motor

motor
Walentynki są codziennie, tylko my obchodzimy je raz do roku...

niedziela, 11 marca 2012

W Krakowie - Madonna z Faenzy

Sama przegapiałam ją tysiące razy przechodząc obok w czasach licealnych i studenckich. Stoi coś tam na słupie, jakas kapliczka, to niech se stoi.
Jak człowiek poczytał i douczył się o tym i owym, to okazało się,że w obrębie Starego Miasta nic przypadkowe nie jest i nie stoi, bo tak natura chciała.

Dotarłam do historii Madonny z Faenzy, czyli Matki Boskiej Łaskawej.
Figura na kolumnie stoi u wylotu ul. Jagiellońskiej przy Plantach.Codziennie można widzieć złożone u podnóża słupa świeże kwiaty i znicze, co też mnie nigdy nie zastanowiło, a w sumie nie spotyka się ich tak często przy kapliczkach...

Otóż i więc:
Historia Madonny zaczęła się we włoskim mieście Faenza, gdzie w XV w. podczas zarazy ukazała się ona, trzymając połamane strzały gniewu bożego, pobożnej niewieście Joannie de Costumis.Po instrukcji 3 dniowego postu i modlitw zaraza ustąpiła.

W dawnych czasach wierzono,że wszelkiego typu zarazy ( szczególnie rozpowszechnione dżuma i cholera) są karą za grzechy. Z tego powodu wznoszono tzw. kolumny dżumy. Taką też postać ma krakowska Madonna.Kult Matki Boskiej Łaskawej ( bo tak też jest nazywana) rozpoczął się w Krakowie na początku XVIII w., kiedy to w latach 1707-1709 zaraza ścięła kilkanaście tysięcy ludzi ( jak na tamte czasy - ogromna liczba). Po błaganiach zanoszonych przed różnymi wizerunkami Maryi w Krakowie ( na Piasku, Częstochowskiej i innych) postanowiono jako ostatniej deski ratunku chwycić się MB z Faenzy. Zaraza ustąpiła i z radości rajcy miejscy postanowili wystawić aż dwa wizerunki tej Madonnie, znajdują się one w formie obrazów w Kościele Mariackim.
Figura na słupie z ul. Jagiellońskiej ma swoją niesamowitą historię.


W czasach konfederacji barskiej(1768-1772), podczas oblegania Krakowa przez wojska rosyjskie, by dodać otuchy żołnierzom zorganizowano wielką procesję wokół Rynku, podczas której niesiono uroczyście obraz Matki Bożej Łaskawej. Było to 15 sierpnia 1768 roku. Zapamiętał to głeboko wierzący żołnierz-konfederat Sokołowski.
Kiedy Rosjanie atakowali tzw.Nową Bramę ( jedną z bram prowadzących do Starego Miasta, niezachowaną do naszych czasów),Sokołowski został ranny i stracił przytomność. Pochowano go we współnej mogile na cmentarzu Mariackim.Według innych żródeł mógł być też przechowywany w kostnicy ( dziś kościół św. Barbary) wśród stosu ciał, jakie zniesiono tam po bitwie. W nocy jednak odzyskał przytomność i zdołał wydobyć się z mogiły, gdyż - jak zwierzył się później wikaremu - ujrzał jasną smugę, na końcu której stała Matka Boża Łaskawa i wskazywała mu drogę wyjścia na świat.Sokołowski dostał się potem do niewoli i został rozstrzelany. Ukazał się jednak swojej matce we śnie i prosił ją, by wystawiła pomnik na cześć MB Łaskawej.

Tak się też stało.Figura została wykonana w 1771 r. na zlecenie matki Sokołowskiego przez kamieniarza Jana Krzyżanowskiego i uroczyście ustawiona 15 sierpnia w święto Wniebowzięcia NMP na szczycie głównej bramy w murze otaczającym cmentarz wokół kościoła Mariackiego.
Po likwidacji cmentarza, została wystawiona na licytację.Zakupili ją OO. Kapucyni i przenieśli przed swój klasztor na ul. Kapucyńskiej. W 1941 Niemcy przenieśli ją w obecne miejsce, bo przeszkadzała w dojeździe do budynków szkolnych zamienionych na koszary.

W nocy z 23/24 sierpnia 2007 roku zawaliło się na nią podczas wichury ogromne drzewo, ale figurę odrestaurowano ( za ciężkie pieniądze!) i od 28 kwietnia 2008 roku nadal stoi , tam gdzie stała.

Na szczęście możemy ją podziwiać i dziś.Polecam wszystkim, którzy będą spacerować Plantami,żeby choć na chwilkę podejść i pooglądać. A może westchnąć jakiś akt strzelisty?

oba zdjęcia stąd

piątek, 9 marca 2012

Róża - to nie jest film dla słabych ludzi

To był mój pierwszy kontakt z filmem Smarzowskiego. Niedawno wyświetlano w TV 'Dom zły', ale godzina była tak zabójcza,że sobie odpuściłam.
Na 'Różę' wybrałam się z Anitą, bo chyba nigdy razem nie byłyśmy w kinie, a miałam 2 kupony do wykorzystania. Fantastyczne kino ARS, malutka i przytulna 20- osobowa sala Studio - idealny klimat na spokojny film o dwojgu ludziach z plakatu.
Niestety spokoju w tym filmie nie ma. Nie ma go też po wyjściu z kina.
Strona filmu tutaj.


Nie będę omawiać problemu historycznego, bo niestety nic na ten temat nie wiem. Mazurzy i ich perypetie są sprawą raczej marginalną w podręcznikach historii i bledną przy chrzcie Polski, odkryciu Ameryki i innych Bardzo Ważnych Faktach. W tym filmie mają żywe kolory. Kolory żywej krwi.
Muszę przyznać,że po tym seansie mam na długo dość filmów o wszelkiej przemocy. Nagromadzenie tak wielu scen brutalnych i okrutnych w jednej historii wstrząsa człowiekiem i to mocno.
'Róża' dostała już bardzo wiele nagród i pewnie jeszcze niejedną dostanie, ale zdecydowanie nie jest to film dla wszystkich i nie jest to film dla ludzi słabych. I na pewno nie przed 21 rokiem życia. Nie dlatego,że zobaczymy tam coś, czego nie znamy- wręcz przeciwnie w Hollywood wszystko już było. Ba! To wszystko już w Biblii było! Ale jest to film dla ludzi doświadczonych życiem, wrażliwych, choć trochę znających podstawowe fakty historyczne. W innym razie niepełny odbiór tej historii spłyca ją i zamyka w jakichś ramach, na które według mnie 'Róża' nie zasługuje.
I potem czytam w komentarzach pod filmem takie wypowiedzi, że wstyd mi za tych piszących.

Film gatunkowo jest dramatem, ciężkim naturalistycznym, realistycznym, turpistycznym miejscami dramatem i to pod każdym względem - bohaterów, którzy spotykają się w czasach bez wyjścia, problemów bez dobrego rozwiąznia, w które się wplątują, zależności w jakie wchodzą, tła historycznego, które niestety pozytywne nie jest. W całej tej ciemnej masie pojawiają się niejednoznaczni bohaterowie, którzy próbują żyć na przekór nienawiści i wojnie, którzy walczą o prawo do osobistego i nie tylko szczęścia. No nic tylko antyczna tragedia! Los, fatum i przeznaczenie. Najgorsze jest jednak to,że tak faktycznie mogło być. Że te wszystkie ciemne strony filmu są zadziwiająco prawdziwe, że ci ludzie na ziemiach mazurskich przeżywali prawdziwe piekło.

Nie będę tu streszczać całej historii - przeczytacie o niej na różnych kinowych stronach.Kilka słów o aktorach.Wszystki role Wielkie - przez duże W. Największe brawa dla Agty Kuleszy i Marcina Dorocińskiego. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić jak trudne musiało być wejście w role postaci o tak ciężkich losach bez pewnego uszczerbku na psychice. Oni nie grają tych ról - oni są Różą i Tadeuszem. Tak mnie przekonali,że nawet nie miałam odruchu zobaczenia w Tadeuszu poprzednich wcieleń Dorocińskiego jako agenta z 'Rewersu' i komisarza z 'Pitbula'. Czytałam, że ta historia jest romansem. W pewnym sensie tak, ale nie jest to typowy romans, ani typowe jego okoliczności. Czytałam o zarzucie, że postać Tadeusza jest tu tak krystaliczna, że aż po oczach bije mit rycerza. Nie zgadzam się. Według mnie jakie czasy, tacy ludzie. Jeśli poznajemy historię pełną ludzkiej nienawiści, to w tym całym bagnie zła jest prawdopodobieństwo wystąpienia bieguna przeciwnego- człowieka uczciwego, kochającego, pragnącego dobra dla innych, czułego - to właśnie jest Tadeusz. Co oczywiście nie zmienia faktu,że morduje ludzi. Tytułowa Róża Kwiatkowska to kobieta, która ośmieliła się wyjść za mąż za Niemca i poniosła tego konsekwencje w zmieniającej się rzeczywistości mazurskiej wsi. Postać głeboko tragiczna z którą identyfikujemy sie od pierwszej chwili z racji zadawanego jej bezpodstawnego bólu. Dobór aktorów do tych ról pierwszoplanowych i pozostałych drugoplanowych uważam za doskonały. Zarówno ich gra jak fizjonomia wyraża bardzo wiele i tworzy specyficzny klimat wydarzeń przedstawionych w filmie.

Czytałam zarzuty na temat muzyki. Jest ona bardzo oszczędna i trudno ja nazwać muzyką jako taką. Dla mnie to raczej dźwięki. Nie przeszkadzają fabule, podkreślają co istotne. Jeśli obserwujemy życie uczuciowe głównej pary boahterów, to jesteśmy przyzwyczajeni do lirycznej sekcji smyczkowej i głównej pieśni, która potem króluje na listach przebojów. W tym filmie niczego takiego nie ma, choć wiele w nim słychać. Przede wszystkim krzyki, jęki, uderzenia, szepty, mazurską gwarę, język niemiecki, wybuchy, strzały. Może dlatego uwaga widza skupia się na faktach fabuły, a nie ich podanej na tacy interpretacji muzycznej.

Jak widać o 'Róży' można długo, bo ja już piąty akapit piszę. Dużo jak widać przeczytałam przed seansem, ale nic to w porównaniu do osobistego odbioru.
Poważnie się zastanówcie, czy chcecie ten film oglądnąć w kinie. W domu można zawsze odejść od ekranu, przewinąć pewne sceny.Ja nie uroniłam ani jednej łzy, ale niektórych obrazów pewnie jeszcze długo z pamięci nie będę mogła wymazać. Bo ja wzrokowiec niestety jestem. A ten film nie jest dla wzrokowców o gołębim sercu.
Po napisach końcowych człowiek dziękuje Bogu,że żyje tu gdzie żyje i ma to, co ma.

Jeden z najważniejszych i najtrudniejszych filmów jakie widziałam.

Dzień Kobiet - obchody właściwe :)

Dzień jak co dzień. Udało mi się poczynić prezenty dla moich znajomych w formie żartu z obchodów przeszłych i dziewczyny dostały po goździku i parze pończoch, czyli goździk z chusteczki i skarpetki w wesołych kolorach. A co!


Zdziwiona byłam,że żadna nie zna metody robienia goździków z chusteczek higienicznych, którym to procederem zajmowałam się niecnie w podstawówce w klasach 3-6 (lub coś koło tego) na przerwach i ( niestety dla nauczycieli ) niektórych lekcjach. Wykonanie goździka jest to dla mnie taki absolut, jak w Ani z Zielonego Wzgórza wykonywanie ozdobnych zakładek do książek, którymi dziewczynki się aktywnie wymieniały i trudno mi sobie wyobrazić,że można tego nie umieć. Taka wiedza i umiejętności nie wiadomo kiedy, ale na pewno się przydają. Gwarantuję.

Krótki kurs (czyli ucenie- tutorial) w formie zdjęć i opisu:


Potrzebny materiał na 1 kwiatek - jedna chusteczka higieniczna lub kolorowa serwetka papierowa ( 3 warstwowa). Z chusteczki wychodzą goździki naturalnej wielkości.

1. Chusteczkę rozkładamy i składamy na połowę
2. odrywamy grzbiet i boki z drugiej strony. Ja wycięłam je nożyczkami ze wzorkiem w ząbki, bo takie mam. Generalnie chodzi o to,żeby nie ciąć na równo, bo wygląda to sztucznie. Najlepiej jednak delikatnie i równo odedrzeć.
3. powstały prostokąt składamy po krótszym boku w harmonijkę.Pas składania - 1 cm.
4. powstałą harmonijkę związujemy po środku
- oderwanymi paskami chusteczki ( tak robiłyśmy z dziewczynami w szkole)
- nitką, jeśli chcemy potem przyszyć do czegoś kwiatek, lub uczynić z niego broszkę np.
- drucikiem, jesli chcemy stworzyć kwiat z łodygą
5. Rozdzielamy delikatnie warstwy chusteczki delikatnie przyciągając je do związanego środka i układając w foremny goździk
6. Doprawiamy zapięcie, doszywamy do czegoś, obwiązujemy łodygę zieloną bibułą ( nie mogłam dostać nigdzie...) i gotowe.

Goździki z chusteczki mogą służyć jako:
- dekoracja-bukiet w wazonie,
- elementy wianka do powieszenia na drzwi,
-wypełnienie misy z potpourri,
- kwiatek w butonierce,
- elementy wiszące na gałęziach z wierzby- dekoracja wiosenna
- ozdoba na choinkę - dekoracja zimowa :)
-ozdoba do włosów
- drobiazg wyczarowany w kilka minut dla kogoś,żeby zobaczyć jego uśmiech
- zabawka dla kota na sznurku
- inne ( wymyślcie sami i napiszcie w komentarzu, to będzie to dla mnie i innych kolejna inspiracja)

Małe a cieszy :)

Dostałam też kilka przemiłych smsów, za które bardzo dziękuję! Co ciekawe - tylko jeden od mężczyzny:)

W jednym wierszyk, który dedykuję z życzeniami wszystkim kobietom, które to przeczytają:

Dzisiaj Dzień Kobiet więc cycki w górę
i odrzuć z twarzy gradową chmurę!
Niech żyje cellulit i kurze łapki
bo my i tak jesteśmy fajowe babki!

czwartek, 8 marca 2012

W Krakowie - legenda na Dzień Kobiet

Różne legendy o Krakowie znacie i czytaliście. Niektóre trzeba było znać w szkole, inne są tak popularne,że je pamiętamy od zawsze.
Zamieszczam jedną z mniej znanych, a uważam dość ciekawych psychologicznie :) jak z brazylijskiego serialu.

Dawno, dawno temu, piękny hrabia Walgierz ( wdały= mocny, udany, przystojny), władca Tyńca, trafił na dwór króla Francji. Był nie tylko mężczyzną niezwykłej urody, ale silnym i zręcznym, więc odnosił liczne zwycięstwa w turniejach. Szybko zwrócił na siebie uwagę córki króla – urodziwej Helgundy. Pokochał piękną królewnę – dla niej postarał się o honor podawania najwyższym dostojnikom napojów – wówczas była to wielka nagroda dla mniej znaczących rycerzy. Śpiewał królewnie melancholijne dumki pod oknami i w końcu sprawił, że całkiem oddała mu serce.

Na dworze francuskim miał tylko jednego rywala – Arinalda, który chciał za wszelką cenę przeszkodzić w planowanej przez młodych ucieczce. Przekupywał strażników, stawiał zasieki na rzekach, przymuszał przewoźników – sam zakochany w Helgundzie, nie chciał jej oddać Walgierzowi. Wszystko to jednak na nic i Ariwaldowi pozostało już tylko jedno – wyzwał rywala na pojedynek. Długo walczyli rycerze, obydwaj potężni, a bój był zacięty, i tylko widok lubej panny dopomógł Walgierzowi Wdałemu do zwycięstwa.

Młodzi wrócili razem do Tyńca i tam wzięli ślub.Nie tak miały się jednak zakończyć dole i niedole Walgierza. Kiedy poddani uskarżali się mu na Wisława Pięknego, księcia wiślickiego, że przeciw nim się wyprawia, hrabia na wojnę ruszył z domu i nie ustał, aż księcia w kajdanach do Tyńca nie przywlókł do wieży. Po tej wojnie ruszył na następną – tym razem na rozkaz króla, bronić granic. A ta przeciągała się, i przeciągała... A zamek w Tyńcu pozostawał bez władcy...Smuciła się piękna Helgunda, że mąż długo nie wraca, tęskniła, nudziła się też po trochu... A wierna sługa na bolączki znalazła pod ręką lekarstwo – po co daleko szukać, skoro mężowski zakładnik, dorodny taki, nieopodal w wieży rezyduje? Od słowa do słowa, a od słowa do czynu, i zapomniała przy pięknym Wisławie Helgunda przysięgi małżeńskie.

A od czynu do następnego, i uciekła z kochankiem do Wiślicy.Wrócił Walgierz po wojnie – nie zastał żony w zamku. Gniew nim szarpnął, ból zapałał, sam pognał po zemstę. A tam w Wiślicy zdradziecka małżonka w pułapkę go wciągnęła, słodkimi słowy wabiąc, na kolana klękając, przysięgi składając. Dał się zaprowadzić do ukrytego pokoju, gdzie mu by miał być Wisław wydany – a tymczasem to jego tam w kajdany zakuli. miecz jego własny na łańcuchach nad nim zawiesili. Żona jego bezecna na oczach uwięzionego męża z kochankiem Wisławem się pieściła, lecz Walgierz milczał, słowa do nich żadnego nie wypowiadając. Czasem tylko ze swoją strażniczką parę słów zamienił – z siostrą Wisława, szpetną dziewczyną okrutnie, a Rynga jej było na imię. I ta właśnie dziewczyna , patrząc na mękę, którą znosił bez słowa skargi, okazała mu litość, a w zamian za obietnicę małżeństwa, uwolniła go z kajdanów i oddała mu miecz. Tego wieczora więc Walgierz kilkoma tylko słowami okazując nadchodzące chwile zemsty, pożegnał wiarołomnych i zabił ich, a potem wreszcie wrócił do swego zamku w Tyńcu, gdzie razem z Ryngą dożył szczęśliwej starości.

Poniżej scena, gdy Walgierz rozprawia się z żoną i jej kochankiem ( tu co prawda w plenerze, ale jednak). Zwracam uwagę na sępa i po czym poznać,że kobieta jest niewierną kochanką :)

zdjęcie stąd

Jaki morał z tej historii?

Kobiety są jak przekład: piękne nie są wierne, wierne nie są piękne. (George Bernard Shaw)

wtorek, 6 marca 2012

W Krakowie - Brama nieznana

Kilka ciekawostek o wbrew pozorom jednej z najbardziej znanych i najlepiej zachowanych bram - Floriańskiej. Ta wizytówka Krakowa jest prawie na każdej widokówce. 90% wycieczek organizowanych jest trasą tzw. Drogi Królewskiej czyli od Barbakanu przez ul. Floriańską i Grodzką na Wawel.

Zwraca się uwagę turystów przede wszystkim na patrona - Floriana z kamiennej płaskorzeźby ( patron strażaków, miał chronić misto przed licznymi pożarami, bo zabudowa była w średniowieczu głównie drewniana) oraz fakt,że brama była do XIX wieku połączona tzw. szyją - krytym przejściem z Barbakanem.  I wio, idziemy dalej.


Sama przechodziłam pod nią setki razy i tak naprawdę zdałam sobie sprawę,że tam jest jeszcze coś. A właściwie dwa cosie.

Po pierwsze niedawno udostępniono zwiedzającym kaplicę na pierwszym piętrze Bramy Floriańskiej z neogotyckim ołtarzem, urządzoną w 1889 przez księcia Władysława Czartoryskiego.
Tutaj oglądnijcie sobie tzw. panoramę sferyczną - świetna sprawa! Ja się zachwyciłam tą możliwością! Kliknijcie na zdjęcie kaplicy i zobaczcie każdy detal!
Można z niej wyjść na niewielki balkonik autorstwa Karola Kremera z 1840 r. i zobaczyć ulicę Floriańską z nietypowej perspektywy, innej niż na wielu widokówkach.Jeszcze nie byłam, ale pójde na pewno przy najbliższej okazji! Na razie podziwiajcie tutaj .

W przejściu znajduje się mała kapliczka - przypomina ołtarzyk schowany w dużej czarnej szafie. To kopia obrazu Matki Boskiej Piaskowej z kościoła Karmelitów. Podobno modlił się przed nią król Jan III Sobieski, ale takich kapliczek i obrazów jest w Krakowie mnóstwo. Albo król był niesamowicie pobożny, albo grunt to dobry PR. Do dziś nie wiadomo. Wiadomo natomiast,że obraz wisi w bramie, ponieważ został przeniesiony ze zburzonego w XIX w. przejścia - szyi.

zdjęcie stąd

Zawsze są przy nim świeże kwiaty. Niby nic - malowidło jest bardzo stare i zczerniałe, ale naprawdę bardzo piękne i warte chwili modlitewnej zadumy.Mnie bardzo wzrusza. Największe wrażenie robi wczesnym rankiem lub listopadowym mrocznym popołudniem, gdy wnętrze ciemnej bramy rozjarzają wieczne lampki...
Kapliczka jest regularnie otwierana i zamykana, tak że późną nocą i skorym świtem niestety nie można jej podziwiać.

zdjęcie stąd


Przeddzień Kobiet w Avonie

Kto dziś obchodzi Dzień Kobiet? Chyba tylko same kobiety, bo wiedzą najlepiej , co drugiej sprawia przyjemność :) Ja obchody zaczęłam już dziś!

Miłe popołudnie, które minęło mi na spotkaniu avonowym pełne było różnych niespodzianek i życzeń, o np. takich - dedykuję je wszystkim dziewczynom:


Było kolorowo, za sprawą kwiatów dla nagrodzonych klubowiczek, ale nie tylko.


Dzięki blenderom udało się zrobić z owoców pyszny koktajl:


Może i wy skorzystacie z wiosennych przepisów na pyszności?


Pośmiałyśmy się z psychozabawy - co mówią twoje usta? Wystarczy je pomalować kolorową szminką i odcisnąć na chusteczce. O tym jakie jesteśmy, mówi ich kształt. A tu zabawa .
Co mówią wasze usta? Sprawdźcie koniecznie!!!! To moje - już wiecie jaka jestem:)


Na zakończenie z kwiatami w dłoniach poszłyśmy z Magdą na rytualna kawę, aby omówić bieżące problemy polityki zagranicznej i wewnętrznej, co niestety nie zdarza nam się często, ale intensywnie.

Dostałam cudowny prezent - syrop klonowy. Już kminię, co z niego zrobić pysznego...
Raz jeszcze dzięki Madziu!!!!

niedziela, 4 marca 2012

W Krakowie - korona wieży Mariackiej

Jeszcze trochę o tej wieży. Zazwyczaj kojarzymy ją z legendą o hejnale i o dwóch braciach. Chciałąbym wam zwócić uwagę na koronę na niej umieszczoną, bo jest niezwykła i związana z niezwykłym faktem.
Raczej nas ona nie zastanawia, bo jest wysoko ( to jak przy dzwonku za konających - nie chce nam się podnieść głowy:)) i własciwie korona jaka jest- każdy widzi. Widzi każdy, ale chyba nie każdy wie...


zdjęcie stąd

Jak pisał Michał Rożek:
Wyższa wieża naszego kościoła to "turris coronata" - wieża ukoronowana- rzadki przypadek w kulturze polskiej. Niesie bowiem w sobie przesłanie maryjne, dziś może mało czytelne. Odśredniowiecza wieża byłą zawsze symbolem Marii, stanowiąc aluzję do wieży dawidowej, która symbolizowała Marię jako czyste naczynie, noszące w łonie Chrystusa - potomka rodu Dawida. Korona wieńcząca wieżę to także wyraźna aluzja do koronacji Wniebowziętej Marii, która przecież patronuje naszej świątyni. I wreszcie od wieków średnich wieża była także symbolem czujności, a w naszym przypadku czuwał na niej przez całą dobę strażnik.
Po co komu ta korona?

Wszystko zaczęło się w 14.08.1608 r., kiedy jezuita Gulio Mancinelli miał widzenie w którym ukazała mu się Matka Boska wraz z jego duchowym przewodnikiem i przyjacielem Stanisławem Kostką. Na pytanie Mancinelliego jakim tytułem mógłby ją uczcić, miała odpowiedzieć „A czemu Mnie Królową Polski nie zowiesz? Ja to królestwo wielce umiłowałam i wielkie rzeczy dlań zamierzam, ponieważ osobliwą miłością ku Mnie pałają jego synowie”. Widzenie powtórzyło się jeszcze dwa razy w ciągu życia zakonnika. Mancinelli powiedział oczywiście o nim swoim przełożonym i polskim jeziutom, którzy rozpowszechnili tę opowieść.
Bardzo poruszyła ona  mieszkańców Krakowa i w 1629r. dodano na hełmie drewnianą, obitą ołowiem koronę, która jednak pod wpływem deszczu szybko zbutwiała. Dlatego w 1666 r. wymienioną ją na koronę miedzianą (zafundowało ją 3 mieszczan!- tyle metalu to był straszny szmal) i dołożono wieniec ośmiu wieżyczek wokół hełmu (podobnie wyglądał wówczas dach wieży ratusza). Dzięki temu już z daleka było widać, że to główny kościół miasta stołecznego.

Pomysł obwołania Maryi królową Polski dziś nikogo nie dziwi, ale w XVII wieku był sensacją, uwiarygodnioną przez księdza - Włocha, bo jakby to Polak wymyślił, to by mu pewnie nie uwierzono...Widzenia jezuity zrobiły na wielu wrażenie. Oficjalnym ich orędownikiem był król Zygmunt II Waza i król Jan Kazimierz,który w 1656 r. w katedrze we Lwowie uroczyście i na piśmie obwołał Maryję Królową Polski.

Korona z dołu wydaje się niewielka, ale jest pokaźna - ma aż 4 metry średnicy, mieści się w niej 12 osób i waży 350 kg- dlatego nigdy nie była z prawdziwego złota. Wieki temu było więcej złoceń tam u góry. 64 liście wokół dachu- dzisiaj metalowe -wówczas były pozłacane, podobnie jak ramy tych malutkich okienek w wieżyczkach wokół dachu.

Nie możemy dostrzec tego z dołu w pełni, ale korona jest naprawdę bardzo misternie wykonana:

zdjęcie stąd

W napisie wyrytym w miedzianej blasze AD 1666 HP nadal nie wiemy, co znaczą ostatnie dwie litery...
Na dwóch złotych guzach znajdują się herby mieszczańskie - to 2 najbogatszych sponsorów. Najwięcej dał kupiec Piotr Antoni Pestalocci, a to kopia jego herbu z guza korony - no prosty w rycie to on nie jest...


Jaki z tego morał? Idziesz na spacer po Krakowie - nie wychodź z domu bez dobrej lornetki, bo można przegapić małe i większe cuda...

A na candy krakowskie można dalej zapisywać się tutaj. Zapraszam!

sobota, 3 marca 2012

Po amerykańsku

Wykorzystałam godzinkę, kiedy wszystkie ;) chłopaki spały po obiedzie i zrobiłam mufinki z przepisu z ostatniego poradnika domowego ( przepisy z cyklu 'bananowy raj').

Już dawno dostałam duży słój wspaniałego masła orzechowego ( dzięki ciociu Gosiu !!!!) i zastanawiałam się, co z niego zrobić - okazja nadejszła:


Ponieważ nigdy nie próbowałam żywego masła orzechowego, najpierw zjadłam małą łyżeczkę. To po prostu zmielone orzechy arachidowe ( ziemne). Smak specyficzny, ale bardzo mi się spodobał, bo te orzechy lubię.
Amerykanie smarują nim tosty i używają do ciast i deserów, u nas ze smarowideł zdecydowanie bardziej znane sa dżemy, powidła i kremy orzechowe typu nutella.

Ciasta wychodzi dużo - upiekłam 12 sztuk i wyszły jak spore bułeczki, ciasto nie rośnie jakoś strasznie, jest bardzo wilgotne.Dominuje smak masła orzechowego. Nie ma tego w przepisie, ale ja polałam swoje gorzką polewą czekoladową. Można je przekroić albo udekorować nutellą lub słodką marmoladą. Propozycja dla smakoszy masła o. zdecydowanie na śniadanie z kawą lub sokiem pomarańczowym albo na drugie śniadanie do pracy - bardzo syte! Taki indeks glikemiczny można młócić tylko przed południem, bo potem niestety idzie w boczki albo w tył...

 

Inauguracja ogródka

Jak ogłosili dziś w Kronice Krakowskiej w TV - w Krakowie wiosna na całego!

Wyszliśmy dziś do ogródka na czas krótki, ale treściwy, bo słoneczko piękne i trzeba trochę zahartować Jaśka ( ostatnio był na polu chyba we wrześniu...).
Po ogólnym brykaniu i skakaniu przyszła pora na porządki:


Musiałam uważać,żeby dziady nie sprzątnęły paru pięknych wiosennych drobiazgów, bo trochę ich ponosiło...


Cudny dzień! Podobno jutro powtórka :)

piątek, 2 marca 2012

W Krakowie - Nie tylko hejnał

Hejnał z wieży Mariackiej jest tak popularną melodią w Polsce,że zna go chyba każdy. Od 1927 roku nadawany przez pierwszy program Polskiego Radia o 12:00, wydawany kiedyś na pocztówkach dźwiękowych- minipłytach, zamieszczany w pozytywkach. Dziś najczęściej w kartkach z pozytywkami, jakie możemy kupić w Krakowie.
Prosta melodia oparta na pięciu dźwiękach, którą można zagrać na każdym chyba instrumencie, bardzo charakterystyczna i w pewnym momencie urwana.Tak, tak - wszyscy wiemy!- podniosą się głosy - znamy legendę o przerwanym hejnale! Ja też:) ale mam nadzieję,że jeszcze was czymś zadziwię.
fot. Andrzej Szełęga

Najpierw o hejnale jako takim. Z jęz. węgierskiego- hejnat- jutrzenka,świt, poranek, początkowo był grany jako pobudka. Wieża Mariacka od początku traktowana była jako punkt obserwacyjno-strażniczy. W XIV i XV w. trąbiony był o świcie i zachodzie słońca - oznajmiał pojawienie się i znikanie światła. O świetle jeszcze kiedyś będzie, więc się teraz nie rozpisuję. Prawdopodobnie w XVI wieku ustalono,że będzie trąbiony na cztery strony świata co godzinę. Było też tak, że strażnik rano i wieczorem hejnałem dawał znak do otwarcia i zamknięcia murów miejskich, a trębacze z murów również mu hejnałem potwierdzali te czynności. Trębacz składał też przysięgę, trąbienie traktowane było nie tylko jako służba miastu, ale jako misja i modlitwa: "Przysięgam,że będę wiernie przez całą służbę wygrywał hejnał na cześć Najświętszej Maryi Panny z wieży kościoła pod jej wezwaniem".

Wracam do legendy. Wytłumaczenie urwania się melodii i stworzenie legendy o tatarzynie, który postrzelił alarmującego trębacza jest dziełem Anieli Prószyńskiej, która oprowadzając swojego przyjaciela amerykanina Erica P. Kelly'ego całą historię wymyśliła. Nie wiem, czy na poczekaniu, ale facet ( nie mówiący po polsku) tak się zachwycił Krakowem i jego niezwykłościami,że w roku 1928 wydał w Stanach książkę The Tumpeter of Cracow, gdzie po raz pierwszy zamieścił tę legendę na piśmie.Zwracam uwagę,że jest to wiek dwudziesty.Pani Aniela musiała być niesamowitą przewodniczką i miec gadane jak mało kto:)  Krakowianie o tej legendzie dowiedzieli się dopiero w latach XXX dwudziestego wieku i od tej pory wszyscy w świętą strzałę wierzą jak w cudowny obraz i nikt nie podważa autentyczności faktu który przecież wydarzył się naprawdę :)

A dziś? Trębaczem jest strażnik miejski. Gra na 4 strony świata - najpierw w kierunku Wawelu - dla króla, potem w stronę Ratusza- dla burmistrza i rajców, następnie w kierunku Bramy Floriańskiej i Barbakanu - dla wjeżdżających gości, w końcu zwraca się ku Małemu Rynkowi- kiedyś dla kupców i handlarzy, dziś dla komendanta:). Trębacz wchodzi na 81-metrową wieżę po 239 stopniach ( wolę nie myśleć o jego potrzebach toaletowych, bo mnie zgroza ogarnia...).Znalazłam taką informację z 2011 roku o możliwości zwiedzania:
Na Wieżę Mariacką będzie można wchodzić w każdy wtorek, czwartek i sobotę w godzinach:9:00–11:30 i 13:00–17:30 (z wyjątkiem 3 maja i 23 czerwca ). Bilety można kupić przy wejściu na wieżę, od strony ul. Floriańskiej. Ceny biletów:5 zł – bilet normalny, 3 zł – dzieci i młodzież do lat 15.
Jeśli dowiem się jak to będzie w tym roku - uaktualnię i poinformuję.

Z Mariackiej wieży płynęła i nadal płynie nie tylko melodia hejnału.
Przed II wojną światową ( która niestety tę i inne tradycje brutalnie przerwała) codziennie w maju między 6 a 7 rano dwóch trębaczy wygrywało melodie godzinek i innych maryjnych pieśni na cześć patronki kościoła. Akcja finansowana była z datków krakowian.
( na marginesie dziś takie melodie w maju wygrywają o równych godzinach kuranty  z wież kościoła św. Floriana- tego zaraz obok Galerii Krakowskiej- bardzo warto posłuchać!)
Trębaczami zawsze byli i są nadal mężczyźni. Wyjątek zrobiono tylko raz - w sylwestra 1993 r. o północy na Nowy Rok hejnała odegrała studentka Akdemii Muzycznej Anna Kula.
W sprawach dotyczących żałoby narodowej z powodu śmierci tradycją jest granie pieśni 'Łzy matki'- było tak w przypadku śmierci papieża Jan Pawła II i np. tragedii smoleńskiej. Co do samego papieża ustanowiono nową tradycję - w pierwszą sobotę miesiąca o 21.37 grana jest pieśń 'Barka'.
Niezwykłe było też odegranie przez Tomasza Hernika na trąbce piosenki 'Ocalić od zapomnienia' Marka Grechuty w 3 rocznicę jego śmierci - 9 X 2009 r.
tutaj możecie tego posłuchać.

Ogólnie to trębaczom współczuję. Dopiero od niedawna na wieży jest gaz i prąd.Gołębie i ich skutki uboczne wszędzie.Wieje i leje, a grać trzeba. Korniki i inne robactwo...Jak usłyszycie kiedyś hejnał będą pod wieżą, nagrodźcie go brawami. Tradycja tradycją, a służba ciężka. Może choć poklask ucieszy strażnika  tam na górze, gdzie widoki są naprawdę nieziemskie... Sprawdźcie kiedyś sami !

zdjęcie stąd

Jeszcze tylko przypomnę, że na cady krakowskie można zapisywać się tutaj, a liczba krakowskich przedmiotów do wygrania rośnie. Są piękne!
Na razie nikt nie zwerbalizował swojego krakowskiego marzenia. Zapewniam- marzyć warto!


Oficjalne rozpoczęcie wiosny

Znowu piszę skokowo, bo sama za sobą nie nadążam, że o życiu nie wspomnę. A oficjalne uroczystości miały miejsce na imieninach Doroty, które ona normalnie obchodzi we wrześniu, ale wtedy jest taki galimatias z dziecmi, że nie ma czasu na spotkania, więc spokojnie obchodzimy je w lutym. Dorota ma radochę 2 razy w roku, a my powód do świętowania i jest super.

Tym razem spotkałyśmy się przytulnym mieszkanku Uli. Pierwszy dzień, kiedy naprawdę powiał cieplutki wiatr, wyszło wiosenne słoneczko, lazurowe niebo i chciało się żyć od rana do wieczora!
Widok z okna był tak fajny,że nawet widać było dalekie góry ( jeszcze nie Tatry, co się zdarza, ale góry niższe)


 Bardzo dziękuję przy okazji za komentarze - jak to dobrze wiedzieć, że ktoś inny też czeka na wiosnę! Bo myślałam,że to tylko ja taka wariatka- chodzę i za kwiatkami się rozglądam...

Ula pięknie nakryła stół i przygotowała królewskie przyjęcie. Zwracam uwagę na genialny pomysł świeczników zrobionych jabłek - niby oczywista rzecz i jabłko każdy w domu ma, a jakie ładne! ( pachną jak się rozgrzeją!):


Dla solenizantki była to niespodzianka, bo w natłoku swoich zajęć również wyleciało jej z głowy,że to już:) Były prezenty...


i torcik. Po sukcesie marchewkowego, o którym pisałam kilka postów wcześniej, postanowiłam go powtórzyć w wersji małej na 20 cm tortownicę i innej wiosennej dekoracji. Smakował nam ( a przede wszystkim Dorocie) bardzo! Przepis stąd .


Przez 2 godziny nie da się niestety wyczerpać wszystkich tematów z okresu 2 miesięcy, kiedy się nie widziałyśmy, ale próbowałyśmy ostro :)))

Przy okazji poznałyśmy nową pasję Uli - robienie biżuterii. Mam nadzieję,że dostanę zdjęcia, to wtedy zaprezentuję je u mnie na blogu i sami zobaczycie jaka ładna! Komplet od Uli nosi na sobie Dorota - pierścionek i naszyjnik.

Zjadłyśmy pyszną sałatkę z chińskich zupek podaną z kromkami tostowymi na gorąco ( przepis na końcu posta a zdjęcie poniżej), paluszki z ciasta francuskiego z serem oraz francuskie paszteciki z farszem z kapusty.


Staramy się dawać sobie przy okazji spotkania różne drobiazgi. Tym Razem Dorota powaliła nas na kolana - dostałyśmy wiosenny zestaw detoksykujący - zieloną herbatkę+ cukier trzcinowy,wodę mineralną oraz bardzo orginalne owoce tamaryndowca indyjskiego ( nabyte w obecnej ofercie lidla). Zobaczyłam je po raz pierwszy. Już zjadłam - dobre! Smakują jak kwaskowy dżemik. Nie wiedziałam, że tamaryndowiec ma tak wszechstronne zastosowanie i jest ulubionym pożywieniem małp :)


Info o tym przeciekawym owocu tutaj. Kupcie i spróbujcie, jeśli macie Lidla w pobliżu.

Jaka szkoda, że tak rzadko sa takie fantastyczne dni! Nabrałyśmy mega energii i tak się sobą ucieszyłyśmy, że możemy teraz góry przenosić! Zaczniemy od małych. Ja np. przerobiłam już górę prania, a jutro zabieram się za górę kurzu - zobaczymy jak mi pójdzie :)



Obiecany wcześniej przepis Uli:

Sałatka z chińskich zupek:

- podwójna pierś z kurczaka
- przyprawa gyros/kebab
-2 chińskie zupki z makaronem kurczakowe - łagodne lub ostre
- kukurydza
-papryka czerwona
- ulubiony majonez
- ostry ketchup

mięso poroić w drobną kostkę i podsmażyć na patelni razem z przyprawą gyros.Majonez wymieszać z ketchupem tworząc sos. Wymieszać kukurydzę, pokrojona w kosteczkę paprykę, pokruszone zupki razem z dołączonymi przyprawami.Wymieszać wszystko razem w misce i pozostawić na noc, aby makaron wchłonął wilgoć z majonezu. Podawać. Jeść.Mniam!

Jak widać jest to doskonała baza do sałatki naszych marzeń, bo można modyfikować stopień ostrości, dodać ulubione przyprawy i uzupełnić o warzywa, które lubimy. Najważniejsze są zupki chińskie i sos. Mnie wersja Uli bardzo smakowała. Mniam mmniam.

A w jakiejś kolorowej gazecie przeczytałam wywiad z Piaskiem - Andrzejem Piasecznym. Jak to mówi mój Jasiek ' nie uwielbiałam' go i nie do końca zgadzałam się z jego poglądami. Wywiad okazał się bardzo ciekawy! Piasek powiedział fajną rzecz:
' Zauważanie tego, co nam przynosi chwile szczęścia, to właśnie jest prawdziwe szczęście' - i tu się zgadzamy w zupełności.

Wszystkim wam wiosny w sercu życzę!

wtorek, 28 lutego 2012

Prawie wiosna!

Nieodmiennie co roku cieszą mnie przebiśniegi, bo pokazuja, że do ciepłych dni już bliżej niż dalej.
Dla wszystkich tęskniących jak ja za wiosną - bukiet z mojego ogrodu:



w promocji znaczenie ( według mowy kwiatów) - finezja, zdumienie, przekonaj mnie do siebie.

Kiedyś mowa kwiatów, to było coś.
Nawet zwykłe polne roslinki miały swoja wymowę i dając komuś bukiet przekazywało się szyfrem jakąś wiadomość. Dziś oprócz tego, że róża czerwona to 'kocham gorąco', mało kto się tą symboliką przejmuje. Po prostu inne czasy, inne obyczaje.

Fajnie byłoby jednak dostać kiedyś z okazji lub bez okazji taki bukiet, który jest skomponowany właśnie pod tym kątem i który zawiera wiadomość tylko dla moich oczu...Pomarzyć warto.

A tutaj fajna strona właśnie o kwiatowej mowie. Jak możemy przeczytać nawet ogórecznik ma coś do powiedzenia :) I choć bardzo lubie bazylię w kuchni, nie chciałabym jej dostać w bukiecie!

I jeszcze znaleziony wierszyk ( nie zawsze musi być Mickiewicz),tak na kilka sekund zadumy.
A może na więcej?

Randez-vous z przebiśniegiem

No nie bądź smutna – zadzwonię
Za firanką północy chłód
Masz rację - przecież zawsze na koniec
Jest dobranoc w symfonii nut

No nie bądź smutny – napiszę
Staroświecki liryczny wiersz
Z przebiśniegiem co budzi ciszę
Dzwonkiem wiosny witając zmierzch

A kiedy wrócisz – zapytam
Jak było nad marzeń brzegiem
Na firance północy przeczytasz
O randez-vous z przebiśniegiem


Aleksandra Tarkowska

Na koniec legenda.
Podobno pierwszy przebiśnieg zakwitł po wygnaniu Adama i Ewy z ogrodu Eden.
Była zima i zeby pocieszyć naszych pierwszych rodziców anioł obiecał im wiosnę:zaczął chuchać na spadajace płatki śniegu, które dotykając ziemi zmieniły się w cudowne białe kwiaty - przebiśniegi.


Oby do wiosny!






niedziela, 26 lutego 2012

W Krakowie - Dzwonek za konających

Z tym zabytkiem zetknęłam się na studiach jeszcze, a żeby było śmieszniej na angielskim prowadzonym przez historyka i znawcę języka staroangielskiego:).

To typowa historia - idziesz ze wzrokiem na jednym poziomie i nie widzisz tego, co w górze.
Są jedynymi tego typu zabytkami występującymi tylko w Krakowie!
Dzwonki do dnia dzisiejszego zachowały się trzy, wszystkie pochodzą z XVIII.

Znajdują się one na fasadzie południowej wieży kościoła Mariackiego, fasadzie kościoła Dominikanów, ścianie klasztoru Reformatów - tu z tablica informującą o odpuście i datą zawieszenia 1837:
„DZWONEK ZA KONAIĄCYCH Z ODPUSTEM CZTERDZIESTODNIOWYM OD STOLICE SWIETEY RZYMSKIEY APOSTOLSKIEY POZWOLONYM WYSTAWIONY R.P. 1750”

Na fasadzie kościoła św.Floriana przetrwało jedynie wiązanie dzwonka.
    
„Towarzyszyły one godzinie konania. By skrócić straszliwe nieraz męki konania, nie tylko zanoszono przy łożu umierającego modły do Boga; istniał zwyczaj dzwonienia w niewielki dzwoneczek, wiszący kiedyś przy każdym kościele, tak parafialnym, jak zakonnym. Nazywano go dzwonkiem „za konających”. Ta bowiem ciężka chwila, kończąca człowieczy żywot, jest nader często dies magna et amara valde – dniem ciężkim i pełnym męczarni. Wzywano wówczas patrona konających, św.Dyzmę, dobrego łotra, który zawisł na krzyżu po prawicy Zbawiciela, a któremu Ten przyrzekł: „Zaprawdę powiadam ci: Dziś ze mną będziesz w raju” (Łk 23, 43).Lud powiadał – „o święty Dyzmo, łotrze pokutujący, najwyborniejszy patronie, bądź mi opiekunem, kiedy konający biedzić się będzie przy zgonie”. I wówczas, gdy kto pasował się ze śmiercią długo, posyłano do najbliższego kościoła z błagalną prośbą o zadzwonienie w ów mały dzwoneczek „za konających”.Rozlegał się wówczas delikatny, smętny głos dzwonka, pociąganego za sznurek czy rzemień przez zakrystianina, bądź braciszka zakonnego. Na głos dzwonka przechodnie odmawiali Anioł Pański (…) Gdy ustawał głos tego dzwonka, głęboko kiedyś wierzono, że jego jękliwy ton pozwolił konającemu zakończyć męczarnie, a jego dusza stawała już na sąd boski.Dzwonienie za konających Stolica Apostolska obdarzyła czterdziestodniowym odpustem dla tych, którzy odpowiadając na dźwięk dzwonu, modlić się będą o lekkie skonanie dla innych. Dzwonienie za konających – o czym wiadomo ze źródeł – było już praktykowane w Norymberdze w XV stuleciu i stamtąd obyczaj ten przeniósł się do naszego kraju. W Krakowie praktykowano go jeszcze w okresie dwudziestolecia międzywojennego w XX wieku. Umieszczone w miejscu przystępnym dla przechodnia, co umożliwiało ongiś szybkie dzwonienie, wiszą przeważnie na ścianie kościelnej, najczęściej pozbawione już sznura czy paska rzemiennego. Zapomniano także o ich skutecznym działaniu”.
Michał Rożek – „Sekrety Krakowa” Wydawnictwo WAM 2008

Dziś dzwonki milczą. Nie słyszałam ( odkąd o nich wiem) o użyciu żadnego z nich. Jako kolekcjonerka dzwonków i wielka ich miłośniczka tęsknię za tym czasem, kiedy można było ich używać. Dzwonki są jak najbardziej sprawne do dnia dzisiejszego, ale pozostają bez sznurków. Może i dobrze, bo zaraz zrobiono by z tego zabawkę i podważono sens takiej tradycji.

Dla mnie są niesamowite. Szkoda, że współcześnie nie ma choć jednego dnia, kiedy możnaby było ich użyć...

Gdy będziecie spacerować blisko wymienionych wyżej miejsc zadrzyjcie porządnie głowę, to je zobaczycie i odmówcie wieczny odpoczynek za wszystkich bliskich sercu, którzy są już po drugiej stronie.

Na zdjęciu od lewej dzwonki:  fasada Kościoła Mariackiego i fasada Reformatów.

Candy krakowskie spełniające marzenia jakiego nie było !!!!

Dla wszystkich stałych, okazjonalnych i nowych czytelników ( którzy mam nadzieję zmienią status na stałych:)) - ogłaszam candy!

Wymarzyło mi się candy jakiego jeszcze nie było. I mam nadzieję,że takie też będzie również dla was - wyjątkowe.
Ponieważ mieszkam w Krakowie i nie wyobrażam sobie innego miejsca do życia na ziemi, ponieważ bardzo lubię ten 'mały świat', gdzie wszyscy się znają i gdzie wszędzie blisko, ponieważ bardzo lubię różne ciekawostki i niepowtarzalną krakowską atmosferę - chcę się z wszystkimi chętnymi podzielić jej częścią materialna i niematerialną. Oto jak będzie:

Przez okres 1 miesiąca będę oprócz postów tradycyjnych zamieszczać takie, w których znajdziecie ciekawostki o Krakowie. Wybrałam z pomocą mojej przyjaciółki - przewodnika te mniej popularne, a myślę,że bardziej fajne. Kto mieszka w Krakowie mam nadzieję,że nie wszystkie zna, kto nie mieszka - liczę, że się zadziwi i zachwyci jak ja - to jest to dobro niematerialne.

Co do nagrody w candy - po pierwsze i podstawowe jest nią:
- jedna godzina spaceru z przewodnikiem ( moją przyjaciółką) po Krakowie w dowolnym miejscu i czasie dogadanych przez obie strony do końca 2012 roku ( bilety wstępu we własnym zakresie zwycięzcy)
oraz:
- kilka pięknych i oryginalnych drobiazgów bardzo ściśle związanych z Krakowem
- realizacja propozycji osoby, która wygra

Już tłumaczę.
Godzina z przewodnikiem - chyba jasna. Może to być oczywiście grupa osób na czele  ze zwycięzcą. Patrząc na obecne ceny przewodnickie wydaje mi się ,że jest to nagroda bardzo wartościowa. Oczywiście, jeżeli zwycięzca będzie spoza Krakowa i nie będzie planował przyjazdu w najbliższym roku - jasna sprawa. Najlepiej napisać od razu, chociaż myślę,że byłaby to niezła motywacja choćby do spędzenia weekendu w Krakowie, jesli nie dłużej:)

W paczce, którą zwycięzca otrzyma znajdzie się też parę drobiazgów naprawdę pięknych i pysznych.
Jeśli macie jakieś propozycje co mogłoby się w niej znaleźć napiszcie w komentarzu.Ma to być ściśle związane z Krakowem w dowolny sposób. Jeżeli wylosuję daną osobę, która złożyła taką propozycję, to postaram się spełnić i to marzenie.

Tradycyjnie dla każdego - nagroda pocieszenia- niespodzianka:)


WARUNKI CANDY:
- może wziąć udział ABSOLUTNIE KAŻDY
-napisz POD TYM POSTEM komentarz o dowolnej treści, jeśli masz propozycję, co można dołożyć do wygranej napisz również:) może to twoje marzenie spełnię?
- PODAJ SWOJEGO MAILA - komentarze bez adresu mailowego nie będą brane pod uwagę - przepraszam. Jeśli nie masz własnego maila, podaj adres mailowy bliskiej osoby.
- jeśli masz bloga, umieść proszę info+zdjęcie o moim candy w pasku bocznym i podaj adres www swojego bloga,żebym mogła tam zaglądnąć i poznać co robisz
- TERMIN WPISYWANIA KOMENTARZY UPŁYWA 24 MARCA 2012:)
-losowanie odbędzie się następnego dnia - 25 marca

Liczę na duży odzew i poznanie nowych osób i blogów!

Jednocześnie zwracam się do wszystkich tych, którzy chcieliby się pochwalić własnymi wyrobami, albo mają coś wyjątkowego związanego z Krakowem, co mogłabym dołożyć do paczki dla zwycięzcy. Jedną rzecz już dostałam - dzięki Marta! Jeśli macie takie rzeczy - piszcie na maila. Zapraszam i z góry za dary dziękuję.

Pozdrawiam i zachęcam wszystkich!

Randka z Muppetami

Po raz kolejny (5, słownie: piąty od urodzenia Jaśka) udało się dzięki wyekspediowaniu dzieci we wcześniej ustalone miejsce ( siostro jesteś boska, obyś żyła wiecznie!) wyjść we dwoje z domu.
Polecieliśmy na zaległy seans filmowy, czyli klimat rozrywkowy. Kto lepiej zna się na rozrywce jak Muppety?

Oczywiście jako zagorzała fanka nabyłam zestaw:


Kubek pewnie zchachmęci któryś z chłopaków, ale Kermita nie dam! Jako mój idol będzie mi towarzyszył przy pisaniu postów. Od dziś zostaje uroczyście mianowany patronem mojego bloga!!!!

Ad rem.Muppety znane od późnego dzieciństwa, wyczekiwane na drugim programie, zaskakujące, z niesamowitymi gagami i poczuciem humoru to coś, co lubię i będę długo pamiętać. Jim Henson z rodziną tworząc Muppety zrobił coś tak jedynego w swoim rodzaju,że każda z głównych postaci ( a jest ich tam sporo!) stała się swego rodzaju ikoną. Sekret tkwi nie tylko w specyficznym i niepodobnym do niczego wcześniej wyglądzie lalek, ale przede wszystkim w stworzeniu postaci niesamowitych, bohaterów z krwi i kości ( szmaty i drutu?), którzy są bardzo podobni do ludzi, jakich spotykamy na co dzień. Mają wady i zalety, lepsze i gorsze dni. Wszystkich łączy miłość do teatru, gdzie występują i rozrywkowe usposobienie.

Film, który obecnie jest wyświetlany ( dlaczego tylko w Multikinie?) jest pełen Muppetów, ale jest to zdecydowanie bajka dla dzieci i tu mnie bardzo zawiódł. Bo 'prawdziwe', klasyczne Muppety to rozrywka dla każdego w każdym wieku. Tu niby tak jest, ale scenariusz wyraźnie wskazuje na młodszego odbiorcę, a starym koneserom zostają tylko drobiazgi.Strona filmu tutaj .

Muppety poznajemy dopiero po pierwszym rozdziale historii, w którym maskotka- chłopak Walter i jego brat Gary razem dorastają, męzczyzna zakochuje się w kobiecie ( Mary) i na dziesiątą (!) rocznicę związku zabiera ją do Hollywood. Zabiera też swojego brata- Waltera, absolutnego fana Muppetów. Podczas zwiedzania dawnego, szmat czasu nieczynnego studia nagrań słynnych show, dowiaduje się,że milioner Richman chce przejąc teatr Muppetów, aby na jego miejscu rozpocząć odwierty naftowe. Walter razem z Garym  i jego dziewczyną szukają Kermita, aby on skrzyknął na nowo całą ekipę i zrobił przedstawienie na żywo, które dałoby 10 milionów $, aby uratować teatr. Są też konkurencyjne Mupety ( przez jedno 'p'), które zagrażają słynnej trupie. Wszystko bardzo kolorowe, rozśpiewane i...przewidywalne do bólu.
Tego mi właśnie szkoda. Można było z tego zrobić prawdziwe widowisko. Może zabrakło Jima Hensona? Film skierowany jest do dzieci i młodzieży, na których najłatwiej zrobić kasę wciskając im gadżety ( i takiej starej torbie jak ja też:)), ale można to zrobić fajnie i z klasą, a można byle jak. Według mnie klasy trochę brakuje w wersji amerykańskiej. Oczywiście są momenty wspomnień z dawnych show, jest kilka motywów nowych, kilka fajnych scen, ale nie jest to przedstawienie pełną gębą, jakie kiedyś smieszyło mnie do łez.
Absolutnie wspaniałe są dwie rzeczy animacja kukiełek i dubbing polski. Miodzio!

Jako zagorzała fanka Kermita trudno mi się pogodzić z myślą, że są razem z Miss Piggy...

Dla koneserów i dla tych, co chcą z dzieckiem iść do kina, a nie wiedzą na co. Wtedy fajne.

Nie przejęliśmy się zbytnio poziomem filmu, tylko spokojnie korzystaliśmy z błogostanu czasu bez dzieci ( jako wyrodni rodzice myślący o swoich potrzebach - a,fe!) i podreptaliśmy spacerkiem oczywiście do Chimery na ul. Św Anny. Chyba zaczną mi płacić,że o nich piszę :)
Jedzenie mają tak różnorodne,że chyba każdy coś wybierze.Ja pozostałam wierna sałatkom. Mniam!