motor

motor
Walentynki są codziennie, tylko my obchodzimy je raz do roku...

sobota, 11 czerwca 2011

Strawberry Fields Forever!

Truskawki w szczycie sezonu rulez!
Postanowiłyśmy urządzić więc truskawkowy sabat.Udało się! Pomimo,że impreza odbywała się u mnie i zaspałam i nie wszystko przygotowałam na tip top - było pysznie :P
Temat potraktowany dowolnie i całościowo. Były stroje w kolorach truskawek ( najsłodsza- mała Gabrysia), pyszne dania i prezenty wymiankowe.
Najsampierw dary losu:


Dorota dała nam niezłą dawkę truskawek - kolczyki ( oczywiście natychmaist założyłyśmy), czekoladę i świeczki o wiadomym zapachu. Ja dorzuciłam torby na zakupy składające się do miniaturowych truskawek ( polecam- maleńkie i poręczne do torebki- made in nanu-nana). Od Uli dostałyśmy pyszne merci, które zniknęło w ciągu kilku sekund...

Obżerałyśmy się na maxa pysznościami własnej roboty. I tak:
sałatka:

-30 dkg truskawek
-kostka sera feta
-główka sałaty lodowej
-duży słoik czarnych oliwek
sos do sałatki:
- 7 łyżek oliwy
-5 łyżek octu balsamicznego
-5 łyżek soku malinowego
-kolorowy pieprz ( dużo!)
- sól
Sałatę, ser i truskawki pokroić,wymieszać z resztą składników. Przed podaniem polać sosem.

Do sałatki były gofry, czyli gofery. Przepis z mojego ulubionego bloga - jest tutaj . Dobre, bo bez cukru. Oczywiście można je podać z dowolnymi dodatkami.


Dodałam jeszcze czekoladowe fondue, w którym można było zamoczyć truskawki i duże pianki marsmallow (pianki można też piec na ognisku, ale to kiedy indziej).


Ula zachwyciła mnie banalnym w wykonaniu deserem, pięknie podanym i pysznym. Nadaje się nawet na królewskie stoły!
Połączenie musu z czerwonych owoców - truskawek, wiśni, porzeczek oraz jogurtu z ziarnami zbóż udekorowane wachlarzem z truskawki wygląda tak:


Dorota dołożyła truskawkową galaretkę, która wchodziła małym i dużym tak:


Jak zwykle paszcze nam się nie zamykały, a dzieci wariowały na całego.Na szczęście truskawki nam nie zbrzydły, nawet po takim festiwalu.
Najedzone, nagadane przesyłamy truskawkowe całusy !






niedziela, 5 czerwca 2011

Teraz czytam...Pokój z widokiem

Absolutny klasyk, chyba dobrze znany. Rozsławiony przez adaptację filmową.
Trochę o jednym i o drugim.
W moim przypadku najpierw dawno obejrzany film, a teraz przeczytana powieść ( dodatek do czasopisma "Zwierciadło"). Choć zazwyczaj staram się poznawać od książki- kolejności nie żałuję. Można tak i tak.

zdjęcie stąd

Na zbliżające się upalne i leniwe wakacyjne dni lektura idealna. Świetnie, lekko ironicznie z poczuciem humoru napisana historia o dwójce młodych ludzi, którzy pewnego dnia spotykają się, przeżywają kilka wspólnych dni we Florencji mieszkając w jednym pensjonacie, a potem znów wpadają na siebie w nieoczekiwanych okolicznościach.

To co stanowi o sile tej powieści, to przede wszystkim fantastyczny język narratora, który patrzy z boku na rozgrywające się wydarzenia i komentuje z perspektywy zarówno własnej  jak i innych osób. Akcja rozgrywa się w końcu XIX wieku , czyli w "czasach Ani z Zielonego Wzgórza" - rwącej epoce wiktoriańskiej, ale poglądy narratora wcale takie nie są! Ze swoistym humorem i dystansem komentuje postępowanie bohaterów i tło społeczne, a nawet opisy przyrody :)

Rewelacyjne są stworzone postaci- bardzo typowe dla obrazka epoki, ale charakterystyczne,żyjące własnym życiem. Jest więc para mlodych - Lucy i George, kuzynka Charlotta- przyzwoitka Lucy, ojciec George'a... własciwie każda występująca w książce osoba jest puzzlem idealnie dobranym do całości układanki i trudno byłoby ją pominąć lub zastąpić: mówi własnym specyficznym językiem i ma swoją większą lub mniejszą rolę do spełnienia.

Choć tematy obyczajowe, to chyba każdemu bliskie - decyzja o zamążpójściu, o niezależności, poznanie tego co w życiu ważne, dobre, istotne, być czy mieć, zdradzić czy nie powierzoną tajemnicę...Ujęły mnie drobiazgi - rola fiołków, zepsuty piecyk, monokl i piękny obraz Florencji, w której trudno się nie zakochać ( byłam! widziałam! może i was powieść skłoni do wycieczki do Włoch, jak autora do napisania tej powieści?).

Czyta się doskonale...i zdecydowanie za szybko :( Akcja ,choć dotyczy banalnych wydarzeń bardzo ciąga i z każdą kolejną stroną zaczynamy kibicować młodym, których droga do zakończenia historii nie jest usłana różami.Nie chcę opowiadać książki - musicie ją przeczytać!

A film jest jej świetnym uzupełnieniem. Więcej o filmie tutaj. Doczekał się nawet hasła w wikipedii
Uważam ,że jest fantastyczną i bardzo wierną ekranizacją powieści. W jakiś sposób reżyserowi udało się oddać jej specyficzny klimat - zarówno czasy królowej Wiktorii jak i stosunek do nich narratora i zapowiedź zmian społecznych, które w tyle zostawiają cały świat w tej historii przedstawiony. Bardzo ciepło, leniwie sączy się z ekranu dając nam wrażenie,że pokazana Florencja i wakacje na angielskiej prowincji zamknięte w kadrze mogą trwać wiecznie w naszej filmowej pamięci.

Kreacje aktorskie- doskonałe, bo obsada znakomita! Nie żałuję,że czytając książkę miałam przed oczami gotową wizję każdej postaci - chyba lepiej bym ich wszystkich nie wymyśliła.
Warto poświęcić dwa upalne popołudnia ( jedno na książkę, drugie na film),żeby na spokojnie zanurzyć się w świat wydarzeń i ludzi pozornie błahych, którzy mogą nam pokazać piękno chwili i to co w nas samych ważne.
Film obsypany nagrodami, więc to nie tylko moja opinia :)
Jeśli ktoś nie mógł przebrnąć przez powyższy może przydługi tekst, to teraz skrutinium :)
- w dwóch słowach: POLECAM GORĄCO!





środa, 1 czerwca 2011

Dzień Dziecka - obchody właściwe

Zaczęło się skromnie i niewinnie- dzień jak co dzień.
W ogrodzie jakby nigdy nic spokojnie wszystko kwitło:


Burza gości i atrakcji rozpętała się po obiedzie, kiedy to najpierw zaszła świadomie ciocia Asia przynosząc pacyfistyczna broń w postaci pistoletów automatycznych do baniek.
Po wypróbowaniu jak sprzęt działa i krótkiej serii wstępnej, Jasiek postanowił zaatakować brata:


Następne ciocie w kolejce- Agnieszka i Ania przyniosły pyszne soczki i książeczkę o wiele mówiącym pedagogicznym tytule "Franklin ucieka z domu"- Jaśkowi na pewno się przyda w niejednej sytuacji. Dziękujemy!


I w końcu babcia i dziadek wręczyli chłopakom porządne taczki do piachu, które posłużyły oczywiście do wyścigów po ogródku:


Każdy gość w dniu dzisiejszym był częstowany kolorowymi mufinkami.Przepis na ciasto oczywiście z mojego ulubionego bloga stąd, masa czekoladowa stąd , a do dekoracji użyłam złotego maczku, oraz cukrowych dekoracji dr.Oetkera konfetti oraz kropeczek, za które serdecznie dziękuję Dorocie. Bardzo się przydały!



Najlepsza rekomendacją dla mufinów jest to, że o 14:00 było ich 17 sztuk, do chwili obecnej dotrwała jedna i to zarezerwowana.
Są świetne nie tylko na dziecięce przyjęcia, a krem banalny i pysznie czekoladowy powstaje w 2 minuty!!!! Poniżej wielkie ich żarcie.



Życzę wszystkim najmilszych, najbardziej słonecznych chwil z okazji Dnia Dziecka oraz tego, aby nigdy nie zgubić tego dziecka, które mamy w sobie!!!!

P.S. Prezentobiorcy dziękują wszystkim prezentodawcom za piękne upominki i wesołą atmosferę !


poniedziałek, 30 maja 2011

Dzień Dziecka u Filipa

Żeby jednak przyjść w gości na 'prosty ryjek' upiekłam ciasto, czyli wspomniany oststnio maślankowy placek. Właściwie to upiekł się sam bez niczyjej pomocy, bo wcześniej pomocników w mieszaniu mikserem miałam aż dwóch. I gwarancję,że NAPRAWDĘ dobrze zmiksowałam składniki...I tu zdjęcie w końcu moje, bo mnie wstyd zżera:


Do ciasta dodałam 20 dkg borówek amerykańskich i paczkę polewy deserowej deccomoreno w groszkach. Jak widac nic w cieście nie opada, nie tonie, jest na swoim miejscu, co tylko podkreśla geniusz przepisu...Jest naprawdę pyszne! Koniecznie, ale to absolutnie koniecznie upieczcie go z tymi lub własnymi dodatkami.

Wracając do tematu - wypoczęci i pokojowo nastawieni do gospodarzy Ani, Pawła i Fi(lipa) przybyliśmy z zamówioną pogodą i nastrojem imprezowym.

Oprócz ciacha przynieśliśmy jeszcze szaszłyki,a gospodarz usmażył nam na grilu pyszną karkówkę. Były też ćwiarteczki ziemniaczków, owoce, piciu i inne dobrocie.No i pyszna sałatka Ani. Z tego co się dosmakowałam były tam:
- starta marchewka
- sałata lodowa i inne kolorowe
-oliwki zielone
-oliwki czarne
-serek feta w kosteczkach
-czerwona papryka
- pomidor
-ogórek
wszystko doprawione sosem z octu i oliwy.
Wyglądała tak jak smakowała.Mniam!



Atrakcji było tak dużo, że moje chłopaki bidule własciwie nie wiedziały co robić i rzucały się na co popadło. A głównie popadło na elektryczne autko, które jeździ, gra,miga i wszytko inne...Były bańki mydlane, premiera nowej trampoliny, kosiarka, rower, żywy pies Czarek ( typu kochany rumun). Aż się w głowie kręciło...


Na jedzenie i sikanie szkoda było czasu .
Jak zrobiliśmy szukanie samochodzików-niespodzianek po ogrodzie, to najlepiej bawili się rodzice :)


Fi podchodził z filozoficznym spokojem do sprawy- w końcu te atrakcje ma na co dzień. Kosił spokojnie cały trawnik i nawet ululał porzuconą przez Jaśka dzidzię na huśtawce:


Popołudnie piękne i ciepłe minęło za szybko.Jeszcze rzut oka na skalniaczek ( dzieło mamy Pawła)


I trzeba było wracać do domu. Jasiek zaraz za zakrętem wołał:'wracajmy tam!' i chyba kiedyś wrócimy, bo bezczelnie wprosiliśmy się przy pożegnaniu...

Prawie jak Van Gogh

Ponieważ zakwitły w moim ogrodzie irysy, natychmiast przypomniały mi mojego ulubionego malarza. Dawno nie zaglądałam do albumu, fajnie było więc wrócić.
Mogłam tę książkę kiedyś oglądac godzinami!

A poniżej efekty zabawy ze zdjęciami.
Najpierw oryginał:
zdjęcie stąd

a tu moja wariacja:



Niestety nie udało mi się zadnym magicznym sposobem wykasować samochodów z tła...za to obróbka zdjęć bardzo mi się spodobała i jak zobaczę jeszcze coś podobnego do jakiegoś obrazu to efekt powtórzę.
Pozdrowienia dla wszystkich wielbicieli Vincenta!


czwartek, 26 maja 2011

Szkolenie Avon i Woda dla Słoni

Zdążyłam zaliczyć szkolenie avonowe z serii najnowszych kosmetyków Solutions i jestem wyedukowana na maxa :)
'Tu dzwonidź jeźli kto hce po rady'- jak było w Kubusiu Puchatku :) Zapraszam!
Warto było coś powiedzieć, bo dostałam nagrody niespodzianki i trochę fajnych informacji na temat kosmetyków. A na zdjęciu z menedżerką Magdą:


...której bardzo dziękuję za spotkanie! Było naprawdę fajnie!

A potem świńskim truchtem poleciałam do kina z Justyną na film "Woda dla słoni".
Najpierw trailer- można go oglądnąć tu.

zdjęcie stąd


Na początku była książka i jej ciekawa recenzja tutaj - przeczytajcie ją ( i książkę i recenzję. Recenzję najpierw :)).
Ja poszłam na łatwiznę i zaczęłam od filmu.Chyba niesłusznie.Po przeczytaniu recenzji chcę na pewno ją przeczytać, więc jeśli kto ma, to niech da znać! Ustawiam się w kolejce.

Film oglądnęłam raz i uważam ,że wystarczy.
Nie wzruszyłam się, nie popłakałam, nie uśmiałam, nie zachwyciłam do głębi serca. Miły seans na wtorkowy ( i nie tylko wieczór) , ale nie arcydzieło.

Z trójki głównych aktorów( Pattison, Whiterspoon, Waltz) zdecydowanie wybija się Waltz- dyrektor i właściciel cyrku. W nim naprawdę widzimy esencję emocji tego filmu dobrze pokazaną. Blondynka gra blondynkę, a Pattison to nazwisko dla mnie po tym filmie znaczące ( gra jak warzywo...).
Tu może moje sądy są głęboko obrazoburcze i sprzeczne z rzeszą zabijających się o spojrzenie wampira -Pattisona młodych i starszych kobietek, ale widząc go w tej roli uważam go za aktora początkującego i raczej przereklamowanego.
Śmiech na sali wywołują nie perypetie bohaterów, ale język polski boskiego Roberta ( nawiasem mówić naprawdę cienki. Nie wiem jakiego miał nauczyciela, ale słabo się przyłożył).

Kolejna historia o cudzołóstwie, która w tej wersji wydaje mi się płytka i schematyczna. Choć ogląda się miło i bezkompleksowo.
Podobały mi się różne rzeczy np. postać lekarza w prosektorium, muzyka, postaci załogi cyrkowej, gra ktorska głównego bohatera -staruszka Hala Holbrooka. W uszach został okrzyk z areny 'Ladies and Gentelmen and children at all age!'

Generalnie warto zacząć od książki,żeby niekoniecznie zobaczyć film. Ale 2 godziny w sumie minęły szybko i siedzenie nie bolało mnie od fotela.Na sobotę do kotleta może być.
Info o filmie tu.

Na szczęście milsze wrażenie zrobiło na mnie bardzo dobre spagetti carbonara, które wcięłyśmy po filmie we włoskiej knajpie.I o to się Polska biła!



Maślankowy placek uniwersalny

Przepis geniusz. Doskonałe ciasto jako baza do różnych realizacji i pomysłów.
Świetne z każdym nadzieniem, kremem, owocami- niezliczone warianty wykorzystania, a przy tym banalne i szybkie, czyli wymieszać i wylać do formy.I koniec! Żadnego zdziwiania!
 Ciasto na dużą blachę, wysokści ok. 5 cm.Wilgotne, nie za słodkie, podobne w smaku do drożdżowego albo mufinek z maślanką. To ona nadaje delikatny smak i miękkość.


Przepis z ostaniego numeru Chwili Dla Ciebie nadesłany przez czytelniczkę:
( błogosławię ją za to,że go przysłała!)

1,5 szklanki maślanki
szklanka cukru
pół szklanki oleju
3 jajka
3 szklanki mąki
3 łyżeczki proszku do pieczenia

Jak wyżej napisałam- wymieszać wszystko mikserem do połaczenia się składników na jednolitą masę, wylać na dużą natłuszczoną blachę i do pieca - 40 minut 180 stopni.

Propozycje wykonania placka:
- wrzucić dowolne owoce ( ja planuję wersję z borówkami...) pokrojone jabłka , brzoskwinie, morele lub małe jagody, maliny, poziomki, truskawki, ale też np. rabarbar.
-posmarować na wierzchu lub w środku powidłami
-przełożyć lub udekorować dowolnym kremem/masą
-wrzucić do środka groszki czekoladowe
- polać dowolną polewą
-wylać na wierzch galaretkę

Czekam na wasze propozycje!

Po raz pierwszy placek okazał się tak dobry i zniknął tak szybko,że nie zdążyłam zrobić zdjęcia!
Dlatego tymczasem zdjęcie z neta,a jak zrobię raz jeszcze ( a na pewno zrobię!!!!) to od razu wklejam swoje.

zdjęcie stąd


Koniecznie, ale to absolutnie koniecznie zróbcie choć raz!!!! Na pewno bliscy i znajomi będa was namawiać na powtórkę. MNIAM!

Kładka Bernatka - ciekawostka turystyczno - krajoznawcza

Podczas oststniej niedzieli i kolejnej komunii w rodzinie siedzieliśmy sobie w restauracji niedaleko Placu Wolnica, a stamtąd już tylko kilka kroków do kładki Bernatka- mostu pieszo-rowerowego między Podgórzem a Kazimierzem.
Dlaczego Bernatka?
Od nazwiska zakonnika Bonifratra Laetusa Bernatka, któy na przełomie wieków XIX i XX doprowadził do wybudowania szpitala Bonifratrów.
Świeżo dorobiona legenda głosi,że pracowała pod mostem na bulwarach wiślanych prostytutka Bernadeta...Jak to w Krakowie, do wszystkiego historię dopiszą:)

zdjęcie stąd

Wzorem wielu miast europejskich zakochani postanowili zrobić z niej krakowski 'most westchnień' i zapinają kłódki na jego poręczach klucz wrzucając do Wisły spokojnie płynącej poniżej.

Pojawia się paranoiczne pytanie: co gdy miłość się wypali? Skąd wziąc wytrych?
O ile reklamę grawerowania znalazłam na jednej kłódce, niestety namiarów na ślusarza brak. I to jest pomysł na biznes prosze państwa w Krakowie. Nic tylko punkt na Kazimierzu otwierać.

Atrakcja sympatyczna i zdjęć warta. Oglądnijcie sami!

 


Jak to wśród ludzi - jest trochę strasznie, a trochę śmiesznie. Jest i głęboka studzienka i płytkie wiejskie bajoro - do wyboru do koloru. Może dlatego tak wielu przechodniów zatrzymuje się i czyta, co na kłódkach napisali sobie zakochani.

Jak będziecie w pobliżu - wstąpcie. Robi miłe wrażenie. No i bliżej niż do Florencji.
A o kładce jeszcze tu.



Komunia Kamilki i nie tylko

Komunię oczywiście poprzedziły długie przygotowania samej zainteresowanej , jak i całej rodzinki. A ciocia upiekła obiecany tort, ale o tem potem.
Pogoda niestety nie dopisała i w strugach deszczu siedzieliśmy w naszym ciemnym i zimnym kościele. Dzieci mało, bo tylko 27. Wszystko się pięknie udało, zarówno liturgia jak i przyjęcie w restauracji.
Kilka zdjęć komunistki:


I z ciocią:

więcej tutaj.

I w końcu rewelacja miesiąca, czyli tort o tytule "Z rąk kapłańskich".
Przepis tradycyjnie stąd., zamiast brzoskwini- 1,5 kg truskawek pokrojonych w kostkę ok. 0,5 na 0,5 cm.
Dekoracja z białego lukru plastycznego, opłatka, maczku cukrowego i złotego barwnika.
Namęczyłam się, ale jestem zadowolona z efektu, który z dumą cioci prezentuję:


Upiekłam też tort dla innej komunistki Marysi. Marysia  życzyła sobie kielich, promienie i winogrona fioletowe. Wyszło mi jak na zdjęciach poniżej- w zupełnie innym stylu.
Zdecydowanie najbardziej pracochłonny tort w moim życiu. Ale zarówno ten , jak i ten wyżej myślę,że dorównuje produktom profesjonalnej cukierni.No kurka moja 'Duma Tary'!

 Torcik dla Marysi w smaku taki sam- bo naprawdę pyszny- bardzo polecam. Robiłam wersję brzoskiwniową, malinową i teraz truskawkową. Znika szybciutko, bo jest leciutki jak piórko i nie mdły!

środa, 25 maja 2011

Nieudana wyprawa do Ikei

Zachęceni otwarciem nowego piętra w pobliskim sklepie Ikea i nie wiadomo jakimi atrakcjami dla całej rodziny, postanowiliśmy zwiedzić ten przybytek i wyszalec chłopaków w reklamowanym Lesie Smalandzkim- krainie zabaw.
Już na wejściu miła studentka poinformowała nas, że owszem piętro działa, ale plac zabaw dla dzieci planowany jest jesienią...cokolwiek to znaczy.
Był tylko mały domek z kredkami i kilkoma zabawkami. Dobre i choć co.



Jako że zbliżała się pora obiadu, postanowiliśmy zafundować sobie i dzieciom atrakcje kulinarne kuchni Ikea. Na marginesie zaznaczam,że jedzenie mają naprawdę pyszne, zawsze świeże i naprawdę lubię tu jeść obiady i inne dobre rzeczy.Wzięliśmy więc 2 zestawy dziecięce i dwa dania dnia.
Skończyło się wielkimi awanturami ze strony chłopaków, bo chcieli jeść nasze, a nie swoje porcje (w życiu nie widzieli małych klopsików i to chyba rozbiło im światopogląd) obiecane zabawki były pisakami (na wszelki wypadek schowałam głeboko do plecaka,żeby się nie wysmarowali jak nieboskie stworzenia...) i rolę jedzenia spełniły tylko soczki z rurką... Za to my- dzieci kryzysu-objedliśmy się za wszystkie czasy wszystkimi porcjami,żeby się nie zmarnowało.Ech.


Na wszelki wypadek poczekamy z wizytami obiadowymi do jesieni .

Podwórkowe zabawy

Nie ma jak klasyka!



Rysowanie kredą po wszystkim chyba nigdy się nie znudzi ( Jasiek rysuje różę dla mamy!)


...tak samo jak wożenie się w wózku i puszczanie baniek mydlanych:

Fajnie przy własnych dzieciach znowu poczuć się trochę dzieckiem...i zjeść obiad z pysznym deserem na polu!


I na koniec czereśnia na torcie czyli Jasiek jako mucha- gryząca!


A wszystkiemu przygląda się ze stoickim spokojem Rufus spoza szyby:


Dmuchawce, latawce, wiatr...

Jak wyroiło dmuchawce na górce, to na całego.
Doskonała okazja do cypania i nauki dmuchania dla obu chłopaków.
Zwłaszcza dla Stanisława, który w sierpniu będzie obchodził 2 lata i może zdmuchnie sam świeczki na torcie?
Na razie dmucha jak w zabawie o Krzywoustych :)
Za to dorosły Jan bawi się doskonale!
Niech żyją dmuchawce!

Wiosna póki kwitną bzy...


I nie tylko! Uwielbiam wszelkie wiosenne kwiecie, choć z roku na rok mam większe uczulenie właściwie nie wiadomo na co.



W ogrodzie sezon na azalie w pełni:


...a także na wiszące dzwoneczki konwalii, kalinę.....i nie wiem czego. Rośnie u mnie już dawno. Może wy zidentyfikujecie?


A po drodze na spacerach widzę kasztany, które na matury zapalają swoje białe świeczniki...


Na zdjęciu migdałowiec i kipiąca kasza- też nie znam nazwy tego popularnego krzoka. A wy znacie?

Jeszcze upolowane obiektywem młode szpaki


I powoli przez kwitnące akacje zbliżamy się do lata!








Zaległe ale jakie superoskie!

Dochodzą do mnie różne wasze realizacje świetnych pomysłów, a ja gapa skupiam się na sobie i zapominam o tym, co w mailach piszczy.
Bijąc się w piersi publikuję rocznicowe mufiny Banana- fantastyczny pomysł na każdą chyba imprezę! Oceńcie sami. Dla mnie bomba!
Przepis - z robionych przeze mnie mufinów czekoladowych Nigelli.


Bananku! Dziękuję za zdjęcia i przepraszam,że dopiero teraz!