Co przedstawia poniższa scenka rodzajowa?
Zaznaczam,że to zadanie dla ambitnych. Czekam na komentarze.
Rozwiązanie w niedzielę wraz z dalszą historią!
motor
Walentynki są codziennie, tylko my obchodzimy je raz do roku...
piątek, 25 marca 2011
Pierwsze zebranie
Byłam po raz pierwszy w przedszkolu na wywiadówce w sprawie Jaśka, który będzie do niego chodził od września.
Dziwne uczucie. Zawsze musi być ten pierwszy raz :)
Atrakcji w placówce nie brakuje.
Żeby tylko chciał tam chodzić i nie chorował...
Tu będziemy się bawić i uczyć razem już od czerwca:
http://www.krainausmiechu.pl/
Dziwne uczucie. Zawsze musi być ten pierwszy raz :)
Atrakcji w placówce nie brakuje.
Żeby tylko chciał tam chodzić i nie chorował...
Tu będziemy się bawić i uczyć razem już od czerwca:
http://www.krainausmiechu.pl/
Sezon placowy rozpoczęty !
Jak na załączonych obrazkach. Postanowiliśmy ze Staszkiem odwiedzić ulubiony plac zabaw. Nauczył sięjuż sam wchodzić i zjeżdżac po zjeżdżalni i nie mogłam dziada do domu wyciągnąć...
Wiosenne mufinki
Postanowiłam zrobić raz jeszcze sprawdzone mufinki czekoladowo- miętowe w nowej odsłonie.
Przepis oczywiście stąd. Dodałam jak w oryginale kilka kropli zielonego barwnika i ciasto nałożyłam do malutkich papilotek.A na wierzchu ,żeby było bardziej czekoladowo i bardziej miętowo posmarowałam resztką białej roztopionej czekolady i posypałam utarta połową czekolady miętowej Wawelu. Dodają do niej liście mięty, więc pachnie obłędnie!!! Otrzymałam 36 minimufinków i 3 duże ( zabrakło mi małych papilotek).
Wnioski?
Według miętowej maniaczki te mufiny nie nadają się do małych foremek- trzeba skosztować po prostu dużej buły- o takiej:
żeby zachwycić się smakiem ( małe kąski nie oddają miękkości i aromatu, choć wyglądają ładniej i są naprawdę pyszne), uważam że zielony barwnik się sprawdza.
A oto efekty - grasz w zielone? Gram! Masz zielone? Mam!
Przepis oczywiście stąd. Dodałam jak w oryginale kilka kropli zielonego barwnika i ciasto nałożyłam do malutkich papilotek.A na wierzchu ,żeby było bardziej czekoladowo i bardziej miętowo posmarowałam resztką białej roztopionej czekolady i posypałam utarta połową czekolady miętowej Wawelu. Dodają do niej liście mięty, więc pachnie obłędnie!!! Otrzymałam 36 minimufinków i 3 duże ( zabrakło mi małych papilotek).
Wnioski?
Według miętowej maniaczki te mufiny nie nadają się do małych foremek- trzeba skosztować po prostu dużej buły- o takiej:
żeby zachwycić się smakiem ( małe kąski nie oddają miękkości i aromatu, choć wyglądają ładniej i są naprawdę pyszne), uważam że zielony barwnik się sprawdza.
A oto efekty - grasz w zielone? Gram! Masz zielone? Mam!
Zróbcie je koniecznie- są przepyszne !!!!
wtorek, 22 marca 2011
Pierwszy wiosenny sabat
Zgodnie ze świecką tradycją spotkań co kilka/ kilkanaście tygodni dziś urządziłyśmy u mnie spokojny jak nigdy sabat. Przy brownie i tostach oczywiście :)
Każda z głową pełną pomysłów i wrażeń. Dzieci było wyjątkowo mało i dlatego cisza, spokój i niespieszne rozmowy o codziennym życiu i co się darzyło jak się nie widziałyśmy. Ech...
A jak to na wiosnę - kwitną kwiaty ( u mnie w ogrodzie!!!!!!) i kobiety!
Małe ( ale piękne!)
I te duże
Umówione na wyprawę do ikei w przyszłym tygodniu już nie możemy się doczekać na kolejne pogaduchy!
Dzięki dziewczyny za wspaniałe przedpołudnie!
Każda z głową pełną pomysłów i wrażeń. Dzieci było wyjątkowo mało i dlatego cisza, spokój i niespieszne rozmowy o codziennym życiu i co się darzyło jak się nie widziałyśmy. Ech...
A jak to na wiosnę - kwitną kwiaty ( u mnie w ogrodzie!!!!!!) i kobiety!
Małe ( ale piękne!)
I te duże
Umówione na wyprawę do ikei w przyszłym tygodniu już nie możemy się doczekać na kolejne pogaduchy!
Dzięki dziewczyny za wspaniałe przedpołudnie!
poniedziałek, 21 marca 2011
Zima w czerwieni - wydarzenie w stolicy
Wszystko przez Justynę - ona zareklamowała, ona pojechała i zobaczyła. Ja tu tylko piszę i reklamuję.
najsampierw - artykuł z Życia Warszawy:
W trójkącie, czyli krajobraz z czerwoną sukienką w tle
Agnieszka Rataj 20-03-2011, ostatnia aktualizacja 20-03-2011 21:51
Ich dwóch, ona jedna. Miłosny trójkąt pojawia się na scenie eksperymentalnej teatru Rampa w produkcji „Zima w czerwieni” Grupy Verte.
Skromne przedstawienie doszło do skutku dzięki determinacji młodych twórców ze spontanicznie powołanej do istnienia Grupie Verte. Zaskakujące, że udało im się wystawić tę sztukę w Rampie, kojarzącej się jednak z innym repertuarem.
Dramat Adama Rappa w wykonaniu młodych aktorów to subtelny portret trójki ludzi zaplątanych we własnych emocjach. Dwóch przyjaciół, Matta i Daviesa, poznajemy w Amsterdamie. Obaj sprawiają wrażenie studentów korzystających z życia. Stopniowo jednak odsłania się przed nami bardziej skomplikowany związek ich relacji, w której mieszają się w równych proporcjach przyjaźń, nienawiść, zazdrość i współczucie.
Prostytutka Christine pojawi się w ich życiu jako doraźny lek na problemy. To ona stanie się dla obu katalizatorem, który doprowadza do zrzucenia przybranych wobec innych beztroskich masek. Choć sama początkowo gra niespełnioną francuską artystkę, najszybciej odsłoni prywatne emocje. I równie szybko przegra, bo w tej rozgrywce utrzymają się tylko ci, którym najdłużej udaje się zachować pokerową twarz.
Temperaturą emocji i napięciem między trójką bohaterów przedstawienie może kojarzyć się chwilami z „Closer” Patricka Marbera. Podobnie jak w tym dramacie, uczucia stają się przedmiotem wymiany, który w każdej chwili można odłożyć na półkę albo zamienić na inne. Reżyserka „Zimy w czerwieni” Karolina Kirsz delikatnie buduje świat pustki emocjonalnej Matta, Davisa i Christine, którym maski pozorów na stałe przyrosły do twarzy. Tylko w niemych, rozgrywanych powolnie w rytmie muzyki scenach możemy na chwilę zajrzeć w ich wnętrza, gdzie skrzętnie ukrywają rozpaczliwą tęsknotę za bliskością.
„Zima w czerwieni”, dramat Adama Rappa, reż. Karolina Kirsz, wyk. Katarzyna Czapla, Konrad Bugaj, Piotr Tołoczko, teatr Rampa, ul. Kołowa 20, bilety: 20 – 25 zł, rezerwacje: tel. 22 679 89 76, najbliższe spektakle: 27 – 28.03, godz. 19
A teraz wrażenia Justyny ze spektaklu granego w sobotę 19 marca ( świeżutki mail nadesłany dziś!):
Zima w czerwieni ...
już sam tytuł kojarzy się z czerwonym elementem. Można przypuszczać, że chodzi o płaszcz w kolorze czerwonym albo piękną suknię. Oczywiście jest to tylko rekwizyt służący pokazaniu głębi,uczuć,działania,relacji głównych bohaterów jak i postawy
to "zima" w czerwonym płaszczu, sukni, to chłód a zarazem żar uczuć
To opowieść o dwóch przyjaciołach tak różnych, że aż dziwne, że potrafią budować wspólne relacje.
To twardy, rozwiązły i pewny siebie Davis oraz ciepły, cichy, nieśmiały, zagubiony, a jednocześnie obdarty z marzeń Matt.
W ich życiu pojawia się Christina, która dla Davisa jest tylko przelotną Panią do towarzystwa, natomiast dla Matta staje się źródłem nagłych, namiętnych uczuć, pragnień i marzeń. Niestety Christina lokuje swoje uczucia w bezwzględnym, przebojowym, głośnym i nieczułym Davisie, nie rozumiejąc, że jest tylko zabawką w Jego rękach i za chwilę zostanie brutalnie odtrącona i poniżona. Nie zauważa prawdziwych uczuć Matta, który zaczyna obdarzać ja młodzieńczą, czysta miłością nie będąc w stanie w żaden sposób ją skrzywdzić, wręcz poświęcić wszystko by pomóc jej gdy dowiaduje się o jej chorobie.
Historia każdego z bohaterów jest tragiczna, niespełniona, a jednocześnie można odnaleźć w niej prawdę o ludzkim postępowaniu i bezwzględności.
Z punktu widzenia widza to trójkąt sytuacyjny, trójkąt miłosny bardzo nieszczęśliwych młodych ludzi, ludzi, którzy rozpaczliwie poszukują szczęścia. To budowanie relacji, chęci bliskości i bycia z kimś a jednocześnie bólu, odepchnięcia i zawiedzionych marzeń i pragnień. Coś co dla jednego jest przelotnym romansem i w gruncie rzeczy nic nie znaczącą chwilą, dla drugiego jest szansą na miłość, bliskość, powrócenie do normalności.
To sztuka współczesna w której tak bardzo widoczne są obecne relacje i postępowanie nie tylko młodych ludzi. To przedmiotowe traktowanie, połączone wyłącznie z chęcią posiadania które przeplata się z uczuciem z głębi serca i pragnieniem poświęcenia się dla kochanej osoby.
Ta sztuka jest na tyle niesamowita, że każdy z widzów jest w stanie odnaleźć w niej choć cząstkę siebie, część swojego życia, to wrażenie, że w niektórych scenach widzimy samych siebie, jednocześnie nie umiejąc się w tym odnaleźć.
Poruszająca a jednocześnie na swój sposób przerażająca wizja życia i traktowania uczuć ludzkich. Pokazuje w jak prosty sposób można stracić coś bardzo ważnego, w jak prosty sposób można stać się więźniem samego siebie na zawsze.
Polecam wszystkim, wspaniała sztuka i fantastyczna gra aktorska młodych, wspaniale zapowiadających się aktorów.
Ja tylko żałuję,że mnie tam nie było... ale może kiedyś zdarzy się jakiś cud czy coś innego i spektakl trafi do Krakowa.
Jeśli kto może niech idzie!!!!!
najsampierw - artykuł z Życia Warszawy:
W trójkącie, czyli krajobraz z czerwoną sukienką w tle
Agnieszka Rataj 20-03-2011, ostatnia aktualizacja 20-03-2011 21:51
Ich dwóch, ona jedna. Miłosny trójkąt pojawia się na scenie eksperymentalnej teatru Rampa w produkcji „Zima w czerwieni” Grupy Verte.
Skromne przedstawienie doszło do skutku dzięki determinacji młodych twórców ze spontanicznie powołanej do istnienia Grupie Verte. Zaskakujące, że udało im się wystawić tę sztukę w Rampie, kojarzącej się jednak z innym repertuarem.
Dramat Adama Rappa w wykonaniu młodych aktorów to subtelny portret trójki ludzi zaplątanych we własnych emocjach. Dwóch przyjaciół, Matta i Daviesa, poznajemy w Amsterdamie. Obaj sprawiają wrażenie studentów korzystających z życia. Stopniowo jednak odsłania się przed nami bardziej skomplikowany związek ich relacji, w której mieszają się w równych proporcjach przyjaźń, nienawiść, zazdrość i współczucie.
Prostytutka Christine pojawi się w ich życiu jako doraźny lek na problemy. To ona stanie się dla obu katalizatorem, który doprowadza do zrzucenia przybranych wobec innych beztroskich masek. Choć sama początkowo gra niespełnioną francuską artystkę, najszybciej odsłoni prywatne emocje. I równie szybko przegra, bo w tej rozgrywce utrzymają się tylko ci, którym najdłużej udaje się zachować pokerową twarz.
Temperaturą emocji i napięciem między trójką bohaterów przedstawienie może kojarzyć się chwilami z „Closer” Patricka Marbera. Podobnie jak w tym dramacie, uczucia stają się przedmiotem wymiany, który w każdej chwili można odłożyć na półkę albo zamienić na inne. Reżyserka „Zimy w czerwieni” Karolina Kirsz delikatnie buduje świat pustki emocjonalnej Matta, Davisa i Christine, którym maski pozorów na stałe przyrosły do twarzy. Tylko w niemych, rozgrywanych powolnie w rytmie muzyki scenach możemy na chwilę zajrzeć w ich wnętrza, gdzie skrzętnie ukrywają rozpaczliwą tęsknotę za bliskością.
„Zima w czerwieni”, dramat Adama Rappa, reż. Karolina Kirsz, wyk. Katarzyna Czapla, Konrad Bugaj, Piotr Tołoczko, teatr Rampa, ul. Kołowa 20, bilety: 20 – 25 zł, rezerwacje: tel. 22 679 89 76, najbliższe spektakle: 27 – 28.03, godz. 19
A teraz wrażenia Justyny ze spektaklu granego w sobotę 19 marca ( świeżutki mail nadesłany dziś!):
Zima w czerwieni ...
już sam tytuł kojarzy się z czerwonym elementem. Można przypuszczać, że chodzi o płaszcz w kolorze czerwonym albo piękną suknię. Oczywiście jest to tylko rekwizyt służący pokazaniu głębi,uczuć,działania,relacji głównych bohaterów jak i postawy
to "zima" w czerwonym płaszczu, sukni, to chłód a zarazem żar uczuć
To opowieść o dwóch przyjaciołach tak różnych, że aż dziwne, że potrafią budować wspólne relacje.
To twardy, rozwiązły i pewny siebie Davis oraz ciepły, cichy, nieśmiały, zagubiony, a jednocześnie obdarty z marzeń Matt.
W ich życiu pojawia się Christina, która dla Davisa jest tylko przelotną Panią do towarzystwa, natomiast dla Matta staje się źródłem nagłych, namiętnych uczuć, pragnień i marzeń. Niestety Christina lokuje swoje uczucia w bezwzględnym, przebojowym, głośnym i nieczułym Davisie, nie rozumiejąc, że jest tylko zabawką w Jego rękach i za chwilę zostanie brutalnie odtrącona i poniżona. Nie zauważa prawdziwych uczuć Matta, który zaczyna obdarzać ja młodzieńczą, czysta miłością nie będąc w stanie w żaden sposób ją skrzywdzić, wręcz poświęcić wszystko by pomóc jej gdy dowiaduje się o jej chorobie.
Historia każdego z bohaterów jest tragiczna, niespełniona, a jednocześnie można odnaleźć w niej prawdę o ludzkim postępowaniu i bezwzględności.
Z punktu widzenia widza to trójkąt sytuacyjny, trójkąt miłosny bardzo nieszczęśliwych młodych ludzi, ludzi, którzy rozpaczliwie poszukują szczęścia. To budowanie relacji, chęci bliskości i bycia z kimś a jednocześnie bólu, odepchnięcia i zawiedzionych marzeń i pragnień. Coś co dla jednego jest przelotnym romansem i w gruncie rzeczy nic nie znaczącą chwilą, dla drugiego jest szansą na miłość, bliskość, powrócenie do normalności.
To sztuka współczesna w której tak bardzo widoczne są obecne relacje i postępowanie nie tylko młodych ludzi. To przedmiotowe traktowanie, połączone wyłącznie z chęcią posiadania które przeplata się z uczuciem z głębi serca i pragnieniem poświęcenia się dla kochanej osoby.
Ta sztuka jest na tyle niesamowita, że każdy z widzów jest w stanie odnaleźć w niej choć cząstkę siebie, część swojego życia, to wrażenie, że w niektórych scenach widzimy samych siebie, jednocześnie nie umiejąc się w tym odnaleźć.
Poruszająca a jednocześnie na swój sposób przerażająca wizja życia i traktowania uczuć ludzkich. Pokazuje w jak prosty sposób można stracić coś bardzo ważnego, w jak prosty sposób można stać się więźniem samego siebie na zawsze.
Polecam wszystkim, wspaniała sztuka i fantastyczna gra aktorska młodych, wspaniale zapowiadających się aktorów.
Ja tylko żałuję,że mnie tam nie było... ale może kiedyś zdarzy się jakiś cud czy coś innego i spektakl trafi do Krakowa.
Jeśli kto może niech idzie!!!!!
Teraz czytam...
Juz kończę - Justynie dziękuję za cierpliwość i za książkę w ogóle.
A jest to "Kruchy dom duszy" Jurgena Thorwalda.
Wcześniej polecałam "Stulecie chirurgów" - to jest jego naturalna kontynuacja.
Znajdziemy w niej odniesienia do poprzedniej cześci, tę samą atmosferę przygody z ludzkim ciałem. Mniej rozlewu krwi a więcej filozofii.
"Kruchy dom duszy" to cytat rozpoczynający powieść zaczerpnięty z Szekspira i dotyczący ludzkiego mózgu- fascynującego organu, który do dziś pozostaje tajemnicą.
W książce w sposób osobowo-chronologiczny przedstawione są losy ludzi związanych z odkryciami w zakresie neurologii i neurochirurgii. Ojcowie tych nauk i konkretnych zabiegów to nie papierowe postacie, ale fascynujący ( a czasami ciężko wkurzający!) bohaterowie, którzy nierzadko całe swoje życie poświęcili pasji odkrycia struktury i funkcji mózgu. Ich życie prywatne przeplatające się z katorżnicza pracą w szpitalach. Opisy przełomowych przypadków medycznych i rozważania nad miejscem duszy- czy faktycznie zamieszkuje ona mózg? Ile osób tyle teorii. Nie jest to jednak nudny podręcznik, ale naprawdę fascynująca podróż po głowie, pełna zwrotów akcji i trzymająca w napięciu.
Bardzo polecam!!!! Po książki tego autora sięgnę jeszcze na pewno nie raz- jest świetny!
A jest to "Kruchy dom duszy" Jurgena Thorwalda.
zdjęcie pochodzi stąd.
Wcześniej polecałam "Stulecie chirurgów" - to jest jego naturalna kontynuacja.
Znajdziemy w niej odniesienia do poprzedniej cześci, tę samą atmosferę przygody z ludzkim ciałem. Mniej rozlewu krwi a więcej filozofii.
"Kruchy dom duszy" to cytat rozpoczynający powieść zaczerpnięty z Szekspira i dotyczący ludzkiego mózgu- fascynującego organu, który do dziś pozostaje tajemnicą.
W książce w sposób osobowo-chronologiczny przedstawione są losy ludzi związanych z odkryciami w zakresie neurologii i neurochirurgii. Ojcowie tych nauk i konkretnych zabiegów to nie papierowe postacie, ale fascynujący ( a czasami ciężko wkurzający!) bohaterowie, którzy nierzadko całe swoje życie poświęcili pasji odkrycia struktury i funkcji mózgu. Ich życie prywatne przeplatające się z katorżnicza pracą w szpitalach. Opisy przełomowych przypadków medycznych i rozważania nad miejscem duszy- czy faktycznie zamieszkuje ona mózg? Ile osób tyle teorii. Nie jest to jednak nudny podręcznik, ale naprawdę fascynująca podróż po głowie, pełna zwrotów akcji i trzymająca w napięciu.
Bardzo polecam!!!! Po książki tego autora sięgnę jeszcze na pewno nie raz- jest świetny!
Wagary od liczenia kalorii- pierwszy dzień wiosny!!!!
Najpierw o wiośnie na którą tak długo chyba wszyscy czekaliśmy. No i kurka jest!!!!
Jak to dobrze,że są takie dni jak ten, który właśnie się kończy ze słoneczkiem, ciepłym wiatrem, i zielenią...
Od razu głowa pełna pomysłów i chce się żyć!
Dla mnie wiosna kojarzy się ze sztandarową piosenką Skaldów - znacie? To posłuchajcie!
http://www.youtube.com/watch?v=yBscNiUR7go
Postanowiłam na przekór lekkiemu wiosennemu menu zrobić brownie, bo tyle o nim słyszałam, ale nie mogłam się zebrać...no to siup.
Przepis z Dobrych Rad nr 2/2011.
-300 g gorzkiej czekolady
-150 g mlecznej czekolady
-150 g białej czekolady
-125 g masła
-1/2 szklanki cukru pudru
-1 1/2 szklanki mąki
-2 jajka
Białą i mleczną czekoladę połamać na kawałki i posiekać. Prostokątna formę o wymiarach 20 x 30 cm wyłoży ć papierem do pieczenia, tak aby wystawał ponad krawędź formy. Gorzką czekoladę połamać, wrzucić do rondla , dodać masło. Podgrzewać na średnim ogniu stale mieszając, aż składniki się roztopią. Rozpuszczoną czekoladę przelać do miski. Dodać cukier puder, rozbite jajka i mąkę. Wymieszać, dodać kawałki mlecznej i białej czekolady. Mase przełożyć do formy, wyrównać wierzch. Piec przez 35 minut w temperaturze 170 stopni. Po wyjęciu z piekarnika zostawić w formie do ostygnięcia. przed krojeniem schłodzić.
Ciasto - deser bardzo łatwe, każdemu wyjdzie i nawet szybko się go robi. Bardzo syte. Pokroiłam na kawałki 4 x 4, ale po jednym kawałku ma się zdecydowanie dość. Bardzo czekoladowe- smakuje jak czekoladowe kruche ciasto z dodatkami. Najlepsze moim zdaniem z czarną mocną niesłodzona kawą lub mocną herbatą. Zdecydowanie ciasto na zimowe dni, rozgrzewkę po nartach, albo długie zimowe wieczory przy lekturze i piciu.
Miłośnikom czekolady poprawia humor natychmiast :)
Jak to dobrze,że są takie dni jak ten, który właśnie się kończy ze słoneczkiem, ciepłym wiatrem, i zielenią...
Od razu głowa pełna pomysłów i chce się żyć!
Dla mnie wiosna kojarzy się ze sztandarową piosenką Skaldów - znacie? To posłuchajcie!
http://www.youtube.com/watch?v=yBscNiUR7go
Postanowiłam na przekór lekkiemu wiosennemu menu zrobić brownie, bo tyle o nim słyszałam, ale nie mogłam się zebrać...no to siup.
Przepis z Dobrych Rad nr 2/2011.
-300 g gorzkiej czekolady
-150 g mlecznej czekolady
-150 g białej czekolady
-125 g masła
-1/2 szklanki cukru pudru
-1 1/2 szklanki mąki
-2 jajka
Białą i mleczną czekoladę połamać na kawałki i posiekać. Prostokątna formę o wymiarach 20 x 30 cm wyłoży ć papierem do pieczenia, tak aby wystawał ponad krawędź formy. Gorzką czekoladę połamać, wrzucić do rondla , dodać masło. Podgrzewać na średnim ogniu stale mieszając, aż składniki się roztopią. Rozpuszczoną czekoladę przelać do miski. Dodać cukier puder, rozbite jajka i mąkę. Wymieszać, dodać kawałki mlecznej i białej czekolady. Mase przełożyć do formy, wyrównać wierzch. Piec przez 35 minut w temperaturze 170 stopni. Po wyjęciu z piekarnika zostawić w formie do ostygnięcia. przed krojeniem schłodzić.
Ciasto - deser bardzo łatwe, każdemu wyjdzie i nawet szybko się go robi. Bardzo syte. Pokroiłam na kawałki 4 x 4, ale po jednym kawałku ma się zdecydowanie dość. Bardzo czekoladowe- smakuje jak czekoladowe kruche ciasto z dodatkami. Najlepsze moim zdaniem z czarną mocną niesłodzona kawą lub mocną herbatą. Zdecydowanie ciasto na zimowe dni, rozgrzewkę po nartach, albo długie zimowe wieczory przy lekturze i piciu.
Miłośnikom czekolady poprawia humor natychmiast :)
A ja spokojnie zakończyłam tym deserem sezon zimowy!
sobota, 19 marca 2011
Czytelnictwo kwitnie
W tak smętną pogodę jak ostatnio przerabiamy po kolei wszystkich wielkich klasyków niezmiennie zaczynając i kończąc na nieśmiertalnej serii wydawnictwa Olesiejuk pt. Mały Chłopiec. Niestety większość książeczek zanm już na pamięć, a do koparki Marka czuję wstręt i odrazę. Co nie znaczy,że nie przerabiamy ich codziennie. Ech... Stanisław sam spokojnie zabiera się za czytanie. Jan wykazuje lenistwo intelektualne i woli, jak ktoś mu czyta. Poniżej Stanley zatopiony w lekturze.
Wiosenne śniadanie i ciepłe danie
Zdjęcia ze śniadaniem nie będzie - uprzedzam. Tak mi smakowało to co zrobiłam,że zżarłam bez opamiętania, które przyszło za późno. A nie zrobiłam niczego nowego tylko serek wiejski z dodatkami.
Do małego opakowania serka ( 1 na osobę) dodałam:
- ogórek małosolny
- 4 rzodkiewki
-2 łyżki orzechów ziemnych bez soli i tłuszczu
- kilka czarnych oliwek
- sól, pieprz, czerwoną paprykę, zioła prowansalskie.
- posypałam kiełkami lucerny
Wyszła pełna miseczka, ładnie zdrowo i kolorowo. Dużo i chrupało.Zdrowe nowalijki i świetne na figurę. Można przygotowac na pierwsze lub drugie śniadanie. Najlepiej zrobić na noc ,odstawić do lodówki i zjeść rano z gorącą herbatą/kawą. Dobre do pracy ( np. w pojemniczku) , bo bardzo sycące, a nie tuczy.
Oczywiście dodatki według uznania. Bazą jest serek wiejski. Czekam na wasze propozycje!
I coś na ciepło, czyli gorące kanapki - tosty. Znowu nihil novi, ale jakie pyszne. Tostownik to zdecydowanie coś, co każdy w domu powinien posiadać! Nobel dla wynalazcy!
Kromki chleba tostowego smarujemy od środka pastą z suszonych pomidorów, nakładamy przesmażone z cebulką i ziołami prowansalskimi pieczarki ( 30 dkg na 10 tostów wystarczy), może być wędlinka, oliwki, pomidory żywe i czego dusza zapragnie.i oczywiście plasry żółtego sera. Składamy, wkładamy do tostownika nasmarowanego oliwką i jazda!
Ja najbardziej lubię polane kaczupem i posypane zieleniną ( pietruszką, szczypiorkiem lub jak poniżej- kiełkami ). Jeśli spodziewamy się gości można je przygotować wcześniej, bo najlepsze są odgrzewane. pokroić w trójkąty po zagięciu ( zaraz po wyjęciu z tostownika) i podać podgrzane w piecu w naczyniu żaroodpornym z podgrzewaczami, żeby nie straciły ciepła. Ładnie i praktycznie. Tu ostatni, którego nie zjadłam,żeby zrobić zdjęcie:
Do małego opakowania serka ( 1 na osobę) dodałam:
- ogórek małosolny
- 4 rzodkiewki
-2 łyżki orzechów ziemnych bez soli i tłuszczu
- kilka czarnych oliwek
- sól, pieprz, czerwoną paprykę, zioła prowansalskie.
- posypałam kiełkami lucerny
Wyszła pełna miseczka, ładnie zdrowo i kolorowo. Dużo i chrupało.Zdrowe nowalijki i świetne na figurę. Można przygotowac na pierwsze lub drugie śniadanie. Najlepiej zrobić na noc ,odstawić do lodówki i zjeść rano z gorącą herbatą/kawą. Dobre do pracy ( np. w pojemniczku) , bo bardzo sycące, a nie tuczy.
Oczywiście dodatki według uznania. Bazą jest serek wiejski. Czekam na wasze propozycje!
I coś na ciepło, czyli gorące kanapki - tosty. Znowu nihil novi, ale jakie pyszne. Tostownik to zdecydowanie coś, co każdy w domu powinien posiadać! Nobel dla wynalazcy!
Kromki chleba tostowego smarujemy od środka pastą z suszonych pomidorów, nakładamy przesmażone z cebulką i ziołami prowansalskimi pieczarki ( 30 dkg na 10 tostów wystarczy), może być wędlinka, oliwki, pomidory żywe i czego dusza zapragnie.i oczywiście plasry żółtego sera. Składamy, wkładamy do tostownika nasmarowanego oliwką i jazda!
Ja najbardziej lubię polane kaczupem i posypane zieleniną ( pietruszką, szczypiorkiem lub jak poniżej- kiełkami ). Jeśli spodziewamy się gości można je przygotować wcześniej, bo najlepsze są odgrzewane. pokroić w trójkąty po zagięciu ( zaraz po wyjęciu z tostownika) i podać podgrzane w piecu w naczyniu żaroodpornym z podgrzewaczami, żeby nie straciły ciepła. Ładnie i praktycznie. Tu ostatni, którego nie zjadłam,żeby zrobić zdjęcie:
2 x mufiny
W ramach testowania przepisów z mojego ulubionego bloga i tempa zżerania wypieków przez domowników i nie tylko postanowiłam wypróbować dwa kuszące przepisy.
Mufiny z jabłkami - w wersji oryginalnej ze śliwkami, ale na pewno zrobię je kiedyś z truskawkami :) Przede wszystkim chodzi o świetne delikatne jogurtowe ciasto, wprost stworzone do różnych owoców. Mufiny sa bardzo miękkie, wilgotne. Najlepsza jest przypieczona skorupka z cukru trzcinowego...Wzięłam 2 jabłka Champion pokrojone w grubą kostkę.Upiekałam w wersji podstawowej tzn. duże, żeby w końcu skosztować prawdziwego dużego mufina a nie jakieś małe pitu pitu i żeby w końcu wypróbowac nowy staojak na mufiny, który jest boski i za którego raz jeszcze Anicie dzięki ze serca!!!!
Ciasto bardzo wyrasta, więc z przepisu wyszło mi 18 dużych mufinek. Dawałam nieco więcej niż połowę ciasta do papilotek ( z ikei ). Przepis stąd. Liczne 'achy' i 'ochy' całkowicie zasłużone, co można wyczytać w komentarzach. Podgrzane w piecu lub mikrofali i udekorowane łyżeczką ( no małą kulką...) lodów spokojnie moga robić za wykwintny deser szarlotkowy. Ulubione mufiny mojej mamy !
Jako drugie mufiny miętowe z czekoladą. Stąd. Dla koneserów tego smaku. Ja się do nich zaliczam :)
Byłam bardzo ciekawa, co wyniknie z zastosowania kropli miętowych i nie zawiodłam się. Nie są za słodkie, nie są mdłe, aromat świeży i nienachalny. Orzeźwiające! Konsystencja ciasta inna niż tych owocowych- bardziej bułeczkowa. Z przepisu wyszło mi równo 12 sztuk. Będą świetna propozycją na upalne lato jako deser z miętową ice tea. A teraz postawiły mnie na nogi, bo ciśnienie leci na szyję... Tu na zdjęciach jeszcze ciepłe. Mniam!
Mufiny z jabłkami - w wersji oryginalnej ze śliwkami, ale na pewno zrobię je kiedyś z truskawkami :) Przede wszystkim chodzi o świetne delikatne jogurtowe ciasto, wprost stworzone do różnych owoców. Mufiny sa bardzo miękkie, wilgotne. Najlepsza jest przypieczona skorupka z cukru trzcinowego...Wzięłam 2 jabłka Champion pokrojone w grubą kostkę.Upiekałam w wersji podstawowej tzn. duże, żeby w końcu skosztować prawdziwego dużego mufina a nie jakieś małe pitu pitu i żeby w końcu wypróbowac nowy staojak na mufiny, który jest boski i za którego raz jeszcze Anicie dzięki ze serca!!!!
Ciasto bardzo wyrasta, więc z przepisu wyszło mi 18 dużych mufinek. Dawałam nieco więcej niż połowę ciasta do papilotek ( z ikei ). Przepis stąd. Liczne 'achy' i 'ochy' całkowicie zasłużone, co można wyczytać w komentarzach. Podgrzane w piecu lub mikrofali i udekorowane łyżeczką ( no małą kulką...) lodów spokojnie moga robić za wykwintny deser szarlotkowy. Ulubione mufiny mojej mamy !
Jako drugie mufiny miętowe z czekoladą. Stąd. Dla koneserów tego smaku. Ja się do nich zaliczam :)
Byłam bardzo ciekawa, co wyniknie z zastosowania kropli miętowych i nie zawiodłam się. Nie są za słodkie, nie są mdłe, aromat świeży i nienachalny. Orzeźwiające! Konsystencja ciasta inna niż tych owocowych- bardziej bułeczkowa. Z przepisu wyszło mi równo 12 sztuk. Będą świetna propozycją na upalne lato jako deser z miętową ice tea. A teraz postawiły mnie na nogi, bo ciśnienie leci na szyję... Tu na zdjęciach jeszcze ciepłe. Mniam!
wtorek, 15 marca 2011
Wiejskie rozrywki
Chłopaki po pełnym wrażeń pobycie u fryzjera ( dziękujemy jeszcze raz Cioci Ewie za cierpliwość!!!!) dostały weny twórczej i wymyśliły wejście do pudeł. Niby nic, a cieszy że joj!
Po chwili narady okazało się,że samo siedzenie jest nie halo, więc rozpoczęli ostre deptanie. I długo tak wytrzymali- czyli cała kapusta z beczek przygotowana do kiszenia:)
Zbudowali też studnię ( z moją pomocą, ale małą) i Jasiek rozpoczął precyzyjne nabieranie wody koszykiem ( wiaderkiem) na sznurku. Niestety w kulminacyjnym punkcie wiadro się urwało, więc spokojnie zarzuciliśmy studnię małymi kamykami ( klockami),żeby nikt do niej nie wpadł i na szczęście,że się w to miejsce wróci. I chyba działa, bo nic się nikomu nie stanie, a patent ze studnią wykorzystam jeszcze nie raz.
Do pełni obrazka wiejskiego brakuje przygód z żywym inwentarzem, ale na szczęście mamy 2 koty i troche różnych maskotek, to się coś wymyśli!
Po chwili narady okazało się,że samo siedzenie jest nie halo, więc rozpoczęli ostre deptanie. I długo tak wytrzymali- czyli cała kapusta z beczek przygotowana do kiszenia:)
Zbudowali też studnię ( z moją pomocą, ale małą) i Jasiek rozpoczął precyzyjne nabieranie wody koszykiem ( wiaderkiem) na sznurku. Niestety w kulminacyjnym punkcie wiadro się urwało, więc spokojnie zarzuciliśmy studnię małymi kamykami ( klockami),żeby nikt do niej nie wpadł i na szczęście,że się w to miejsce wróci. I chyba działa, bo nic się nikomu nie stanie, a patent ze studnią wykorzystam jeszcze nie raz.
Do pełni obrazka wiejskiego brakuje przygód z żywym inwentarzem, ale na szczęście mamy 2 koty i troche różnych maskotek, to się coś wymyśli!
Słodkości na spóźnione imieniny
Wtopa roku,że tak późno przypomnieliśmy sobie wszyscy o imieninach Grzegorza.
Więc zrobiłam przekąskowe drugośniadaniowe prezentowe mufinki kawowo- czekoladowe.
Przepis - stąd czyli z bloga namiotle.pl , który bardzo polecam! Obok candy z tegoż właśnie. Może to mnie się poszczęści? Wy też dołączcie i poczytajcie jakie fajne pomysły ma autorka!
W mufinach zmieniłam tylko masło na oliwę z oliwek i nie dałam cynamonu, bo zależało mi na połaczeniu smaków kawy i czekolady, a nie piernika.
Wyszły jeszcze lepsze! Zapach przy pieczeniu jest błogi, a w smaku mięciutkie i wilgotne. Granulki kawy nie do końca roztarte i wystające kawałki czekolady, czyli niespodzianki na każdym kroku ( kęsie?). Niczym nie dekorowałam, bo wszystko co trzeba mają w środku.
Robi się je błyskawicznie. Partię w formie do minimufinów piekłam 15 minut. Z podanej ilości ciasta wyszło mi 48 minimufinek. Pięknie rosną, więc w standardowej formie wyjdą naprawdę dorodne.
Bardzo polecam do kawy i herbaty ( nie mogę się zdecydować z czym wolę...).
A Grzegorzowi raz jeszcze plurimos annos!
Więc zrobiłam przekąskowe drugośniadaniowe prezentowe mufinki kawowo- czekoladowe.
Przepis - stąd czyli z bloga namiotle.pl , który bardzo polecam! Obok candy z tegoż właśnie. Może to mnie się poszczęści? Wy też dołączcie i poczytajcie jakie fajne pomysły ma autorka!
W mufinach zmieniłam tylko masło na oliwę z oliwek i nie dałam cynamonu, bo zależało mi na połaczeniu smaków kawy i czekolady, a nie piernika.
Wyszły jeszcze lepsze! Zapach przy pieczeniu jest błogi, a w smaku mięciutkie i wilgotne. Granulki kawy nie do końca roztarte i wystające kawałki czekolady, czyli niespodzianki na każdym kroku ( kęsie?). Niczym nie dekorowałam, bo wszystko co trzeba mają w środku.
Robi się je błyskawicznie. Partię w formie do minimufinów piekłam 15 minut. Z podanej ilości ciasta wyszło mi 48 minimufinek. Pięknie rosną, więc w standardowej formie wyjdą naprawdę dorodne.
Bardzo polecam do kawy i herbaty ( nie mogę się zdecydować z czym wolę...).
A Grzegorzowi raz jeszcze plurimos annos!
Wiosenne spacery i atrakcje
Powiało wiosną i ciepłym powietrzem, więc koniec z siedzeniem w domu!
Maszerujemy na długie spacery po okolicy.
Nie zawsze jest jak wyciągnąć aparat, ale zdarza się.
A w niedzielę dodatkowa atrakcja na domęczenie przeciwników- atrakcje w kulkach w Juniorze.
Maszerujemy na długie spacery po okolicy.
Nie zawsze jest jak wyciągnąć aparat, ale zdarza się.
A w niedzielę dodatkowa atrakcja na domęczenie przeciwników- atrakcje w kulkach w Juniorze.
A obiad jak potem wchodził...
piątek, 11 marca 2011
Koncert słodkich życzeń
Dziś spełniłam dwa słodkie życzenia domowników przerabiając w dalszym ciągu książeczkę z przepisami Chwili dla Ciebie ( patrz poprzednie posty).
A więc:
Rogaliki z ciasta francuskiego a la 7Days:
- opakowanie gotowego ciasta ok 500g.( ja użyłam frosty- gotowe blaty)
- 1,5 tabliczki czekolady ( umnie ulubiona Jagiellońska)
- 1 jajo
Z ciasta powycinać trójkąciki. Można to zrobić Najpierw wycinając kwadraty o boku 10x10 cm i przecinając je na pół. Ja wycięłam trójkąty ostrokątne o podstawie ok. 6 cm z całego blatu.
Zwinąć z jedną kostką czekolady, dokładnie zlepić, uformować rogalik.
Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
Posmarować rozmąconym jajem i posypać cukrem.
Piec w 200 stopniach przez 15 minut.
Z jednaego opakowania ciasta wyszło mi 33 malutkie rogaliki i 3 świderki z resztek ciasta.
Najlepsze są świeżutkie! Czekolada nie wypływa, a rozpływa się w ryjku....mniam!
Bardzo szybko się je robi, naprawdę!
I jak na mojej ulubionej filiżance jest napisane: "For the pure and simple living" - pyszne proste jedzenie...
i jeszcze
Pishinger/ Andrut/ Waflowy przekładaniec:
- gotowa masa krówkowa ( wykorzystałam 2 różne bakallandu - kakaową i orzechową)
-paczka andrutów
Andruty przełożyć masą, zawinąć w folię i położyć w miejscu, gdzie nikt ich za szybko nie zje obciążając np. książkami.
Po 2 godzinach pokroić.
Jak widać roboty nie ma dużo. Ja w godzinę wyrobiłam się z oboma powyższymi i jeszcze spokojnie wypiłam kawę ( na zdjęciu :) )
Efekt pyszny- spróbujcie sami i napiszcie jak wyszło!
A więc:
Rogaliki z ciasta francuskiego a la 7Days:
- opakowanie gotowego ciasta ok 500g.( ja użyłam frosty- gotowe blaty)
- 1,5 tabliczki czekolady ( umnie ulubiona Jagiellońska)
- 1 jajo
Z ciasta powycinać trójkąciki. Można to zrobić Najpierw wycinając kwadraty o boku 10x10 cm i przecinając je na pół. Ja wycięłam trójkąty ostrokątne o podstawie ok. 6 cm z całego blatu.
Zwinąć z jedną kostką czekolady, dokładnie zlepić, uformować rogalik.
Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
Posmarować rozmąconym jajem i posypać cukrem.
Piec w 200 stopniach przez 15 minut.
Z jednaego opakowania ciasta wyszło mi 33 malutkie rogaliki i 3 świderki z resztek ciasta.
Najlepsze są świeżutkie! Czekolada nie wypływa, a rozpływa się w ryjku....mniam!
Bardzo szybko się je robi, naprawdę!
I jak na mojej ulubionej filiżance jest napisane: "For the pure and simple living" - pyszne proste jedzenie...
i jeszcze
Pishinger/ Andrut/ Waflowy przekładaniec:
- gotowa masa krówkowa ( wykorzystałam 2 różne bakallandu - kakaową i orzechową)
-paczka andrutów
Andruty przełożyć masą, zawinąć w folię i położyć w miejscu, gdzie nikt ich za szybko nie zje obciążając np. książkami.
Po 2 godzinach pokroić.
Jak widać roboty nie ma dużo. Ja w godzinę wyrobiłam się z oboma powyższymi i jeszcze spokojnie wypiłam kawę ( na zdjęciu :) )
Efekt pyszny- spróbujcie sami i napiszcie jak wyszło!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















