w którejś Chwili Dla Ciebie , ale nie pomnę której i na końcu tego posta) mamy jako składniki pomidory, bazylię, mozarellę i łuskany słonecznik.To właśnie on nadaje smak całemu daniu! Po upieczeniu jest chrupiący i aromatyczny. Mozna też przygotować to danie jako sałatkę do innego posiłku.
Ja oprócz w/w dałam jeszcze soczewicę, czarne oliwki i kukurydzę z puszki.
Danie do zrobienia w 15 min, tyleż podgrzewane i podane na stół na podgrzewaczu. Zniknęło na nas 3 w 15 minut! Zdążyłam zrobić tylko zdjęcie przed włożeniem do pieca, bo potem było już tylko gołe szkło... Świetny pomysł na jesienną szarugę i brak inwencji na kolację czy obiad. Bardzo, bardzo polecam!!!!
Babeczki z morelami zapachniały mi po prostu morelami:) Jakos nie mogłam dostać ich w tym roku, nie pokazywały sie w warzywniaku. Jak dziady dorwałam, to od razu zrobiłam coś ambitnego. Nie sa to typowe szybkie mufinki, ale rodzaj ucieranego ciasta ( czytaj: trochę czasu trzeba poświęcić...), ale na pewno sprawdzą się na eleganckim obiedzie lub imieninach. Bardzo mięciutkie, wilgotne i lekkie, pięknie pachną morelami, ale coś za coś. Przepis radzę wypróbować wszystkim tym, którzy juz niejedno ciasto piekli, bo nie jest może trudny, ale czasochłonny i trzeba uważać, żeby nie przypalić delikatnego ciasta. Mnie smakowały przede wszystkim z powodu cudownej konfitury morelowej od Kasi M-K, której smak czuję do dziś - z serca dziękuję, bo była boska!!!!
Bardzo nas wzruszyły doniczki z wrzosami od Uli, dla każdej z innym cytatem o przyjaźni. Ja dostałam taki:
Ale fajnie mieć takie przyjaciółki!
ZAPIEKANKA ZE SŁONECZNIKIEM( DOBRA NA CIEPŁO I NA ZIMNO!) :
Pomidory- np 4-5 sztuk
ser mozarella- jedna lub dwie kule po 100 g
bazylia świeża lub suszona
dwie duże garście łuskanego słonecznika
+składniki które lubicie :) ( grzyby marynowane lub żywe, cebulka, pikle, orzechy, fasolka, groszek itp., itd...)
Posmarować naczynie żaroodporne masłem. Pomidory pokroić w ósemki i powykładać nimi dno miąższem do góry. Posypać ziołami i pozostałymi składnikami dowolnymi. Na wierzch zetrzec na tarce mozarellę i posypac słonecznikiem.
Zapiekać w 200 stopniach przez 15- 20 min, aż serek się rozpuści a słonecznik lekko przypiecze.
Ja podałam tę sałatkę zapiekankę z grzankami grahamkowymi, można ze zwykłym pieczywem albo paluszkami grissini.
Pomidory- np 4-5 sztuk
ser mozarella- jedna lub dwie kule po 100 g
bazylia świeża lub suszona
dwie duże garście łuskanego słonecznika
+składniki które lubicie :) ( grzyby marynowane lub żywe, cebulka, pikle, orzechy, fasolka, groszek itp., itd...)
Posmarować naczynie żaroodporne masłem. Pomidory pokroić w ósemki i powykładać nimi dno miąższem do góry. Posypać ziołami i pozostałymi składnikami dowolnymi. Na wierzch zetrzec na tarce mozarellę i posypac słonecznikiem.
Zapiekać w 200 stopniach przez 15- 20 min, aż serek się rozpuści a słonecznik lekko przypiecze.
Ja podałam tę sałatkę zapiekankę z grzankami grahamkowymi, można ze zwykłym pieczywem albo paluszkami grissini.
BABECZKI Z MORELAMI( przepis z gazety Naj - numer sierpniowy):
6 średnich moreli
10 dkg białej czekolady
2 łyzki konfitury morelowej
10 dkg miękkiego masła
20 dkg cukru
3 jajka
1 i 1/3 szklanki mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 cukier waniliowy
szczypta soli
Morele umyć, ponakłuwać, sparzyć wrzątkiem i zdjąć skórkę. Rozciąć i usunąć pestki.
Czekoladę grubo posiekać. Przełożyć do garnka. Dodać masło i mieszając stopić. Przelać do miseczki i przestudzić. Do masy czekoladowej dodać cukier, cukier waniliowy, szczyptę soli, jajka oraz mąkę i proszek do pieczenia. Wszystkie składniki szybko utrzeć mikserem na gładką masę.
Formę na mufinki wyłożyć papilotkami. Napełnić ciastem. Na każdej mufince położyć połówkę moreli. Konfiturę podgrzać, posmarować nią morele.
Mufinki wstawic do piekarnika - 175 stopni. Piec około 20 minut ( ja piekłam 35 min.)
6 średnich moreli
10 dkg białej czekolady
2 łyzki konfitury morelowej
10 dkg miękkiego masła
20 dkg cukru
3 jajka
1 i 1/3 szklanki mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 cukier waniliowy
szczypta soli
Morele umyć, ponakłuwać, sparzyć wrzątkiem i zdjąć skórkę. Rozciąć i usunąć pestki.
Czekoladę grubo posiekać. Przełożyć do garnka. Dodać masło i mieszając stopić. Przelać do miseczki i przestudzić. Do masy czekoladowej dodać cukier, cukier waniliowy, szczyptę soli, jajka oraz mąkę i proszek do pieczenia. Wszystkie składniki szybko utrzeć mikserem na gładką masę.
Formę na mufinki wyłożyć papilotkami. Napełnić ciastem. Na każdej mufince położyć połówkę moreli. Konfiturę podgrzać, posmarować nią morele.
Mufinki wstawic do piekarnika - 175 stopni. Piec około 20 minut ( ja piekłam 35 min.)
wtorek, 9 października 2012
Wodny świat w centrum Krakowa czyli kawiarnia z podwodnym charakterem
Będąc w Warsztacie ( tym na Kazimierzu, gdzie dają dobrze zjeść..mmmm...) wpadła mi w oko i ręce lokalna gazetka zapraszająca do różnych lokali w Krakowie. Szczególnie spodobały mi się zdjęcia jednego z nich i postanowiłam dogłębnie rzecz sprawdzić.
Wykroiły mi się w niedługim odstępie dwa spotkania - jedno podwójne a drugie pojedyncze i już wiedziałam, gdzie je odbędę. Moje znajome nigdy wcześniej w tym lokalu nie były, więc jazda!
Najsampierw podaje stronę, a własciwie fejsbuka - tutaj. Adres - Studencka 15. Jest to ciekawa kawiarnia o nietypowym menu i oryginalnym wystroju. Jeśli szukacie spokojnego miejsca na pogaduchy przy dobrej kawie, ciastku i czymś słodkim w centrum, to świetne rozwiązanie.
Jako stworzenie zdecydowanie wiecznie marznące i ciepłolubne stwierdzam,że Cafe Mana Mana nadaje się bardziej na ciepłe dni niż nadchodzące jesienne i zimowe wieczory, ale idźcie , to sprawdzicie sami. Lokal w piwnicach, do których schodzi się z ulicy, 2 pomieszczenia- wieksze z barem i mniejsze ( kameralne na 2 stoliki). Maxymalnie w całej kawiarni miejsc może na 20-25 osób. Coś co mnie zachwyciło najbardziej to akwaria. Kilka sporych akwariów tradycyjnych i jedno centralnie umieszczone morskie z morskimi żyjątkami rafowymi...
Miałam właściwie przez całe życie akwarium w domu i bardzo się do niego przyzwyczaiłam. Dopiero choroba ojca uniemożliwiła mu opiekę nad rybami i musieliśmy koleżanki ( i kolegów) rozdać wraz z ich domem.A szkoda. Bardzo mi ich brakuje, ale nie podjęłabym się kolejnego obowiązku przy dwójce potworów... Tym chętniej oglądałam podwodny świat w Mana Mana.
A było co oglądać...
Gdy tam byłam, trwał konkurs na imię dla krewetki z morskiego akwarium. Chyba już go rozwiązano:)
Lokal przystosowany dla dzieci - jest dla nich kącik. Są też książki i czasopisma dla stałych bywalców.W karcie znajdziemy oprócz typowych napojów zimnych i ciepłych bardzo oryginalne mieszanki herbat i nietypowe lody własnej produkcji, z których lokal słynie.
Ja za mówiłam aloesowe i brzozowe i faktycznie były intrygujące w smaku! Chętnie się kiedyś tam jeszcze wybiorę, bo ładnie i smacznie.I ciasta domowe podają. I kawa pachnie i smakuje.
Podobno jest w Krakowie jeszcze jedna knajpa z akwariami- mam nadzieję,że tam też trafię, bo kto ma rybki w domu, wie, jakie to odprężające pogapić się w zieloną wodę i kolorowe łuski i posłuchać szumu filtra...
poniedziałek, 8 października 2012
Stanisława
Z urodzinami Pucy mamy od jego urodzenia kłopot, bo wypadają na początku sierpnia, czyli w sezonie głęboko urlopowym i rzadko zdarza się, żeby wszyscy bliscy byli w tym czasie obecni w Krakowie i jeszcze mieli wolną sobotę... Już niedługo ( w szkole podstawowej) będę chyba kontynuować tradycję moich rodziców, czyli zamianę urodzin na imieniny, wtedy jednemu i drugiemu dinozaurowi nie przeszkodzą wyjazdy ani inne sprawy i można się będzie spotkać w szerszym gronie dzieciowym i rodzinnym.
A w tym roku Stanisława świętowaliśmy w rześkiej temperaturze kurdwanowskich plenerów. Było dużo biegania, jedzenia i picia niedozwolonych na co dzień rzeczy (cola, chipsy), prezenty z Zygzakiem ( motyw przewodni imprezy) i oczywiście tort.
Ponieważ impreza była w konwencji grilla, zrobiłam 3 sałatki, dwie na słono i jedna owocową. Z tej słodkiej jestem szczególnie dumna, bo udało mi się dobrać owoce, które się nie leją i sałatka długo utrzymuje smak i świeżość. Wszystkie przepisy na końcu posta - jak zwykle. A tu dwóch piecowych. Młodszy narobił się jak nigdy!
Dzień bardzo udany, dla młodych i starszych, choć pogoda nie była idealna, bo raczej chłodnawo, to słoneczko nam kilka razy zaświeciło i spędzilismy popołudnie w uzdrowiskowym powietrzu przy dobrym jedzonku gadając i śmiejąc się z opowiadanych anegdotek, które co rusz się komuś przypominały...A jak się potem dobrze spało! Zwłaszcza młodszym, choć mnie też:)
Był oczywiście tort - wymarzony i obiecany Staszkowi- z Zygzakiem ( Makłintem (!) - oryginalna wymowa Pucy) i Złomkiem na asfaltowej drodze wśród drzew i krzewów. Asfalt w kształcie cyfry 3. Do niego świeczki w kształcie znaków drogowych z buźkami i fontanny tortowe. Sam torcik- jasny biszkopcik nasączony herbatką malinową z masą czekoladową ( dzięki ci Anitko!!!!) i kilogramem prawdziwych malinek, oblany czekoladą.
Dzieciaki tak się napaliły na zabawę autkami (prawdziwymi do zabawy),że natychmaist zdjęły je z tortu i zaczęły wyścigi. Wcześniej Stanisław o mało co nie przyprawił mnie o zawał serca - poszedł spokojnie do lodówki nie zauważony przez nikogo, wyjął tort w pojemniku i przyniósł do stołu ( bo on już chce jeść). Cudem tortowi nic się nie stało, ale ja wrzasłam w niebogłosy, jak zobaczyłam Pucę-widmo z pojemnikiem na trawniku!!!!!
Na zakończenie goście otrzymali pudełka z mufinkami snickersowymi w kształcie grzybków. Ponieważ te babeczki zrobiły furorę ( zrobiłam więcej i rozdałam), przepis tutaj - zróbcie koniecznie wszyscy miłośnicy snickersów! Proste jak konstrukcja...snickersa i pyszne!
3 lata skończone. Teraz to już wszystko jest możliwe, jak pokazują sondaże, starsze dzieci i doświadczenie życiowe.
Ahoj przygodo !
SAŁATKA 1 ( ZWYCZAJNA)- zdjęcia brak, bo wszyscy jedli i znają.
pokrojone pomidory, ogórki, sałata lodowa
sos: oliwa, ocet balsamiczny, czosnek, sól pieprz
SAŁATKA 2 ( INNA)
pokrojona na wiórki kapusta pekińska
oliwki czarne
zielony groszek ( który wyglądał jak kapary ;) )
kukurydza z puszki
pieczarki marynowane
malutkie marynowane krojone patisonki
papryka czerwona i zielona- pokrojona w kostkę
przyprawy: pieprz, zioła prowansalskie ( prawosławne), czerwona papryka słodka
sos: było kilka gotowych kupnych do wyboru- każdy komponował sobie taki zestaw, jaki chciał! Polecam ten sposób, bo każdemu dogodzi:))))
SAŁATKA OWOCOWA ( WYBORNA, AROMATYCZNA I SUCHA!)
borówki amerykańskie
nektarynki pokrojone w kostkę
banany
pomelo obrane ze skórki i białych błonek, podzielone na drobne kawałki
figi obrane ze skórki i wmieszane
Mieszanka pomelo i fig daje fantastyczny równocześnie świeży i miodowo-słodki zapach.
Spróbujcie tego połączenia!!!!
TORT
Przepis na wyborny biszkopcik oczywiście stąd, a masa pozostaje sekretem rodziny Sewerynów:)
Ozdoby z lukru plastycznego- moje dzieło, autka kupne, oblany czekoladą milką.
MUFINKI SNICKERSOWE - przepis stąd. A masło orzechowe od Moniki - dzięki z całego serca!!! Ale się przydało!
niedziela, 30 września 2012
Bezdzietna beztroska wakacyjna niedziela
W bezdzietną niedzielę ( co trafia się bardzo rzadko, a ostanio już drugi raz!) postanowiliśmy się gdzieś powłóczyć i świecką tradycją coś poogladac i zjeść. Dzieci na szczęście zostały zaopiekowane na większą część dnia, więc spokojnie ruszyliśmy we wspólne tango.
Dojechaliśmy do Galerii Kazimierz, gdzie wzięło nas na oglądanie najnowszej produkcji studia Disney Pixar czyli 'Meridy Walecznej'. Tutaj Filmweb .
To w ogóle był dzień jakichś promocji, bo przy kasie dostaliśmy losy na loterię ( wygralismy oboje po paczce nowych cukierków hall's)i saszetki z espumisanem (???), a seans okazał się filmem w 3D. Ucieszyłam się bardzo, bo trójwymiaru nie widziałam od czasu 'Avatara', który jakoś nie bardzo mi się spodobał i z niecierpliwością czekałam na nowinki techniczne.
Niestety, jak to przed wszystkimi bajkami, następuje długi 40 minutowy blok reklamowy, który otwiera wszystkim noże w kieszeni i sprawia,że zamieniamy się w Park Jurajski jeszcze przed seansem właściwym. Jednak nie zaczęliśmy gryźć tylko dlatego,że przed 'Meridą' Pixar przygotował jeszcze mini filmik swojej produkcji ( co też u Disneya jest tradycją). Kilkuminutowa historyjka o tytule 'La Luna' okazała się tak piękna wizualnie ( a dodatkowo w 3D), że dech mi zaparło! Opowieśc o tym jak dziadek, syn i wnuk wypływają w nocy przy świetle księżyca na środek morza i jakie magiczne czynności tam wykonują do tej pory siedzi mi w głowie! A kolor oczu wnuczka - niesamowity!!!! Świetnie jest móc oglądnąć taką rzecz na dużym ekranie, gdzie można podziwiać wszystkie szczególiki animacji i cieszyć się z nich. Filmik zrobiony w konwencji uniwersalnej i zrozumiałej dla każdego, bo nie pada ani jedno słowo w żadnym języku, a mimo to wszyscy rozumiej o co chodzi. Genialny!!!!tutaj możecie o nim przeczytać na stronie Pixara po angielsku- warto zajrzeć. A tutaj zajawka 'La Luny' na youtubie.
Wracając do 'Meridy' - w kinie byliśmy w 6 osób: my, dziadek z wnuczką i para zakochanych z samego tyłu. Czyny zakochanych pominę milczeniem, bo ewidentnie przyszli do kina, a nie na film, dziadek z wnuczką, a właściwie sama wnuczka dawała się we znaki tym, że co chwilę komentowała obraz na ekranie, ale daliśmy radę:)
'Meridą' jestem zachwycona pod kilkoma względami - przede wszystkim przepięknie, ale to absolutnie przepięknie zrobiony technicznie i graficznie film! Szkocka przyroda jak żywa, piękne światło, dbałość o każdy detal ( rozpryskujące się pod słońce krople wodospadu robią wrażenie!), świetne zróżnicowanie postaci i ich mimiki, smaczki scenograficzne. Mniam, mniam!
Sama Merida jest zrobiona z ogromnym pietyzmem - widać kawał roboty animatorów. Jej rude gęste włosy żyją własnym życiem i to widać, słychac i prawie czuć.
Rewelacyjny polski dubbing ( który uważam,że jest lepszy niż oryginalny) a w nim same wielkie nazwiska. Olśniło mnie na początku,że Merida mówi głosem smoczka Spike'a z Kucyków na MIni Mini (My Little Pony, widać moją głębię intelektualną) i od razu po powrocie sprawdziłam kto to- okazało się,że aktorka nazywa sie Dominika Kluźniak. Występuje przede wszystkim w dubbingu i drugim planie, ale głos ma niesamowity. Bardzo dobre śmieszne i wzruszające dialogi, które są osadzone w legendzie, ale nawiązują do współczesności i cała bajka z morałem, który nie jest ciężkostrawny.Bardzo gorąco polecam ten film- dobra zabawa dla każdego!!!! Choć po tak długim czasie spędzonym na fotelu kinowym pupa boli ( ponad 2,5 h)...
Wyruszyliśmy spacerkiem dla rozruszania kości i już porządnie głodni na pobliski Kazimierz,żeby coś zjeść i wylądowaliśmy w dobrze nam już znanym 'Warsztacie' na rogu ulic Izaaka i Kupa ( pisałam o tej knajpce kilka postów temu). Skoro tu dają dobry obiad i są wolne miejsca...
Raz jeszcze podkreślam super klimat tego malutkiego lokalu:
i ogromne porcje:
Tym razem zaszalelismy z makaronami - ja penne z kurkami a małż tagliatelle z łososiem i pomidorami. Pycha! Choć temu naczyniu do zapiekania nie dałam rady:( Świeżutkie kureczki pachniały i rozpływały sie same. Mniam!
A potem długi spacer dla trawienia i gadania, i bycia, i oglądania pieknych widoków po drodze przy idealnie czystym błękitnym niebie i dniu chylącemu się ku zachodowi...
Może dobrze,że takich dni jest niewiele w roku, bo by spowszedniały, a tak- jest co wspominać.
Dojechaliśmy do Galerii Kazimierz, gdzie wzięło nas na oglądanie najnowszej produkcji studia Disney Pixar czyli 'Meridy Walecznej'. Tutaj Filmweb .
To w ogóle był dzień jakichś promocji, bo przy kasie dostaliśmy losy na loterię ( wygralismy oboje po paczce nowych cukierków hall's)i saszetki z espumisanem (???), a seans okazał się filmem w 3D. Ucieszyłam się bardzo, bo trójwymiaru nie widziałam od czasu 'Avatara', który jakoś nie bardzo mi się spodobał i z niecierpliwością czekałam na nowinki techniczne.
Niestety, jak to przed wszystkimi bajkami, następuje długi 40 minutowy blok reklamowy, który otwiera wszystkim noże w kieszeni i sprawia,że zamieniamy się w Park Jurajski jeszcze przed seansem właściwym. Jednak nie zaczęliśmy gryźć tylko dlatego,że przed 'Meridą' Pixar przygotował jeszcze mini filmik swojej produkcji ( co też u Disneya jest tradycją). Kilkuminutowa historyjka o tytule 'La Luna' okazała się tak piękna wizualnie ( a dodatkowo w 3D), że dech mi zaparło! Opowieśc o tym jak dziadek, syn i wnuk wypływają w nocy przy świetle księżyca na środek morza i jakie magiczne czynności tam wykonują do tej pory siedzi mi w głowie! A kolor oczu wnuczka - niesamowity!!!! Świetnie jest móc oglądnąć taką rzecz na dużym ekranie, gdzie można podziwiać wszystkie szczególiki animacji i cieszyć się z nich. Filmik zrobiony w konwencji uniwersalnej i zrozumiałej dla każdego, bo nie pada ani jedno słowo w żadnym języku, a mimo to wszyscy rozumiej o co chodzi. Genialny!!!!tutaj możecie o nim przeczytać na stronie Pixara po angielsku- warto zajrzeć. A tutaj zajawka 'La Luny' na youtubie.
Wracając do 'Meridy' - w kinie byliśmy w 6 osób: my, dziadek z wnuczką i para zakochanych z samego tyłu. Czyny zakochanych pominę milczeniem, bo ewidentnie przyszli do kina, a nie na film, dziadek z wnuczką, a właściwie sama wnuczka dawała się we znaki tym, że co chwilę komentowała obraz na ekranie, ale daliśmy radę:)
'Meridą' jestem zachwycona pod kilkoma względami - przede wszystkim przepięknie, ale to absolutnie przepięknie zrobiony technicznie i graficznie film! Szkocka przyroda jak żywa, piękne światło, dbałość o każdy detal ( rozpryskujące się pod słońce krople wodospadu robią wrażenie!), świetne zróżnicowanie postaci i ich mimiki, smaczki scenograficzne. Mniam, mniam!
Sama Merida jest zrobiona z ogromnym pietyzmem - widać kawał roboty animatorów. Jej rude gęste włosy żyją własnym życiem i to widać, słychac i prawie czuć.
Rewelacyjny polski dubbing ( który uważam,że jest lepszy niż oryginalny) a w nim same wielkie nazwiska. Olśniło mnie na początku,że Merida mówi głosem smoczka Spike'a z Kucyków na MIni Mini (My Little Pony, widać moją głębię intelektualną) i od razu po powrocie sprawdziłam kto to- okazało się,że aktorka nazywa sie Dominika Kluźniak. Występuje przede wszystkim w dubbingu i drugim planie, ale głos ma niesamowity. Bardzo dobre śmieszne i wzruszające dialogi, które są osadzone w legendzie, ale nawiązują do współczesności i cała bajka z morałem, który nie jest ciężkostrawny.Bardzo gorąco polecam ten film- dobra zabawa dla każdego!!!! Choć po tak długim czasie spędzonym na fotelu kinowym pupa boli ( ponad 2,5 h)...
Wyruszyliśmy spacerkiem dla rozruszania kości i już porządnie głodni na pobliski Kazimierz,żeby coś zjeść i wylądowaliśmy w dobrze nam już znanym 'Warsztacie' na rogu ulic Izaaka i Kupa ( pisałam o tej knajpce kilka postów temu). Skoro tu dają dobry obiad i są wolne miejsca...
Raz jeszcze podkreślam super klimat tego malutkiego lokalu:
i ogromne porcje:
Tym razem zaszalelismy z makaronami - ja penne z kurkami a małż tagliatelle z łososiem i pomidorami. Pycha! Choć temu naczyniu do zapiekania nie dałam rady:( Świeżutkie kureczki pachniały i rozpływały sie same. Mniam!
A potem długi spacer dla trawienia i gadania, i bycia, i oglądania pieknych widoków po drodze przy idealnie czystym błękitnym niebie i dniu chylącemu się ku zachodowi...
Może dobrze,że takich dni jest niewiele w roku, bo by spowszedniały, a tak- jest co wspominać.
sobota, 29 września 2012
Letnie kucharzenie na ekranie
Wybrałyśmy się z Asią w pewien przepiękny letni dzień w miasto,żeby coś zjeść , coś oglądnąć i pospacerować w cudnym słoneczku. Ale nam się dzień wtedy udał!
Byłyśmy na makaronowej uczcie, ale lokal i jego menu nie sa godne wspomnienia, więc nie wspominam :), natomiast teraz szerzej o filmie.
Strona na filmwebie tutaj .
Choć jego premiera dawno już za nami, to kto nie oglądał spokojnie może na niego poswięcić jeden z nadchodzących wieczorów.
Film reklamowany przez Magdę Gessler na jej blogu tutaj .
Nie chce opowiadać fabuły, bo możecie znaleźć jej namiastki w różnych miejscach w sieci, ale naprawdę chcę zareklamować film.
Choć lubię gotować i piec nie odstarszyły mnie podczas ogladania obcobrzmiące składniki potraw, ani ich różne ciekawe nazwy. Pewnie myślicie, co może byc fajnego w filmie o kucharzach i jedzeniu. Jest to przede wszystkim historia o młodych i starych, o tym co najważniejsze i dla czego warto poświęcic swój czas i siły, o relacjach z najbliższymi. Choć kuchni i potraw w niej dużo , jeszcze więcej ludzkich historii, które są bardzo sprawnie opowiedziane.
Mnie skusił do oglądania przede wszystkim Jean Reno, którego uważam za świetnego aktora ( nie tylko komediowego). Tutaj również nie zawodzi. Ktoś, kto wygląda jak postać z komiksu, teoretycznie powinien grać prostą kreską. Moim zdaniem Reno jest świetny i wielowymiarowy nawet w takiej lekkiej roli, jaką mu tutaj przydzielono.
Film dobry na wieczór po trudnym męczącym dniu/tygodniu, kiedy wracamy do domu z głową pełną problemów i trudno nam je z niej wybić. Na wieczór ze znajomymi płci obojga, na rodzinny seans w wolny dzień. Choć zakończenie łatwo przewidzieć, film nie nudzi, jest barwny, spokojny, wesoły. Nie taką wesołością,że ryczymy ze śmiechu co 5 sekund, ale siłą pogodnej historii.
Kojarzy mi się z kolacją na letnim tarasie przy stole zastawionym lekkimi przekąskami i światłach świec, z gwarem rozmów szczęśliwych ludzi, ze spokojem...
Zwróćcie uwagę na szatę graficzną obrazu - czołówka i napisy końcowe są niepowtarzalne!
Przed nami długie jesienne i zimowe wieczory zimne i wilgotne. Może warto przywołać klimat lata tą opowieścią? Ja z pewnością do niej wrócę.
Byłyśmy na makaronowej uczcie, ale lokal i jego menu nie sa godne wspomnienia, więc nie wspominam :), natomiast teraz szerzej o filmie.
Strona na filmwebie tutaj .
Choć jego premiera dawno już za nami, to kto nie oglądał spokojnie może na niego poswięcić jeden z nadchodzących wieczorów.
Film reklamowany przez Magdę Gessler na jej blogu tutaj .
Nie chce opowiadać fabuły, bo możecie znaleźć jej namiastki w różnych miejscach w sieci, ale naprawdę chcę zareklamować film.
Choć lubię gotować i piec nie odstarszyły mnie podczas ogladania obcobrzmiące składniki potraw, ani ich różne ciekawe nazwy. Pewnie myślicie, co może byc fajnego w filmie o kucharzach i jedzeniu. Jest to przede wszystkim historia o młodych i starych, o tym co najważniejsze i dla czego warto poświęcic swój czas i siły, o relacjach z najbliższymi. Choć kuchni i potraw w niej dużo , jeszcze więcej ludzkich historii, które są bardzo sprawnie opowiedziane.
Mnie skusił do oglądania przede wszystkim Jean Reno, którego uważam za świetnego aktora ( nie tylko komediowego). Tutaj również nie zawodzi. Ktoś, kto wygląda jak postać z komiksu, teoretycznie powinien grać prostą kreską. Moim zdaniem Reno jest świetny i wielowymiarowy nawet w takiej lekkiej roli, jaką mu tutaj przydzielono.
Film dobry na wieczór po trudnym męczącym dniu/tygodniu, kiedy wracamy do domu z głową pełną problemów i trudno nam je z niej wybić. Na wieczór ze znajomymi płci obojga, na rodzinny seans w wolny dzień. Choć zakończenie łatwo przewidzieć, film nie nudzi, jest barwny, spokojny, wesoły. Nie taką wesołością,że ryczymy ze śmiechu co 5 sekund, ale siłą pogodnej historii.
Kojarzy mi się z kolacją na letnim tarasie przy stole zastawionym lekkimi przekąskami i światłach świec, z gwarem rozmów szczęśliwych ludzi, ze spokojem...
Zwróćcie uwagę na szatę graficzną obrazu - czołówka i napisy końcowe są niepowtarzalne!
Przed nami długie jesienne i zimowe wieczory zimne i wilgotne. Może warto przywołać klimat lata tą opowieścią? Ja z pewnością do niej wrócę.
piątek, 28 września 2012
Bardzo fajna seria, która cały czas trwa!
Skusiłam się na pierwszy tom nowej serii książek M.C. Beaton o przygodach Agathy Raisin i nie dość, że przeczytałam od ręki ( godzinka), to od razu zamówiłam całą serię, bo było taniej.
Z każdym kolejnym tomem przekonuję się, że zaiste była to megatrafna decyzja!
Tak wygląda tom pierwszy:
Strasznie mnie wkurzają teksty reklamujące autorki kryminałów, że jest to np. "nowa Agatha Christie" ( najczęstsze) albo "Agatha Christie naszych czasów" lub tym podobne. Najeżam się od razu, bo to tak, jakby ktoś mógł napisać coś tak jak Szekspir albo inny mistrz literacki. Moja ulubiona Agatha Christie jest niestety ( albo na szczęście ) a) martwa, b) niezastąpiona c) ponadczasowa i jeszcze przez kilka wieków conajmniej nikt do pięt jej nie dorośnie ( choć jak widać wielu próbuje).
W serii o Agathcie Raisin bohaterkę z Agathą Christie łączy kilka rzeczy, ale nie nachalnie. Jest Angielką, ma na imię Agatha, jak wielu bohaterów książek Christie rozwiązuje zagadki kryminalne, a miejscem akcji jest najczęściej angielska prowincja. I to by było na tyle podobieństw. Czytałam też recenzje, gdzie porównuje się ją do Panny Marple - jednej z bohaterek Agathy Christie, ale jak ona jest podobna, to ja jestem ksiądz biskup.
Agatha Raisin wiedzie wygodne,bogate, choć często bardzo nerwowe życie w centrum Londynu pracując jako szefowa uznanej i wpływowej agencji reklamowej. Jest tam absolutnym bóstwem na ołtarzu marketingu i zarządzania. Pewnego dnia postanawia zrezygnować z pracy i zarobione przez siebie ciężkie pieniądze przeznaczyć na kupno uroczego jak z katalogu domu na angielskiej prowincji oraz osiedlić się wśród przedstwicieli klasy średniej w miejscu, gdzie tylko cisza i spokój. I tak właśnie czyni. Okazuje się tylko z tomu na tom, że ta cała prowincja nie wygląda jak na obrazku, ludzie wszędzie są paskudni, morderstwa się zdarzają i dostarczają naszej bohaterce tyleż problemów co uciechy z rozwiązania zagadki, a w dodatku pojawia się przystojny sąsiad i...
Wspaniały w tych książkach jest współczesny małomiasteczkowy angielski pejzaż. Genialnie pokazane typy ludzkie, jedne ze starego obrazu a inne z supernowoczesnego plakatu o równości gejów i lesbijek. Jedni cisi i pokornego serca, a drudzy zawsze wrzaskliwi i marudzący. Wszyscy opisani bardzo barwnie i ciekawie, a przede wszystkim prawdziwie, z sensem, z uczuciem. Dla mnie ta seria to nie tylko zagadki kryminalne, które rozwiązujemy wraz z głowną bohaterką, tutaj oprócz głównego pytania 'kto zabił i dlaczego?' równie ważni są ludzie uczestniczący w danej historii pośrednio lub bezpośrednio. Kolejne odcinki sa jak dobry serial- czekamy z niecierpliwościa na nastepny odcinek.
Główna bohaterka nie jest ani biurwą, ani Sherlockiem Holmesem do bólu analitycznie podchodzącym do każdej sprawy, ale za to zachowuje się jak typowa kobieta i ma charakterek! Ma też wspaniałe poczucie humoru, myśli i kojarzy fakty no i nie jest kryształowo uczciwa. Zachowuje się jak wszyscy których w jakiś sposób podziwiamy i im zazdrościmy - zdolna, bogata, wykorzystuje swoje wpływy, ale do domu bym jej nie zaprosiła, bo mi obrobi wiadomo co przed koleżankami i zauważy co nie trzeba:) Jedno wiadomo na pewno - nie jest nudna!
Wraz z kolejnymi odcinkami wzrasta zarówno moja sympatia do tej bohaterki jak i irytacja tym co robi.Już za nia tęsknię. Na szczęście niedługo nowa dostawa pocztowa.
Według mnie pozycja obowiązkowa. Choć każda część serii dotyczy odrębnej historii, warto jeśli macie możliwość, przeczytać od początku. Jeśli nie macie, to chociaż poszukajcie w kioskach bieżącego tomu. Tutaj można zamówić całą serię np. na prezent ( myślimy już o mikołajkach, myślimy...)
Książki są małego formatu i w miękkich okładkach. Doskonale mieszczą się w prawie każdej torebce. Te lekkie ( dosłownie i w przenośni) obyczajowe kryminałki sa świetne na każdą wolna chwilkę, choć krótkiej chwilki na pewno wam nie zajmą. Nie spoczniecie, dopóki nie skończycie!
Ja już ostrzę sobie pazury na kolejne odcinki, szykuję dobrą herbatę ( po angielsku) i suche przekąski ( a co!).
Zobaczymy co tym razem nawyprawiała!
Z każdym kolejnym tomem przekonuję się, że zaiste była to megatrafna decyzja!
Tak wygląda tom pierwszy:
Strasznie mnie wkurzają teksty reklamujące autorki kryminałów, że jest to np. "nowa Agatha Christie" ( najczęstsze) albo "Agatha Christie naszych czasów" lub tym podobne. Najeżam się od razu, bo to tak, jakby ktoś mógł napisać coś tak jak Szekspir albo inny mistrz literacki. Moja ulubiona Agatha Christie jest niestety ( albo na szczęście ) a) martwa, b) niezastąpiona c) ponadczasowa i jeszcze przez kilka wieków conajmniej nikt do pięt jej nie dorośnie ( choć jak widać wielu próbuje).
W serii o Agathcie Raisin bohaterkę z Agathą Christie łączy kilka rzeczy, ale nie nachalnie. Jest Angielką, ma na imię Agatha, jak wielu bohaterów książek Christie rozwiązuje zagadki kryminalne, a miejscem akcji jest najczęściej angielska prowincja. I to by było na tyle podobieństw. Czytałam też recenzje, gdzie porównuje się ją do Panny Marple - jednej z bohaterek Agathy Christie, ale jak ona jest podobna, to ja jestem ksiądz biskup.
Agatha Raisin wiedzie wygodne,bogate, choć często bardzo nerwowe życie w centrum Londynu pracując jako szefowa uznanej i wpływowej agencji reklamowej. Jest tam absolutnym bóstwem na ołtarzu marketingu i zarządzania. Pewnego dnia postanawia zrezygnować z pracy i zarobione przez siebie ciężkie pieniądze przeznaczyć na kupno uroczego jak z katalogu domu na angielskiej prowincji oraz osiedlić się wśród przedstwicieli klasy średniej w miejscu, gdzie tylko cisza i spokój. I tak właśnie czyni. Okazuje się tylko z tomu na tom, że ta cała prowincja nie wygląda jak na obrazku, ludzie wszędzie są paskudni, morderstwa się zdarzają i dostarczają naszej bohaterce tyleż problemów co uciechy z rozwiązania zagadki, a w dodatku pojawia się przystojny sąsiad i...
Wspaniały w tych książkach jest współczesny małomiasteczkowy angielski pejzaż. Genialnie pokazane typy ludzkie, jedne ze starego obrazu a inne z supernowoczesnego plakatu o równości gejów i lesbijek. Jedni cisi i pokornego serca, a drudzy zawsze wrzaskliwi i marudzący. Wszyscy opisani bardzo barwnie i ciekawie, a przede wszystkim prawdziwie, z sensem, z uczuciem. Dla mnie ta seria to nie tylko zagadki kryminalne, które rozwiązujemy wraz z głowną bohaterką, tutaj oprócz głównego pytania 'kto zabił i dlaczego?' równie ważni są ludzie uczestniczący w danej historii pośrednio lub bezpośrednio. Kolejne odcinki sa jak dobry serial- czekamy z niecierpliwościa na nastepny odcinek.
Główna bohaterka nie jest ani biurwą, ani Sherlockiem Holmesem do bólu analitycznie podchodzącym do każdej sprawy, ale za to zachowuje się jak typowa kobieta i ma charakterek! Ma też wspaniałe poczucie humoru, myśli i kojarzy fakty no i nie jest kryształowo uczciwa. Zachowuje się jak wszyscy których w jakiś sposób podziwiamy i im zazdrościmy - zdolna, bogata, wykorzystuje swoje wpływy, ale do domu bym jej nie zaprosiła, bo mi obrobi wiadomo co przed koleżankami i zauważy co nie trzeba:) Jedno wiadomo na pewno - nie jest nudna!
Wraz z kolejnymi odcinkami wzrasta zarówno moja sympatia do tej bohaterki jak i irytacja tym co robi.Już za nia tęsknię. Na szczęście niedługo nowa dostawa pocztowa.
Według mnie pozycja obowiązkowa. Choć każda część serii dotyczy odrębnej historii, warto jeśli macie możliwość, przeczytać od początku. Jeśli nie macie, to chociaż poszukajcie w kioskach bieżącego tomu. Tutaj można zamówić całą serię np. na prezent ( myślimy już o mikołajkach, myślimy...)
Książki są małego formatu i w miękkich okładkach. Doskonale mieszczą się w prawie każdej torebce. Te lekkie ( dosłownie i w przenośni) obyczajowe kryminałki sa świetne na każdą wolna chwilkę, choć krótkiej chwilki na pewno wam nie zajmą. Nie spoczniecie, dopóki nie skończycie!
Ja już ostrzę sobie pazury na kolejne odcinki, szykuję dobrą herbatę ( po angielsku) i suche przekąski ( a co!).
Zobaczymy co tym razem nawyprawiała!
środa, 26 września 2012
Jeżyny w ryjku = niebo w gębie
Po udanej serii mufinek z borówkami amerykańskimi, którymi zajadałam się namiętnie ( przepis w poprzednich postach), powstały też i takie udekorowane pyszniutkimi dorodnymi, pachnącymi słodyczą jeżynami, które musiałam jakoś wykorzystać, kremem czekoladowym i złotym maczkiem.
Teraz o jeżyny oczywiście trudniej, ale polecam za to niezawodny i najszybszy z możliwych krem czekoladowy, który tu występuje ( przepis z mojewypieki.com, wielokrotnie przeze mnie robiony )- do wykorzystania wszechstronnego: na ciasto, do tortu, do mufinek, jako deser - na jednej łyżce jeszcze nikt nie skończył:
Zażerałam się jeżynami az furczało, bo po pierwsze pyszne i zdrowe, a po drugie nawet plamy mi nie straszne, bo vanish wypierze.
Jeśli macie okazję jeszcze je gdzieś dostać połączcie koniecznie z tym kremem. Niebo w gębie!
KREM CZEKOLADOWY:
1 opakowanie serka mascarpone - 250 g
1 małe opakowanie nutelli ( mała szklaneczka z białą nakładką)
wymieszać delikatnie i krótko mikserem ( żeby serek się nie zwarzył). Gotowe!
Teraz o jeżyny oczywiście trudniej, ale polecam za to niezawodny i najszybszy z możliwych krem czekoladowy, który tu występuje ( przepis z mojewypieki.com, wielokrotnie przeze mnie robiony )- do wykorzystania wszechstronnego: na ciasto, do tortu, do mufinek, jako deser - na jednej łyżce jeszcze nikt nie skończył:
Zażerałam się jeżynami az furczało, bo po pierwsze pyszne i zdrowe, a po drugie nawet plamy mi nie straszne, bo vanish wypierze.
Jeśli macie okazję jeszcze je gdzieś dostać połączcie koniecznie z tym kremem. Niebo w gębie!
KREM CZEKOLADOWY:
1 opakowanie serka mascarpone - 250 g
1 małe opakowanie nutelli ( mała szklaneczka z białą nakładką)
wymieszać delikatnie i krótko mikserem ( żeby serek się nie zwarzył). Gotowe!
Nadrabiam nie tylko miną ;)
Stanowczo za długo trwa już ta przerwa na blogu. Jako źródło wyrzutów sumienia doskonała - polecam tym, którzy nie mają;) Oficjalnie przerywam niepisanie i zabieram się do roboty.
Od początku wakacji do teraz wiele udało mi się zobaczyć, przeczytać, upiec, być, zrobić... Chciałabym ponadrabiać trochę, a potem ( już w październiku) zabrać się za nowy cykl, na który niektórzy czekają z niecierpliwościa i ciągle mnie poganiają.
Tutaj jest własnie miejsce i czas na ogromne podziekowania dla wszystkich wiernych Penelop ( jaki jest archetyp Panelopy w rodzaju męskim?), które wchodzą na moją stronę, przysyłają mi przepisy, informacje o ciekawych miejscach, rzeczach itp., motywuja do działania. Jesteście kochane!
Dziękuję wszystkim, którzy rozumieją, że czasem nie ma łatwo, zwłaszcza z czasem. Pogodziłam się już z tym, że doba ma tylko 24 godziny i staram się jak mogę, choć nie zawsze wychodzi.
Ogromne pozdrowienia dla wszystkich czytelników, obserwatorów, tych którzy zaglądają stale i tych przypadkowych wizytatorów!!!!!
Od początku wakacji do teraz wiele udało mi się zobaczyć, przeczytać, upiec, być, zrobić... Chciałabym ponadrabiać trochę, a potem ( już w październiku) zabrać się za nowy cykl, na który niektórzy czekają z niecierpliwościa i ciągle mnie poganiają.
Tutaj jest własnie miejsce i czas na ogromne podziekowania dla wszystkich wiernych Penelop ( jaki jest archetyp Panelopy w rodzaju męskim?), które wchodzą na moją stronę, przysyłają mi przepisy, informacje o ciekawych miejscach, rzeczach itp., motywuja do działania. Jesteście kochane!
Dziękuję wszystkim, którzy rozumieją, że czasem nie ma łatwo, zwłaszcza z czasem. Pogodziłam się już z tym, że doba ma tylko 24 godziny i staram się jak mogę, choć nie zawsze wychodzi.
Ogromne pozdrowienia dla wszystkich czytelników, obserwatorów, tych którzy zaglądają stale i tych przypadkowych wizytatorów!!!!!
sobota, 1 września 2012
Wyniki Candy Przez Różowe Okulary - wreszcie!
Zdążam jak mogę przed północą jak Kopciuszek co najmniej:)
Teraz następuje prezentacja niespodzianki - różowego zestawu, który można było wygrać. Oto on:
W skład wchodzą:
- tytułowe RÓZOWE okulary
- Różowa woda toaletowa Avon Enchated Magic
-chusta kominek w RÓŻOWO-czarne zwierzęce wzorki
-książeczka "50 powodów, aby być wdzięcznym" w kolorze RÓŻOWYM
-delikatnie RÓŻOWE kolczyki
-mały RÓŻOWY żel pod prysznic palmolive z najnowszej seri Ajurweda
-kąpiel rozgrzewająca do wanny w RÓŻOWYM opakowaniu
- RÓŻOWE tea lighty o zapachu magnolii
-pudełko ozdobnych zapałek w kolorze RÓŻOWYM
- ramka na zdjęcia w formie RÓŻOWEJ mufinki
- zeszyt w linie o okładce przedstawiającej RÓŻOWE potpourri
-maseczka do twarzy avon z RÓŻOWEJ brzoskwinii
- garść (duża!) karmelków jogurtowych w kolorze RÓŻOWYM
Dokładam jeszcze mały drobiazg, ale to tylko dla oczu zwyciężczyni.
przebieg losowania:
1. Tradycyjne losy w liczbie 26
2.Losy zostają umieszczone w torebce z różowym wzorkiem ( jeszcze o niej kiedyś wspomnę)
3. Męska łapa małża dokonuje losowania
I mamy zwyciężczynię:
Bardzo serdecznie gratuluję wszystkim. Zaraz zabieram się do przesyłania obiecanego ppsa dla wszystkich.
I na koniec - z serdca wszystkim dziękuję za udział, za przemiłe komentarze, za mądre złote myśli znane i nie znane, które odkryłam na nowo i od nowa, za poczucie humoru, za to że wam się chciało i raz jeszcze za cierpliwość w oczekiwaniu na wyniki.
Odwiedzam sobie powolutku wszystkie blogi, które poznałam przy okazji tego candy i cieszę się z nowych znajomości.
Entomko - śpij dzisiaj i nie zwariuj:))) Wszystkim - dobrej nocy!
Teraz następuje prezentacja niespodzianki - różowego zestawu, który można było wygrać. Oto on:
W skład wchodzą:
- tytułowe RÓZOWE okulary
- Różowa woda toaletowa Avon Enchated Magic
-chusta kominek w RÓŻOWO-czarne zwierzęce wzorki
-książeczka "50 powodów, aby być wdzięcznym" w kolorze RÓŻOWYM
-delikatnie RÓŻOWE kolczyki
-mały RÓŻOWY żel pod prysznic palmolive z najnowszej seri Ajurweda
-kąpiel rozgrzewająca do wanny w RÓŻOWYM opakowaniu
- RÓŻOWE tea lighty o zapachu magnolii
-pudełko ozdobnych zapałek w kolorze RÓŻOWYM
- ramka na zdjęcia w formie RÓŻOWEJ mufinki
- zeszyt w linie o okładce przedstawiającej RÓŻOWE potpourri
-maseczka do twarzy avon z RÓŻOWEJ brzoskwinii
- garść (duża!) karmelków jogurtowych w kolorze RÓŻOWYM
Dokładam jeszcze mały drobiazg, ale to tylko dla oczu zwyciężczyni.
przebieg losowania:
1. Tradycyjne losy w liczbie 26
2.Losy zostają umieszczone w torebce z różowym wzorkiem ( jeszcze o niej kiedyś wspomnę)
3. Męska łapa małża dokonuje losowania
I mamy zwyciężczynię:
Bardzo serdecznie gratuluję wszystkim. Zaraz zabieram się do przesyłania obiecanego ppsa dla wszystkich.
I na koniec - z serdca wszystkim dziękuję za udział, za przemiłe komentarze, za mądre złote myśli znane i nie znane, które odkryłam na nowo i od nowa, za poczucie humoru, za to że wam się chciało i raz jeszcze za cierpliwość w oczekiwaniu na wyniki.
Odwiedzam sobie powolutku wszystkie blogi, które poznałam przy okazji tego candy i cieszę się z nowych znajomości.
Entomko - śpij dzisiaj i nie zwariuj:))) Wszystkim - dobrej nocy!
piątek, 31 sierpnia 2012
Wyniki candy - opóźnienie
Kochani!
Wszystkich biorących udział w Candy przez Różowe Okulary bardzo serdecznie przepraszam:
losowanie i wyniki miały nastapić planowo dziś, ale z przyczyn technicznych nastąpią jutro między godz 21:00 a północą.
Bardzo bardzo bardzo przepraszam i z góry dziekuję za cierpliwość i wyrozumiałość.
Wszystkich biorących udział w Candy przez Różowe Okulary bardzo serdecznie przepraszam:
losowanie i wyniki miały nastapić planowo dziś, ale z przyczyn technicznych nastąpią jutro między godz 21:00 a północą.
Bardzo bardzo bardzo przepraszam i z góry dziekuję za cierpliwość i wyrozumiałość.
środa, 15 sierpnia 2012
Baza do kury! Over!
Znalazłam (i od razu zrobiłam) świetne danie z kurzyną, które jest wspaniałym punktem wyjścia do różnych szaleństw. A przy tym punktem szybkim, w miarę tanim i pysznym. Przepis z bieżącego Poradnika Domowego nr 9 ,str.61. Zmodyfikowałam go, żeby był łatwiejszy i podaję po swojemu poniżej.
Danie o tyle świetne,że można je szybko przygotować dla co najmniej 4 osób, a w zależności od użytych przypraw otrzymujemy różne wersje np. meksykańską, prowansalską, węgierską itp. itd.
Przeczytajcie najpierw przepis, a potem zdecydujcie, jaką wersję najbardziej lubicie i tę zróbcie:)
Potrzebujemy ( na 4 dorosłe osoby):
- podwójny filet z piersi kurczaka
-szklankę śmietany 30% ( gęstej)
-20 dkg startego żółtego sera
-przyprawę z solą ( sos sojowy, jarzynka, przyprawa do szaszłyków itp.)
- troszkę oleju/oliwy do smażenia
- przyprawy wg gustu
Filet myjemy i suszymy. Kroimy w kostkę i podsmażamy na małej ilości oliwy na patelni razem ze słoną przyprawą ( ja dałam sos sojowy).Kawałki mięsa starannie odsączamy z tłuszczu i przekładamy do naczynia żaroodpornego.Pozostały na patelni tłuszcz łączymy ze szklanką śmietany oraz wybranymi przyprawami
wersja prowansalska:
- zioła prowansalskie + natka pietruszki+ czosnek ( oliwki)
wersja meksykańska:
- papryka chili+ czosnek ( podsamżona z mięsem wcześniej papryka,kukurydza)
wersja chińska:
-przyprawa 5 smaków ( kiełki, grzyby mun itp.)
Sos zagotowujemy i zalewamy nim mięso w naczyniu.Wstawiamy do piekarnika na 15 minut temp. 200 stopni.Posypujemy obficie startym żółtym serem i wkładamy do pieca na 5-10 min.,żeby ser się roztopił.
Podajemy gorące.
Jak widać danie jest naprawdę szybkie i proste. Mięsko kruchutkie i soczyste. Można do smażenia i zapiekania dodać co się chce, polecam zwłaszcza wszystkie sezonowe jesienne warzywa - paprykę, cukinię, kabaczki, dynię...Jest to też fajny sposób na wykorzystanie różnych resztek. Można użyć ziemniaków pokrojonych w plasterki, ale muszą być ugotowane. Zastanawiam się też nad wersją z łososiem wędzonym i ziemniakami przełożonymi warstwami.
Bazowa kura smakowała wszystkim, nawet dzieciom. Polecam gorąco!
Danie o tyle świetne,że można je szybko przygotować dla co najmniej 4 osób, a w zależności od użytych przypraw otrzymujemy różne wersje np. meksykańską, prowansalską, węgierską itp. itd.
Przeczytajcie najpierw przepis, a potem zdecydujcie, jaką wersję najbardziej lubicie i tę zróbcie:)
Potrzebujemy ( na 4 dorosłe osoby):
- podwójny filet z piersi kurczaka
-szklankę śmietany 30% ( gęstej)
-20 dkg startego żółtego sera
-przyprawę z solą ( sos sojowy, jarzynka, przyprawa do szaszłyków itp.)
- troszkę oleju/oliwy do smażenia
- przyprawy wg gustu
Filet myjemy i suszymy. Kroimy w kostkę i podsmażamy na małej ilości oliwy na patelni razem ze słoną przyprawą ( ja dałam sos sojowy).Kawałki mięsa starannie odsączamy z tłuszczu i przekładamy do naczynia żaroodpornego.Pozostały na patelni tłuszcz łączymy ze szklanką śmietany oraz wybranymi przyprawami
wersja prowansalska:
- zioła prowansalskie + natka pietruszki+ czosnek ( oliwki)
wersja meksykańska:
- papryka chili+ czosnek ( podsamżona z mięsem wcześniej papryka,kukurydza)
wersja chińska:
-przyprawa 5 smaków ( kiełki, grzyby mun itp.)
Sos zagotowujemy i zalewamy nim mięso w naczyniu.Wstawiamy do piekarnika na 15 minut temp. 200 stopni.Posypujemy obficie startym żółtym serem i wkładamy do pieca na 5-10 min.,żeby ser się roztopił.
Podajemy gorące.
Jak widać danie jest naprawdę szybkie i proste. Mięsko kruchutkie i soczyste. Można do smażenia i zapiekania dodać co się chce, polecam zwłaszcza wszystkie sezonowe jesienne warzywa - paprykę, cukinię, kabaczki, dynię...Jest to też fajny sposób na wykorzystanie różnych resztek. Można użyć ziemniaków pokrojonych w plasterki, ale muszą być ugotowane. Zastanawiam się też nad wersją z łososiem wędzonym i ziemniakami przełożonymi warstwami.
Bazowa kura smakowała wszystkim, nawet dzieciom. Polecam gorąco!
wtorek, 7 sierpnia 2012
Urodziny Sandry
Na początku czerwca ( znowu post nadrobieniowy) świętowaliśmy czwarte urodziny Sandry - kuzynki moich synków. Całą ekipą zwaliliśmy się z prezentami i tortem do jubilatki i impreza była ostra!
Jasiek rozpoczął karierę młodego skejta i jak widać z minuty na minutę szło mu coraz lepiej:
Wspólna zabawa i nowe kombinacje starych zabawek okazały się tak wysoce skuteczne,że chłopakom ciężko było zebrać się do domu.
Nam zresztą też, bo słynne sałatki kuzynki i przepyszne specjały z gorącej płyty to jest to!
Mamy nadzieję na rychłą powtórkę dobrej zabawy, bo chłopaki opowiadają cały czas, co jest u Sandry w ogródku, gdzie schowali jej konewkę i w związku z tym trzeba szybko jechać ją znaleźć...:)
Nie ma to jak mieć cztery lata...
Jasiek rozpoczął karierę młodego skejta i jak widać z minuty na minutę szło mu coraz lepiej:
Wspólna zabawa i nowe kombinacje starych zabawek okazały się tak wysoce skuteczne,że chłopakom ciężko było zebrać się do domu.
Nam zresztą też, bo słynne sałatki kuzynki i przepyszne specjały z gorącej płyty to jest to!
Mamy nadzieję na rychłą powtórkę dobrej zabawy, bo chłopaki opowiadają cały czas, co jest u Sandry w ogródku, gdzie schowali jej konewkę i w związku z tym trzeba szybko jechać ją znaleźć...:)
Nie ma to jak mieć cztery lata...
Subskrybuj:
Posty (Atom)















.jpg)
.jpg)
.jpg)


.jpg)

2.jpg)
1.jpg)