motor

motor
Walentynki są codziennie, tylko my obchodzimy je raz do roku...

wtorek, 8 maja 2012

Ryan Gosling x 2 - czyli dwa dobre filmy

W czasie weekendu nadrabiałam zaległości filmowe. Wybrałam kino zdecydowanie męskie i polityczne dla odmiany i nie żałuję. Jako łącznik - aktor Ryan Gosling.

Drive.
Strona filmu tutaj.


Współczesna historia pełna przemocy, krwi i bandyckich rozgrywek, niepełna seksu i nieprzegadana, co się rzadko w takich filmach zdarza.

Główny bohater Driver ( Gosling) ( zły i dobry - to też rzadkość uważam) pracuje w dzień jako mechanik samochodowy, w nocy wynajmuje się jako kierowca do napadów rabunkowych. Ponieważ kierowcą jest doskonałym udaje mu sie prowadzić podwójne życie. Mieszka w zwykłym bloku gdzieś w New Yorku. Zamieszanie w jego życie wprowadza ( podobno) ponętna sąsiadka z małym synkiem, dzięki której zostanie wplątany w bandycką intrygę. Jego prywatne interesy i chęć ścigania się za pieniądze też nie skończą się dobrze, bo nad całym światem pokazanym w filmie unosi się zły duch mafii i jej porachunków.

Jako lokalny słupek mafijny - mój aktor z czarnej listy ( czyli takich, których nie lubię z różnych względów) czyli Ron Perlman. Ten człowiek bez charakteryzacji gra rolę brakującego ogniwa w łańcuchu ewolucyjnym w filmie typu 'Walka o ogień'. Swoją specyficzną urodą narusza moje poczucie estetyki, ale pokazuje,że umie wejść w postać prostaka i brutala, który na forsie zbudował imperium, a teraz nim trzęsie.

Co do kreacji aktorskich dobrze wypadają Oscar Isaac ( mąż sąsiadki) i Bryan Cranston (szef warsztatu). Sama sąsiadka (Carey Mulligan) jest tylko bezbarwnym i raczej mdłym aktorsko tłem dla Goslinga, który naprawdę pokazuje klasę w tym filmie.
Właściwie niewiele mówi, ale z jego twarzy możemy wyczytać wszystkie scenariuszowe emocje, co jak na tak młodego aktora jest nie lada sztuką. On tu gra pierwsze niepokonane skrzypce i po prostu jest gościem w złotej kurtce z czarnym skorpionem. Świetna rola!!!

Film ma parę rewelacyjnych scen, choćby ta w windzie( oglądniecie, to zobaczycie :))). Mam tylko pretensje do scenarzysty,że kończy się bez sensu. Dużo w nim kliomatu lat '80 - muzyka ( bardzo dobra!), pewien typ filmów ( trochę jak Miami Vice, tylko z drugiej strony lufy), nawet efekty graficzne, czcionka czołówki i listy płac.

Dobra sensacja, z dobrą obsadą, dobrze zagrana. Film kopano -strzelany, ale chętnie bym go jeszcze raz oglądnęła dla różnych smaczków i szczegółów, co mi się rzadko w tym gatunku zdarza.

Kolejny film to 'Idy marcowe'.
Strona filmu tutaj.


Już widziany dużo wcześniej na mieście i nie tylko plakat zrobił na mnie wrażenie. Jak się okazało po seansie jest świetną ilustracją i opisem tego filmu!

 Właściwie typowa historia przedwyborcza o zakulisowych rozgrywkach. Trwają wybory stanowe i rywalizacja między dwoma kandydatami o największym poparciu: gubernatorem Mikiem Morrisem ( George Clooney) oraz jego przeciwnikiem senatorem Pullmanem ( Michael Mantell).

Prawdziwa walka na smierć i życie polityczne potoczy się jednak między Stephenem Meyersem PRowcem sztabu Morrisa ( Gosling) a samym Morrisem ( Clooney), jak na załączonym obrazku.
Rewelacyjny popis gry aktorskiej na najwyższym poziomie.

Między hasła wyborcze o równości, demokracji i innych pieknie brzmiących deklaracjach wkradają się prawdziwe emocje związane z tym, jacy ludzie są naprawdę, o co w polityce chodzi i kto w efekcie zwycięża. Do gry włączają się oczywiście przeciwnicy polityczni, prasa i pewna atrakcyjna stażystka...

Tytuł filmu nawiązuje do daty śmierci Juliusza Cezara, którego zdradził jak wiemy najbliższy współpracownik Brutus. Clooney ( reżyser!) inspirował się podobno bardzo Szekspirowską wersją tych wydarzeń - sprawdźcie i porównajcie.A sam film to ekranizacja sztuki Beau Willmona 'Farragout North'.

Film bez dwóch zdań trzeba zobaczyć. Trzyma w napięciu od początku do końca i pokazuje pewne uniwersalne prawdy. Genialny!

I potwierdza tezę,że Gosling jest świetnym aktorem.

Do odtwarzania przed każdymi kolejnymi wyborami, zwłaszcza prezydenckimi :)




poniedziałek, 7 maja 2012

Obyczajowo

Ośmieliłam się zrobić parę planów na długi weekend i przekonałam się,że tak niestety życie nie działa. Mieliśmy kilka dni nerwówki z Jaśkiem i jego dolegliwościami, ale już ok. Niestety z domu się nie ruszyliśmy dalej jak na pobliską górkę i to na godzinę.Za to jaką!

Otóż największa atrakcją placu zabaw nie sa bynajmniej sprzęty na nim ustawione ( no, może huśtawki z tatusiem...) , ale instrukcja obsługi placu z obrazkami 'czego nie wolno'. Zaczyna się niewinnie 'poczytaj mi tato/mamo', ale potem po nastym razie podnoszeniu i tłumaczeniu każdego obrazka po 10 razy już nie jest tak wesoło, wierzcie mi. Uciekliśmy z małżem daleko od słupka,żeby nie zostać wmanewrowanym w czytanie i chłopaki dłuższą chwilę radziły sobie same...


Były też radości z bananami:


I jazda bez trzymanki we dwójkę ( jeszcze się mieszczą skubańcy!)

niedziela, 6 maja 2012

Słodko i z fasonem

Kolejna wersja ciasteczek wycierusowych, o których niedawno było.
Ponieważ temperatura trochę spadła, postanowiłam zrobić coś do kawy na popołudnie.

Tym razem wycierusy powstały z kilku rozpuszczonych czekolad i zajęcy wielkanocnych oraz pestek dyni ( gorzkawe i zdrowe, łagodzą słodycz czekolady, a poza tym kolor zielony!) oraz podprażonych na suchej patelni ( nabierają chrupkości i orzechowego smaku po tym zabiegu!) zwykłych płatków owsianych. Przy okazji recykling pudełkowy:


Polecam polecam,bo pyszne i szybkie.

I oczywiście nieustająco zapraszam na moje czekoladowe candy - można się jeszcze zapisywać TUTAJ .

sobota, 5 maja 2012

Upalnie

Najpierw upalnie - na temperatury powyżej 30 stopni pomagaja tylko lody i to w dużych ilościach.

Kupiłam w osiedlowym pudełko, ale za szybko zeszło, więc postanowiłam zrobić własne - moje pierwsze!

Wybór padł na orzeźwiające miętowo-czekoladowe. Inspiracją były oczywiście przepisy z www.mojewypieki.blox.pl, ale zrobiłam własną wersję według własnego smaku.


2 szklanki kremówki
1 szklanka mleka
1/2 szklanki likieru miętowego ( u mnie Fantazja miętowo-czekoladowa)
1/2 szklanki syropu miętowego do drinków
2 łyżki kropli miętowych
1/2 czekolady gorzkiej
1/2 czekolady mlecznej ( czekolady starte na tarce o dużych oczkach)

(Ogólnie na lody likierowe potrzebujemy 2 szklanki kremówki, 1 szklankę mleka, 1/2 szklanki likieru- dowolnego, ale gęstego i 5 łyżek cukru pudru)

Wszystko razem wymieszać i włożyć do maszyny do lodów.Wychodzi ok. 1 litra.

Jeśli ktoś nie ma maszyny, trzeba włożyć do zamrażalnika i  mieszać co 1/2 - 1 godzinę dość intensywnie, aby nie utworzyły się kryształki lodu. Zajmuje to więcej czasu , ale efekt ten sam.
No i zdecydowanie taniej, smaczniej i zdrowiej.
Różne smaki możemy przyrządzać z tego, co mamy w domu i sezonowych owoców.
Przepisów nie brakuje.

Ja też będę różne testować, bo nawet małż stwierdził,że wyszły pyszne ( nie przepada ani za słodkim, ani za lodami, a tu proszę)
Lody wytrzymały tylko 46 godzin :))))
Kupcie maszynkę do lodów, albo zażyczcie sobie na najbliższą okazję.Droga nie jest, a ile radochy, no i lodziki w pół godziny gotowe.

piątek, 4 maja 2012

Magnolia

Od kiedy ojciec posadził parę lat temu magnolię na nowo, nie mogę sie odczekac kiedy zakwitnie i zacznie pachnieć. Jest to absolutne święto we wsi! Poprzednia nie kwitła przez 25 lat mimo licznych zabiegów pielęgnacyjnych, a obecna - co roku ładniejsza.
Oto festiwal kolorów i kształtów:




































Zapach był boski i jedyny w swoim rodzaju. Nie spotkałam jeszcze perfum ani innych zapachowych rzeczy, które umiałyby oddać teń równoczesnie świeży i słodki zapach o takim natężeniu. Był, bo kiedy to piszę po kwiatach zostało już tylko wspomnienie. Upalne słońce wypaliło kwiaty na wiór w ciągu kilku dni...

Jeśli macie możliwość posadzenia gdzieś tego drzewa - polecam gorąco. Co prawda kwitnie tylko kilka dni w roku, ale za to jak!

niedziela, 22 kwietnia 2012

Nie wiem jak ona to robi - książka i film

Książkę czytałam już w zeszłym roku i bardzo się ucieszyłam jesienią,że mogę w końcu oglądnąć film. Na film nie udało mi się pójść i szybko zdjęli go z afisza, ale można go już kupić jako dodatek do gazety. Odświeżyłam sobie książkę i spokojnie oglądnęłam film.

Najpierw słowo pisane.

Książka - kolejna powiastka ( jednak coś mniej poważnego niż powieść) po 'Klubie miłośniczek czekolady' napisana w podobnym duchu. Rozgrywająca się współcześnie, czyli w XXI wieku w dwóch równoległych światach pracy i domu, które próbuje pogodzić główna bohaterka i narratorka Kate.

Praca to ogromne towarzystwo ubezpieczeniowe, korporacja która obraca megaforsą, docenia talent Kate, ale wymaga bezwględnego posłuszeństwa i dyspozycyjności. Dom to mąż Kate, dwójka dzieci dziewięcioletnia dziewczynka i dwuletni chłopczyk oraz niania- studentka. Cała historia to zapis pewnego okresu w życiu Kate, kiedy z jednej strony jak zwykle balansuje między załatwianiem różnych spraw domowo-rodzinno-porządkowych a z drugiej dostaje wielką szansę na awans i uznanie szefostwa - ważny inwestor chce wdrożyć jej pomysł na fundusz emerytalny, co wiąże się z częstymi wyjazdami. Dokładnie poznajemy oba środowiska - ich blaski i cienie, uczucia które Kate z nimi wiążą i nieustanną szarpaninę, aby wszystko było na swoim miejscu.

Tytuł to zdanie, które Kate często słyszy od swoich znajomych wyrażających podziw dla jej umiejętności organizacyjnych. Pewnego dnia w tym całym domowo-pracowym zamieszaniu pojawia się pośrednik inwestora - bogaty i przystojny, z którym nasza super pracownica i mama nawiązuje romans. Cała historia kończy się dobrze, choć nie bez niespodzianki :)

Najfajniejsze w tej książce jest to,że to bardzo dobre babskie czytadło o niewygórowanych ambicjach, ale zgrabnie i lekko napisane, z galerią przekonywujących typów i poczuciem humoru. Bardzo podobały mi się motywy domowe - zachowania dzieci, męża, relacje z teściami - samo życie! W swoim zabieganym świecie Kate znajduje czas na przyjaźń, pomoc innym, swoje zainteresowania, a przede wszystkim na pielęgnowanie relacji z mężem i dziećmi. Jak ona to robi? Przeczytajcie!
Bardzo dobra odprężająca po długim zapracowanym dniu lektura, przy której nie raz można się uśmiechnąć i do której lubię wracać.

Dlatego tak bardzo napaliłam się na film pod lekko zmienionym tutułem. I?

Obsada znana (strona filmu tutaj ). Całości dałabym czwórkę - film warty obejrzenia raz i wystarczy.
Zdenerwowało mnie posłodzenie go i zmiana zakończenia na bardziej hollywoodzkie. Sama postać Kate nie jest już tak wiarygodna jak w książce, bo choć grana przez Sarę Jessicę Parker nie powala mnie na kolana wiernością oryginałowi, a przede wszystkim pokazaniem bogactwa przeżyć i pomysłów . Bohaterka od początku kreowana jest na domową heroinę do śmierci wierną w każdym calu dzieciom i mężowi, a w książce mamy jednak bardziej realne sytuacje. Co by nie mówić film dobrze się ogląda, ale po książce więcej w głowie zostaje.

Wybór pozostawiam wam. Najlepiej jedno i drugie w wyżej wymienionej kombinacji ciupnąć np. w weekend.

Kolorowo

Warto raz jeszcze ( albo po raz pierwszy ) posłuchać 'What a wonderful world' w wykonaniu Louisa Armstronga, przeczytać poniższy kawałek z mojej fioletowej i ucieszyć się jakimś ogrodem - choćby najmniejszym. Mam marzenie,żeby po latach odwiedzić botaniczny, ale chyba się nie uda (?). Z ogrodu płynie jednak jakaś energia, jakaś chęć do życia, kiedy widzimy jak niepozorne roślinki zabierają się do życia, o tych okazałych nie mówiąc.

Świat jest pełen piękna i kolorów - szczególnie na wiosnę!











Wędrująca czekolada - candy !!!

Już kilka razy wzięłam udział w losowaniu wędrującej książki o króliku, ale niestety bez skutku.
Postanowiłam zorganizować podobna zabawę u mnie. A że ostatnio z nastrojem u mnie ciężko, leczę się czekoladą :)

Otóż...
Zabawa polega na tym,że:
- jest candy
-jest nagroda (przechodnia)
-trzeba pomyśleć
-trzeba coś zrobić
-trzeba zorganizować candy u siebie.

Po kolei.
Ja jako pierwsza organizuję candy - nagrodą jest przechodnia książka "Klub miłośniczek czekolady" Carol Matthews.

Kto chce wziąć udział w candy podpisuje się pod tym postem maksymalnie do 14 maja do godz. 23:59 i zamieszcza u siebie banerek- informację.W trakcie losowania 15 maja zostaje wyłoniony zwycięzca, który jest zobowiązany w ciągu 10 dni zorganizować takie samo candy na takich samych warunkach.
warunki:
- przeczytać otrzymana w przesyłce książkę - nagrodę
- zorganizować własne candy z tą książką jako nagrodą przechodnią w ciągu 10 dni od otrzymania jej
-podać jeden prosty przepis z użyciem czekolady w dowolnej postaci
-napisać kilka zdań o książce- nagrodzie ( może być krótkie streszczenie lub co mi się w niej podoba)
- można do paczki dla kolejnego zwycięzcy włożyć jakiś drobiażdżek z twórczości własnej, albo związany z czekoladą albo co chcecie ( nieobowiązkowo, ale jak fajnie, prawda?)

I tak kolejka idzie dalej. Coraz to nowe osoby czytają, podają nowe fajne przepisy, piszą nam co odkryły, poznajemy nowych ludzi i ich blogi i tak do końca świata i jeden dzień dłużej :)

Do zabawy zapraszam osoby prowadzące blogi, ale jeśli ktoś nie ma bloga, to możemy to zrobić w ten sposób,że jeśli wygra osoba bez bloga, to organizator candy bierze na siebie spełnienie warunków, których ona spełnić nie może - czyli w jej imieniu ( za porozumieniem) ogłasza nowe candy, publikuje przepis i opinie na temat książki oraz pilnuje, aby trafiła ona do kolejnego zwycięzcy.

Jeśli są chętni - serdecznie zapraszam! Oto banerek do wklejenia:


Mój przepis, a właściwie dwa w jednym, bo zaczynam łańcuszek.Oba szybkie i banalne.
Najpierw

PIANKOWE LIZAKI
Robią zawrotna karierę w necie już od conajmniej roku. I nie dziwota.Przymierzałam się do zrobienia wersji świąteczno- zimowej z reniferami, ale nie wyrobiłam się. Jeszcze zdążę;)

Potrzebujemy:
-paczki pianek marshmallow
-jednej gorzkiej czekolady
-posypki cukrowej w dowolnym kolorze
-patyczków do szaszłyków

Gorzką czekoladę topimy w garnuszku w kąpieli wodnej.W rozpuszczonej ale gęstej zanurzamy nabite na patyczki pianki, następnie zanurzamy w posypce i wbijamy w stabilny owoc lub warzywo do ostygnięcia. Ja wbiłam w duże jabłko.
Po zastygnięciu czekolady możemy zjeść od razu jako ładnego lizaczka albo użyć jako łyżeczki do kawy, kakao lub gorącej czekolady. Taka łyżeczka piankowa po zanurzeniu w kawusi rozpływa się w ryjku, nadaje też wspaniały smak pitemu napojowi.... MNIAMNIARAM!


Od razu przepis drugi - CIATECZKA WYCIERANE ( bo wycieramy różnymi dodatkami czekoladę z garnka)
Potrzebujemy:
- gorzkiej czekolady ( może być ta pozostała w garnuszku po lizakach piankowych) w dowolnej ilości. Dwie tabliczki spokojnie wystarczą na duży zapas ciasteczek.
- tzw wsad dowolny czyli np. pestki dyni, słonecznika itp., orzechy siekane, rodzynki, płatki owsiane podprażone na suchej patelni, rodzynki, suszone śliwki, suszone morele itp., malutkie kawałki herbatników, wafli - chodzi o produkty suche.

( moje ciasteczka zniknęły niestety przed zrobieniem zdjęć, zamieszczam więc poglądowe zdjęcie stąd, bo wyglądały prawie tak samo - dałam więcej czekolady)


Do rozpuszczonej czekolady wsypujemy wsad dowolny ( ja zrobiłam z pestkami dyni,żeby otrzymać połaczenie brązu i zieleni) tak, aby całość przypominała gęstą owsiankę i łyżeczką wykładamy małymi porcjami na papier do pieczenia, aby zastygły.
Po zastygnięciu wsadzamy do szczelnego słoika lub puszki  i przechowujemy zgodnie z terminem czekolady na opakowaniu. Oczywiście znikają równie szybko jak się je robi :)))
Takie ciasteczka są świetnym dodatkiem do kawy lub herbaty - serwujemy tylko jedno na smaczek obok łyżeczki!

Obie propozycje świetnie nadają się na prezenty na różne okazje małe i duże jako twórczość własna pieknie zapakowana i podana. Z lizaczków można robić bukiety jak z kwiatków ( takie ze zdjęcia dałm moim znajomym) i podawać je podczas przyjęć dla małych i dużych.Ciasteczka są bardzo zdrowe i pełne witamin.

O książce - nagrodzie.
Naprawdę bardzo fajne babskie czytadło.Idealne na wolny wieczór lub inną chwilę w ciągu dnia. Dobre do tramwaju lub autobusu. Historia 4 kobiet, które uwielbiaja czekoladę i regularnie spotykają się w ulubionej knajpce, aby w trakcie konsumpcji ulubionego deseru opowiadać o swoim życiu, śmiać się, płakać, radzić koleżanek.Ujmuje mnie w tej książce jej bezpretensjonalność i po prostu życiowe historie, które i nam wszystkim się przytrafiają. Jeśli szukacie chwili na relaks, to właśnie przy tej lekturze go znajdziecie. Książka niczego nie naśladuje ani nie udaje. Nie ma wysokich aspiracji, ale poprawia humor, wzmaga apetyt na czekoladę i życie! 'Małe kobietki' XXI wieku we współczesnym wydaniu!

Zapraszam do wspólnej zabawy!!!!!

Niespodzianka u Doroty

Umówiłyśmy się z Ulą i Dorotą na cykliczne spotkanie spontaniczne, bo widziałyśmy się ostatnio w lutym i to wstyd tak długo ze sobą nie rozmawiać.
Upiekłam ciasto, wzięłam kilka drobiazgów dla dziewczyn i ...
Na wstępie, czyli zanim usiadłam do stołu czekało mnie ogromne zaskoczenie - dziewczyny postanowiły obejść moje urodziny trochę wcześniej i przygotowały przyjęcie- niespodziankę. Dostałam fantastyczny prezent ( różności do ciast, książki z przepisami i piękny karmnik dla ptaków w kształcie dzwonka !), piękne kwiaty i babę ( drożdżowe panettone) od bab oraz dmuchałam symboliczną świeczkę pomyślawszy wcześniej życzenie.


Dawno nikt mnie tak nie zaskoczył. Co za fantastyczne uczucie!

A potem było tylko lepiej. Wspaniałe przyjęcie, które przygotowała Dorota. Zobaczcie jakie pyszności i przygotujcie podobne na najbliższą okazję.Mniam!


Dolne zdjęcie to sałatka jarzynowa zawinięta w plastry wędliny i zalana na talerzu bulionem z żelatyną - no genialne to jest!

A tu fondue czekoladowe. Banany suszone włąsnoręcznie przez Dorotę w suszarce:


Nawet dekoracja stołu była w wiosennych kolorach - rozsypane kolorowe kryształki.

Ja na fali zachwytu piankami marshmallows przygotowałam ciasto bez pieczenia z pianek właśnie, likieru miętowego i ciastek oreo:


Ciekawe połączenie bardzo delikatnej pianki o lekko miętowo-słodkim smaku z twardszym spodem z kruchych ciasteczek i gorzkiej czekolady. Niebanalny i piękny w kolorze deser. Przepis i historia ciasta oczywiście stąd. Nawet jeśli nie zrobicie ( choć jest naprawdę banalne i szybkie! to chociaż poczytajcie o nim - warto!)

Dorota specjalnie dla nas zmieliła pachnącą kawę, więc ukroiłyśmy sobie po sporym kawałku i dawaj!

Na początku był jeszcze żurek, ale rzuciłyśmy się na niego jak zgłodniałe sępy i nawet nie zdążyłam zrobić zdjęcia:)

Przedpołudnie przeciągnęło się do popołudnia, bo tematów miałyśmy pod dostatkiem.Było bosko!!!!
Jeszcze raz dzięki dziewczyny!!!!

Jak wiadomo dobre są wesela, lepsze poprawiny. Obiecałam dziewczynom, że oficjalną imprezę uczynię niebawem i wykorzystam przepisy z otrzymanych książek jako inspirację. Może nawet uda się w szerszym gronie? Oby!





Wielkanocnie

Wbrew pogodzie ( śnieżna zawierucha i zimno), bałaganowi nie do końca ogarniętemu i innym czynnikom zew i wew śniadanie wielkanocne się odbyło.
Ja byłam odpowiedzialna za część słodką i oto co przygotowałam:

- sernik wykwintny - tradycyjnie już z ulubionego bloga, przepis tutaj. Nie upiekę już innego, bo przebił wszystkie dotychczasowe po prostu. Leciutki, odpowiednio słodki, prosty jak stół o pięknym złotym kolorze znikał w paszczach aż miło. Z 1,80 kg sera wyszła mi duża blacha ( nie dekorowana) oraz tortownica dekorowana jak na załączonym obrazku:


-tradycyjne makowce ze starej jak świat Kuchni Polskiej, które zawsze piekę i skorzystałam po raz kolejny z porady, żeby piec je w papierze do pieczenia, a nie w blaszkach. Wyszły idealnie zwinięte, równiutkie, pięknie upieczone i nie popękały. Też ozdobiłam:


Zrobiłam też super ekstra błyskawiczny mazurek. Przepis znajdziecie na końcu posta i radzę wam go wykonać! Jest naprawdę jednym z najszybszych i najlepszych ciast jakie znam.
Jest nie tylko szybki w robocie, ale błyskawicznie znika w ryjkach krewnych i znajomych, bo nie mdły, ciekawy w smaku. Można potraktować go jak po prostu ciasto/deser całoroczny i ozdobić według upodobań. Moja wersja mazurka:


Zgłosiłam go na konkurs. I nawet jak nie wygram, to i tak wielką frajdę sprawiło mi przygotowanie go i jedzenie. Bardzo polecam - zwłaszcza niewprawnym kucharzom, bo wychodzi zawsze i prosty jak konstrukcja cepa, a można błysnąć ;)

Udało mi sie też zrobić świateczną dekorację i kilka pisanek:


Znajomi z pracy zrobili mi wspaniała niespodziankę i dostałam pięknego ciastowego barana z pysznymi przyległościami. Zajął honorowe miejsce na komodzie jako dekoracja.

Ozdoby wykonały też chłopaki w przedszkolu i miały one swój kącik sławy i chwały:


Ponieważ we właściwym czasie nie zamieściłam życzeń Wielkanocnych - kilka słów teraz :

Życzę z całego serca wszystkim czytelnikom, aby moc minionej Wielkiej Nocy starczyła na cały rok i wniosła prawdziwą wiosnę w nasze serca, abyśmy wszyscy z martwych wstali. I to jak najszybciej!!!!

Obiecany przepis na mazurek wzięty z gazety 'Olivia' nr 4/2012 str.112

MAZUREK CZEKOLADOWO-ORZECHOWY

230 g herbatników szkolnych ( ptiberów)
200 g masy krówkowej z puszki
150 g masła
50 g orzechów laskowych
100 g ( 1 tabliczka) czekolady gorzkiej
3 łyżki płynnej kremówki

Wyłóż blachę ( ok.19x22) papierem do pieczenia.
Herbatniki włóż do woreczka foliowego, i wałkiem rozkrusz na miazgę.Orzechy posiekaj .Masło i masę krówkową podgrzej w garnku na małym ogniu. Wymieszaj z herbatnikami i orzechami na gładka masę.
Wylej masę na blachę i równo rozprowadź. Wstaw do lodówki na 3 godziny.Roztop czekoladę razem ze śmietaną ( nie gotuj!) i wylej na stężałą masę.Włóż do lodówki na godzinę. Udekoruj jak lubisz.

Wprowadzone przeze mnie zmiany to podwojenie składników, masa krówkowa o smaku truflowym z alkoholem oraz dodanie 4 łyżek brandy. W smaku wyszedł bardziej czekoladowo-truflowy.

Do dekoracji wykorzystałam pisaki cukrowe Dr. Oetkera, opłatkowe dekoracje na mufinki z motylkami oraz posypkę w kształcie kolorowych motylków firmy tortownia.pl

Mazurek zniknął błyskawicznie. Jest banalny, pyszny, nie zatykający, robi się go w mgnieniu oka. Nie trzeba nawet czekać tak długo jak w przepisie,żeby oblać go polewą. Mnie wystarczyła godzinka.Według mnie jest uniwersalnym szybkim ciastem na cały rok, a zwłaszcza na miesiące jesienne ( orzechy). Można go dowolnie urozmaicać bakaliami i innymi lubianymi dodatkami. Dla mnie przepis idealny - bardzo go polecam.

sobota, 21 kwietnia 2012

Wiosenne drugie śniadanko

Krótko a treściwie, bo byłam strasznie głodna.

Sałatka czerwono- zielona i czekolada na gorąco z piankami.

Sałatka:
składniki czerwone:
-rzodkiewka
-truskawki
-papryka

składniki zielone:
- rzeżucha ( pozostała po dekoracji wielkanocnej - ogoliłam całą doniczkę :))
-sałata lodowa
-ogórek
Jako sos gotowy dressing włoski knorr ( czerwono-zielony)


Czekolada na gorąco:

tabliczka gorzkiej czekolady
350 ml mleka
150 ml śmietany
garść pianek marshmallow

czekoladę połamać, wrzucić do mleka i podgrzewać do rozpuszczenia. Przecedzić. Dodać pianki ( kilka odłożyć do dekoracji) i podgrzewać do rozpuszczenia pianek. Wymieszać ze śmietaną. Przelać do kubeczków, udekorować piankami.


Można dolać syropu barmańskiego takiego jak do kawy lub drinków. Dostałam od Moniki miętowy, za który ogrooomnie dziękuję! Jako dodatek jest pyszny!!!! a jaki ma niesamowity kolor...

Zawiośniało w końcu...

Kilka zdjęć z ogrodu,żeby się ucieszyć:


W wiośnie najbardzie podoba mi się to,że byle jaki krzok wygląda jak milion dolarów albo panna młoda ( ewentualnie druhna), a na zwykłym trawniku można znaleźć małe cuda. No i te kolory ...

Jeździliśmy kiedyś całą rodzinką do Doliny Chochołowskiej,żeby zobaczyć pola kwitnących krokusów - ukochanych ojca. Stworzył namiastkę doliny u nas w ogrodzie. Mała, ale jak kwitnie!



Szybka owocowa z mango

Ponieważ cyklicznie czekały mnie odwiedziny Dorotki i Irenki, zrobiłam za namową Pani Ani z warzywnego owocową sałatkę ze świeżutkim i dojrzałym mango.

Zniknęła cała! Jest bardzo orzeźwiająca za względu na lekko ziołowy zapach mango - świetne rozwiązanie na upał + zimny drink.

Wypróbuję na pewno przy wyższej temperaturze i nie tylko bo pyszna i zdrowa.


Składniki:
jedno spore dojrzałe mango
2 duże kiwi
jedno duże soczyste jabłko
kiść winogron zielonych bezpestkowych
garść suszonej żurawiny

jako sosu użyłam kilku łyżek syropu klonowego.

Parafialna droga krzyżowa

W tym roku obchodziła osiemnaste urodziny i jak na taka młódkę ma się zupełnie dobrze.

Chce o niej napisać, bo wydaje mi się, że jest wyjątkowa z kilku względów.

Wszystko zaczęło się kilkanaście lat temu, kiedy działałam bardzo czynnie przy parafii i z grupą znajomych odprawialiśmy drogę krzyżową w zamkniętym kościele. Przechodziliśmy od stacji do stacji i komu coś się z daną stacją kojarzyło wypowiadał to głośno jako rozważanie. Nabożeństwo trwało dłużej niż zwykle, ale zrozumieliśmy,że nasze prywatne rozważania lepiej do nas trafiają, przez co lepiej rozumiemy sens drogi krzyżowej, niż te standardowe teksty czytane z różnych książek z ambony. Każdy mógł się wypowiedzieć, każdy  widział daną stację trochę inaczej, co innego mu się kojarzyło i inaczej rozumiał jej wymowę.

Padł pomysł,żeby takie nabożeństwo urządzić dla całej parafii.Plastyczka ze szkoły podstawowej namalowała na dużych arkuszach obrazy stacji, ktoś zrobił stelaże do każdego, ktoś namalował plakaty, kilkanście osób napisało rozważania na jeden ustalony temat i tak to się zaczęło. Początkowo stacje ustawiane były wokół murów Kościoła, potem na ulicach wokół kościoła, a od paru dobrych lat droga krzyżowa biegnie co raz to innymi ulicami naszego osiedla, aby dotrzeć do coraz to nowych miejsc. Profesjonalnie jest nagłaśniana przez megafony i tuby, a od kiedy wyszła na ulice wierni maja zapewniona opiekę miejscowej policji. Co roku ma inny temat przewodni. Plakaty właściwie nie są już potrzebne, bo jest zapowiadana dużo wcześniej z ambony i chyba wszyscy na osiedlu wiedzą, o co chodzi.


Od początku organizacja szła w tę stronę, aby jak najwięcej osób z parafii było w nią zaangażowanych, a więc wszystkie grupy parafialne, młodzież szkolna, gimnazjalna i licealna, nasi ojcowie franciszkanie, kiedyś siostry pracujące przy naszej parafii itd. itp. Tradycją stało się już przynoszenie zapalonych świec i dźwiganie od stacji do stacji prawdziwego ogromnego i ciężkiego krzyża. Podczas całej drogi zawsze są dwa momenty, kiedy ten krzyż może podjąć ( oczywiście grupą) każdy, kto chce. Podczas nabożeństwa śpiewane są pieśni tradycyjne i piosenki oazowe, kanony z Taize itp. Na koniec odczytywana jest także stacja XV ( której faktycznie nie ma w oryginalnej drodze krzyżowej) pt. Radość Zmartwychwstania.
Po nabożeństwie odbywa się w salkach katechetycznych poczęstunek dla wszystkich organizatorów.


W tym roku bardzo ciekawy temat - grzech zaniedbania. Niby na każdej mszy wszyscy wypowiadamy w confiteor ' zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem', ale chyba niewielu z nas wie, co to znaczy. Każde rozważanie było poświęcone jednemu zaniedbaniu. Mam dostać od głównego organizatora teksty- jak mi się uda podam linka do nich, to przeczytacie. Bardzo warto. Nasza zwykła codziennośc widziana przez kadr zaniedbania naprawdę porusza.
Ja tę drogę krzyżową przeżyłam bardzo i wiele tekstów mi z niej zostało w głowie, bo były ważne, mądre, ciekawe, wzruszające.Nie padało, choć zmarzłam bardzo, ale nie żałuję.


Już teraz wszystkich mieszkańców Krakowa i okolic zapraszam na przyszły rok na Niedzielę Palmową na XIX drogę krzyżową na Azorach!!!!


Znacie podobne przedsięwzięcie gdzieś u siebie - dajcie znać!

Kazimierski lans ;)

Zdarzyło się jeszcze przed Wielkim tygodniem, że widziałam się z Justyną. Ponieważ wyjeżdżała na dłużej, postanowiłyśmy omówic trochę polityki wewnętrznej. Na marginesie już się cieszę i mam nadzieję na omawianie polityki zagranicznej i publikację zdjęć, kiedy wróci do ojczyzny:)

Nigdy nie byłam w knajpie na qltowym krakowskim Kazimierzu. Tak się po prostu zdarzyło. Może dlatego,że do Rynku mam bliżej? I pewnie z paru innych przyczyn. Umówiłyśmy się więc pięknym i ciepłym popołudniem w samym sercu dzielnicy żydowskiej blisko Placu Nowego. Ponieważ miałyśmy zacząć od jedzonka padło na restaurację/ cafe Warsztat ( nie mają strony, ale przeczytajcie tutaj i tutaj).

Malutki 'dwuizbowy' lokal - jedna sala większa na kilka stolików, druga - mały uchyłek na jeden. Miejsce z bardzo ciekawą aranżacją wnętrza - źródłem światła są drzwi wejściowe i małe okna na ciemne podwórze, więc lokal raczej ciemny. Oświetlenie dyskretne rzucane przez boczne lampy i lampki , a na ścianach stare instrumenty i gdzieniegdzie nuty. Główną ozdobą jest stary fortepian jakby wkopany w podłogę z dodatkową klawiaturą - performans artystyczny nie nadający się do grania. Stoi za to czynne, grające pianino zarzucone nutami, bo podobno często ktoś na nim gra. Podczas naszej wizyty akurat koncertu nie było,za to była bardzo fajna muzyka.

Justyna poleciła mi sałatki, więc postanowiłąm się zmierzyć z Dużą Etną ( co, ja nie zjem?). Od rana jadłam tylko owsiankę i jakieś drobiazgi, więc byłam nastawiona na zacięty bój. Po ok. 15-20 min. oczekiwaniu kelnerka przyniosła mi ogromny półmetrowy talerz do pizzy, a na nim... poezję, a nie sałatkę!!!!

Wspaniałe połączenie sałaty lodowej, kukurydzy, innych warzyw ze świeżo smażonymi kawałeczkami pysznej kiełbaski, kury, boczusia - cały wielki wulkan! Do tego sos czosnkowy i paluchy z ciasta francuskiego pieczone na miejscu. Tak dobrej sałatki nie jadłam lata. Przypomniała mi się kiełbasa z rusztu ojca - jego popisowe, a moje ulubione danie. Wszystko świeżutkie i pachnące. Założyłam się więc o czekoladę i...niestety sromotnie przegrałam. Brakło mi kilka łyżek do końca :( Porcja wielkościowo była zabójcza. Podobno średnia sałatka jest niewiele mniejsza. Za tę dużą zapłaciłam 20 zł, co jak na krakowskie ceny w lokalach gastronomicznych i tę wielkość porcji stanowi śmiech na sali. Justyna zjadła lazanię ze szpinakiem

( uczciwa porcja!) i wyturlałyśmy się dalej na deser. Tzn. ja nie, ale czego się nie robi...

Po wolnym spacerku dotarłyśmy do Baroque przy samym Placu Nowym( tutaj troszkę o nich).


Bardzo mnie ta knajpka ujęła już od wejścia. Nie było tam nic zbędnego - raczej surowy, ale elegancki wystrój, ładny widok na Plac, nowoczesne przestronne wnętrze i podobno pyszne desery ;)
Ponieważ w poprzednim lokalu głównie jadłyśmy, tu głównie gadałyśmy i trawiłyśmy jak węże przy ciepłych i zimnych drinkach. W miarę upływu czasu ludzi przybywało. W większości towarzystwo w wieku ok.30-40 lat, widac było stałych bywalców i świeżych klientów. Zdecydowanie miejsce na ostry lans - pokazanie nowego partnera/ partnerki, zamówienie ciekawych drinków, zwracanie na siebie uwagi głośnym grupowym zachowaniem i taki pokaz mody,że niech się fashion week schowa:)))) Nie brałyśmy niczego do jedzenia, ale widziałam bardzo fajne i spore porcje różnych sałatek i mięs z dodatkami roznoszone po sali. Ceny podobne jak w Warsztacie, czyli w porządku.

Wychodząc ok. 22:00 zobaczyłam jak ogromnie dużo ludzi jest w tym czasie na Kazimierzu - wszystkie lokale pełne, Plac Nowy oblężony, słynne zapiekanki z budki szły jak świeże zapiekanki...
Generalnie lepiej późno niż wcale odkryć uroki nocnego życia Kazimierza.Było super!
Co prawda my słabo wypadałyśmy na tle lanserskiego towarzystwa, ale to dobrze, bo spokojnie zjadłyśmy, pogadałyśmy i pośmiałyśmy się z całego serca z naszych przygód.

W obu lokalach spodobało mi się bardzo, polecam je czym mogę i postaram się do nich wrócić.

Czekam na  wasze podpowiedzi, gdzie jeszcze warto na Kazimierzu zaglądnąć.