motor

motor
Walentynki są codziennie, tylko my obchodzimy je raz do roku...

wtorek, 17 lipca 2012

Polska! Biało-czerwoni!

Już wiemy, kto wygrał Euro 2012. Mnie ta informacja ani ziębi, ani grzeje, jako że zagorzałą ani żadną inną kibicką nie jestem. Nie oglądnęłam żadnego meczu i żyję. Nie znaczy to, że nie wspierałam domowej załogi jak mogłam.
Postanowiłam na rozpoczęcie mistrzostw zrobić galaretkę w formie małych kosteczek ( jak ptasie mleczko) w kolorach patriotycznych. Udało się!

Przepis na glalaretkę truskawkową z bloga moje wypieki - tutaj. Galaretkę białą zrobiłam z mleka skondensowanego i takich samych składników ( oprócz truskawek) jak czerwona. Galaretki obtoczyłam w zmielonych migdałach ( niestety nie można w cukrze z przyczyn technicznych) i podałam na talerzykach z motywem piłki.


Genialna jest ta truskawkowa - w sam raz słodka, lekko kwaskowa, świetna na upały jako leciutki deser, pełna owoców, pachnąca....mniam. Jeszcze nie raz ją zrobię. Biała w porównaniu wypada lekko mdło, jak to skondensowane mleko, ale razem się fajnie uzupełniają. 
Można oczywiście wylać najpierw jedną a potem drugą i pokroić w dwukolorowe kostki.

Polecam na każdy letni dzień, nie musicie czekać na następne Euro!

poniedziałek, 16 lipca 2012

Desiderata

To dla mnie ważny tekst. Piękne rady o tym jak żyć napisane prostym językiem i dotyczące każdego człowieka.
Szczególnie lubię go w wykonaniu Piwnicy pod Baranami ( posłuchajcie tutaj). Poniżej zamieszczam kanoniczną wersję "Piwniczną". Jeśli kogoś interesuje angielski oryginał znajdzie go tutaj.

Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech
i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy
o ile to możliwe bez wyrzekania się siebie
bądź na dobrej stopie ze wszystkimi
wypowiadaj swoją prawdę jasno i spokojnie
wysłuchaj też innych, nawet tępych i nieświadomych
oni też mają swoją opowieść
oni też mają opowieść
unikaj głośnych i napastliwych
unikaj głośnych są udręką ducha
niech twoje osiągnięcia zarówno jak plany
będą dla ciebie źródłem radości
bądź ostrożny w interesach
bądź ostrożny w interesach
na świecie bowiem pełno oszustwa
bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia
ani też nie podchodź cynicznie do miłości
bo ona jest wieczna jak trawa
bo ona jest wieczna...
unikaj głośnych i napastliwych
unikaj głośnych są udręką ducha
przyjmij spokojnie co ci lata doradzają

z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości
jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż
drzewa i gwiazdy, masz prawo być tutaj
a więc żyj w zgodzie z bogiem
czymkolwiek on ci się wydaje
w zgiełkliwym pomieszaniu życia
zachowaj spokój ze swą duszą
przy całej swej złudności, znoju i rozwianych
marzeniach jest to piękny świat
jest to piękny świat...

znalezione w starym kościele
św. pawła w baltimore
datowane 1692r.

przy całej swej złudności, znoju i rozwianych
marzeniach jest to piękny świat
jest to piękny świat...


Po latach dowiedziałam się, jaka jest prawdziwa historia powstania tego tekstu. Otóż napisał go poeta Maks Ehrmann w roku 1927 i jako życzenia bożonarodzeniowe ofiarował swoim przyjaciołom w 1933r. W 1948 r. opublikowała poemat wdowa po Ehrmannie i tak trafił do gazetki parafialnej publikowanej przez pastora episkopalnego Starego Kościoła pod wezwaniem Św. Pawła w Baltimore.

Pogłoska na temat anonimowego autora i błędna data powstania utworu – 1692 – pochodzą stąd, że pierwsza strona owej gazetki, na której znajdował się tekst "dezyderaty", miała stopkę z informacją: "Stary kościół św. Pawła" i datą 1692 (w rzeczywistości to data powstania parafii i budowy pierwszego, już nieistniejącego kościoła). Wskutek częstego kopiowania jedynie tej strony, informacja zaczęła być błędnie odczytywana.

Nie w Warszawie, tylko w Moskwie, nie rozdają tylko kradną i nie auta, tylko rowery. Niby jak w radiu Erewań, ale tekst chyba nigdy nie straci na swojej aktualności i na pewno jest najbardziej znanym utworem Ehrmanna, o którym to poecie możecie przeczytać tutaj. To strona po angielsku, bo polskiej nie znalazłam, ale wydała mi sie prosta. Z pomocą małego słowniczka da się przejść i warto.

Tekst dezyderaty dedykuję wszystkim moim czytelnikom, a szczególnie lady.medusie, która napisała do mnie ostatnio długi list. Myślę nad odpowiedzią - daj mi jeszcze trochę czasu.
Na razie  niech wystarczy Desiderata - czyli pragnienia, życzenia, marzenia.

Ilustruję zdjęciami z mojego ogrodu - co prawda kwiaty już przekwitły, ale jakie były piękne!


Mufiny wiśniowe

Z nadrabianiem to jest tak, że z jednej strony chcesz opowiedzieć o tym co już było, a z drugiej życie leci swoim torem i potem może być za późno. Dlatego przeplotę wspominki z aktualnościami.

A w aktualnościach mufiny z wiśniami - klasyka gatunku. Przepis z Poradnika Domowego na sierpień 2012 udoskonalony przeze mnie :) - znajdziecie go poniżej.

Mufiny takie jak lubię - wilgotne, pachnące wanilią i owocami, niesłodkie, ładne, banalne w wykonaniu ( suche składniki łączymy z mokrymi). Jasiek usuwał pestki osobiscie w profesjonalnej drylownicy, ale niestety brakło mu trochę wprawy ( pierwszy raz w końcu) i trzeba było pluć :))))
Upieczone w sobotę nie dotrwały do poniedziałku...



Przepis na 12 sztuk ( lekko zmodyfikowany):

2 i 1/3 szklanki mąki
trochę więcej niż 1/2 szklanki brązowego cukru
szklanka mleka
12,5 dkg stopionego masła
3/4 szklanki drylowanych wiśni ( dałam 2 szklanki, a co!)
łyzżka cukru ( dałam tyleż ale waniliowego)
2 jajka
 2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
cukier puder do posypania 

Piec nastawić na 200 stopni. Wiśnie osączyć na sitku. Do miski wsypać suche składniki, wymieszać dokładnie. Jajka roztrzepać z mlekiem. Masło roztopić i ostudzić. Do suchych wlać połaczone jajka, mleko, masło. Posypać wiśniami. Wymieszać niedokładnie. Ciasto powinno byc grudkowate.Nakłdać porcje ciasta do foremek wyłożonych papilotkami i piec 30 minut.
Bezpośrednio przed podaniem można posypać więcej cukru pudru, naprawdę nie nie zaszkodzi, szczególnie do kawy.
Udadzą się tez na pewno z borówkami, poziomkami, malinami. Mniam!

W końcu realizacja krakowskiego candy i inne krakowskie atrakcje

Jak trudno wrócić do pisania po prawie miesiącu nieobecności w sieci wie ten, kto doświadczył... Po kolejnej porcji maili, telefonów i komentarzy mobilizuję się i oficjalnie kończę wakacyjną przerwę.

Tym razem spóźniona retrospekcja ze spaceru po Krakowie, który był nagrodą w moim zakończonym Krakowskim Candy.

Dogadałyśmy się na konkretny termin ze zwyciężczynią - Majaleną i jej mamą i postanowiłyśmy obie na swój sposób wykorzystać piękną ciepłą sobotę 2 czerwca. 

Na miejsce spotkania wybrałam Wawel, ponieważ postanowiłam jako nagrodę ufundować wycieczkę po Katedrze Wawelskiej. To naprawdę wyjątkowe miejsce - niby prawie każdy tam był, bo wycieczka, bo w szkole kazali itp., ale nigdy tak naprawdę nie ma czasu,żeby zachwycić się tym miejscem wyjątkowym dla historii Polski i szczególnym ze względu na zabytki architektoniczne, malarskie itp.

Niestety - choć moja wspaniałą przewodniczka pytała dwa dni wcześniej o godziny otwarcia katedry, w naszą sobotę niestety zmieniono godziny jej otwarcia. Postanowiłyśmy odbyć i tak wycieczkę po katedrze w trochę inny sposób.
Weszłyśmy na chwilę do grobów, aby zobaczyć grobowiec PP. Kaczyńskich i trumnę Piłsudskiego...


... a potem usiadłyśmy sobie wygodnie w kawiarni pod chmurką i zamówiłyśmy pyszną kawę. Asia - przewodniczka opowiadała nam o tym, czego niestety nie mogłyśmy zobaczyć w tamtej chwili, ale na szczęście Majalena z mamą Małgorzatą są z Krakowa i będą mogły w dowolnym czasie zweryfikować te opowieści. A było słuchanie, było... o tym, co tam widać i czego nie widać, jak katedra powstawała, ciekawostki o panujących władcach i ich zwyczajach... Na takich luźnych i wesołych historiach zleciała nam ponad godzinka! Majalena pstrykała zdjęcia jak szalona, bo to jej jedna z szalonych pasji.


Wymieniłyśmy też dary - ja dałam dziewczynom pudełko własnoręcznie wykonanych pralinek ( jako suchy prowiant na dalszą drogę:)) a od Majaleny dostałyśmy piękne korale. Prezentuję moje zielone, bo Asia od razu porwała swoje czerwone i nie zdążyłam zrobić zdjęcia. Są piękne! (korale oczywiście, bo zdjęcia nie oddają ich urody):


Zeszłyśmy z Wawelu od strony Kościuszki i każda para udała się w sobie tylko znanym kierunku.
Kierunek Majaleny i jej zdjęcia z tamtego dnia, naszej wyprawy i dalszej części spaceru możecie podziwiać na jej blogu tutaj.

Ja mogę tylko dodać,że dawno nie poznałam tak miłej, twórczej i nadającej na tych samych falach osoby jak ona! Bardzo polecam jej blog, a szczególnie najnowszy ze zdjęciami z Irlandii , w której jest na zabój zakochana - sprawdźcie sami tutaj!

Po wycieczce udałyśmy się z Asią Przewodniczką do resturacji "Pod Wawelem" ( ich strona tutaj-zobaczcie koniecznie!) mieści się ona w hotelu na rozwidleniu ulic Grodzka- Gertrudy -Stradom. Bardzo ciekawe miejsce, które przyciąga tu wielu turystów anonimowych i bardziej znanych. Galeria sław, które się tu stołowały mieści się od razu po wejściu do lokalu na ścianie po lewej. Mamy tu i Lecha Wąłęsę i Martynę Wojciechowską i  wielu innych. O wolnym stoliku ( jak w lepszych knajpach od dawna przystało) informuje nas szef sali, który też poleca kelnerowi odprowadzenie nas na miejsce.
Do wyboru mamy kilka sal ( jest specjalna sala dla dzieci) oraz dużą werandę ze stolikami  i widokiem na Planty( tam zajęłyśmy miejsce). Cały lokal ma swój specyficzny klimat autriacko- bawarski dopracowany w detalach. Obsługa ubrana jest w barwne stroje. Dania podaje się na półmiskach porcelitowych i drewnaianych deseczkach, a zupy w garnkach. Jest dużo zieleni i wydrukowanych stylowych ofert. Zaskoczyło mnie,że w toalecie mogłam posłuchać kawałów z głośnika :))))
Co do menu - bardzo zróżnicowane, więc każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Są oferty stałe i sezonowe. Podoba mi się promocja,że w każdy dzień tygodnia jest inne danie w cenie dnia. I tak np. Asia, która była tu wcześniej bardzo poleca Wiener Schnitzel ( obecnie promocja poniedziałkowa), czyli schabowy z ziemniaczkami i surówkami w cenie 15 zł. Cena przystępna, a to właśnie danie zobaczyłam na stoliku obok i był to zaiste jeden z największych kotletów jakie widziałam! Na półmisku znajdowały się tylko ziemniaczki ( frytki) i surówki a sam kotlet na osobnej desce wielkości sporej pizzy. Na pewno kiedyś się na niego wybiorę w większym towarzystwie, bo samemu takiej porcji nie da rady za chiny.
Ja wzięłam na przystawkę zupę gulaszową ( której nie jadłąm wieki). I tak jak wspomniałam dostałam ją w pięknym emaliowanym garnku ze sporą porcją pysznej wołowinki i jarzynami. Taka jak lubię - porządnie ostra i równocześnie pełna smaku. Jako danie główne wzięłyśmy jedna porcję placków ziemniaczanych z grzybkami i choć były wyborne nie dałyśmy rady... Porcja była po prostu ogromna!


Jak więc widzicie - dobre miejsce na obiad po solidnym wysiłku i spacerze - bardzo polecam, bo zjadłam wyjątkowo smacznie!

Po obiadku przeszłyśmy się dla poprawy perystaltyki na lody na ul. Sławkowską, gdzie niedawno otworzył swoją lodziarnię pewien Włoch.


Otworzył niedawno, ale nie spodziewałam się takich kolejek... Zupełnie jak w latach osiemdziesiątych po cukier albo papier toaletowy. Na szczęście szło w miarę szybko i nie trzeba było zakładać komitetu kolejkowego. Lokalik malutki - jedno pomieszczenie, w którym mieści się jeden malutki stoliczek i lada z lodami. Przy stoliczku nikt oczywiście nie siedzi,bo jest non stop zasłonięty kolejką.

Zastaniawiałam się, ale po co taka kolejka? Jak spróbowałam - wszystko stało się jasne. Te lody to dla mnie prawdziwe objawienie. Jadłam już lody w różnych miejscach i krajach, najwyżej do tej pory ceniłam Krościenko, Szczawnicę, Nowy Targ, Genuę i Wentzla, ale po tych lodzikach po prostu szczęka mi spadła. Obwieszczam,że do tej pory nie jadłam lepszych! Wzięłam kawowe, bporówkowe i biała czekoladę - lody są dokładnie takie, jak składniki w tytule. Pyszne, kremowe, delikatne, bez kryształków lodu, pełne smaku. O matko jakie pyszne!!!!! Będąc Krakowie po prostu musicie ich spróbować i tyle. Od tej pory - moje ulubione. Lody produkowane sa non stop od otwarcia do zamknięcia lokalu i zdarza się,że jakiegoś smaku nie ma , bo go wykupiono,a produkcja nie nadąża. Każdy rodzaj lodów wygląda bardzo apetycznie i choć mam swoje ulubione, to chce spróbować wszystkich, które oferują, bo są wyjątkowe!

Na Sławkowskiej- ciekawy sklep z porcelaną:


Po drodze minęłyśmy też paradę smoków na Rynku:


Z lodzikami w ręku wróciłyśmy na piechotę do domu ( a co!) i po drodze natknęłyśmy się na nietypową klepsydrę na ul. Długiej:


Okazało się,że chodzi o zamkniecie działającej długie lata piekarni- cukierni, która produkowała wyjatkowe precelki. Niestety właścicielom cukierni nie starczyło funduszy na stale rosnący czynsz i musieli zamknąć historyczny interes. Szkoda wielka,że zniknęło takie wyjątkowe  miejsce.

Teraz po dłuższym już czasie od wycieczki z Majaleną zastanawiam się nad kolejna edycją krakowskiego candy w takiej formie i z takimi nagrodami ( tzn. rzeczowymi i wycieczką z przewodnikiem) jak było. Co o tym sądzicie? Czekam na wasze opinie. Mnie bardzo to candy zmobilizowało do pisania i znajdowania dla was ciekawostek, o przesympatycznym finale- wycieczce nie mówiąc:) Czy sequel ma sens?

piątek, 22 czerwca 2012

Inny świat

Nadrabianie rozpoczynam od motywu z zupełnie innej beczki.
Tytuł to nie  nawiązanie do Herlinga-Grudzińskiego, ale niesamowite wrażenie, jakie zrobił na mnie ten obraz.
Zobaczyłam go na małej kartce wyrwanej z kalendarza AMUN ( zrzeszenie artystów malujących ustami i nogami- ich kalendarze wysyłane pocztą sa bardzo popularne). Kalendarz na któryś z poprzednich lat poniewierał się w papierach. Przeglądnęłam i mnie zatkało.

( zdjęcie z tej strony, tytuł obrazu: Nocne żeglowanie )

Obraz niesamowicie skojarzył mi się z piosenką Gałczyńskiego 'Noc czerwcowa'. Jak dla mnie mają podobny klimat.

Ta morska noc jest żywcem wyjęta ze snu. Szkoda,że ja nie mam takiej wyobraźni! Pomysł z księżycem -łodzią jest genialny.W ogóle - powiększcie obraz i pospacerujcie trochę po tym tajemniczym miasteczku- można odkryć wiele ciekawych szczegółów.

Pokopałam tu i ówdzie i znalazłam informacje o autorze - Krzysztofie Kosowskim . Znalazłam też wywiad z nim - bardzo polecam - przeczytajcie!
Szczególnie wzruszyło mnie zdanie, które powiedział: "Powroty dorosłych do dzieciństwa wcale nie muszą oznaczać infantylności, a raczej są pewnym wzbogaceniem dorosłości".

Mogę tylko żałować,że nie mogłam być na wystawie jego prac w mieście artysty w Toruniu. Musiała być niesamowita!

Na szczęście Pan Krzysztof prowadzi własny blog- zajrzyjcie na tę stronę i sfascynujcie się tak jak ja jego pracami z galerii. Uważam,że jego twórczość jest wyjątkowa. Rzadko można spotkać taki inny świat - z jednej strony piękny, kolorowy, harmonijny, żywcem wyjęty z książek dla dzieci. Z drugiej strony tajemniczy, dziwny, niepokojący...

środa, 6 czerwca 2012

Słodki dzień dziecka

Ponieważ spodziwałam się kilkorga gości w Dzień Dziecka, a i dzieci w domu trochę, postanowiłam do wymienionych wcześniej czekoladek dołączyć jeszcze dwie słodkie atrakcje.

Wybrałam charlottę truskawkową ( przepis z czerwcowego numeru Claudii) oraz mufinki mocno czekoladowe z kremem truskawkowym ( przepis na mufinki stąd, a na krem z Claudii jak wyżej).

Sukces zawdzięczam przede wszystkim Pani Ani, która odłożyła mi pod ladę piękne, słodkie, już polskie truskawy - pozdrawiam serdecznie i raz jeszcze dziękuję!

Charlotta to rodzaj deseru - połączenie biszkoptów i kremu bawarskiego, w tej wersji z użyciem owoców. Może być ze względu na elegancki wygląd potraktowana jako leciutki tort. Mój małż nazwał ją palisadą ( bo biszkopty stoją jak tyczki).Przepis pod koniec posta ( albo kupcie Claudię).Można ją wykonać z dowolnych owoców ( raczej kwaskowych), ja napalam się jeszcze na wersję z borówkami zwykłymi lub amerykańskimi. Ciasto/ deser jest bardzo lekki, a przez dodatek mięty orzeźwiający. Świetnie nadaje się na upalne dni i eleganckie garden party.Sposób przybrania też można modyfikować. Dla mnie klasyczna to właśnie taka - obwiązana wstążką, z kokardą lub bez.


Mufinki typowo dla dzieci z wykorzystaniem kremu ze świeżych truskawek i mascarpone ( przepis na krem również pod koniec posta). Które dziecko nie lubi różowego? Moje chłopaki jak na mężczyzn w tym wieku przystało bardzo!


Dzień Dziecka zwariowany, głownie dla dzieci, które nie wiedziały już z czego się mają ucieszyć, czy z wizyt znajomych i rodziny,słodkich i pieknych prezentów, czy też ze wspólnej zabawy, była mała Martynka ze swoją nianią Anią.


Jak trudno zrobić dobre zdjęcie dzieciom przekonałam się nie raz. Np. tutaj, gdzie już już były wszystkie, ale Stanisław wolał czytać książkę o strażakach, a nie uśmiechać się do sera.


Dużo szczęścia na raz. Dla Stanisława stanowczo za, bo w nocy nie wytrzymał i wpakował nam się do łóżka. Nie mógł zasnąć biedaczek z nadmiaru wrażeń. Dobrze,że następny taki dzień dopiero za rok:)

CHARLOTTA TRUSKAWKOWA Z MIĘTOWĄ NUTĄ ( pyszna i prosta)

700 g truskawek
sok z 1 cytryny
200 g cukru pudru
2 łyżki żelatyny
600 ml smietany kremówki 36%
cukier waniliowy
mocna herbata miętowa ( ja do swojej dodałam łyżeczkę kropli miętowych)
2 paczki podłuznych biszkoptów
galaretka owocowa ( u mnie truskawkowa)

500 g truskawek zmiksować z sokiem z cytryny.. Dodać 150 g cukru i podgrzewać , aż się rozpuści. Wymieszać z żelatyną. Wystudzić i połączyć z ubitą z resztą cukru i cukrem waniliowym śmietaną. Biszkopty skropić herbatą ( ja nasączałam strzykawką). Ułożyć na dnie i po bokach tortownicy ( moja ma 23 cm). Środek wypełnić kremem. Wierzch obłożyć truskawkami i wstawić do lodówki. Galaretkę rozpuścić w mniejszej ilości wody niż na opakowaniu i tężejącą posmarować truskawki.
Schłodzić. Udekorować wstążką lub jak wam się podoba. U mnie na wierzchu małe kuleczki to złote perły dr oetkera.

Uwagi techniczne: Biszkopty sa bardzo delikatne- nie kropcie za dużo, bo rozmiękną i połamią się! W miętowej nucie chodzi bardziej o zapach, niż smak.Ja zrobiłam swoją charlottę w ten sposób,że wzięłam tylko zamkniętą obręcz tortownicy i położyłam od razu na talerzu do podawania tego deseru.W niej ułożyłam biszkopty, palisadę, krem i truskawki. Kiedy deser dobrze zastygł OSTROŻNIE rozpięłam tortownicę i POWOLUTKU ściągałam obręcz górą. Truskawki powinny być tylko POSMAROWANE galaretką, bo w innym razie przecieknie ona przez biszkopty i trudno ją będzie odkleić od tortownicy nie łamiąc płotka.

MUFINKI CZEKOLADOWE - przepis stąd.Posypałam je jeszcze różowym maczkiem cukrowym.

KREM TRUSKAWKOWY ( nie tylko do mufinek)
150 g truskawek
250 g kremowego twarożku ( ja użyłam mascarpone)
60 g masła
6 łyżek cukru pudru

Zmiksować wszystko na gładką masę.Można dodać 2-3 łyzki likieru np. Bailey's lub Cointerau. Krem ma piękny różowy kolor. Wystarczy go na sowite udekorowanie 12 tradycyjnych mufinek, obsmarowanie tortu lub przełożenie go jeden raz. Krem jest bardzo lekki, można go też podać w miseczkach z całymi truskawkami, innymi owocami i dodatkami typu wafelki itp. Gotowy można przechowywać do 2 dni w lodówce.

wtorek, 5 czerwca 2012

Produkcja masowa

Natchniona wizytą w Lwowskiej Manufakturze Czekolady ( o czym było parę postów wcześniej) postanowiłam zmierzyć się z tematem produkcji własnych czekoladek. Przepis miałam już upatrzony jakiś czas temu, gdy pojawił się na 'moich wypiekach'. Teraz doszła jeszcze motywacja ( ja nie zrobię?) i parę godzin ciszy i spokoju w domu. Zabrałam się więc do roboty.

Czasu zajęło mi to mniej więcej tyle, co zrobienie pierogów na kilka osób, z czego jak wiadomo pożytku jest zdecydowanie więcej, pożywienia ilościowo również, no i zamrozić można. Ale frajdę miałam nieporównywalnie większą. Wzięłam podwójna porcję z tego przepisu i w sumie wyszło mi 120 sztuk wielkości ok. 2 cm średnicy.

Jak dla mnie błogość - czyli cisza, spokój, zapach czekolady i kawy ( wytrawne trufle kawowe z migdałami) a także białej czekolady, bo z lukru plastycznego o takim smaku zrobiłam widoczne na zdjęciach miniaturowe różyczki na szczyt każdej pomadki ( przy okazji wypróbowując nowa formę silikonową). Czułam się jak Juliette Binoche w filmie 'Czekolada' ( kto nie widział, niech szybciutko oglądnie!).

Roboty przy tej ilości i takiej mojej wizji sporo. Nie tyle praco- co czasochłonne zajęcie. W wersji podstawowej i z dekoracją jak na zdjęciu w oryginale powinno to zająć 2 godziny ( w tym ok. godziny to czas oczekiwania aż masa stwardnieje w lodówce) - czyli generalnie nie najgorzej.

Zrobiłam trufelki przede wszystkim na prezenty dla znajomych i to chyba jest ( oprócz oczywiście własnego łakomstwa) według mnie najlepsze wykorzystanie własnoręcznie robionych czekoladek.
Z okazji przeróżnych - świąt Bożego Narodzenia, imienin, urodzin, różnych rocznic itp. Zawsze eleganckim prezentem jest pyszna i ładna bombonierka, tym bardziej kiedy są to wyroby własne.
Tak też uczyniłam i kto dostał, ten mam nadzieję się ucieszył. Przy mnie ucieszył się nasz Pan Listonosz, który przyniósł mi przesyłkę, kiedy zanurzałam ostatnie trufle w polewie, a pierwsze wystygły. No i jak tu nie poczęstować? Wyraz błogości, jaki miał na ryjku po konsumpcji bardzo mnie uradował i potwierdził,że warto było:))))
Tak wyglądały moje bombonierki:


Choć sztuk trufli było sporo, rozdałam wszystkie.
Czekoladki mają jedną zasadniczą wadę - znikają stanowczo za szybko.
Własnoręcznie wykonane słodycze sprawiają ogromną frajdę i świetnie smakują ( nie są mdłe, o wyraźnym smaku gorzkiej czekolady,kawy i nutce alkoholu), nie mają żadnych sztucznych dodatków, ale też nie można przechowywać ich tygodniami. Coś za coś.
To 'Coś' jest naprawdę warte włożonego wysiłku.
Proste, pyszne, eleganckie - to lubię!

niedziela, 3 czerwca 2012

Wystarczy - ostatni tomik noblistki

Zapowiadany od dawna. Ostatni. Ważny. Niesamowity.

Jak poezja wędruje pod strzechy przekonałam się osobiście, kiedy to nabyłam swój egzemplarz drogą kupna w Rossmanie na promocji:)



Dlaczego warto/można/ trzeba ( niewłaściwe skreślić) mieć ten zbiorek wierszy na swojej półce?

Chyba po raz pierwszy spotykam się z taką sytuacją jak ta - zostają wydane wiersze autora po jego śmierci i to w takiej nieobrobionej miejscami formie. Tomik zawiera wiersze skończone, kompletne zaakceptowane przez autorkę, ale także jej próby, zapiski. Według mnie to takie wyjęcie ostatnich notatek z szuflady, do której pisała , z jeszcze nie wyrzuconymi zbędnymi zapiskami. Już nie dowiemy się, które były istotne.

Ten sam problem z wielką pokorą opisuje Ryszard Krynicki - autor komentarza i posłowia do tego zbiorku wierszy, sam wybitny poeta, któremu przypadł zaszczyt i przyjemność opracowania tego tomiku.

Widzimy jak Szymborska  dany utwór zapisała na kartce swoim lub maszynowym pismem ( faksymilia), ale też widzimy np. dwa zakończenia. I to jest niesamowite, bo już nigdy nie dowiemy się, 'co autor miał na myśli', w jakimś stopniu podejmujemy tę decyzję sami- sami możemy wybrać wersję dla siebie i sposób jej interpretacji. Taka zabawa słowem z jednej strony jest świetna, z drugiej bardzo wymagająca. Kto lubi takie igraszki na pewno się nie zawiedzie.

Szymborska tematycznie jest jak zwykle bardzo blisko człowieka - jego problemów doczesnych, marzeń uczuć. prostym językiem opisuje to, co nam wszystkim leży na sercu - uczucia, bycie w świecie tu i teraz,nasz stosunek do braci mniejszych,cel życia.Przez opisanie przedmiotów lub szczegółów pokazuje człowieka i jego wnętrze jakby z drugiej strony lustra.
Mnie szczególnie ujął ten wiersz:

Każdemu kiedyś

Każdemu kiedyś ktoś bliski umiera,
między być albo nie być
zmuszony wybrac to drugie.

Ciężko nam uznać,że to fakt banalny,
włączony w bieg wydarzeń,
zgodny z procedurą;

prędzej czy później na porządku dziennym,
wieczornym, nocnym, czy bladym porannym;

i oczywisty jak hasło w indeksie,
jak paragraf w kodeksie,
jak pierwsza lepsza
data w kalendarzu.

Ale takie jest prawo i lewo natury.
Taki, na chybił trafił, jej omen i amen.
Taka jej ewidencja i omnipotencja.

I tylko czasem
drobna uprzejmość z jej strony -
naszych bliskich umarłych
wrzuca nam do snu.

(w: Wisława Szymborska, Wystarczy,Wydawnictwo a5, 2011, s.14)

O Szymborskiej i tym tomiku można długo i do bólu, co zrobili już za mnie inni. Nie chcę tu pisać rozpraw ani prac magisterskich ( już jedną ze współczesnej poezji polskiej popełniłam :) ), ale podkreślić,że jeśli ktoś nie czytał nigdy tej autorki to warto zacząć może właśnie od jej wierszy ostatnich. Choćby dlatego,żeby wiedzieć,że wielką poetką była i za coś tego Nobla dostała. A przede wszystkim dlatego,że w cudowny prosty sposób bardzo przystępnym językiem zmusza nas do myślenia o sprawach ważnych i ważniejszych, o to kim jesteśmy, jak siebie traktujemy. Nie za często zastanawiamy się nad sobą jako człowiekiem, nad tym co naprawdę ważne, a te kilka chwil spędzonych nad tymi wierszami do tego właśnie prowokuje i zaczepia.
Krótko i na temat. Wystarczy.


piątek, 25 maja 2012

Krakowski kryminał

Pożyczyłam ostatnio kryminał ( bo uwielbiam je czytać) z rekomendacją, że fajny i krakowski.


Wróciłam do domu, otwarłam na chwilę i ... wsiąkłam w intrygę na całego! Nagle okazało się, że ja to wszystko doskonale znam: i miejsca w moim mieście i ludzi opisanych kojarzę...Kto to napisał? I tu bomba- okazało sie,że jest to pod pseudonimem artystycznym polonistka z mojego liceum! Pani profesor znana z ciętego języka i bardzo inteligentnych wypowiedzi, autorka ciekawych lekcji i kilku podręczników. Jak sie okazało to jej bardzo osobista i pierwsza powieśc po przejściu na emeryturę - takie marzenie zrealizowane i 'coś swojego'. Niby nic, ale od razu znalazło sie w serii wydawniczej 'Asy kryminału' i nie bez kozery, ale po kolei.

Tu strona książki ( można też przeczytać jej fragment).
Tu info o autorce

Mamy dramat - przy bramce domu zostaje znaleziony bezdomny zatłuczony na smierć. Mamy głównego baohatera - Marcina Bartnika- komisarza policji, który tę zbrodnie wyjaśnia z urzędu. Mamy emerytowaną nauczycielkę Marcina - ( alter ego autorki), która w tej sprawie pomaga swojemu dawnemu uczniowi oraz całą galerię świetnie opisanych typów, żywy lekko cyniczny, ale nie ciężki język powieści i zagadkę, której rozwiązanie okazuje się nie tak proste i oczywiste jak wszyscy myślą.

Czego chciec więcej? Jest i więcej. Jest świetnie opisany Kraków z całą jego atmosferą i autentycznymi topograficznie budynkami i zakątkami, jest chwila refleksji nad życiem własnym i innych misternie wpleciona w pasjonująca zagadkę, jest chwila poezji ( nie przerażać się! tylko chwila!), nad którą co bardziej zainteresowani moga podumać, a mniej zainteresowani zrozumieją, są autentyczne postaci ( jak pisze autorka: żadnej z nich nie wymyśliłam). Jest tyle przeciekawych rzeczy w tej książce, że zapragnęłam mieć ją na własnej półce do wielokrotnego czytania!

Owszem, zgodzę się,że będzie ona najbliższa sercom tych wszystkich, którzy Panią profesor znają i znali, do 'Dwójki' chodzili i chodzą ( ech wróciły mi wspomnienia lat minionych...), a krakowskie zakątki chociaż kojarzą. ALE Nie było dotąd jednak na rynku wydawniczym takiego kryminału, który z jednej strony opisuje zbrodnię ( morderstwo) i potrafi to uczynić bez chlustajacej wszędzie krwi, bez zbędnego okrucieństwa, za to z refleksją nad człowiekiem w ogóle i szczególe, z czułością spojrzenia, z pasja odkrywcy, z ogromnym poczuciem humoru.Ta książka pokazuje banalną, ale ważną prawdę,że za każdym człowiekiem żyjącym czy zmarłym stoi jakaś historia, jakaś zagadka. I te zagadki warto rozwiązywać!

Bardzo go wszystkim polecam jako rewelacyjne rozwiązanie na wakacje, urlop, weekend. Osobiście dawkowałam go sobie w małych odcinakch, bo żal mi było przeczytać go jednym cięgiem, co w końcu oczywiscie nastąpiło i smuta moja nie zna od tej pory granic. Z prywatnych źródeł wiem,że powstaje część druga i mam nadzieję,że wkrótce się ukaże, bo już za nią tęsknię i składam zamówienie!

A Pani, Pani Profesor, bardzo za te kryminalne chwile nad lekturą dziękuję!

czwartek, 24 maja 2012

Komunijnie

Chwalę się na maxa tym razem. Rzadko wciągu roku zdarzają mi się tzw. 'duże projekty', kiedy na zrobienie tortu poświęcam kilka dni ( i nocy). Ten tort powstał na prośbę Uli dla jej synka na komunię. Narobiłam sie moc wiele, małż zaniósł tort we właściwe miejsce i czekałam z niepokojem trzy dni, kiedy Kubuś ( komunista) wybrał się do mnie osobiście ukochując mnie z całej siły i dziekując za piękny i pyszny torcik. Ależ się wzruszyłam...



A najbardziej cieszę się tego, że udało mi się zrealizować projekt, który sobie sama wymyśliłam i wymarzyłam. Prosty podział - substraty i produkty, ale realistycznie. Stąd winogrona i kłosy oraz komunikanty i wino w kielichu ( jak prawdziwe)- według mnie istota komunii i przemiany eucharystycznej.Choć na mszy świętej raczej pijemy z kielicha ( jesli już przyjmujemy sakrament pod dwoma postaciami) wino białe, ale tu chciałam zachować jedność kolorystyczną z winogronami.

Przepis na biszkopt  i masę stąd ( do środka włożyłam zamiast oryginalnych brzoskwiń prawie kilogram mrożonych pięknych malin). Tort obłożony lukrem plastycznym o smaku białej czekolady, dekoracje również z lukru plastycznego i odpowiednich barwników spożywczych. Wino to sok winogronowy. Prosiłam , żeby mi zrobili zdjęcie kawałka tortu w przekroju ( ładny kontrast czerwonych malin z białą masą), ale tort został zjedzony tak szybko,że nikomu się to nie udało. Szkoda kurka.

Udała się za to dzieciom komunia, pięknie skromnie i przy idealnej na taką uroczystość pogodzie.
Ech pozazdrościć czasów dziecinstwa... Ja najbardziej z komunijnych prezentów zapamiętałam i ucieszyłam się z różowych gumek do włosów z motylkami. Ale teraz jest inny świat i inne prezenty...

środa, 23 maja 2012

Nowe podejście do rabarbaru

Już już miałam po raz kolejny zrobić placek z rabarbarem wspomniany we wcześniejszym poście i właściwie szłam do kuchni go zabełtać, nawet napisałam Nutce,że go robię, kiedy to przerzucając jakieś zdjęcia w necie znalazłam takie nietypowe mufiny  i oczywiście przepis do nich pasujący.
Napaliłam sie jak szczerbaty na suchary ( ale bomba! ja nie zrobię?!) i postanowiłam poczekać do następnego dnia, kiedy to zaopatrzona we właściwe składniki przystąpiłam do działania.Oto efekt:


Zmieniłam trzy rzeczy: ilośc tłuszczu - użyłam 1/3 szklanki oliwy ( przy kefirze lub maślance wystarczy, po co się tuczyc bez potrzeby) oraz uzyłam podwójnej porcji kremu do wykonania mufinek, bo opakowanie serka mascarpone miało 250 gram i nie miałabym co zrobić z resztą. Rabarbar na wierzchu posypałam ( tak jak w przepisie na placek rabarbarowy) ciemnym cukrem trzcinowym, co dało chrupiącą skorupkę , która kontrastuje z wilgotnym i miękkim wnętrzem ciasteczek.
Przepis okazał się odkrywczy podwójnie. Po pierwsze należy do kategorii bardzo łatwych i szybkich ( suche łączymy z mokrymi i pieczemy), a po drugie banalny krem mascarpone zapiekany w środku mufinek jest po prostu banalny, pyszny i można wykorzystać go do innych przepisów na mufinki, bo bardzo wzbogaci ich smak. Zakochałam się w tym pomyśle! Na wierzchu niby zwykłe mufiny ( i nie oszukujmy się, nieforemne i kluchowate) za to wśrodku...o matko...! Zniknęły w 3 godziny po upieczeniu. Nietypowe połączenie okazało się bardzo trafne - kawa, mascarpone i rabarbar jednak pasują do siebie. Mufinki lekkie, wilgotne, z mocna nutą kawy, wyczuwalnym kremem serowym i kwaskiem rabarbaru. Niam! Zrobiłam w trakcie drzemki Jaśka, więc nie wiem jaka to jednostka czasu bajkowa, ale przygotowanie nie zajęło mi dłużej niż 20 minut, a pieczenie  dokładnie 30.

No risk, no fun, jak mówią Rosjanie.Bardzo was do tego risku zachęcam, bo pyszny i nie słodki, nie mulący, nie mdły. Świetne do herbatki i lektury :P

A o lekturze pasującej do mufin już niedługo.

wtorek, 22 maja 2012

Izrael okiem Justyny

Wieczór z sernikiem z truskawkami nie upłynął mi li tylko na bezładnym obżarstwie, ale także na wysłuchaniu burzliwych przygód Justyny, która odwiedziłą Izrael wiosną.
Historii i historyjek mnóstwo i wiele by pisać, dlatego dla smaczku kilka pocztówek z tamtych pięknych, historycznych miejsc pod cieplutkim słońcem, gdzie wiosna wygląda jak lato, jedzenie jest pyszne, a widoki...
( kolejność i wybór do kolaży absolutnie przypadkowy i mój)





I moje ulubione zdjęcie, zgodne z zasadą 'every cloud has a silver lining' - tutaj wspaniałe maki na dole kadru. Ile życia wnosza takie niepozorne kwiatki w te surowe kamienie!


O Izraelu i tamtejszych zabytkach możnaby długo i do rana. Prawda taka,że każdy powinien tam choć raz pojechać i zwiedzić, żeby mu na całe życie wystarczyło. Może i mnie się kiedyś uda?

czwartek, 17 maja 2012

Jak zrobić dobrze (płci obojgu)

Najpierw krótki wykład teoretyczny.
Jak wiadomo do serca mężczyzny i kobiety są różne drogi. Tu zajmiemy się tą przez żołądek.
Piszę o mężczyznach, bo po kilkunastoletnim doświadczeniu bycia mężatką na temacie znam się jakby lepiej. Otóż jak wiadomo mężczyźni dzielą się na tych, co lubią serniki i na tych, co lubią szarlotki. Występuje też typ mieszany lubiący oba ciasta.

Jak tylko zobaczyłam przepis i zdjęcie do niego na blogu 'moje wypieki', wiedziałam, że będzie to strzał w 10. I to zarówno męski jak i damski! Jeśli ktoś chce trafić strzałą amora do celu - uważam ten sernik za idealny!

Sernik bardzo szybki ( według wprowadzonej w poprzednim poście klasyfikacji czasowej - Stacyjkowo i Samsam), bez cukru, jajek, z gotowym spodem z paczki ciastek ( można bez, ale ja lubię serniki ze spodem, bo łatwiej je kroić), może być zrobiony jako mus/deser serowy w pucharkach/miseczkach.
Mało też z nim roboty i brudnych garnków. Oto jak go zrobić szybko, łatwo i w miarę czysto.

Potrzebujemy:
naczynie do roztopienia czekolady w kąpieli wodnej
miseczki plastikowej do zrobienia spodu i ubicia śmietany
dużego naczynia/ miski, w którym wymieszamy wszystko
kubeczka do rozpuszczenia żelatyny
miksera

500 g sera białego mielonego ( użyłam gotowego z wiaderka)
300 g (3 tabliczki) białej czekolady
150 ml śmietany kremówki 36%
1 łyżka żelatyny
150 g czyli paczka ciasteczek typu pieguski albo ptibery albo krakersy
ok.2 łyżek masła
kwaśne owoce ( w oryginale truskawki, moga być tez wiśnie, porzeczki, borówki itp.)

Tortownicę 18-19 cm wykładamy na spodzie papierem do pieczenia.Ciastka miażdżymy za pomoca wałka lub tłuczka w reklamówce.
Roztapiamy czekolady w kapieli wodnej i dodajemy do sera do dużej michy- miksujemy.
Do naczynia, gdzie była czekolada, wsypujemy okruszki ciastek, wycieramy nimi ścianki z czekolady i dodajemy ok. 2 łyżek masła oraz ugniatamy na mokry piasek. Wykładamy piaskiem dno tortownicy.Śmietanę ubijamy, wkładamy na chwilkę do lodówki,żeby nie siadła. Łyżkę żelatyny rozpuszczamy w minimalnej ilości gorącej wody i dokładnie rozcieramy i rozpuszczamy. Śmietanę miksujemy z masą serową. Do żelatyny dodajemy po 1 łyżeczce masy serowej, aby dopełnić cały kubeczek, a następnie wlewamy do większej miski z masą i szybko miksujemy. Wykładamy gotową masę na spód lub do tortownicy i wkładamy na chwilkę do lodówki. Wyjmujemy i dekorujemy według uznania owocami - chodzi o to,żeby owoce nie wpadły do masy, ale skutecznie się do niej przykleiły. Chłodzimy w lodówce według uznania, ale nie krócej niż ok. 2 godzin. Pożeramy!!!!!

Oto wersja damska dla Justyny:


I wersja męska dla małża na urodziny:


Sernik podbił po kolei serce moje, małża, mamy, siostrzenic, synów, tak że teoria męska i damska została udowodniona. Jest naprawdę banalny, nie za słodki, bardzo szybki. Jeszcze nie raz go zrobię - jeden z najlepszych przepisów jakie znam!

Można zrobić w wersji bez żelatyny, ale wtedy będzie bardziej musowaty i trudniej będzie go pokroić, choc jak wiadomo wszystko zależy od sera.
Można go zrobić w większej tortownicy, ale będzie niższy ( mnie wyszedł ser wysokości 5 cm)
Można nie dekorować od razu, a po zastygnięciu  posmarować gorzką czekoladą i na niej ułożyć dekorację, która dzięki czekoladzie będzie się trzymać ( tak zrobiłam dla Justyny).

Nie mogłam się też powstrzymać od posypania bzem, ale kolory się nie gryzą na szczęście;)

Bardzo polecam na gorące dni i wszelkie okazje i bez okazji! Spróbujcie koniecznie !

środa, 16 maja 2012

Pirat Rabarbar

Ponieważ trwa sezon na rabarbar postanowiłyśmy z mamą wykorzystać ten z naszego ogrodu na placek rabarbarowy. Taki placek to obok kompotu rabarbarowego pijanego na koloniach jeden ze smaków mojego dzieciństwa. Prosty przepis znalazłam oczywiście tutaj . Postanowiłam zrobić go w dużej blasze ( ok. 28x35), ale wzięłam za małą proporcję. Mniejszego placka po prostu u mnie nie opłaca się robić...
Okazało się,że jednak źle przemnożyłam i wyszedł trochę za niski. Było dużo gadania na ten temat, a prawda taka,że placka już nie ma. Powtórzę go na pewno, bo szybki( 15 min+ pieczenie) i jednogarnkowy, nie mdły i leciutko biszkoptowy. A chrupiąca skorupka na wierzchu to jest to! Bardzo polecam!!!!

Proporcje na dużą blachę:

800 g rabarbaru pokrojonego w kostkę
6 jajek
3/4 szklanki cukru
30 dkg mąki
1/2 kostki masła
cukier trzcinowy do posypania ( ok. 1 szklanki)

Całe jajka ubić z cukrem na jasna puszystą masę. Delikatnie wmieszać przesiana mąkę i wylać na blache wyłożoną papierem do pieczenia. Na wierzchu wysypać rabarbar.Tarką do plasterków sera zetrzeć masło na wiórki i pokryć nimi rabarbar. Posypać cukrem trzcinowym.
Piec 60 min w 180 stopniach.

A książki o piracie Rabarbarze polecam jako kultowe tytuły dzieciństwa. Oczywiście przed/po/ w trakcie konsumpcji placka...

wtorek, 15 maja 2012

Wyniki czekoladowego candy

Spieszę ze świeżymi wieściami!
Losowanie odbyło sie przed chwilą, metodą tradycyjną, model losujący - małż ( profesjonalista! to juz nie pierwsze jego losowanie:)), urna - oczywiście pudełko po czekoladkach.

W candy wzięło udział 8 osób - spokojnie i kameralnie. To lubię!
Mam nadzieję,że impreza rozkręci się z bloga na blog.

Przebieg losowania:
przygotowanie urny-otwarcie urny-przygotowanie maszyny losującej: stan skupienia - maszyna losująca miesza na maxa - szczęśliwy los!



Gratuluję Maciejko! Mówi się,że ostatni będą pierwszymi, a tu reguła się nie sprawdziła:)
Bardzo cie prosze o przesłanie adresu do wysyłki - jutro nadam paczkę, w której oprócz książki znajdziesz czekoladową niespodziankę:P

Przypominam,że teraz Maciejka w ciągu 10 dni od otrzymania paczki czyta książkę, pisze o niej kilka zdań, publikuje przepis na coś dobrego z czekoladą i organizuje kolejne candy z przechodnią książką.
Śledzimy więc jej bloga, czytamy uważnie i pilnujemy terminu nowego candy.
Wszyscy przegrani mają kolejną szansę!

Bardzo wszystkim dziękuję za wzięcie udziału. Mam nadzieję,że za kolejnym razem wam się poszczęści. Ponieważ bardzo lubię organizować candy, na pewno niedługo kolejne.
Postaram się,żeby było oryginalne!

Dobrej nocki wszyskim!