motor

motor
Walentynki są codziennie, tylko my obchodzimy je raz do roku...

wtorek, 6 marca 2012

Przeddzień Kobiet w Avonie

Kto dziś obchodzi Dzień Kobiet? Chyba tylko same kobiety, bo wiedzą najlepiej , co drugiej sprawia przyjemność :) Ja obchody zaczęłam już dziś!

Miłe popołudnie, które minęło mi na spotkaniu avonowym pełne było różnych niespodzianek i życzeń, o np. takich - dedykuję je wszystkim dziewczynom:


Było kolorowo, za sprawą kwiatów dla nagrodzonych klubowiczek, ale nie tylko.


Dzięki blenderom udało się zrobić z owoców pyszny koktajl:


Może i wy skorzystacie z wiosennych przepisów na pyszności?


Pośmiałyśmy się z psychozabawy - co mówią twoje usta? Wystarczy je pomalować kolorową szminką i odcisnąć na chusteczce. O tym jakie jesteśmy, mówi ich kształt. A tu zabawa .
Co mówią wasze usta? Sprawdźcie koniecznie!!!! To moje - już wiecie jaka jestem:)


Na zakończenie z kwiatami w dłoniach poszłyśmy z Magdą na rytualna kawę, aby omówić bieżące problemy polityki zagranicznej i wewnętrznej, co niestety nie zdarza nam się często, ale intensywnie.

Dostałam cudowny prezent - syrop klonowy. Już kminię, co z niego zrobić pysznego...
Raz jeszcze dzięki Madziu!!!!

niedziela, 4 marca 2012

W Krakowie - korona wieży Mariackiej

Jeszcze trochę o tej wieży. Zazwyczaj kojarzymy ją z legendą o hejnale i o dwóch braciach. Chciałąbym wam zwócić uwagę na koronę na niej umieszczoną, bo jest niezwykła i związana z niezwykłym faktem.
Raczej nas ona nie zastanawia, bo jest wysoko ( to jak przy dzwonku za konających - nie chce nam się podnieść głowy:)) i własciwie korona jaka jest- każdy widzi. Widzi każdy, ale chyba nie każdy wie...


zdjęcie stąd

Jak pisał Michał Rożek:
Wyższa wieża naszego kościoła to "turris coronata" - wieża ukoronowana- rzadki przypadek w kulturze polskiej. Niesie bowiem w sobie przesłanie maryjne, dziś może mało czytelne. Odśredniowiecza wieża byłą zawsze symbolem Marii, stanowiąc aluzję do wieży dawidowej, która symbolizowała Marię jako czyste naczynie, noszące w łonie Chrystusa - potomka rodu Dawida. Korona wieńcząca wieżę to także wyraźna aluzja do koronacji Wniebowziętej Marii, która przecież patronuje naszej świątyni. I wreszcie od wieków średnich wieża była także symbolem czujności, a w naszym przypadku czuwał na niej przez całą dobę strażnik.
Po co komu ta korona?

Wszystko zaczęło się w 14.08.1608 r., kiedy jezuita Gulio Mancinelli miał widzenie w którym ukazała mu się Matka Boska wraz z jego duchowym przewodnikiem i przyjacielem Stanisławem Kostką. Na pytanie Mancinelliego jakim tytułem mógłby ją uczcić, miała odpowiedzieć „A czemu Mnie Królową Polski nie zowiesz? Ja to królestwo wielce umiłowałam i wielkie rzeczy dlań zamierzam, ponieważ osobliwą miłością ku Mnie pałają jego synowie”. Widzenie powtórzyło się jeszcze dwa razy w ciągu życia zakonnika. Mancinelli powiedział oczywiście o nim swoim przełożonym i polskim jeziutom, którzy rozpowszechnili tę opowieść.
Bardzo poruszyła ona  mieszkańców Krakowa i w 1629r. dodano na hełmie drewnianą, obitą ołowiem koronę, która jednak pod wpływem deszczu szybko zbutwiała. Dlatego w 1666 r. wymienioną ją na koronę miedzianą (zafundowało ją 3 mieszczan!- tyle metalu to był straszny szmal) i dołożono wieniec ośmiu wieżyczek wokół hełmu (podobnie wyglądał wówczas dach wieży ratusza). Dzięki temu już z daleka było widać, że to główny kościół miasta stołecznego.

Pomysł obwołania Maryi królową Polski dziś nikogo nie dziwi, ale w XVII wieku był sensacją, uwiarygodnioną przez księdza - Włocha, bo jakby to Polak wymyślił, to by mu pewnie nie uwierzono...Widzenia jezuity zrobiły na wielu wrażenie. Oficjalnym ich orędownikiem był król Zygmunt II Waza i król Jan Kazimierz,który w 1656 r. w katedrze we Lwowie uroczyście i na piśmie obwołał Maryję Królową Polski.

Korona z dołu wydaje się niewielka, ale jest pokaźna - ma aż 4 metry średnicy, mieści się w niej 12 osób i waży 350 kg- dlatego nigdy nie była z prawdziwego złota. Wieki temu było więcej złoceń tam u góry. 64 liście wokół dachu- dzisiaj metalowe -wówczas były pozłacane, podobnie jak ramy tych malutkich okienek w wieżyczkach wokół dachu.

Nie możemy dostrzec tego z dołu w pełni, ale korona jest naprawdę bardzo misternie wykonana:

zdjęcie stąd

W napisie wyrytym w miedzianej blasze AD 1666 HP nadal nie wiemy, co znaczą ostatnie dwie litery...
Na dwóch złotych guzach znajdują się herby mieszczańskie - to 2 najbogatszych sponsorów. Najwięcej dał kupiec Piotr Antoni Pestalocci, a to kopia jego herbu z guza korony - no prosty w rycie to on nie jest...


Jaki z tego morał? Idziesz na spacer po Krakowie - nie wychodź z domu bez dobrej lornetki, bo można przegapić małe i większe cuda...

A na candy krakowskie można dalej zapisywać się tutaj. Zapraszam!

sobota, 3 marca 2012

Po amerykańsku

Wykorzystałam godzinkę, kiedy wszystkie ;) chłopaki spały po obiedzie i zrobiłam mufinki z przepisu z ostatniego poradnika domowego ( przepisy z cyklu 'bananowy raj').

Już dawno dostałam duży słój wspaniałego masła orzechowego ( dzięki ciociu Gosiu !!!!) i zastanawiałam się, co z niego zrobić - okazja nadejszła:


Ponieważ nigdy nie próbowałam żywego masła orzechowego, najpierw zjadłam małą łyżeczkę. To po prostu zmielone orzechy arachidowe ( ziemne). Smak specyficzny, ale bardzo mi się spodobał, bo te orzechy lubię.
Amerykanie smarują nim tosty i używają do ciast i deserów, u nas ze smarowideł zdecydowanie bardziej znane sa dżemy, powidła i kremy orzechowe typu nutella.

Ciasta wychodzi dużo - upiekłam 12 sztuk i wyszły jak spore bułeczki, ciasto nie rośnie jakoś strasznie, jest bardzo wilgotne.Dominuje smak masła orzechowego. Nie ma tego w przepisie, ale ja polałam swoje gorzką polewą czekoladową. Można je przekroić albo udekorować nutellą lub słodką marmoladą. Propozycja dla smakoszy masła o. zdecydowanie na śniadanie z kawą lub sokiem pomarańczowym albo na drugie śniadanie do pracy - bardzo syte! Taki indeks glikemiczny można młócić tylko przed południem, bo potem niestety idzie w boczki albo w tył...

 

Inauguracja ogródka

Jak ogłosili dziś w Kronice Krakowskiej w TV - w Krakowie wiosna na całego!

Wyszliśmy dziś do ogródka na czas krótki, ale treściwy, bo słoneczko piękne i trzeba trochę zahartować Jaśka ( ostatnio był na polu chyba we wrześniu...).
Po ogólnym brykaniu i skakaniu przyszła pora na porządki:


Musiałam uważać,żeby dziady nie sprzątnęły paru pięknych wiosennych drobiazgów, bo trochę ich ponosiło...


Cudny dzień! Podobno jutro powtórka :)

piątek, 2 marca 2012

W Krakowie - Nie tylko hejnał

Hejnał z wieży Mariackiej jest tak popularną melodią w Polsce,że zna go chyba każdy. Od 1927 roku nadawany przez pierwszy program Polskiego Radia o 12:00, wydawany kiedyś na pocztówkach dźwiękowych- minipłytach, zamieszczany w pozytywkach. Dziś najczęściej w kartkach z pozytywkami, jakie możemy kupić w Krakowie.
Prosta melodia oparta na pięciu dźwiękach, którą można zagrać na każdym chyba instrumencie, bardzo charakterystyczna i w pewnym momencie urwana.Tak, tak - wszyscy wiemy!- podniosą się głosy - znamy legendę o przerwanym hejnale! Ja też:) ale mam nadzieję,że jeszcze was czymś zadziwię.
fot. Andrzej Szełęga

Najpierw o hejnale jako takim. Z jęz. węgierskiego- hejnat- jutrzenka,świt, poranek, początkowo był grany jako pobudka. Wieża Mariacka od początku traktowana była jako punkt obserwacyjno-strażniczy. W XIV i XV w. trąbiony był o świcie i zachodzie słońca - oznajmiał pojawienie się i znikanie światła. O świetle jeszcze kiedyś będzie, więc się teraz nie rozpisuję. Prawdopodobnie w XVI wieku ustalono,że będzie trąbiony na cztery strony świata co godzinę. Było też tak, że strażnik rano i wieczorem hejnałem dawał znak do otwarcia i zamknięcia murów miejskich, a trębacze z murów również mu hejnałem potwierdzali te czynności. Trębacz składał też przysięgę, trąbienie traktowane było nie tylko jako służba miastu, ale jako misja i modlitwa: "Przysięgam,że będę wiernie przez całą służbę wygrywał hejnał na cześć Najświętszej Maryi Panny z wieży kościoła pod jej wezwaniem".

Wracam do legendy. Wytłumaczenie urwania się melodii i stworzenie legendy o tatarzynie, który postrzelił alarmującego trębacza jest dziełem Anieli Prószyńskiej, która oprowadzając swojego przyjaciela amerykanina Erica P. Kelly'ego całą historię wymyśliła. Nie wiem, czy na poczekaniu, ale facet ( nie mówiący po polsku) tak się zachwycił Krakowem i jego niezwykłościami,że w roku 1928 wydał w Stanach książkę The Tumpeter of Cracow, gdzie po raz pierwszy zamieścił tę legendę na piśmie.Zwracam uwagę,że jest to wiek dwudziesty.Pani Aniela musiała być niesamowitą przewodniczką i miec gadane jak mało kto:)  Krakowianie o tej legendzie dowiedzieli się dopiero w latach XXX dwudziestego wieku i od tej pory wszyscy w świętą strzałę wierzą jak w cudowny obraz i nikt nie podważa autentyczności faktu który przecież wydarzył się naprawdę :)

A dziś? Trębaczem jest strażnik miejski. Gra na 4 strony świata - najpierw w kierunku Wawelu - dla króla, potem w stronę Ratusza- dla burmistrza i rajców, następnie w kierunku Bramy Floriańskiej i Barbakanu - dla wjeżdżających gości, w końcu zwraca się ku Małemu Rynkowi- kiedyś dla kupców i handlarzy, dziś dla komendanta:). Trębacz wchodzi na 81-metrową wieżę po 239 stopniach ( wolę nie myśleć o jego potrzebach toaletowych, bo mnie zgroza ogarnia...).Znalazłam taką informację z 2011 roku o możliwości zwiedzania:
Na Wieżę Mariacką będzie można wchodzić w każdy wtorek, czwartek i sobotę w godzinach:9:00–11:30 i 13:00–17:30 (z wyjątkiem 3 maja i 23 czerwca ). Bilety można kupić przy wejściu na wieżę, od strony ul. Floriańskiej. Ceny biletów:5 zł – bilet normalny, 3 zł – dzieci i młodzież do lat 15.
Jeśli dowiem się jak to będzie w tym roku - uaktualnię i poinformuję.

Z Mariackiej wieży płynęła i nadal płynie nie tylko melodia hejnału.
Przed II wojną światową ( która niestety tę i inne tradycje brutalnie przerwała) codziennie w maju między 6 a 7 rano dwóch trębaczy wygrywało melodie godzinek i innych maryjnych pieśni na cześć patronki kościoła. Akcja finansowana była z datków krakowian.
( na marginesie dziś takie melodie w maju wygrywają o równych godzinach kuranty  z wież kościoła św. Floriana- tego zaraz obok Galerii Krakowskiej- bardzo warto posłuchać!)
Trębaczami zawsze byli i są nadal mężczyźni. Wyjątek zrobiono tylko raz - w sylwestra 1993 r. o północy na Nowy Rok hejnała odegrała studentka Akdemii Muzycznej Anna Kula.
W sprawach dotyczących żałoby narodowej z powodu śmierci tradycją jest granie pieśni 'Łzy matki'- było tak w przypadku śmierci papieża Jan Pawła II i np. tragedii smoleńskiej. Co do samego papieża ustanowiono nową tradycję - w pierwszą sobotę miesiąca o 21.37 grana jest pieśń 'Barka'.
Niezwykłe było też odegranie przez Tomasza Hernika na trąbce piosenki 'Ocalić od zapomnienia' Marka Grechuty w 3 rocznicę jego śmierci - 9 X 2009 r.
tutaj możecie tego posłuchać.

Ogólnie to trębaczom współczuję. Dopiero od niedawna na wieży jest gaz i prąd.Gołębie i ich skutki uboczne wszędzie.Wieje i leje, a grać trzeba. Korniki i inne robactwo...Jak usłyszycie kiedyś hejnał będą pod wieżą, nagrodźcie go brawami. Tradycja tradycją, a służba ciężka. Może choć poklask ucieszy strażnika  tam na górze, gdzie widoki są naprawdę nieziemskie... Sprawdźcie kiedyś sami !

zdjęcie stąd

Jeszcze tylko przypomnę, że na cady krakowskie można zapisywać się tutaj, a liczba krakowskich przedmiotów do wygrania rośnie. Są piękne!
Na razie nikt nie zwerbalizował swojego krakowskiego marzenia. Zapewniam- marzyć warto!


Oficjalne rozpoczęcie wiosny

Znowu piszę skokowo, bo sama za sobą nie nadążam, że o życiu nie wspomnę. A oficjalne uroczystości miały miejsce na imieninach Doroty, które ona normalnie obchodzi we wrześniu, ale wtedy jest taki galimatias z dziecmi, że nie ma czasu na spotkania, więc spokojnie obchodzimy je w lutym. Dorota ma radochę 2 razy w roku, a my powód do świętowania i jest super.

Tym razem spotkałyśmy się przytulnym mieszkanku Uli. Pierwszy dzień, kiedy naprawdę powiał cieplutki wiatr, wyszło wiosenne słoneczko, lazurowe niebo i chciało się żyć od rana do wieczora!
Widok z okna był tak fajny,że nawet widać było dalekie góry ( jeszcze nie Tatry, co się zdarza, ale góry niższe)


 Bardzo dziękuję przy okazji za komentarze - jak to dobrze wiedzieć, że ktoś inny też czeka na wiosnę! Bo myślałam,że to tylko ja taka wariatka- chodzę i za kwiatkami się rozglądam...

Ula pięknie nakryła stół i przygotowała królewskie przyjęcie. Zwracam uwagę na genialny pomysł świeczników zrobionych jabłek - niby oczywista rzecz i jabłko każdy w domu ma, a jakie ładne! ( pachną jak się rozgrzeją!):


Dla solenizantki była to niespodzianka, bo w natłoku swoich zajęć również wyleciało jej z głowy,że to już:) Były prezenty...


i torcik. Po sukcesie marchewkowego, o którym pisałam kilka postów wcześniej, postanowiłam go powtórzyć w wersji małej na 20 cm tortownicę i innej wiosennej dekoracji. Smakował nam ( a przede wszystkim Dorocie) bardzo! Przepis stąd .


Przez 2 godziny nie da się niestety wyczerpać wszystkich tematów z okresu 2 miesięcy, kiedy się nie widziałyśmy, ale próbowałyśmy ostro :)))

Przy okazji poznałyśmy nową pasję Uli - robienie biżuterii. Mam nadzieję,że dostanę zdjęcia, to wtedy zaprezentuję je u mnie na blogu i sami zobaczycie jaka ładna! Komplet od Uli nosi na sobie Dorota - pierścionek i naszyjnik.

Zjadłyśmy pyszną sałatkę z chińskich zupek podaną z kromkami tostowymi na gorąco ( przepis na końcu posta a zdjęcie poniżej), paluszki z ciasta francuskiego z serem oraz francuskie paszteciki z farszem z kapusty.


Staramy się dawać sobie przy okazji spotkania różne drobiazgi. Tym Razem Dorota powaliła nas na kolana - dostałyśmy wiosenny zestaw detoksykujący - zieloną herbatkę+ cukier trzcinowy,wodę mineralną oraz bardzo orginalne owoce tamaryndowca indyjskiego ( nabyte w obecnej ofercie lidla). Zobaczyłam je po raz pierwszy. Już zjadłam - dobre! Smakują jak kwaskowy dżemik. Nie wiedziałam, że tamaryndowiec ma tak wszechstronne zastosowanie i jest ulubionym pożywieniem małp :)


Info o tym przeciekawym owocu tutaj. Kupcie i spróbujcie, jeśli macie Lidla w pobliżu.

Jaka szkoda, że tak rzadko sa takie fantastyczne dni! Nabrałyśmy mega energii i tak się sobą ucieszyłyśmy, że możemy teraz góry przenosić! Zaczniemy od małych. Ja np. przerobiłam już górę prania, a jutro zabieram się za górę kurzu - zobaczymy jak mi pójdzie :)



Obiecany wcześniej przepis Uli:

Sałatka z chińskich zupek:

- podwójna pierś z kurczaka
- przyprawa gyros/kebab
-2 chińskie zupki z makaronem kurczakowe - łagodne lub ostre
- kukurydza
-papryka czerwona
- ulubiony majonez
- ostry ketchup

mięso poroić w drobną kostkę i podsmażyć na patelni razem z przyprawą gyros.Majonez wymieszać z ketchupem tworząc sos. Wymieszać kukurydzę, pokrojona w kosteczkę paprykę, pokruszone zupki razem z dołączonymi przyprawami.Wymieszać wszystko razem w misce i pozostawić na noc, aby makaron wchłonął wilgoć z majonezu. Podawać. Jeść.Mniam!

Jak widać jest to doskonała baza do sałatki naszych marzeń, bo można modyfikować stopień ostrości, dodać ulubione przyprawy i uzupełnić o warzywa, które lubimy. Najważniejsze są zupki chińskie i sos. Mnie wersja Uli bardzo smakowała. Mniam mmniam.

A w jakiejś kolorowej gazecie przeczytałam wywiad z Piaskiem - Andrzejem Piasecznym. Jak to mówi mój Jasiek ' nie uwielbiałam' go i nie do końca zgadzałam się z jego poglądami. Wywiad okazał się bardzo ciekawy! Piasek powiedział fajną rzecz:
' Zauważanie tego, co nam przynosi chwile szczęścia, to właśnie jest prawdziwe szczęście' - i tu się zgadzamy w zupełności.

Wszystkim wam wiosny w sercu życzę!

wtorek, 28 lutego 2012

Prawie wiosna!

Nieodmiennie co roku cieszą mnie przebiśniegi, bo pokazuja, że do ciepłych dni już bliżej niż dalej.
Dla wszystkich tęskniących jak ja za wiosną - bukiet z mojego ogrodu:



w promocji znaczenie ( według mowy kwiatów) - finezja, zdumienie, przekonaj mnie do siebie.

Kiedyś mowa kwiatów, to było coś.
Nawet zwykłe polne roslinki miały swoja wymowę i dając komuś bukiet przekazywało się szyfrem jakąś wiadomość. Dziś oprócz tego, że róża czerwona to 'kocham gorąco', mało kto się tą symboliką przejmuje. Po prostu inne czasy, inne obyczaje.

Fajnie byłoby jednak dostać kiedyś z okazji lub bez okazji taki bukiet, który jest skomponowany właśnie pod tym kątem i który zawiera wiadomość tylko dla moich oczu...Pomarzyć warto.

A tutaj fajna strona właśnie o kwiatowej mowie. Jak możemy przeczytać nawet ogórecznik ma coś do powiedzenia :) I choć bardzo lubie bazylię w kuchni, nie chciałabym jej dostać w bukiecie!

I jeszcze znaleziony wierszyk ( nie zawsze musi być Mickiewicz),tak na kilka sekund zadumy.
A może na więcej?

Randez-vous z przebiśniegiem

No nie bądź smutna – zadzwonię
Za firanką północy chłód
Masz rację - przecież zawsze na koniec
Jest dobranoc w symfonii nut

No nie bądź smutny – napiszę
Staroświecki liryczny wiersz
Z przebiśniegiem co budzi ciszę
Dzwonkiem wiosny witając zmierzch

A kiedy wrócisz – zapytam
Jak było nad marzeń brzegiem
Na firance północy przeczytasz
O randez-vous z przebiśniegiem


Aleksandra Tarkowska

Na koniec legenda.
Podobno pierwszy przebiśnieg zakwitł po wygnaniu Adama i Ewy z ogrodu Eden.
Była zima i zeby pocieszyć naszych pierwszych rodziców anioł obiecał im wiosnę:zaczął chuchać na spadajace płatki śniegu, które dotykając ziemi zmieniły się w cudowne białe kwiaty - przebiśniegi.


Oby do wiosny!






niedziela, 26 lutego 2012

W Krakowie - Dzwonek za konających

Z tym zabytkiem zetknęłam się na studiach jeszcze, a żeby było śmieszniej na angielskim prowadzonym przez historyka i znawcę języka staroangielskiego:).

To typowa historia - idziesz ze wzrokiem na jednym poziomie i nie widzisz tego, co w górze.
Są jedynymi tego typu zabytkami występującymi tylko w Krakowie!
Dzwonki do dnia dzisiejszego zachowały się trzy, wszystkie pochodzą z XVIII.

Znajdują się one na fasadzie południowej wieży kościoła Mariackiego, fasadzie kościoła Dominikanów, ścianie klasztoru Reformatów - tu z tablica informującą o odpuście i datą zawieszenia 1837:
„DZWONEK ZA KONAIĄCYCH Z ODPUSTEM CZTERDZIESTODNIOWYM OD STOLICE SWIETEY RZYMSKIEY APOSTOLSKIEY POZWOLONYM WYSTAWIONY R.P. 1750”

Na fasadzie kościoła św.Floriana przetrwało jedynie wiązanie dzwonka.
    
„Towarzyszyły one godzinie konania. By skrócić straszliwe nieraz męki konania, nie tylko zanoszono przy łożu umierającego modły do Boga; istniał zwyczaj dzwonienia w niewielki dzwoneczek, wiszący kiedyś przy każdym kościele, tak parafialnym, jak zakonnym. Nazywano go dzwonkiem „za konających”. Ta bowiem ciężka chwila, kończąca człowieczy żywot, jest nader często dies magna et amara valde – dniem ciężkim i pełnym męczarni. Wzywano wówczas patrona konających, św.Dyzmę, dobrego łotra, który zawisł na krzyżu po prawicy Zbawiciela, a któremu Ten przyrzekł: „Zaprawdę powiadam ci: Dziś ze mną będziesz w raju” (Łk 23, 43).Lud powiadał – „o święty Dyzmo, łotrze pokutujący, najwyborniejszy patronie, bądź mi opiekunem, kiedy konający biedzić się będzie przy zgonie”. I wówczas, gdy kto pasował się ze śmiercią długo, posyłano do najbliższego kościoła z błagalną prośbą o zadzwonienie w ów mały dzwoneczek „za konających”.Rozlegał się wówczas delikatny, smętny głos dzwonka, pociąganego za sznurek czy rzemień przez zakrystianina, bądź braciszka zakonnego. Na głos dzwonka przechodnie odmawiali Anioł Pański (…) Gdy ustawał głos tego dzwonka, głęboko kiedyś wierzono, że jego jękliwy ton pozwolił konającemu zakończyć męczarnie, a jego dusza stawała już na sąd boski.Dzwonienie za konających Stolica Apostolska obdarzyła czterdziestodniowym odpustem dla tych, którzy odpowiadając na dźwięk dzwonu, modlić się będą o lekkie skonanie dla innych. Dzwonienie za konających – o czym wiadomo ze źródeł – było już praktykowane w Norymberdze w XV stuleciu i stamtąd obyczaj ten przeniósł się do naszego kraju. W Krakowie praktykowano go jeszcze w okresie dwudziestolecia międzywojennego w XX wieku. Umieszczone w miejscu przystępnym dla przechodnia, co umożliwiało ongiś szybkie dzwonienie, wiszą przeważnie na ścianie kościelnej, najczęściej pozbawione już sznura czy paska rzemiennego. Zapomniano także o ich skutecznym działaniu”.
Michał Rożek – „Sekrety Krakowa” Wydawnictwo WAM 2008

Dziś dzwonki milczą. Nie słyszałam ( odkąd o nich wiem) o użyciu żadnego z nich. Jako kolekcjonerka dzwonków i wielka ich miłośniczka tęsknię za tym czasem, kiedy można było ich używać. Dzwonki są jak najbardziej sprawne do dnia dzisiejszego, ale pozostają bez sznurków. Może i dobrze, bo zaraz zrobiono by z tego zabawkę i podważono sens takiej tradycji.

Dla mnie są niesamowite. Szkoda, że współcześnie nie ma choć jednego dnia, kiedy możnaby było ich użyć...

Gdy będziecie spacerować blisko wymienionych wyżej miejsc zadrzyjcie porządnie głowę, to je zobaczycie i odmówcie wieczny odpoczynek za wszystkich bliskich sercu, którzy są już po drugiej stronie.

Na zdjęciu od lewej dzwonki:  fasada Kościoła Mariackiego i fasada Reformatów.

Candy krakowskie spełniające marzenia jakiego nie było !!!!

Dla wszystkich stałych, okazjonalnych i nowych czytelników ( którzy mam nadzieję zmienią status na stałych:)) - ogłaszam candy!

Wymarzyło mi się candy jakiego jeszcze nie było. I mam nadzieję,że takie też będzie również dla was - wyjątkowe.
Ponieważ mieszkam w Krakowie i nie wyobrażam sobie innego miejsca do życia na ziemi, ponieważ bardzo lubię ten 'mały świat', gdzie wszyscy się znają i gdzie wszędzie blisko, ponieważ bardzo lubię różne ciekawostki i niepowtarzalną krakowską atmosferę - chcę się z wszystkimi chętnymi podzielić jej częścią materialna i niematerialną. Oto jak będzie:

Przez okres 1 miesiąca będę oprócz postów tradycyjnych zamieszczać takie, w których znajdziecie ciekawostki o Krakowie. Wybrałam z pomocą mojej przyjaciółki - przewodnika te mniej popularne, a myślę,że bardziej fajne. Kto mieszka w Krakowie mam nadzieję,że nie wszystkie zna, kto nie mieszka - liczę, że się zadziwi i zachwyci jak ja - to jest to dobro niematerialne.

Co do nagrody w candy - po pierwsze i podstawowe jest nią:
- jedna godzina spaceru z przewodnikiem ( moją przyjaciółką) po Krakowie w dowolnym miejscu i czasie dogadanych przez obie strony do końca 2012 roku ( bilety wstępu we własnym zakresie zwycięzcy)
oraz:
- kilka pięknych i oryginalnych drobiazgów bardzo ściśle związanych z Krakowem
- realizacja propozycji osoby, która wygra

Już tłumaczę.
Godzina z przewodnikiem - chyba jasna. Może to być oczywiście grupa osób na czele  ze zwycięzcą. Patrząc na obecne ceny przewodnickie wydaje mi się ,że jest to nagroda bardzo wartościowa. Oczywiście, jeżeli zwycięzca będzie spoza Krakowa i nie będzie planował przyjazdu w najbliższym roku - jasna sprawa. Najlepiej napisać od razu, chociaż myślę,że byłaby to niezła motywacja choćby do spędzenia weekendu w Krakowie, jesli nie dłużej:)

W paczce, którą zwycięzca otrzyma znajdzie się też parę drobiazgów naprawdę pięknych i pysznych.
Jeśli macie jakieś propozycje co mogłoby się w niej znaleźć napiszcie w komentarzu.Ma to być ściśle związane z Krakowem w dowolny sposób. Jeżeli wylosuję daną osobę, która złożyła taką propozycję, to postaram się spełnić i to marzenie.

Tradycyjnie dla każdego - nagroda pocieszenia- niespodzianka:)


WARUNKI CANDY:
- może wziąć udział ABSOLUTNIE KAŻDY
-napisz POD TYM POSTEM komentarz o dowolnej treści, jeśli masz propozycję, co można dołożyć do wygranej napisz również:) może to twoje marzenie spełnię?
- PODAJ SWOJEGO MAILA - komentarze bez adresu mailowego nie będą brane pod uwagę - przepraszam. Jeśli nie masz własnego maila, podaj adres mailowy bliskiej osoby.
- jeśli masz bloga, umieść proszę info+zdjęcie o moim candy w pasku bocznym i podaj adres www swojego bloga,żebym mogła tam zaglądnąć i poznać co robisz
- TERMIN WPISYWANIA KOMENTARZY UPŁYWA 24 MARCA 2012:)
-losowanie odbędzie się następnego dnia - 25 marca

Liczę na duży odzew i poznanie nowych osób i blogów!

Jednocześnie zwracam się do wszystkich tych, którzy chcieliby się pochwalić własnymi wyrobami, albo mają coś wyjątkowego związanego z Krakowem, co mogłabym dołożyć do paczki dla zwycięzcy. Jedną rzecz już dostałam - dzięki Marta! Jeśli macie takie rzeczy - piszcie na maila. Zapraszam i z góry za dary dziękuję.

Pozdrawiam i zachęcam wszystkich!

Randka z Muppetami

Po raz kolejny (5, słownie: piąty od urodzenia Jaśka) udało się dzięki wyekspediowaniu dzieci we wcześniej ustalone miejsce ( siostro jesteś boska, obyś żyła wiecznie!) wyjść we dwoje z domu.
Polecieliśmy na zaległy seans filmowy, czyli klimat rozrywkowy. Kto lepiej zna się na rozrywce jak Muppety?

Oczywiście jako zagorzała fanka nabyłam zestaw:


Kubek pewnie zchachmęci któryś z chłopaków, ale Kermita nie dam! Jako mój idol będzie mi towarzyszył przy pisaniu postów. Od dziś zostaje uroczyście mianowany patronem mojego bloga!!!!

Ad rem.Muppety znane od późnego dzieciństwa, wyczekiwane na drugim programie, zaskakujące, z niesamowitymi gagami i poczuciem humoru to coś, co lubię i będę długo pamiętać. Jim Henson z rodziną tworząc Muppety zrobił coś tak jedynego w swoim rodzaju,że każda z głównych postaci ( a jest ich tam sporo!) stała się swego rodzaju ikoną. Sekret tkwi nie tylko w specyficznym i niepodobnym do niczego wcześniej wyglądzie lalek, ale przede wszystkim w stworzeniu postaci niesamowitych, bohaterów z krwi i kości ( szmaty i drutu?), którzy są bardzo podobni do ludzi, jakich spotykamy na co dzień. Mają wady i zalety, lepsze i gorsze dni. Wszystkich łączy miłość do teatru, gdzie występują i rozrywkowe usposobienie.

Film, który obecnie jest wyświetlany ( dlaczego tylko w Multikinie?) jest pełen Muppetów, ale jest to zdecydowanie bajka dla dzieci i tu mnie bardzo zawiódł. Bo 'prawdziwe', klasyczne Muppety to rozrywka dla każdego w każdym wieku. Tu niby tak jest, ale scenariusz wyraźnie wskazuje na młodszego odbiorcę, a starym koneserom zostają tylko drobiazgi.Strona filmu tutaj .

Muppety poznajemy dopiero po pierwszym rozdziale historii, w którym maskotka- chłopak Walter i jego brat Gary razem dorastają, męzczyzna zakochuje się w kobiecie ( Mary) i na dziesiątą (!) rocznicę związku zabiera ją do Hollywood. Zabiera też swojego brata- Waltera, absolutnego fana Muppetów. Podczas zwiedzania dawnego, szmat czasu nieczynnego studia nagrań słynnych show, dowiaduje się,że milioner Richman chce przejąc teatr Muppetów, aby na jego miejscu rozpocząć odwierty naftowe. Walter razem z Garym  i jego dziewczyną szukają Kermita, aby on skrzyknął na nowo całą ekipę i zrobił przedstawienie na żywo, które dałoby 10 milionów $, aby uratować teatr. Są też konkurencyjne Mupety ( przez jedno 'p'), które zagrażają słynnej trupie. Wszystko bardzo kolorowe, rozśpiewane i...przewidywalne do bólu.
Tego mi właśnie szkoda. Można było z tego zrobić prawdziwe widowisko. Może zabrakło Jima Hensona? Film skierowany jest do dzieci i młodzieży, na których najłatwiej zrobić kasę wciskając im gadżety ( i takiej starej torbie jak ja też:)), ale można to zrobić fajnie i z klasą, a można byle jak. Według mnie klasy trochę brakuje w wersji amerykańskiej. Oczywiście są momenty wspomnień z dawnych show, jest kilka motywów nowych, kilka fajnych scen, ale nie jest to przedstawienie pełną gębą, jakie kiedyś smieszyło mnie do łez.
Absolutnie wspaniałe są dwie rzeczy animacja kukiełek i dubbing polski. Miodzio!

Jako zagorzała fanka Kermita trudno mi się pogodzić z myślą, że są razem z Miss Piggy...

Dla koneserów i dla tych, co chcą z dzieckiem iść do kina, a nie wiedzą na co. Wtedy fajne.

Nie przejęliśmy się zbytnio poziomem filmu, tylko spokojnie korzystaliśmy z błogostanu czasu bez dzieci ( jako wyrodni rodzice myślący o swoich potrzebach - a,fe!) i podreptaliśmy spacerkiem oczywiście do Chimery na ul. Św Anny. Chyba zaczną mi płacić,że o nich piszę :)
Jedzenie mają tak różnorodne,że chyba każdy coś wybierze.Ja pozostałam wierna sałatkom. Mniam!

Jak to z nartami u niektórych było

Niektórym to fajnie. Włóczą się daleko od domu, na nartach jeżdżą, byczą się i tyle...Asia z Tomkiem zapowiedzieli się i nadejszli, ale niestety bez zdjęć. Mam nadzieję,że je wkrótce oglądnę , a wtedy na pewno najładniejsze opublikuję. W tym poście za to koryto, które przygotowałam dla naszej czwórki na obiadokolację z deserem.
Oczywiście było i wpisowe, czyli piękny dzwonek, którego jeszcze nie mam w swojej kolekcji, a który bardzo mnie ucieszył!


Jako ciepłe danie zrobiłam zapiekankę indyjską według swojego własnego autorskiego przepisu, którą na pewno nie raz jeszcze powtórzę, bo stanowczo za szybko zniknęła. Nie zdążyłam zrobić nawet zdjęć w trakcie konsumpcji, bo tak wchodziła. Ale z drugiej strony, jak się mogła nie udać, skoro na samym początku zobaczyłam...no, właśnie  - co pokazała mi papryka?


a to zapiekanka przed włożeniem do pieca. Przepis pod koniec posta.


Danie fajne z kilku powodów smakowych ( dla lubiących klimaty indyjskie i wyraziste przyprawy) oraz jednego technicznego - można przygotować go wcześniej, nawet dobę, a potem odgrzać w piecu ( 15-20 min, 200- 220 stopni). Można wziąć go ze sobą do znajomych na proszoną posiadówę, brydżyka, gry planszowe czy inne uciechy i na miejscu odgrzać.

Na deser skusiłam się na ciasto marchewkowe, które zrobiła wcześniej Anita i zachwalała bardzo. Przepis oczywiście ze strony www.mojewypieki.blox.pl - znajdziecie go tutaj. Ciasto ( a według mnie torcik ) jest banalny w wykonaniu, choć ze względu na koszt składników ( orzechy i serek filadelfia) jednak drogie, dlatego u mnie jest to torcik, bo zwykłe ciasto to jednak kosztuje umiarkowanie. Miałam wszystkie składniki w domu ( oprócz serka, który nabyłam) i machnęłam dziada. A co!

Kiedyś takie ciasto ( bez kremu) piekło się w ciężkich czasach, bo jego podstawą jest marchewka, raczej powszechna i tania. Oczywiście marchewka po upieczeniu nie smakuje jak marchewka i to jest w niej najlepsze. Ciasto jest ciężkie, bardzo wilgotne, ale nie mdłe i nie słodkie. Chrupiemy go w ryjku, bo składa się z orzechów, marchwi i krojonego ananasa. Ma piękny zapach! Uważam,że wyjątkowo dobrze jest połaczone z kremem- masą o nietypowym smaku. Nie umiałam go opisać, dopóki Anita nie przypomniała mi o cukierkach Werther's Oryginal - chyba każdy kiedyś próbował. Niby zwykłe mleczne karmelki, ale nie da się ich przedawkować ze względu na nutkę soli. W tej masie jest podobnie: smak słonawego serka miesza się z cukrem i daje niepowtarzalne zestawienie. Na 60 dkg serka dałam 1,5 szklanki cukru i ciasto do mojej tortownicy 23 cm zrobiłam z podwójnej porcji.Koniec trucia. Efekt:


Bardzo polecam! W UK i USA ciasto marchewkowe, to fetysz szkolnych festynów, na które matki przynoszą domowe wypieki i rywalizują o laur najsmaczniejszego. Ponieważ zarówno krem jak i ciasto robi się ' od kopa' - nic tylko znaleźć okazję, np. z okazji poniedziałku i szybciutko upiec.

Zapiekanka indyjska
skład na duże naczynie żaroodporne ( zjedliśmy je z dokładkami w 4 osoby):
1 duża podwójna pierś z kurczaka
( wersja wegetariańska - orzechy duże włoskie lub pekany zagotowane w mleku kokosowym lub zwykłym i zostawione na noc)
opakowanie ( torebka) przyprawy curry
2 papryki czerwone
1 papryka żółta
10-15 pomidorków koktajlowych
gałka muszkatułowa - ok 2 łyżeczek
kurkuma - ok. 2 - 3 łyżeczek
20 dkg pieczarek
1 duży brokuł
sos curry - dobry, markowy
3 garście wiórków kokosowych
natka pietruszki

Mięso kroimy na małe kawałeczki i podsmażamy na minimalnej ilości oliwy wraz z przyprawą curry. Dałam dużo, bo lubię. (Orzechy też smażymy bez krojenia w curry). Wykładamy nim ( lub nimi) dno naczynia do zapiekania. Paprykę kroimy w paseczki i również podsmażamy na małej ilości oliwy z kurkumą + wykładamy na mięso ( lub orzechy). Następnie pomidorki kroimy na połówki, podsmażamy jak wyżej z gałką muszkatułową- wykładamy na paprykę( włąśnie zniknąła problem mięsa lub orzechów!). Pieczarki kroimy na plasterki, smażymy aż wchłonie sok dosalając do smaku i wykłądamy na pomidorki.Brokuły gotujemy we wrzącej osolonej wodzie 3 minuty ( tylko tyle,żeby się nie rozpadły), układamy na wierzchu i zalewamy sosem curry tak, żeby nie zalać różyczek brokułów. Wiórki kokosowe podprażamy na suchej patelni ( zyskują zupełnie inny, orzechowy smak!), natkę drobno kroimy. Przed podaniem wkładamy do pieca na 15- 20 min, posypujemy wiórkami i natką.Wykładamy na talerze lub miski.

Lepsze jest wrogiem dobrego, dlatego nie robiłą własnoręcznie sosu curry, który mógłby mi nie wyjść, a potem się spsuć albo co, tylko kupiłam gotowy. Dobrze jest kupić porzadny, markowy i miec z głowy takie problemy. Poza tym chodzi o szybkość przyrządzania. Bez odgrzewania zajęło mi to pół godzinki. Danie można podać z ryżem każdego rodzaju, albo bez.My dodatkowo zapijaliśmy je herbatą liściastą Taj Mahal, która siostra przywiozła z Indii.Dobrą i mocną.

Z tego przepisu jestem szczególnie dumna, bo zazwyczaj kopiuję dobre i sprawdzone recepty na niebo w gębie. Jak wiadomo, dobry przepis to większa połowa sukcesu:)
Myślę,że udało mi się dobrać przyprawy, aby podkreślić smak warzyw i mięsa, dzięki czemu, choć są w jednym naczyniu, smaki się nie mieszają. Zapiekanka jest też oczywiście bardzo kolorowa i sycąca, choć nie kaloryczna. Bardzo polecam na zimne dni i chandrę i w ogóle na każdą okazję. Jak widać składniki można dowolnie odmierzać według wielkości naczynia i ilości osób, a przyprawy stosować według własnego gustu w większej lub mniejszej ilości.

Dumna autorka przepisu:

Bura suka dla każdego!

Kilka dni bez posta i juz mam co nadrabiać, jak się okazuje. Oprócz szamotaniny organizacyjnej trafiła mi się bardzo miła historia. Asia poprosiła mnie o pomoc w tłumaczeniu wierszy z włoskiego na nasze. Kilkuwieczorna przygoda zaowocowała wymianą darów, które już wkrótce pokażę. I nie będzie to to, co myślicie.Ha!

Tymczasem chwalę się w ońcu osobistą burą suką i wyjaśniam pochodzenie gatunku. Otóż w zeszłym roku moja przyjaciółka nabyła drogą kupna piękny i prosty sweter w h&m w kolekcji zimowej, ja niestety nie miałam wtedy kasy i postanowiłam sobie, że podobny upoluję. Trafiło się dopiero teraz.(niech żyja wyprzedaże, czyli sale!!!!) Fason jest właściwie dowolny, chodzi o kolor. Ponieważ sweter Asi był mięciutki i milutki nic lepiej mi się nie skojarzyło niż bura suka ( po której często ktoś jeździ), a przecież właśnie ona jest absolutną podstawą.

Kolor burego kota, burego psa ( suki znaczy się), brudnego błota... No własnie kolor brudny, który pasuje do absolutnie każdego innego koloru. Solo wygląda raczej smętnie i ponuro, zwłaszcza na tych, którzy nie maja wyrazistej urody, ale w połaczeniu z czymkolwiek innym krawaty wiąże, goli itp., czyli:
- podkreśla kolor każdej tęczówki czyniąc ją czystą, wyraźną
- nasyca pastele
- dodaje koloru rzeczom w mocnych barwach ( przez kontrast)
- można go nosić od rana do wieczora w dowolnym stylu
po prostu must have albo luksus ( jak przeczytałam kiedyś na jednej z aukcji allegro w opisie jakiegoś tam ciucha, a pasuje jak widać nie tylko do ciuchów i nieustannie mnie rozśmiesza :))

Bardzo polecam sprawić sobie w tym kolorze prostą bluzeczkę lub sweter, na pewno inwestycja się zwróci, bo uważam,że taki ciuch to podstawa każdej damskiej szafy, czyli
BURA SUKA DLA KAŻDEGO!

A to moja - w formie poncha na zimę, wiosnę i jesień ( na lato jednak zmienię futerko).

poniedziałek, 20 lutego 2012

Żywot z fioletowej

Nie spodziewałam się, że w mojej fioletowej magicznej książeczce znajdę coś takiego jak żywoty świętych. A tu proszę. Historię z życia Świętej Doroty dedykuję z życzeniami wszystkim znajomym Dorotkom  oraz tym wszystkim, które tu zaglądają.
A imię Dorothea jest jest jednym z najpiękniejszych i znaczy 'dar od Boga' - pamiętajcie o tym!
Słowniki w dłoń!

Tyle szczęścia naraz!

Mam w życiu szczęście. Tak po prostu. Do ludzi, do różnych ( niezbyt częstych, ale jednak) gier i konkursów i tak ogólnie. Ten blog również mi takie szczęście przynosi!

W ostatnim okresie bardzo wiele osób spotykając się ze mną osobiście, pisząc maile, smsy, telefonicznie czy w ogóle w sklepie powiedziało mi i napisało ogromnie dużo miłych i ciepłych słów na temat mojej pisaniny.

Wzruszają mnie niezmiennie i rozbrajają komentarze zupełnie obcych osób, których na oczy nie widziałam, a które okazują się być 'ludźmi z rodzaju Józefa' i 'pokrewnymi duszami' , które mają podobne poglądy, lubią to co ja, a przede wszystkim takich, których do czegoś zachęciłam, zainspirowałam, coś dzięki tej mojej pisaninie odkryli, przeczytali, oglądnęli, zrobili albo zrobią. To jest niesamowite! Moi najbliżsi i krewni dzielnie mi kibicują.

Wiem,że są tacy, którzy od mojego bloga zaczynają co rano swoją pracę i tacy, którzy kończą z nim dzień. Są czytelnicy sporadyczni, ale jak już wejdą to konstruktywnie i fajnie skrytykują co powinno być lepiej, inaczej zrobione.

Nie przypuszczałam zaczynając bloga na początku 2011 roku,że będę dziś miała 75 obserwatorów, którzy sami się tu zagnieździli i aktywnie uczestniczą w tym co robię.Np. jak niedawno napisałam,że nie mam co czytać, to mi się od razu 3 osoby zgłosiły z listą lektur!

Wszystkim ujawnionym i nieujawnionym czytelnikom, obserwatorom, gościom za każdą wizytę, każdy komentarz ( pisemny i bezpośredni) składam wielkie ogromne z serca płynące SENKJU!!!!
Jak wiadomo, żyje się dla kilku chwil i paru wzruszeń.

Kochani - zaglądajcie do mnie w miarę możliwości i potrząsnijcie mna, jakbym zaczęła już upełnie bredzić w malignie.

A teraz pasmo sukcesów:)

Dostałam wyróżnienie od Isabell prowadzącej bloga www.szycieisabell.blogspot.com:


Jako pierwsze wyróżnienie w blogowym świecie niesamowicie mnie ucieszyło!
Warunkiem jest podanie 7 faktów o sobie, umieszczenie logo na blogu i dalsze nominowanie 10 osób. Ostatniego warunku nie dopełnię, bo po prostu bardzo trudno mi zdecydować - wybacz Isabell!
A fakty będą na końcu posta dla fanów:)))

Zupełnie dla mnie niespodzianie zamieściłam 1000 komentarz na blogu Agi  www.niebieskomi.blogspot.com i wygrałam parę drobiazgów, które sprawiły mi niesamowitą radość ( bo lubię pierdoły i ciekawe historie):


Aga zajmuje się różnymi rzeczami, m.in. wyrobem świec z wosku pszczelego. Ta na zdjęciu jest szczególna i wiąże się z nią historia skrzata Leprechauma. Przeczytajcie - bardzo ciekawa!
Do kompletu dostałam jeszcze dwa skrzaty na lizakach jak widać na załączonym obrazku. Mniam :P
A jako polonistce bardzo spodobał mi się wierszyk Jonathana Swifta na odwrocie uroczej karteczki. Uwielbiam wierszyki po angielsku i nursery rhymes!
Agnieszko! Dziękuję stokrotnie i ściskam cię przez Morze Bałtyckie tak mocno jak tylko mogę!

Już teraz zapowiadam candy, któremu poświęcę osobny post, a będzie to candy jakiego jeszcze nie było. Już teraz wypatrujcie posta - postaram się go wkleić do końca tygodnia.

Zapraszam do odwiedzin na wymienionych tu przeze mnie blogach - znajdziecie tam kupę fajnych rzeczy i piekne zdjęcia!

Słowo się rzekło - fakty:
1.Lubię herbatę Earl Grey do przesady.
2.Kiedyś umiałam jeździć na nartach. Podobno takich rzeczy się nie zapomina.
3.Nieźle śpiewam.
4.Jestem wyjątkowo dożartą żoną dla swojego małża.
5.Nie posiadam w mojej części domu ani jednego kwiatka doniczkowego.
6.Nóż trzymam w lewej ręce przy stole.
7.Uwielbiam kolor czerwonowiśniowy.

I to by było na tyle jak mawiał prof. Stanisławski:))))



niedziela, 19 lutego 2012

Dobry kryminał

Są tacy, którzy kryminały kochają i tacy co ich nigdy nie czytają. Ja należę do gatunku tych pierwszych.

Do moich ulubionych autorów zaliczam mistrzynię - Agathę Christie. Mam wszystko, co napisała i mimo, że niektóre pozycje znam prawie na pamięć i czytałam je kilkadziesiąt razy, nie mogą mi się jakoś znudzić.

Agnieszka ( tu ogromne senkju!) pożyczyła mi wczoraj książkę Charlotte Link "Drugie dziecko", gdzie na okładce i skrzydełku znalazłam entuzjastyczne recenzje i porównanie do Agathy Christie. Włącza mi się czerwona lampka przy takich komentarzach, bo Christie jest tylko jedna.Pomyślałam - przeczytam, dawno nic nie przerobiłam. Jazda! No i jazda się zaczęła.

zdjęcie z merlin.pl

Co sprawia,że lubimy czytać kryminały? Na pewno rozwiązywanie zagadek, zastanawianie się nad podstawowymi pytaniami tego typu literatury, czyli kto zabił, kto ukradł, albo kto to był. Jesteśmy ciekawi jak, poznając fakty wymyślone przez autora, potoczy się akcja i czy nasze 'typy' są trafne.
Kolejna rzecz to specyficzna atmosfera, która pozwala oderwać się od codzienności przez swoją odmienność lub wręcz przeciwnie jest tak podobna do naszej sytuacji,że aż przecieramy oczy,że tak można.
Według mnie najważniejsze i to co lubię najbardziej to odpowiednie psychologiczne rozegranie postaciami i odczuciami czytelnika. Wszyscy wiemy,że przeważnie zabija lub kradnie osoba najmniej podejrzana. Prawdziwe mistrzostwo osiąga się wtedy, gdy mamy ją podaną na tacy wielokrotnie i nikt z czytających jej nie podejrzewa, choć patrząc wstecz po przeczytaniu książki ganimy samych siebie: " ależ to było elementarne Watsonie!"
Osobiście lubię też kryminały ciemne ponure, pesymistyczne, z nieoczywistymi postaciami, które daną zagadkę rozwiązują ( nie wspaniały i zawsze zwyciężający detektyw).
Czasami zdarza się,że kryminał opowiada jakąś historię rzeczy lub osoby prawdziwej, historycznej, jest oparty na pewnych faktach - to też lubię.
Oczywiście styl musi być lekki a akcja wartka:)
Generalnie - co do każdego aspektu sztuki ( filmowej, literackiej, teatralnej, malarskiej i każdej innej) - tylko prawdopodobne porusza - według zasady starego greckiego teatru.

W książce Charlotte Link znalazłam sporo. Wystarczająco dużo aby:
- wytrzymać o suchym pysku i głodnym brzuchu do końca lektury bez oderwania się od niej
( 4 godziny)
- nie wywiesić jednego prania i nie wyjąć z pralki drugiego
-nabawić się skurczy w prawym ramieniu od leżenia w jednej pozycji, zastygła co będzie dalej
- nie wyspać się ( skończyłąm o 1 w nocy, a potem zaatakowały dzieci)
- po lekturze nadal rozmyślam o historii z książki
- poznać nowe słowo : akrybiczny ( sami se sprawdźcie co znaczy! :) )

W skrócie - w małym miasteczku zostają dokonane 2 morderstwa - młodej studentki i starszej pani - oba bardzo brutalne. Mamy 2 historie miłosne - jedną współczesną, drugą z okresu II wojny światowej. Poznajemy kilkoro bohaterów podczas rodzinnej uroczystości, którzy jak się okazuje, są ze sobą związani na różne sposoby.Lokalna Pani komisarz próbuje rozwiązać zagadki( jest raczej postacią drugoplanową).Akcja toczy się współcześnie - w roku 2008, ale mamy też historię właśnie z okresu wojny. Choć zakończenie nie zaskakuje, akcja idzie jak burza. Postaci są tak nakreślone,że zastanawiamy się co zrobią za chwilę. Dla mnie największym atutem jest właśnie owa historia wojenna, która bardzo wpływa na losy bohaterów spółczesnych.

A.Christie napisała kiedyś powieść "Zło, które żyje pod słońcem" i tutaj mamy właśnie takie zło. Z jednej strony makabryczną historię z przeszłości, z drugiej o wiele gorszą postawę współczesnej osoby, która jest oceniana jako 'porządny obywatel' i przyporządkowana do określonej szufladki.To wszystko sprawia,że inaczej patrzymy na mordercę i wydarzenia towarzyszące, nic nie jest takie jak się wydaje.Ludzie ludziom wciąż gotują ten los, bo zło istnieje obok nas.
Historia bardzo prawdopodobna i to nie tylko w małym prowincjonalnym miasteczku. A opowieść o Brianie jeszcze dźwięczy mi w głowie i chyba nieprędko z niej wyleci.

Po raz pierwszy zetknęłam się z Charlotte Link i na pewno sięgnę po jej inne książki. Autorka była bardzo polecana podczas minionych targów książki, które odwiedziłam, ale wygrały inne pozycje, które chciałam mieć. Jak widać- co się odwlecze, to nie uciecze:)

Jeżeli lubicie kryminały - bardzo polecam! Żałuję tylko,że tak szybko skończyłam, bo co ja teraz będę czytać?